Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akcja Wisla. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akcja Wisla. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 sierpnia 2021

 

Akcja Wisła – rana niezabliźniona...


Łemkowie nadal – pisze w książce „Akcja „Wisła”. Dokumenty, materiały” dr Eugeniusz Misiło - nie mogą wrócić do swoich gospodarstw, będących ich własnością od wieków. UPA już dawno nie ma (a to był powód ich wypędzenia według ówczesnej oficjalnej narracji rządowej), ale według aktualnego stanu prawnego wrócić na ziemie swoich przodków Łemkowie nie mogą... Powołane zostały do życia w 1991 r. Akty prawne - w sprawie uznania za nieważne orzeczeń, które zapadły wobec osób represjonowanych w latach 1939-1989, i rekompensat moralnych i materialnych za działalność na rzecz bytu Państwa Polskiego. Akty te nie objęły obywateli polskich innych narodowości, którzy padli ofiarą represji stalinowskich z powodów wyłącznie narodowościowych. Ograniczono prawa obywatelskie Ukraińców. Po 1989 r. kolejne władze demokratycznej Polski potępiły zbrodnie hitlerowskie i stalinowskie, ale sprzeciwiają się uznaniu więzienia w Jaworznie za zbrodnię komunistyczną. Złamana została konstytucyjna zasada równości każdego wobec prawa.

Akcja „Wisła”. 28.04.1947 r. - 28.07.1947 r. Wysiedlono 147 175 osób; 33 tys. rodzin z 1244. miejscowości z 3. województw (krakowskie, rzeszowskie, lubelskie), 22. powiatów; z terenów Łemkowszczyzny, Bojkowszczyzny, Nadsania, Chełmszczyzny, Podlasia; obywateli Polski narodowości ukraińskiej. Odjechały na tzw. Prusy, do zachodniej i północnej Polski, 442 transporty kolejowe, do województw: gdańskiego, olsztyńskiego i koszalińskiego, do 66. powiatów - teoretycznie osiedleńcy mieli otrzymać w zamian gospodarstwa poniemieckie – na miejscu w praktyce decydował zapas wolnej ziemi, i przynależność do narodowości polskiej.

Załadowani do wagonów, z różową kartą, naznaczeni w ten sposób swoją (ukraińską) - w odróżnieniu od niebieskich kart repatriantów i osadników polskich - narodowością, z instrukcjami w kopercie dla strażników (Wojska Polskiego), żeby ich maksymalnie ROZPROSZYĆ w nowym obcym miejscu, ziemiach tzw. odzyskanych. Oddzielić od swojej inteligencji, której likwidacja zniosłaby problem nauki dzieci ojczystego języka ukraińskiego, od duchowieństwa - księży greckokatolickich i prawosławnych; bez Cerkwi, spoiwa pozwalającego trwać przez wieki jako mniejszości narodowej i religijnej w ramach rzymskokatolickiej państwowości. Kościół Rzymskokatolicki miał zostać jedynym i wyłącznym, bez konkurencji, Pasterzem na terenach objętych wysiedleniem dotychczasowych mieszkańców.

Osoby te wyszukiwano w transportach i kierowano do obozu koncentracyjnego w Jaworznie – w celu, często brutalnego, przesłuchania. By potem, na miejscu osiedlenia, skrupulatnie inwigilować - powstała centralna Kartoteka, z danymi personalnymi Ukraińców wysiedlonych w ramach „W”(Wisła), także osób z mieszanych rodzin polsko-ukraińskich, i Ukraińców niewysiedlonych w 1947 r., rejestr istniał do 1981 r. Nie pozwalać się przemieszczać. Wynaradawiać. Dawano 2-3 godziny na spakowanie dobytku. Opuszczone wsie ukraińskie zostały spalone lub uległy samoistnej zagładzie, ich repolonizacja, wskutek rozrabowania, się nie powiodła.

