Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leon Szymański. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leon Szymański. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 czerwca 2017

Leon Szymański opowiada 


            Miałem16 i pół roku. Bolszewicy, jak przyszli, starszych pozabierali do wojska a nas, do 18. roku życia, szkolili w stworzonej w tym celu organizacji. W soboty i w niedziele byliśmy skoszarowani, uczyli nas musztry i przysposobienia wojskowego. Któregoś majowego dnia załadowali nas do pociągu i wywieźli na wschód do Świedłowska na Uralu, teraz nazywa się Jekaterynburg. Po drodze we trzech uciekliśmy. Organizowała się czwarta dywizja im. Kilińskiego. Cały front przeszedłem i osiedliłem się w Międzyrzeczu.
            Przyjechałem, a właściwie przyszedłem piechotą do Międzyrzecza w sierpniu 1945 r. Pociągi ze Skwierzyny w kierunku Zbąszynia ani do Pszczewa nie kursowały, bo były pozrywane mosty. Popołudniowy pociąg do Międzyrzecza chodził tylko dwa razy na dobę. Pomyślałem sobie wówczas, te 18 km do Międzyrzecza, cały front przeszedłem, tyleset km,  idę na piechotę. Byłem na górce za Skwierzyną, na furmance z konikiem jadą jacyś ruscy żołnierze. Pytam,  czy mogliby mnie zabrać. - No sadzis'. odpowiedzieli. I tak przyjechałem do Międzyrzecza. Z drogi szczególne wrażenie na mnie zrobiło jezioro Głębokie, i piękne krajobrazy. Pierwsze, co zobaczyłem na rogatkach miasta, to blok mieszkalny po prawej stronie zaraz za torami, duży, kilkupiętrowy. Myślę, to jakieś musi być spore miasto, ale w miarę zbliżania się do centrum narastało rozczarowanie. Tym bardziej, że samo centrum było okropnie zniszczone, planty, wszystko leżało w gruzach.
            Moi znajomi, Piątkowscy, ich syn i moja siostra, byli narzeczeństwem, mieszkali na Wojska Polskiego, wówczas ulica nazywała się Wilhelmstrasse. Do nich właśnie jechałem. Budynek, który zajęli, był w bardzo ładnym stanie, byłem u nich trzy dni. Moi bliscy byli w Dęblinie, tam siedzieli kątem u rodziny. Zamieszkaliśmy tam razem na początku września na ulicy Międzychodzkiej, obecnie Mickiewicza. Ojciec jeszcze był w wojsku, w październiku dołączył do nas.
            Przyjechałem do Międzyrzecza, żeby się osiedlić. Było tutaj kilka rodzin od nas z Wołynia. Na Wołyniu przeżyłem trzy okupacje i rzeź w 1943 r. Ojciec pochodził z Dęblina, brał udział w wojnie z bolszewikami w 1920 r. Po wojnie polsko - rosyjskiej służył na kolei, zasiedlali wschodnie tereny i trafił do Dołgunowa.
            Zegarmistrzostwo po wojnie było zawodem bardzo poszukiwanym i przydatnym, jeszcze na Wołyniu się tego uczyłem. Pierwszy zegarmistrzowski zakład miał Jan Kijowski na ulicy Spółdzielczej. I tam się do niego zgłosiłem. On potrzebował pomocnika. Pracowałem u niego półtora roku. Był jeszcze jeden zegarmistrz ze wschodu z Kaługi i z nim założyliśmy zakład na ul.30.Stycznia. Wyrzucili nas stamtąd potem, on wyjechał, a ja zorganizowałem sobie warsztat, prowadziłem go od 1950 r. do emerytury, w kamienicy z jeszcze pruskiego muru. Teraz jest tam wolna przestrzeń między Restauracją Piastowską a Urzędem Skarbowym.
            Okres od 1945 – 50 r... Początki były bardzo trudne. Nadchodziła jesień, potem zima. Ciężki okres, nie było prądu. Jedynie w Suszarni była maszyna prądnicza. Stopniowo naprawiali przewody ale przeważnie się przy lampie siedziało. Trwało to dwa lata. Dopiero w 1947 r. Międzyrzecz został przyłączony do sieci ogólnopolskiej energetycznej.
