Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katarzyna Sztuba-Frackowiak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katarzyna Sztuba-Frackowiak. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 sierpnia 2025

 

Kęszyca Leśna – I Dzień Kultury kęszyckiej


W Kęszycy od czasu jej powstania, po wyjeździe Rosjan, byli niespokojni ludzie o aspiracjach społecznikowskich i artystycznych, jak np. Stowarzyszenie „Kęszyca Leśna - Sobie i Sąsiadom”. I Dzień Kultury w Kęszycy Leśnej – bogaty w satysfakcjonujące wydarzenia kulturalne i artystyczne.

Kęszyca 10, dom artystki malarki Renaty Tubielewicz, duże pomieszczenie - dzisiaj z miejscami dla widowni, która nie zawiodła, obwieszone obrazami jej autorstwa, w charakterystycznym dla niej stylu, widzieliśmy je już kiedyś na wernisażu w MOK, to tu będzie miał miejsce recital piosenki autorskiej a potem spotkanie z historyczką Katarzyną Sztubą – Frąckowiak. Zaśpiewają i zagrają zaproszone na wydarzenie: Joanna Kardela–Kuzak wokalistka z Wrocławia, i akompaniująca jej na instrumentach klawiszowych Ewa Rubinowska, w programie piosenki znanych artystów, i własne - w bardzo dobrym wykonaniu. Klasę pianistki widać, kiedy gra np. wiązankę utworów G. Gershwina, J.S. Bacha; duża porcja profesjonalnej muzyki.

Młode kęszyckie pokolenie – Hania Kuś i próbka jej twórczości prozatorskiej; o narodzinach jednej z historii dziejącej się tu i zawsze, w nurcie fantasy, bogate słownictwo, duża kultura literacka. Patrycja Mierzejewska – poetka i prozaiczka, i pomysłodawczyni I Dnia Kultury Kęszyckiej, która będzie prowadzić wywiad z Katarzyną Sztubą-Frąckowiak – autorką książek o dziejach szpitala psychiatrycznego w Obrzycach - mówi, że chciałaby tak umieć pisać w wieku 12 lat... Panią Patrycję pamiętam z jej wieczoru autorskiego w międzyrzeckiej Bibliotece Publicznej, jej bardzo dobre wiersze.

Katarzyna Sztuba–Frąckowiak - autorka książek, m.in. „Od Obrawalde do Obrzyc 1904–2024. Historie prawdziwe” i „Szpital Psychiatryczny w Obrzycach 1904–1945. Cienie z przeszłości”. 6 lat temu, jako nauczycielka historii w międzyrzeckim L.O., wzięła udział w pilotażowym programie nauki historii współczesnej na przykładzie regionalnego jej fragmentu – ludobójstwa w Obrzycach/Obrawalde. Obrzyce jeszcze dzisiaj mają specyficzną przyciężką aurę traumatycznych wydarzeń, śmierci 10 – 18 tys. chorych pacjentów psychiatrycznych, których zabito m.in. zastrzykiem skopolaminy. Aurę cierpienia tysięcy osób w tym miejscu.

Wymiana ludności, jaka się dokonała w naszym regionie na mocy powojennych traktatów, zostawiła ślad, którego nie zakrył kurz czasu. Niemiecka historia tego miejsca, początkowo będącego nowoczesnym szpitalem psychiatrycznym, płynnie przenika w dzisiejsze umysły – ostrzegając, że ludobójcza ideologia machiny państwowej, jaką była zaplanowana zbrodnia państwa nazistowskich Niemiec, może zmienić człowieka w mordercę.

Pani Katarzyna uwielbia pracę w archiwach, mozolne odczytywanie starych dokumentów, teczek osobowych, badanie losów ludzi, którzy przewinęli się przez szpital, zna wszystkie publikacje poprzednich kwerendarzy, wyciąga wnioski. W latach powojennych Niemcy otworzyli się na konfrontację ze swoją mroczną historią wojennej eutanazji, Akcji T-4; polityki nazistowskich Niemiec budowania aryjskiego narodu zdrowych i przez to potrzebnych państwu obywateli, oczyszczonego z elementów nie rokujących nadziei jako podatnicy płacący podatki, gdzie chorzy i starzy byli „niepotrzebnymi bytami”, więc należało ich unicestwić...