Przedwojenna endecka tradycja polityki narodowościowej Polski, idei JEDNONARODOWEGO państwa polskiego, dążąca do „ostatecznej likwidacji problemu ukraińskiej mniejszości narodowej”, przejęta została po wojnie przez komunistów, będących – jak pisał Czesław Miłosz - ideowymi spadkobiercami tej opcji politycznej. Była wewnątrzpolską deportacją Ukraińców, zaplanowaną i przeprowadzoną czystką etniczną, poprzedzoną trzema miesiącami przygotowań. E. Misiło jest zdania, że Ukraińcy i tak zostaliby wysiedleni - na mocy decyzji administracyjnej opartej na przedwojennym ustawodawstwie (Rozporządzenie Prezydenta RP. z 23.12.1927 r.) o pasie granicznym o szerokości 30 km, obejmującym gminy lub ich część przylegającą do granic Państwa, gdzie obowiązują specjalne przepisy uniemożliwiające osiedlanie się „państwowo wrogich elementów”, jeśli względy bezpieczeństwa i ochrony granic tego wymagają.

Pretekstem do wysiedleń była przypadkowa śmierć gen. broni Karola Świerczewskiego wice Ministra Obrony Narodowej. Pretekstem (doskonałym), bo decyzje zapadły dużo wcześniej. 28.03.1947 r. gen. Karol Świerczewski wpadł w zasadzkę zorganizowaną na żołnierzy Grupy Manewrowej z 37 Komendy Odcinka WOP w Cisnej, którzy dwa miesiące wcześniej wymordowali i spalili rannych, sanitariuszy i lekarzy podziemnego szpitala kurenia łemkowskiego UPA znajdującego się w masywie Chryszczatej w rejonie wsi Jabłonka w powiecie leskim.

Akcja „Wisła” nie miała moskiewskich korzeni. Wysiedlenia miały na celu „ugruntowanie polskości na ziemiach poukraińskich”. Decyzję o deportacji, w ramach akcji odwetowej za śmierć generała, WSZYSTKICH Ukraińców zamieszkałych w południowo-wschodniej Polsce, podjęło Biuro Polityczne KC PPR i Prezydium Rady Ministrów. 28.04.1947 r., w miesiąc po śmierci gen. Karola Świerczewskiego, 6 dywizji Wojska Polskiego, 17 350 żołnierzy i oficerów WP, KBW i funkcjonariuszy MO dowodzonych przez gen. bryg. Stefana Mossora. otoczyło 300 wsi ukraińskich w powiecie leskim, sanockim, przemyskim i lubaczewskim.

Autor cytuje – na poparcie swych tez, w dużej ilości, odnośne dokumenty. Książka to ponad 200 stron tekstu – bardzo dobrze się czytającego, i 480 dokumentów na blisko 900. stronach w zasadniczym tekście, gęsto przetykanych przypisami, oraz 14 dokumentów w aneksie w postaci załączników; dokumenty Sztabu Grupy Operacyjnej „Wisła”- z Centralnego Archiwum Wojskowego w Rembertowie, z IPN, protokoły posiedzeń Państwowej Komisji Bezpieczeństwa i jej zarządzenia, rozkazy MON i Sztabu Generalnego Wojska Polskiego oraz ich korespondencja z dowództwem GO „Wisła”, protokoły posiedzeń Biura Politycznego KC PPR, Ministerstwa Ziem Odzyskanych, dokumenty z Ministerstwa Administracji Publicznej i Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, pisma z Archiwum Okręgu Wojennego UPA.

Wynika z nich, że Ukraińska Powstańcza Armia w czasie Akcji „Wisła” już prawie nie istniała, rozbita przez oddziały Wojska Polskiego i – jeszcze skuteczniej – przez oddziały USSR. Na Łemkowszczyźnie działalność UPA i wpływy struktur cywilnych OUN (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów) były znikome. Wielu Łemków służyło w Armii Czerwonej, było komunistami. Zwyciężyły względy polityczne i propagandowe, zadziałała zasada odpowiedzialności zbiorowej.