            Byli tu ludzie z poznańskiego, ci byli tu najpierwsi, dużo było z Wileńszczyzny. Ziemiec z Kaługi, z którym pracowałem, też uczył się zawodu w okolicach Wilna, a w czasie wojny był w partyzantce AK. Sowieci wywieźli ich do Kaługi w rejonie Moskwy.
            Zegarki ludzie mieli przeważnie kieszonkowe, były ścienne, ręcznych raczej było mało, chociaż też się zdarzały. Były przestarzałej konstrukcji, pracy było sporo, części do nich dorabiało się ręcznie, miałem maleńką tokarenkę zegarmistrzowską. Teraz zegarek to jest taka rzecz, z którą zegarmistrz nie ma co robić, wówczas ludzie mieli dużo zegarków, były i tak zwane trofiejne, gdzieś tam zdobyte czy znalezione. Rosjan było więcej wiosną, jesienią już nie przynosili zegarków, przechodziła kompania, oddział, zatrzymywali się na dwa, trzy dni i szli dalej. Skoszarowali się w Kęszycy na wiosnę 1950 r.
            Nasz 17. Pułk piechoty zakoszarował się w listopadzie 1945 r., nawet byłem na tej uroczystości. Obecnych było sporo przedstawicieli instytucji. Już gimnazjum było, pierwszy dyrektor nazywał się Rosolak, na terenie szkoły był uniwersytet ludowy. Założył go dosyć wykształcony człowiek, radiotechnik, prowadził zakład naprawy aparatów radiowych, dobrze się z nim znaliśmy. Chodzili tam ci, którzy nie mieli możliwości zdobyć wcześniej wykształcenia, wykładała przez dwa lata m.in., pani Zatrybówna, matka pani Stopyry.
            Cudów się nie zarabiało, było na życie. Pierwszy materiał na garnitur kupiłem sobie w sklepie na rogu ulicy 30.stycznia. Do tej pory jest ten sklep, to był jeden z pierwszych sklepów zaopatrujących ludność w różne towary przemysłowe. Było dużo piekarni, około10, jedno i dwuosobowych rodzinnych zakładów, piekarnia Skrzek, Drożyny. Bardzo smaczny chleb piekli. W początkowym okresie chleb był na kartki.. Pierwsza wymiana pieniędzy była w 1950 r. jesienią, jedną złotówkę za sto, do pewnego limitu, jak ktoś miał więcej pieniędzy to stracił.
            Zegarmistrz jeszcze wtedy kamienie wyciągał z zegarka. Lepszy zegarek ma łożyska nie np. z mosiądzu, lecz z twardych kamieni półszlachetnych czy nawet szlachetnych, w którym pracują tryby i zamocowane są osie. W maleńkim krążku z otworkiem wewnątrz chodziła oś główna. Kamienie to były przeważnie rubiny. Potem w miarę rozwijania się przemysłu zegarmistrzowskiego od 1950 r. używano kamieni syntetycznych.
            Naprawdę dobry szwajcarski zegarek zdarzał się jak rodzynek w cieście. Były zegarki tak zwane cylindryczne, nawet nakręcane na kluczyk, były i złote koperty. W tym czasie kolekcjonerzy się obłowili, szczególnie po wsiach. Zegary były francuskiej produkcji, ale angielskie i niemieckie przeważały. Niektóre były piękne, stojące, też takie naprawiałem. One są długowieczne, ale w końcu też się zużywały. Za nie brałem większą opłatę, bo naprawa była skomplikowana i czasochłonna. W latach 50. była moda przerabiania kieszonkowych zegarków na ręczne, w Poznaniu zakłady wytwarzały koperty na ręczne zegarki i mechanizmy z kieszonkowych tam się przekładało, była to taka potężna cebula. Dorabiali koperty, tarcze, wskazówki do zegarków, nazywał się taki zegarek pasówką. Z tym było sporo roboty, dzięki temu praca była ciągła.
            Społeczeństwo w tym czasie było poróżnione, byli ludzie z Wileńszczyzny, z Wołynia, z Podola. Naprawiałem zegary też w Muzeum. Początkowo Muzeum, zanim zostało przeniesione tam, gdzie jest obecnie, było w budynku Kasyna. Kustoszem był Alf Kowalski.