Kim były pielęgniarki w Obrawalde, zabijające swoich pacjentów? Ich sylwetki, biografie są „cieniami przeszłości”, kobietami awansującymi z nizin społecznych, które dostały w szpitalu upragnioną pracę, ale nie tylko takimi były – zwyczajne, rzucone w odmęty wielkiej Historii... Niekoniecznie Niemkami, Polacy również tam pracowali, pograniczne Obrawalde było dwujęzyczne, leżało na terenie objętym wpływami przenikających się nacji.

Historie ludzkie z kwerendy archiwalnej, pani Katarzyna ma ich naręcza, są ciekawe jako studium ludzkiej psychiki, czekamy, jak też osobiście, na następne książki – opracowane naukowo tłumaczenia dokumentów, życiorysów. To są książki – publikacje stricte naukowe - wnoszące wiele do wiedzy powszechnej.

Po ciekawym wywiadzie z panią Katarzyną – czas na wernisaż. Wystawa malarstwa Renaty Tubielewicz (Tubiele). Kolorowe prace w większym gabarycie. Pani Renata mówi o nich, że je - pisze... Fragmenty z Książki swojej, jak plastyczny kadr z filmu o kraju, w którym była, o ludziach, których tam poznała, z ich osobistą historią, emocjami i otaczającą przyrodą, jako nieodłącznym komponentem Scenerie opowieści zatrzymanego czasu, codziennych emocji, czasu bezsłownego, bez pytań niepotrzebnych, bo mowa mogłaby zaburzyć percepcję osobistą - przeżywania i utrwalania na płótnie z pełną pasją odkrywcy, bardzo barwnych i kolorowych jak pani Renata, radujących się z odkryć, z poznania jako takiego.

Ciekawy i twórczy I Dzień Kultury (w) Kęszycy, mogący zadowolić bardzo wybredne gusta. Czy będą następne takie? Mamy nadzieję.


Iwona Wróblak

sierpień 2025 r.
























 


poniedziałek, 2 września 2024

 

Jasne i mroczne strony w historii Obrzyc – Obrawalde


120 lat historii Obrzyc – Obrawalde. Od nowoczesnego na tamte czasy zakładu dla obłąkanych, gdzie chorzy otoczeni byli życzliwością i opieką personelu, po obóz zagłady w typie Auschwitz czy Treblinki. Personelu ZAWSZE posłusznego poleceniom przełożonych, bo jak mówi pani Katarzyna Sztuba-Frąckowiak – Oni/przełożeni byli mądrzejsi (od personelu), więc kiedy najpierw kazano im opiekować się/leczyć chorych ludzi, potem – zabijać, wykonywali polecenia. Czy to charakter narodowy, czy oportunizm ludzki, zniechęcający do samodzielnego myślenia? Awans społeczny kobiet-morderczyń, kompleksy ludzi z nizin – ich usprawiedliwiał...? Nie wszystkie zostały po wojnie ukarane – z powodu upływu lat objęła je amnestia. Historie prawdziwe.

Piękne są Obrzyce, dzisiaj też. Obiekt położony jest w lesie-parku, historyczny rys tego pięknego założenia architektonicznego z początku XX wieku jest zachowany, murów z czerwonej cegły nie otynkowano (jak to się dzieje w podobnych obiektach np. w Niemczech), sosnowy las otula ciszą starych drzew, ich mroczną tajemnicę, masowe groby - 10 tys. ludzi, niepotrzebnych ówczesnemu społeczeństwu... Nieproduktywnych w punktu widzenia nazistowskiej ekonomiki społecznej, jako balast w „zdrowym” społeczeństwie generujący koszty ich utrzymania.

W Bibliotece Publicznej dużo słuchaczy, kolejka po książkę Katarzyny Sztuby-Frąckowiak, spotkanie autorskie połączone z promocją jej książki „Od Obrawalde do Obrzyc. 1904 - 2024 Historie prawdziwe”. Przedtem o tym zakładzie psychiatrycznym ukazywały się artykuły o Obrzycach w prasie regionalnej i na portalach społecznościowych, pani Katarzyny i innych autorów, też niemieckich, np. na sesjach historycznych, teraz tematyka została całościowo ujęta w formie naukowej publikacji. Ogromna erudycja autorki będąca pokłosiem kwerend w archiwach polskich i niemieckich.