Tych Łemków, Ukraińców, którzy chcieli wrócić, chociażby po to, by zebrać w wioskach plony ze SWOICH pól, wyłapywano i wysyłano do Jaworzna, obozu koncentracyjnego, gdzie w 1947 r. zgromadzono 3800 uwięzionych – Ukraińców, Ślązaków, Mazurów, Niemców, Warmiaków, niepolskich autochtonów. W tym ponad 900 kobiet i wiele dzieci. Na osadzonych Ukraińców wydano 483 wyroki śmierci, w tym na żołnierzy UPA 173 wyroki w trybie doraźnym wydane przez Wojskowy Sąd Operacyjny „Wisła”,162 osoby zamordowano w wyniku tortur. Przyczynami wielu zgonów więźniów były niedożywienie i choroby zakaźne. W Jaworznie obok duchownych i inteligencji było bardzo wielu chłopów, którzy podjęli próbę powrotu do swoich gospodarstw.

Lokalne Urzędy Bezpieczeństwa dostały od zwierzchników instrukcje, by nie zezwalać Łemkom na powrót – powodem odmowy była narodowość ukraińska i wyznanie prawosławne lub greckokatolickie – jako tożsame z podejrzeniem o współpracę z UPA. Odmawiano prawa do powrotu, by, jak to jest napisane w jednym z dokumentów – świadków – autorytet Państwa, które chce ostatecznie rozwiązać problem ukraiński w Polsce, nie ucierpiał...

Ostatecznemu wysiedleniu podlegała cała ludność ukraińska, też żołnierze narodowości ukraińskiej służący w 1 i 2 Armii WP, inwalidzi wojenni, członkowie PPR, rodziny pracowników UB – wszyscy Ukraińcy bez względu na stopień lojalności i przynależność partyjną. Było to, jak pisze Misiło, realizacją zamierzeń i celów polityki narodowościowej Sanacyjnego Podkomitetu ds. Łemkowskich i Wojewódzkiego Komitetu ds. Łemkowszczyzny w Krakowie w latach 1936-39.

Eugeniusz Misiło - „Los Ukraińców był wypadkową przypadkowości – śmierci gen. Karola Świerczewskiego, przejęcia przez komunistów władzy, endeckiej wizja budowania państwa narodowego, zmiany kształtu powojennych granic i będących ich konsekwencją przymusowych wysiedleń do USRR, fanatycznej ideowości kierownictwa OUN w Polsce, skrajnej demoralizacji oddziałów WP i organów UB prowadzących wysiedlenia (1944-46- ewakuacja 482 tys. Ukraińców do USSR) i walki z UPA oraz nacjonalistycznych nastrojów panujących w społeczeństwie polskim wobec Ukraińców, też Niemców, Ślązaków, Mazurów czy Żydów”.

Pisaniu tej książki Autorowi przyświecał cel wzajemnego zrozumienia krzywd doznanych przez deportowanych w Akcji „Wisła” Ukraińców, jak i Polaków mordowanych przez Ukraińców na Wołyniu w 1943 r.

W okresie od 1.05. do 15.08,1947 r. do województwa poznańskiego przyjechało 31 transportów z wysiedlonymi Ukraińcami oraz inwentarzem - 1736 rodzin, 8042 osoby, 581 koni, 3190 krów. Do Międzyrzecza: 3 transporty; 173 rodziny, 861 osób, 48 koni o 312 krów. 

Publikacja „Akcja „Wisła”. Dokumenty, materiały” Eugeniusza Misiło jest do kupienia bezpośrednio u Autora (z autografem) lub na stronie Autora na Allegro.