            Działalność gospodarczą zakładało się w starostwie (potem w prezydiach) w wydziale przemysłu i handlu. Były z tym problemy, bo początkowo nie miałem uprawnień. Potrzebne było przynajmniej świadectwo czeladnicze, trzyletniego terminowania. Po wojnie przymykano na to oko, do egzaminu zostałem dopuszczony w 1947 r., w Poznaniu. Przewodniczący komisji nazywał się Herschke. Po zdaniu egzaminu otworzyłem zakład na rynku. Po 1950 r. zdałem egzamin mistrzowski.
            Pierwsze wrażenia po przyjeździe do Międzyrzecza było optymistyczne. W miarę upływu czasu zauważałem, że to nieduże miasto, w miejscu, gdzie jest osiedle "Centrum" stały nędzne parterowe chałupki. Przy końcu ul. Lipowej był długi budyneczek, poniemiecki. Moi koledzy, jeden z nich przyjechał w 1948 r. mieli tam zakład ślusarski, naprawiali wszystko, maszyny do szycia, rowery. Bywałem tam częstym gościem. Jeden się nazywał Węgrzyniak, drugi Retman, służył w 17. Pułku, był kierowcą. Już w 1945 r. jesienią, albo na początku 1946 r. założony został klub sportowy, w którym grał między innymi Stupiński, taki dosyć znany zawodnik piłkarski. Ja nie byłym czynnym sportowcem, ale miałem dużo kolegów, którzy grali.
             W 1950 r. zdobyłem motocykl, tak zwany Sahara, wojskowy pojazd, który Niemcy używali na Saharze w Afryce w czasie wojny. Wyremontowałem go, części do niego woziłem  z Poznania. Było bardzo mało motorów. Samochód miał właściciel restauracji, dzisiaj jest tam Dom Handlowy. Miał samochód jeszcze Chytry, który przyjechał z Międzychodu i przejął zakład ślusarski po Kominowskim. Potem Kominowskiemu zwrócili ten zakład.
            Starostwo miało pierwszy samochód, starosta nim  jeździł jako jedyny w Międzyrzeczu. Potem samochód, firmy DKW (tzw. dekawka, nasi przezywali go dykta-klej-woda), miał pan Jaworczykowski, i elegancki motocykl tej samej firmy. Samochód też miał Kufel, jeździliśmy nim z naszą drużyną na mecze. Tam, gdzie jest księgarnia "Bestseller" była, wtedy ulica się nazywała 22. Lipca, cukiernia, z pierwszym adapterem. Zbierała się tam młodzież, jedli lody i urządzali potańcówki. Głównym rozrywkowym lokalem była Strzelnica pana Komela, typowego Wilińszczanina, na obecnej ulicy 3. Maja. Potańcówki się odbywały w soboty i niedziele. Występowały zespoły artystyczne. Obok była łaźnia fińska, po kąpieli szli do restauracji na wódkę.
            Ludzie z poznańskiego, wiadomo, byli bardziej oszczędni. Ludzie ze wschodu, wydawało się, że nie kierowali się chytrością, byli bardziej szczerzy, niż miejscowi. Każdy człowiek garnie do siebie, miejscowi chcieli mieć i mieszkania ładniejsze. Oni byli jako pierwsi, zaraz po wkroczeniu wojsk radzieckich.
            Były też antagonizmy. Jeden był w UB, drugi w milicji... Ludzie ze wschodu raczej takich unikali, bo znali sowietów. Ludzie z aparatu uciskowego uważali się za coś lepszego, przeciwni ustrojowi raczej trzymali się na uboczu. We władzach typowo zabużańskich ludzi było mało. Pierwszy starosta Karaśkiewicz był z centralnej Polski.
            Myśmy byli przeciwnikami ustroju, jaki był, jako represyjnego. Do UB, Milicji, pchał się najgorszy element, sympatią na pewno ich nie darzyliśmy. Potrafili zatrzymać, wylegitymować, było to uciążliwe. Milicja początkowo była na Libelta, UB było w gmachu obecnej Policji. Była też taka organizacja, poza UB; Komisja specjalna do walki z przeciwnikami ustroju.

opracowała Iwona Wróblak

czerwiec 2010

czwartek, 5 listopada 2015

Leon Szymański – strażnik Pamięci…


             - Kwiaty trzeba złożyć – mówi Leon Szymański prezes Związku Kombatantów i Byłych Więźniów Politycznych. Położyć wiązankę pod  Pomnikiem Pamięci Weteranów II. Wojny Światowej Walczących za Wolność i Niepodległość Ojczyzny.