Fascynacja Obrzycami zaczęła się niedawno, w 2018 roku. Obiekt jest dobrym pretekstem do zwiększenia atrakcyjności lekcji historii, którą łatwiej jest zrozumieć na przykładzie regionalnych zabytków. Mroczne lata 1943-45, wynaturzenie ideologii totalitarnych, i przeszłość Obrzyc/Obrawalde. Dla Niemców to brakujące, jak mówi pani Katarzyna, ogniwo w poznaniu historii najnowszej; losy wielu z ich bliskich kończą się na enigmatycznej wiadomości, że „ich gdzieś wywieźli i ślad zaginął”.

Historia Obrawalde zaczęła się w 1904 r, kiedy powstał, zatopiony w zieleni starego sosnowego lasu, bardzo nowoczesny jak na tamte lata, leczniczy 4 Zakład Dla Obłąkanych w Prowincji Poznańskiej; w formie symetrycznej osiowej zabudowy pawilonowej, w założeniu podzielony na część żeńską i męską. Był medyczną nowinką znajdującą się w centrum zainteresowań opinii publicznej. Światowej sławy lekarz psychiatra Ludwig Scholz z Bremy był jego pierwszym dyrektorem, i autorem nowoczesnych metod terapii wzorowanych na zachodnich wzorcach, spisanych w formie podręcznika dla personelu medycznego, placówka pod jego rządami kwitła przez 20 lat.

Traktowany przez pensjonariuszy jak sanatorium Zakład cieszył się prestiżem społecznym, trudno było dostać tam pracę, personel był dobrze wynagradzany, z dodatkami w postaci kiełbasy, pieczywa, co było ważne w czasie trwającego wtedy kryzysu ekonomicznego. Szpital bardzo się różnił od innych tego typu miejsc, gdzie ludzie niepełnosprawni umysłowo byli źle traktowani, stygmatyzowani, izolowani społecznie, zamykani w komórkach. Zajęcia dla pacjentów w Obrawalde obejmowały wizyty w obrzyckiej sali kinowej, w kręgielni, czytelni, uczestniczyli w działalności teatru amatorskiego, brali kąpiele w basenach, a codzienna gimnastyka dobrze oddziaływała na ich zdrowie – przestrzegano skrupulatnie schematu zajęć, przy życzliwej obecności nadzorującego personelu. Sale dziennego pobytu miały wygodne łóżka z materacem, wyposażone medycznie, z kranem z wodą, podłogi wygłuszone linoleum, łazienki wyłożone kafelkami, z umywalkami, bidetami, pisuarami. W sali jadalnianej wszyscy, razem z personelem, spożywali posiłki.

W Punkcie pocztowym wysyłano do rodziny pocztówki ze szpitala, w zachowanych dokumentach pacjenci są zadowoleni z rekonwalescencji. W Regulaminie Zakładu był zapis o szacunku dla godności pacjenta, ich zdrowie i samopoczucie w placówce najważniejsze. Na oddziale przyjęciowym dbano o czystość, przyjmowanego pacjenta dokładnie myto, po czym lekarz badał go i kierował na odpowiedni oddział.

Drugi dyrektor Zakładu dr Hermann Simon propagował teorię aktywnego leczenia, którego celem było zwrócenie leczonego człowieka społeczeństwu, nauczenie prostych prac, zawodu – np. dla kobiet zajęć w obrzyckich gospodarstwach folwarcznych. Funkcjonowała 2. letnia szkoła pielęgniarska. Duchową opieką i wsparciem, którego potem zabrakło, kiedy kościół obrzycki zamieniono na lazaret dla żołnierzy niemieckich, były praktyki religijne. Wyznanie wpisywano w kartę przyjęć – ewangelickie, katolickie czy judaistyczne, zmarłych chowano w odpowiednich do wyznania kwaterach. Symultaniczny kościół obrzycki na przemian oferował nabożeństwa w trzech wyznaniach, pacjenci uczyli się pieśni modlitewnych. W zakładowej kuchni przygotowywano też posiłki koszerne, obchodzono święta religijne.

W oddziale 6., w pałacyku, leczono dzieci z gruźlicą, i po chorobie polio, przeznaczano na to duże środki finansowe. 6. tygodniowy turnus leczniczy przewidywał naświetlanie, leżakowanie, baseny, zabawki, naukę, książki, nawet prezenty na Boże Narodzenie. Najgorzej finansowany był Dom Starców, ale i ich też traktowano, w początkowym okresie, z szacunkiem. Chowani byli na cmentarzu przyszpitalnym.