Iwona Wróblak

sierpień 2021




niedziela, 9 grudnia 2018


Syrop z piołunu

            Paweł Smoleński „Syrop z piołunu. Wygnani z akcji „Wisła”. To jedna z ważniejszych książek.
 Dokumenty. Relacje uczestników. Refleksje dotyczące aktów prawnych. Relacje świadków, którzy wyjechali, czy musieli wyjechać, przymusowo przesiedleni – do ZSRR, do krajów zachodnich, do Kanady, do USA. Przesiedleni w ramach tego samego państwa – na ziemie północne i zachodnie, kazano zamieszkać na obcej im ziemi - w rozproszeniu, by nie  mogli się organizować we wspólnoty. Żyli tu przez długie powojenne lata w wielkim ubóstwie, pracowali dorywczo dla Polaków. Nie było mowy o pozwoleniu im na powrót w strony ojczyste, a kiedy, po latach, niektórzy jednak wrócili, musieli kupić ziemię, która była ich prawną własnością. Wstrząsające relacje z Jaworzna – powojennego obozu koncentracyjnego dla Ukraińców, w którym siedzieli niekoniecznie UP-owcy, także zupełnie przypadkowi ludzie, kobiety i dzieci.
Ukraińcy, jako mniejszość narodowa, niekoniecznie lubili II Rzeczpospolitą, mieli powody. Zaszłości historyczne… Polacy przez pokolenia czytali „Ogniem i mieczem” H. Sienkiewicza, beletryzującą powieść o wspaniałych (dla Polaków) czasach minionych „ku pokrzepieniu serc”... W powszechnej edukacji dominował, i nadal tak jest, brak rzetelnej nauki historii, a zamiast niej – martyrologia narodowa. Wszyscy wiemy o Wołyńskiej wojnie domowej, o Polakach, którzy wtedy zginęli. Jednak jest jeszcze druga strona. Jak np. samoobrona zbrojna Ukraińców przed przymusowymi wysiedleniami. I akcje odwetowe Wojska Polskiego. Ile było cywilnych ofiar kilku faz wypędzeń „Akcji „Wisła”? Nie policzono. Wojskowej akcji mającej znamiona czystki etnicznej, rozwiązania „problemu ukraińskiego”, z niewystarczającym uzasadnieniem jako zagrożenia militarnego.
Polska etniczna i narodowa – spadek po okresie stalinizmu, według wytycznych wielkorosyjskiego państwa, którym podporządkowały się nasze władze. Idee korespondowały z wielowiekowymi narodowymi kompleksami. Naród (polski) broni swoich krzywd – kosztem innego narodu… - powiedział jeden z Ukraińców. Syrop z piołunu. Gorzkie słowa…
Strach dziedziczony przez kolejne pokolenia przesiedleńców, obywateli polskich narodowości ukraińskiej, których pozbawiono dorobku życia i usiłowano pozbawić tożsamości narodowej – zabraniając przez lata nauki ojczystego języka, szkolnictwa, i kultury. Strach przekazywany przez byłych więźniów Jaworzna, odium „banderowca”, którym naznaczeni byli Łemkowie i inni przesiedleńcy. Pragnienie, by przetrwać, by żyć mimo wszystko, wychować dzieci – w niegościnnej niestety Polsce powojennej.