            Na Podzamczu szelest jesiennych październikowych liści spadających z okolicznych starych okazałych drzew. Mała grupka ludzi, starszych, pamiętających wojnę – i przekazujących tę Pamięć współczesnym… Usiłujących przekazać… Stefan Mazurek, Edward Kral – honorowy prezes ZŻWP,  Roman Kościelski sekretarz ZŻWP z wiązanką kwiatów, Kazimierz Kulas, jeszcze jeden z byłych żołnierzy zawodowych, ja i fotograf… Składamy je,  ukłon, cześć pamięci żołnierzom. Ktoś ma zapałki, znicze zapłoną…
            - To lokalne – mówi pan Szymański – dla uczczenia tradycji, dla żołnierzy tam poległych… Jest okrągła 70. rocznica bitwy pod Lenino. 12.10.1943 r.
12. października był od 1950 r. aż do 1992 r. świętowany jako Dzień Wojska Polskiego. Bitwa pod Lenino, którą w ten sposób upamiętniano, przedstawiana była wówczas jako jeden z największych sukcesów wojska polskiego w czasie drugiej wojny światowej i jeden z fundamentów Polski Ludowej. Jak wiele wydarzeń z polskiej historii XX. wieku jest to opowieść złożona i tragiczna.
Wraz z zerwaniem stosunków polsko-radzieckich w kwietniu 1943 r. Stalin postanowił stworzyć w ZSRR polski ośrodek polityczny alternatywny do  londyńskiego. W ten sposób powstał Związek Patriotów Polskich, na czele którego stanęła Wanda Wasilewska i Alfred Lampe. Następnym krokiem było powołanie polskich oddziałów wojskowych, które walczyłyby obok Armii Czerwonej. Decyzje w tej sprawie podjęto w maju 1943 r. Dowódcą dywizji formowanej w ZSRR został płk Zygmunt Berling, dyplomowany oficer armii II. RP, cieszący się zaufaniem NKWD. Miejscem formowania oddziałów polskich został w maju obóz w Sielcach nad Oką położony na wschód od Moskwy. Ostatecznie w pierwszej fazie formowano oprócz dywizji piechoty (w  składzie: 3 pułki piechoty i 1 pułk artylerii) także m.in. pułk czołgów, eskadrę myśliwską, batalion kobiecy im. Emilii Plater oraz oddziały pomocnicze. Łącznie (według etatu) było to 16 571 żołnierzy.
            Na każdym kroku robiono wszystko, by podkreślać polskość formowanych w Sielcach oddziałów. Według klucza patriotycznego wybrano także patrona nowej jednostki – Tadeusza Kościuszkę. Stanowił on połączenie cech bohatera narodowego i „postępowego”. Zwieńczeniem działań propagandowych była uroczysta przysięga żołnierska, złożona 15. lipca (w rocznicę bitwy pod Grunwaldem) i poprzedzona mszą świętą.
Bitwa ta stała się na długie lata po II. wojnie światowej symbolem "braterstwa broni i wieczystej przyjaźni między siłami zbrojnymi Rzeczypospolitej Polskiej a bohaterską Armią Radziecką". Dopiero po transformacji ustrojowej zaczęto wytykać liczne błędy, które popełniono przed i podczas walki. Zarówno wcześniejsze jak i późniejsze publikacje podkreślają, że w 1943 r. pod Lenino obficie polała się polska krew.
             Dywizja Piechoty wyruszyła na front 1. września 1943 r. Choć żołnierze nie dokończyli szkolenia bojowego (ćwiczenia zrealizowano później jedynie częściowo), brakowało oficerów i podoficerów (braki w kadrach uzupełniano wojskowymi radzieckim i żołnierzami po krótkich kursach), kolejny raz postawiono na symboliczną datę. Jak opisują historycy, gdyby planowo zakończyć przygotowania żołnierzy, wymarsz na front mógłby się zbiec z  dużo mniej fortuną dla Moskwy rocznicą - 17 września. 
70. rocznica bitwy pod Lenino - krwawego bojowego chrztu 1. Dywizji Piechoty im. T. Kościuszki.