W kuchni w Obrawalde pracowały także pacjentki, pielęgniarzami byli Niemcy i Polacy, oprócz pensji dostawali przydziały kiełbasy i piwa. Zakład, niezależny finansowo, nie był obciążeniem dla niemieckiego podatnika, jako fabryka jedzenia na potrzeby kuchni szpitalnej; w folwarkach uprawiano zboże, warzywa; kapustę, ziemniaki, hodowano świnie, drób, krowy. Pacjentki wyplatały koszyki z wikliny, w szwalniach haftowały, szyły pościel i odzież...

Obrzyckie kobiety – dr Hilda Wernicke, była lekarzem psychiatrą, na zdjęciu z pracownicami i dziećmi na trawie jest uśmiechnięta, potem wstąpiła do NSDAP i kościoła ewangelickiego, i stała się, jak inne, demonem śmierci.

Akcja – T4, rok 1943 – 44, nazizm, ideologia sprzeczna z dotychczasowymi ideami terapii w do tej pory nowoczesnym Zakładzie dla Obłąkanych Obrawalde. Tak zwany niemiecki darwinizm, jego totalitarne wynaturzenie – apologia silnych, aryjskich ludzi, budujących świetlaną przyszłość III Rzeszy, która nie potrzebuje darmozjadów, tylko żołnierzy na front. Nowym dyrektorem, z nadania partyjnego NSDAP, został w 1941 r. Walter Grabowski, z zawodu kupiec, walczył w I wojnie światowej; w otoczeniu lekarzy psychiatrów w Obrzycach odczuwał kompleksy z powodu braku odpowiedniego dla stanowiska wykształcenia.

„Śmierć z łaski”, eugenika negatywna, rozszerzone zostaną kompetencje lekarzy, stworzona lista ośrodków zagłady w wybranych szpitalach. Mordowanie zaczęło się od dzieci, pacjentów nieuleczalnie chorych. Pielęgniarki wykonywały polecenia lekarzy, chociaż nigdy nie wydano odpowiedniej rządowej ustawy o negatywnej eugenice, bezgranicznie ufały przełożonym. W Regulaminie był zapis o bezwzględnym i bezdyskusyjnym nakazie posłuszeństwa personelu wobec władz, na zachowanych zdjęciach pielęgniarki przysięgają na wierność Adolfowi Hitlerowi.

Na bocznicę w Obrawalde przybywały transporty ludzi z III Rzeszy z 26 miast. Kapo zarządzała na oddziałach, pielęgniarki przeciążone „pracą”, szpital był przeznaczony na 2 tys. ludzi, w tym czasie przewinęło się przez Zakład 5 tys. osób, podawano Luminal, lek uspokajający w śmiertelnej dawce, i Skopolaminę, osobom starszym, politycznie podejrzanym, weteranom wojennym, taśmowo mordowano ludzi. Zginęło 10 tys. osób. Kryje ich zbiorowa mogiła.

Dalsze dzieje Szpitala to wyzwolenie przez Armię Radziecką, potem przejście obiektu pod administrację polską, nowy rozdział historii tego miejsca. Na spotkaniu z panią Katarzyną Sztubą-Frąckowiak była obecna dyrektorka Samodzielnego Publicznego Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Międzyrzeczu-Obrzycach Ewa Lewicka-Michalewska. W Obrzycach, w historycznej sali kinowej, byłam na koncertach muzyki klasycznej, miały tam miejsce międzynarodowe sesje historyczne, obecnie wdraża się, jak mówiła obecna dyr. Obrzyc, nowe terapie dla chorych.


Iwona Wróblak

wrzesień 2024 r. 















poniedziałek, 27 czerwca 2022

 

Waleria Misiewicz – dumna chłopka z przedwojennego Pogranicza


Wielu rzeczy nie wiemy o ludziach mieszkających przed laty na ziemi, której obecnie My jesteśmy gospodarzami. Odchodzą od Nas cicho. Stworzyli i zapisali swoim życiem historię. Tę wielką i tę lokalną – obydwie bardzo ważne – dla Naszej tożsamości...