Iwona Wróblak
grudzień 2018



sobota, 25 marca 2017

Jeszcze pamiętam stukot kół po szynach

            Długo namawiałam panią Joannę na te wspomnienia. Mówiła – minęło ponad 50 lat, to bolesne dzieje. Pokazała mi zrobione niedawno zdjęcie. W miejscu, gdzie stały kiedyś domy i cerkiew, jest dzisiaj zarośnięty ugór z zatkniętym, na pamiątkę, krzyżem grekokatolickim. Mówię, pani Joanno, jest pani winna ludziom wiedzę o tamtych czasach, tamtych zdarzeniach, wiedzę o historii najnowszej ich ojczystego kraju. Ludzie powinni znać życiorysy swoich sąsiadów, żeby rozumieć więcej, szczególnie ci młodzi.
Pani Joanna opowiada:
            Urodziłam się w 1929 r. w niewielkiej malowniczo położonej wiosce w powiecie gorlickim w Beskidzie Niskim. Dane mi było tam spędzić 18 lat, najpiękniejszych, mego życia. Tyle czasu minęło, a ja wciąż to widzę, obrazy, miejsca, ludzi, których dawno już nie ma. Życie w mojej wiosce wyznaczała praca na roli i w lesie, wśród ukochanych gór. Żyliśmy spokojnie i bardzo zgodnie, pomagaliśmy sobie wzajemnie. Mieliśmy swoją szkołę i cerkiew, a także ukochaną kapliczkę przy wejściu do wsi. W tej kapliczce, wracając z lasu z kosze pełnym grzybów czy malin, zawsze się modliłam. Żyliśmy skromnie, ale byliśmy u siebie. To był luksus, teraz o tym wiem...
            Okres okupacji przeżyliśmy tracąc swoich bliskich, zabierano ich na przymusowe roboty do Rzeszy. Musieliśmy też odstawiać obowiązkowe kontyngenty. Ledwie ucichły głosy armat i wróciła do domów część naszych chłopców, siłą wcielonych do Armii Czerwonej, nastał straszny rok 1947. Pamiętam, coś ciężkiego wisiało wtedy w powietrzu, ptaki już nie śpiewały tak pięknie, a nocami wyły psy. Starzy ludzie przepowiadali nową wojnę. Ktoś przyniósł wiadomość, że gdzieś na wschodzie wysiedlają ludzi. Nikt nie przypuszczał, że nas również to spotka,  że wysiedlą Łemkowszczyznę. Nie wierzyliśmy - do 9. czerwca 1947 r. Byliśmy spokojnymi ludźmi, nie mieszaliśmy się do polityki. Mieliśmy już zasadzone ziemniaki, obsialiśmy pola i czekały nas sianokosy.
            Tego dnia nie wymażę nigdy z pamięci. W pogodny czerwcowy wieczór wkroczyło do wsi polskie wojsko. Usłyszeliśmy rozkaz: Macie pół godziny na spakowanie się. Nigdy nie zapomnę płaczu dzieci i starców, szczekania psów i ryku bydła, tego wstrząsu, szoku – nie znajduję słów, żeby to opisać. Jechaliśmy w nieznane, nie wiedzieliśmy, DLACZEGO, na jak długo – bo przecież nikomu nie przyszłoby do głowy, że to już na zawsze. Zostawialiśmy dorobek życia naszego i naszych ojców i dziadów. Bo cóż można spakować na jeden wóz w ciągu pół godziny? Mając karabiny za plecami... Zabraliśmy więc ze sobą to, co było pod ręką: kilka domowych sprzętów, trochę jedzenia, krowy. Pod eskortą wojska ruszyliśmy do następnej wsi, w której spędziliśmy noc pod gołym niebem. Następnego dnia szliśmy do Gorlic, 40 km, spotykaliśmy po drodze grupy ludzi wysiedlonych z innych wsi. Wszyscy szli przygnębieni, wystraszeni. Na stacji w Gorlicach koczowaliśmy kilka dni pod gołym niebem, wśród tłumu ludzi, czekając na swoją kolej, by zapisać się do transportu i otrzymać swoją kartę przesiedleńczą. 12. czerwca wsiedliśmy do towarowych wagonów, wiedzieliśmy tylko, że jedziemy gdzieś na zachód. Pod eskortą wojska...