Polski dowódca otrzymał od gen. Gordowa rozkaz natarcia na dwukilometrowym odcinku między Połzuchami a wzgórzem 215,5, dalej na zachód do  opanowania rubieży rzeki Paniewki, potem w kierunku Łosiewek i Czuriłowa. Po sąsiedzku, z lewej atakować miała radziecka 290. Dywizja Strzelecka (to w jej pasie było Lenino), z prawej - 42. Dywizja. Jak wynika ze wspomnień Berlinga, oba związki taktyczne były mocno osłabione i liczyły zaledwie około 4 tys. żołnierzy.
         ”Tkwiło tu gdzieś jakieś dramatyczne nieporozumienie. To, z czym się tu zapoznałem, nie wyglądało wcale na przygotowanie operacji zaczepnej armii, przypominało natomiast organizację pościgu za przeciwnikiem takim, jakim on był przed dwoma tygodniami, obitym i zdemoralizowanym. Nie  mogłem obronić się przed wrażeniem, że jestem świadkiem jakiejś przerażającej tragifarsy" - opisał po latach swoje przemyślenia podczas odprawy gen.  Berling. 
          Dywizja miała ruszyć w dwóch rzutach. W pierwszym, 1. pułk piechoty na lewym skrzydle, a 2. pułk na prawym; w drugim - 3. pułk piechoty. Piechotę powinien wspierać pułk czołgów. Opór Niemców miał natomiast skruszyć 100.minutowy ostrzał artylerii. Później planowano utworzyć wał  ogniowy przed piechotą, który jak tarcza pocisków ułatwiałby jej natarcie. W dniu bitwy plany te jednak zmodyfikowano, co miało fatalne skutki. Z kolei największą naturalną przeszkodą na drodze polskich żołnierzy była dolina rzeki Mierei - bagnista, szeroka na ok. 200 metrów i, jak się wkrótce okazało, niemożliwa do przejścia dla czołgów bez wcześniejszego przygotowania. Po przeciwnej stronie linii frontu znajdowała się dobrze uzbrojona niemiecka 337. Dywizja Piechoty, która liczyła ok. 18 tys. ludzi i mogła liczyć na wsparcie ciężkich dział oraz lotnictwa. Niemcy sprawnie wykorzystali swoje atuty.
Według przekazów, idący do bojowego chrztu "kościuszkowcy" mieli zrobić ogromne wrażenie na Sowietach - wyprostowani, w równej tyralierze, strzelali z marszu. Udało im się opanować pierwszą linię wroga, a potem wzgórze 215,5. Zupełnie inaczej wyglądało to na pasach natarcia sąsiednich radzieckich dywizji, które szybko zaległy. Z godziny na godzinę sytuacja zaczynała się bardziej komplikować. Czołgi grzęzły w błotnistej dolinie Mierei, pozostała część próbowała się przeprawić okrężną drogą. Wywiązały się ciężkie walki. Gdy mgła nad polem walki opadła, do akcji wkroczyło niemieckie lotnictwo. Ataki z powietrza gromiły piechurów. Choć 1. dywizja włamała się ok. 2 km w głąb niemieckiej obrony, brak sukcesów radzieckich dywizji sprawił, że znaleźli się oni w sytuacji, która pozwalała Wehrmachtowi na dotkliwe ostrzały. Jeszcze kilkakrotnie ponawiano próby opanowania planowanych celów. Po południu, gdy sytuacja na froncie była bardziej wyraźna, żołnierzy wsparła artyleria dywizji, a 1. pułk - kompania czołgów. Z  czasem zaczęło jednak brakować amunicji i żywności, a przybywać poległych i rannych, których ewakuacja również kulała. 
Straty wśród Polaków były wielkie. Według oficjalnych danych, ofiary stanowiły 23 proc. stanu dywizji - ponad 3 tys. ludzi, z czego 510 zginęło, 1776 zostało rannych, ok. 650 zaginęło, a 116 zostało wziętych do niewoli. Stanisław Jaczyński w publikacji "Wojsko polskie w ZSRR w 1943 roku wobec powstającego systemu władzy" pisze, że straty były porównywalne do innych ciężkich bojów radzieckich dywizji. Jednak w przypadku niedawno sformowanej polskiej dywizji były to ogromny cios. Po stronie niemieckiej zginęło 1500 żołnierzy. 