Niesamowite życiorysy wplątane w (H)historię Polski i Europy. Lokalni bohaterowie warci poznania. Waleria Misiewicz – kobieta zwyczajna i niezwyczajna. Kobieta jakich wiele... Na prelekcji w Bibliotece Publicznej w Międzyrzeczu, promując swoją książkę, opowiadała o niej Katarzyna Sztuba-Frąckowiak.

Historia powszechna nas przytłacza. Waleria Misiewicz pochodziła z małej wioski Szarcz położonej niedaleko Pszczewa. Lubiła konie... Urodziła się w 1901 r. na terenie cesarstwa niemieckiego. Zmarła w 1987 roku w DPS w Wolsztynie, już w swojej wymarzonej powojennej „ polskiej wolnej” Polsce... Całe swoje życie poświęciła walce o to - w czasie, kiedy polityka władz niemieckich dążyła do germanizacji każdego przejawu życia społecznego; od zapisów imion i nazwisk w księgach metrykalnych po szykany za próbę realizowania prawa mniejszości narodowej do mówienia w swoim języku.

Misiewicz pochodziła z chłopskiej, dobrze prosperującej, bogatej na owe czasy rodziny z Pogranicza, która dzięki posiadaniu 80 ha ziemi była w miarę niezależna od władz, w odróżnieniu od ogółu mniej zamożnych Polaków, zmuszonych egzystować w społeczeństwie, gdzie przepisy prawne zostały tak skonstruowane, by Polacy nie mogli się wybić – ekonomicznie, politycznie. Dla tej grupy mniejszościowej z urzędu przeznaczone były stanowiska słabo opłacanych robotników fizycznych.

Waleria miała ośmioro rodzeństwa. Byli pruskimi poddanymi. Razem z siostrą chodziła do pruskiej szkoły, gdzie nie miały prawa mówić po polsku. Polska kultura przedstawiana im była jako ta zdecydowanie niższa od niemieckiej. Ojciec jej Stefan pielęgnował w domu tradycje patriotyczne, mówiono w ojczystym języku, rodzina ta otwarcie eksponowała swoje poglądy.

W ich lokalnej historii rodzinnej przewijał się wątek wojenny. I wojna światowa wybuchła 28.07.1914 r. Niemcy nie spodziewali się swojej klęski, i tego, że stracą terytoria i kolonie, będą płacić przez wiele lat reperacje wojenne. Polacy na ziemiach pruskich popierali aliantów, nie Niemców, rodziła się nadzieja na nowe rozdanie Historii, odzyskanie utraconej niepodległości. W Berlinie wybuchła, inspirowana przez ZSRR, rewolucja komunistyczna, nastał powojenny chaos, co miało wpływ na wybuch powstania 1918-1919, w Wielkopolsce nasiliły się działanie antyniemieckie. 27.12.1918 r. do Poznania przyjechał Ignacy Paderewski, swą wizytą wywołał ducha walki o niepodległość...

Szarcz należał do Prowincji Poznańskiej. Komisja ustalająca pow I wojnie światowej nowe granice kierowała się zasadą etniczności. W powiecie międzyrzeckim – Międzyrzeczu, Skwierzynie, przeważała ludność niemiecka, koloniści z Brandenburgii, powstańcy nie mieli dla siebie oparcia w działaniach zbrojnych, marzenie ojca Walerii o Polsce nie miało się spełnić. W myśl postanowień Traktatu Wersalskiego Szarcz, Pszczew, Zielomyśl pozostały w Prusach, działacze polscy obawiali się wywłaszczeń, więzień. Ale pisali do Komisji traktatowej prośby, petycje. Stan ten wydawał się tymczasowy, utworzono sztuczny twór: Marchię Graniczną, która w założeniu niestety miała być potem włączona do Prus. Polacy tam mieszkający nie posiadali praw należnych mniejszości etnicznej, taką jaką mieli Niemcy mieszkający w Polsce, więc zakładano polskie banki i spółdzielnie, organizacje samopomocowe.