            Nie mogę sobie przypomnieć, co jedliśmy w tym czasie... Pamiętam, że kilka razy zatrzymywaliśmy się. Jeśli po drodze żołnierze zauważyli kopy siana, karmiliśmy bydło. Mieliśmy szczęście, w naszym transporcie żołnierze opiekowali się nami, traktowali nas jak ludzi. To nie było normą. Myślę, że zależało to od dowódcy transportu... Pamiętam, że na stacji w Oświęcimiu były masowe aresztowania i też z naszego transportu zabrano kilku mężczyzn na przesłuchania. I wtedy wstawił się za nimi dowódca naszej eskorty, powiedział, że tym transportem jadą spokojni, zwyczajni ludzie. Wiem, że w ten sposób uratował niewinnych ludzi przed obozem w Jaworznie. Niestety, inni z naszej wsi, którzy jechali innymi transportami, nie mieli tyle szczęścia. Moi przyjaciele i sąsiedzi spędzili po kilka miesięcy bez wyroku i sądu w tym obozie dlatego, że byli narodowości ukraińskiej. Ci, którzy przeżyli obóz, musieli podpisać oświadczenie, że to, co działo się w obozie, nigdy nie zostanie przez nich ujawnione. Wiem, że na każdym z nich pobyt w obozie odcisnął piętno na całe życie. To już nigdy nie będą ci sami ludzie. Niektórzy musieli w określonych terminach meldować się w Urzędzie Bezpieczeństwa i donosić na swoich. Jeśli nie mieli informacji, z których UB byłby zadowolony, byli maltretowani psychicznie.
            Z Oświęcimia ruszyliśmy dalej. W nocy, budząc się w pociągu, bywałam przerażona. Stukot kół po szynach jeszcze dziś kojarzy mi się z naszą drogą w nieznane. Dotarliśmy w końcu do Poznania. Pamiętam, że dostaliśmy gorącą zupę, potem już żadna nie smakowała mi tak, jak tamta zupa wtedy. Na stacji w Poznaniu na naszych wagonach umieszczono napis „Międzyrzecz”. Czytaliśmy go z zaciekawieniem, cóż za miejscowość, która ma zastąpić nam naszą ukochaną Łemkowszczyznę? Międzyrzecz okazał się całkiem gościnnym miastem. Na dworcu czekali na nas urzędnicy. Do Wojciechówka (nazywał się wtedy Długi Folwark) zakwaterowano nas, około 20 rodzin, do trzech domów bez okien i drzwi. Pierwszy posiłek przygotowaliśmy rozpalając ognisko na podwórku. Ubecka propaganda zrobiła swoje: ludzie, którzy przed nami osiedlili się w Międzyrzeczu (bo przecież prawie każdy tu skądś przyjechał), przygotowani na przyjazd banderowców, jak nam później opowiadali, w dniach po naszym przyjeździe nie kładli się spać „bez czegoś ciężkiego pod ręką”. Czuliśmy się jak ludzie gorszej kategorii, traktowano nas z pogardą, poniżano. W pobliskim lesie stacjonowała milicja, obserwowała nas i to, co się u nas dzieje. Dopiero po jakimś czasie, bo lasek opustoszał, a psy przestały ujadać, międzyrzeczanie zrozumieli, że jesteśmy zwykłymi, zastraszonymi ludźmi.
            Wszyscy szukaliśmy jakiegoś zajęcia, pracy, żeby zarobić na jedzenie. Większość z nas pracowała dorywczo u gospodarzy i w PGR. Z czasem dostaliśmy zapomogi z PUR w postaci żywności i drobnych sum pieniędzy. Żyliśmy z dnia na dzień z nadzieją, że przecież niedługo wrócimy do siebie na ukochaną ojcowiznę. Ta nadzieja pozwoliła nam przetrwać.
            Ale nikomu z nas nie udało się wrócić. Dopiero w 1957 r. pozwolono w kościele św. Wojciecha odprawić pierwszą mszę św. w rodzinnym obrządku. Pamiętam, że przyjechało wtedy mnóstwo ludzi, naszych ziomków, z różnych stron. Spotkanie z nimi było dla mnie ogromnym przeżyciem.
            Lata mijały. Dzisiaj ludzie traktują mnie już normalnie, przez tyle lat zdążyliśmy się dobrze poznać i zaakceptować wzajemnie.
            Nigdy nie wstydziłam się swojego pochodzenia i wyznania, ale poczucie niższej wartości, z tamtych czasów, zostało mi wpojone na całe życie. Jako młoda dziewczyna pisałam pamiętnik z naszej podróży i początków życia w Międzyrzeczu. Pisałam go kilka lat, chowałam w sianie ze strachu przed odkryciem. No i tam... dopadły go myszy, i zjadły... Czego moja córka nie może mi wybaczyć do dnia dzisiejszego…

Joanna.

Opracowała Iwona Wróblak