Błędy atakujących można mnożyć po każdej ze stron i na każdym niemal szczeblu dowodzenia. Źle przygotowana przeprawa przez dolinę Mierei, dotkliwe braki amunicji, fatalnie działająca łączność…
- Bitwa została gruntownie zakłamana w czasach PRL-u. Polskie pododdziały wysłano na najgorszy odcinek frontu i poniosły ogromne straty. Stalin w  ten sposób wypróbowywał cierpliwość i gotowość do walki tych nieszczęsnych ludzi, których najpierw powsadzał do łagrów, a potem łaskawie wypuścił, by z nich zrobić mięso armatnie – powiedział prof. Wojciech Roszkowski. - Tragedia, bohaterstwo pod przymusem tych żołnierzy powinny zostać upamiętnione. Szeregowiec, który idzie na śmierć, zasługuje na szacunek. (…) Natomiast sens wojskowy był żaden, to była cześć planu politycznego Stalina - przygotowania zaplecza jak najwierniejszych, jak najbardziej oddanych i bezwzględnie lojalnych kadr, które tworzyły PRL - dodał historyk.
Z mojego wywiadu z panem Leonem Szamańskim w dniu 12.10.2013 r. pod Pomnikiem na Podzamczu:
Leon Szymański prezes ZKiBiWP -  ….karta historii… świat idzie z postępem, my zapominamy. Jak i dziś - pamiętamy o 1.września?
 Ja - Czy warto pamiętać o tej bitwie pod Lenino? Była krwawa, niepotrzebna być może, warto pamiętać?
Leon Szymański – Ta pod Lenino? Na pewno była niepotrzebna. Na pewno warto pamiętać.
Ja - Bo ludzie zginęli? –
L.SZ. - Właśnie niepotrzebnie…
Ja - Ale trzeba im oddać cześć?
L.Sz. - Tak.. oczywiście… jak nas nie będzie, to pomniki zostaną…zostanie nasze dzieło, tak szybko nie ulegnie dewastacji. Widzi pani tą tablicę? To  wszystko sam zrobiłem, prawie rok to robiłem.
Ja  - Tak?
L.Sz. - Tak….sam. Nikt nie pomagał, tylko zrobił syn kolegi cokół. Ciąłem proszę pani te części, spawałem, szlifowałem, polerowałem. Z drugiej strony,  widzi pani, ktoś potłukł tego orla… Całe też ogrodzenie zrobiłem..
Ja - Od ilu lat Pan składa tutaj kwiaty?
L.Sz. - Zawsze proszę pani… odkąd pomnik powstał. W 1964 r. został odsłonięty, poświęcony. Od tego czasu wszystkie święta, jak dzień zakończenia wojny, dzień kombatanta, weterana, 1.września. Dawniej sporo ludzi przychodziło… W rocznicę bitwy pod Monte Cassino też, żeby nie powiedzieli, że  uważamy tylko 12.paźniernika.
Ja - Trzeba odczarować święta, rocznice, gdzie zginęli nasi żołnierze -- od polityki?
L.SZ. - Oczywiście… widzi pani (wskazuję ręką)…robiłem tam oświetlenie, przy pomniku jest prąd teraz..

Z (krótkiego) przemówienia pana Szymańskiego: (wybrzmiewał właśnie Sygnał z wieży Ratusza o 12.00)
Pan Szymański - … już nikt nie przyjdzie więcej, więc … zaczynamy…
            - Szanowna pani redaktor zebraliśmy się tu, aby wspomnieć naszych rodaków, którzy przed 70.laty stoczyli ciężki bój na białoruskiej ziemi pod  Lenino. Bój to był podobno, tak historycy twierdzą, tak źle przygotowany, źle dowodzony, że niepotrzebnie tam zginęło tylu. Nasza pamięć, chociaż nas  tylko garstka tu jest, jest dla Nich, których garstka jeszcze w Polsce żyje. Póki my żyjemy, złożymy w celu złożenia im pamięci - kwiaty, hołd dla nich.  Ktoś może z obecnych powie słowo?… no to zapalmy znicze… może ktoś ma zapałki?…  Kazimierz Kulas przeczytał kilka zdań, dwa wiersze poezji.

Iwona Wróblak
listopad 2013