W 1922 r. powstał Związek Polaków w Niemczech, pomagał rodakom w procesach prawnych, dążył do uchwalenia w parlamencie niemieckim ustawy o powstaniu szkół polskich, co nastąpiło w końcu i szkoła taka mogła powstać, jeżeli było ponad 20 chętnych do nauki dzieci. Było to trudne w obliczu ekonomiczno-politycznych szykan dla rodziców straszonych przez pracodawców groźbą utraty pracy – w dobie dotkliwego kryzysu w Niemczech - z tytułu posłania dzieci do polskiej szkoły. Powstało Towarzystwo Czytelnia Ludowa, Towarzystwo Robotników Polskich - szkoła i uczelnia, z Poznania przysyłano polskie książki. Na plebani w Pszczewie powstała biblioteka, skąd można je było wypożyczać, cieszyły się popularnością także wśród ludzi niewykształconych. Niemiecki proboszcz parafii ks. Maksymilian Kruk większą ich część spalił, co wywołało oburzenie Walerii Misiewicz, która ocalałe woluminy zabrała do swego domu, zbiór na nowo opracowała, wypożyczała, i zaczęła prowadzić tajne nauczanie. Pisała listy, raporty do konsula RP. Polski konsulat w Pile pomagał jej, udzielał wskazówek, finansował (razem z okolicznymi bogatymi chłopami z Pogranicza) dzieciom wycieczki do Polski, by poznawały rodzimą kulturę, jej zabytki.

W 1938 r. Waleria pojechała na Zjazd Związku Polaków w Niemczech do Berlina. Monity do biskupa w Pile w sprawie odprawiania mszy w języku polskim nie przyniosły sukcesu, także wizyta w Watykanie, gdzie przyjął Walerię proniemiecki nuncjusz, nie zmieniła stanu rzeczy – msze św. były niemieckie, więc Polacy na nabożeństwa jeździli bryczkami do Polski...

Wobec szykan władz pruskich wobec zamierzeń organizowania szkół polskich powołano Towarzystwo Szkolenia Rolniczego, gdzie oprócz kursów rolniczych, podnoszących kulturę uprawy roli, starano się realizować zadania edukacyjne, mówiono po polsku.

W czasie wojny zginął w obozie brat Walerii Ludwig Wittchen, ciała jego nie pozwolono jej zabrać, przywiozła jedynie sygnet, listy obozowe od niego były dla niej cenną pamiątką. W czasie wojny innych członków jej rodziny aresztowano za działania antyniemieckie.

Po wojnie Misiewicz jako autochtonkę i przedwojenną posiadaczkę ziemską postponowano w rządowej i lokalnej propagandzie, władze komunistyczne ze 100 ha ojczystego gospodarstwa pozostawiły jej jedynie 10 ha. Obowiązkowe kontyngenty dostaw zbóż i zwierząt gospodarskich były dla niej olbrzymim ciężarem, za niewywiązywanie się z nich trafiła do więzienia. Dodatkową przykrością było dla niej wysłuchiwanie uwag od Niemców w Szarczu, którzy śmiali się z jej zaangażowania w kultywowanie polskości, którego zapłatą przez polski powojenny rząd było – ubóstwo ekonomiczne i polityczne prześladowania. Waleria Misiewicz do końca swoich dni mieszkała razem ze swoją siostrą Marią w Domu Pomocy Społecznej w Wolsztynie.


Iwona Wróblak

czerwiec 2022







niedziela, 20 marca 2022

 

Ziemia w Obrzycach skrywa prochy tysięcy zamordowanych


Jak to się stało, że Obrawalde z przyjaznego pacjentom szpitala psychiatrycznego w ciągu kilku lat przekształcił się w obóz śmierci? I kim byli ci, którzy brali udział w eksterminacji? W masowym zabijaniu pacjentów uczestniczył prawie cały personel medyczny, przedtem odnoszący się do swoim podopiecznych z szacunkiem i czułością. Co się stało z (C)człowiekiem…?

Katarzyna Sztuba-Frąckowiak, w sali portretów trumiennych Muzeum im. Afa Kowalskiego w Międzyrzeczu, starała się odpowiedzieć na te pytania. Bez odwoływania się do mitycznego „charakteru narodowego” Niemców. Prawda bywa bardziej banalna… Jaką jest banalność zła.

Korzyści finansowe. Możliwość szybkiego awansu społecznego. Poczucie władzy... Zagrożenie utratą pracy. Ideologiczne, tzw. patriotyczne, czy raczej – nacjonalistyczne, usprawiedliwienie zbrodni, PR sączony od lat 30. ubiegłego wieku w środkach masowego przekazu w Niemczech. Bardzo łatwo, okazuje się, jest kogoś (wroga), grupę ludzi, odczłowieczyć…

80 lat temu w lesie obrzyckim, na terenie dzisiejszego Samodzielnego Publicznego Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Obrzycach (niem. Obrawalde) zginęło co najmniej 10 tysięcy ludzi, w przeważającej części Niemców, zabitych zastrzykiem skopolaminy. Niepełnosprawni, chorzy psychicznie, nie rokowali, dla ówczesnego społeczeństwa niemieckiego, korzyści ekonomicznych wynikłych ze swego istnienia. Nie zapracowaliby na chleb... Zabijano ich zatem, dla ich „dobra”, z litości... Tak twierdziły nawet (niektóre) niemieckie autorytety psychiatryczne.

Do (dużej) części społeczeństwa niemieckiego, borykającego się wtedy z kryzysem ekonomicznym, taka argumentacja trafiała. Była wygodna...? Zwalniała z myślenia (i współczucia)? Dzisiaj, bywa, też tak się dzieje. Byle nie opuścić swojej strefy komfortu psychicznego (nie sprzeciwić się...). Bo Wódz nie może się mylić...

Obszerny wykład Katarzyny Sztuby-Frąckowiak. Obrawalde powstało w 1904 r., było perłą architektury swego czasu; dzielnica willowa zbudowana z czerwonej cegły, zanurzona w zieleni. Samowystarczalna osada z bocznicą kolejową, własnymi rolniczymi folwarkami, ogrodami, warsztatami, w których pracowali podopieczni, miała ujęcie wody, kotłownię, pralnię, kuchnię szpitalną. Istniała szkoła i przedszkole. Osobne pawilony dla chorych - warunki, które miały przywrócić im zdrowie psychiczne i godność. Dużą wagę przykładano do rodzinnych, ciepłych relacji między chorymi a personelem. Chęć pomocy, szacunek, czułość... Przygotowanie pacjentów, często odrzucanych przez swoich bliskich, po wyzdrowieniu, do życia społecznego. Praca jako remedium na choroby psychiczne, terapia pracą – taka obowiązywała w Obrawalde doktryna medyczna... Na zachowanych zdjęciach zobaczyliśmy siedzące na trawie na kocykach roześmiane niemieckie pielęgniarki ze swoimi dziećmi.

Wąskie uliczki Obrawalde tętniły życiem, rozbrzmiewały śmiechem dzieci. Kąpano się w basenie, chodzono do kręgielni, do kina, na spektakle, w których grali mieszkańcy osady, czytano książki i czasopisma. Brano udział w nabożeństwach w obrządku katolickim, protestanckim i żydowskim. Sielanka nie trwała jednak długo. Potem (prawie w całości) ten sam personel medyczny zabijał osoby, którymi przysięga Hipokratesa nakazywała się opiekować.

Akcja T4, nazwana tak od siedziby jej pierwszych kierowników - w willi przy berlińskiej Tiergartenstrasse 4 w dzielnicy Mitte, rozpoczęła się w 1933 r. Wytypowano sześć ośrodków, w których dokonywano mordów na osobach tzw. niepełnowartościowych rasowo, i innych, którzy uważani byli za niewygodny balast ekonomiczny dla „zdrowego” społeczeństwa. Rozszerzeniu (na prawo do decydowania o życiu lub śmierci) uległy prawa lekarzy. Społeczeństwo niemieckie, w milczącej zgodzie, w swej większości, nie protestowało...

1941 r. Akcja T4 rozpoczęła się w Obrawalde, kiedy dyrektorem szpitala został Walter Grabowski, zdeklarowany członek NSDAP. Wprowadził klauzurę milczenia, zakaz informacji o wydarzeniach w podległej sobie placówce. Posłuszeństwo w wykonywaniu jego zbrodniczych poleceń było trampoliną do awansu zawodowego. Umiał skutecznie indoktrynować personel w duchu obowiązującej wtedy państwowej ideologii nazizmu, manipulować ludźmi wyszukując ich słabe punkty. W 1942 r. do Obrawalde zaczęli przyjeżdżać z Niemiec pacjenci do uśmiercenia... Zabijano ich wyniszczającą pracą i brakiem pożywienia. Masowe groby w lesie obrzyckim odkryto tuż po wojnie. Kilku zbrodniarzy wojennych osądzono w Norymberdze.

Iwona Wróblak

marzec 2022