Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Noc Muzeów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Noc Muzeów. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 maja 2016

Noc Muzeów w Międzyrzeczu


            Pierwsza "Noc Muzeów" miała miejsce w Berlinie w 1997 r. Potem zaczęto organizować podobne imprezy w innych miastach. Obecnie organizuje je 120 miast w Europie. Idea polega na zaproszeniu do obejrzenia ekspozycji czy galerii i towarzyszących temu programach artystycznych.
            Również Międzyrzecz chce się wpisać w tą tendencję. W tym roku nasze muzeum po raz pierwszy zorganizowało "Noc Muzeów" . Imprezom towarzyszyli Rycerze z Bractwa Ziemi Międzyrzeckiej. W programie przewidziano cztery godziny imprez. Teatr Szkolny "Ananas" przy S. P. nr 2  przedstawił spektakl pt. "Krzesło". Wielowymiarowa sztuka o kształtowaniu się relacji międzyludzkich na pierwszym symbolicznym szkolnym boisku. Małe studium władzy i społeczeństwa. Sztuka uniwersalna, grana przez dzieci ale skierowana także dla dorosłych.
            Karolina Szulga fizycznie ma duże ubytki słuchu. Ale poezję i muzykę, ich wzajemne wibracje, słyszy bardzo dobrze. O Karolinie powstaje obecnie książka, o tym, że niepełnosprawność nie dotyczy wrażliwości artystycznej. Karolina to przykład, jak wiele można osiągnąć uporczywą pracą, że  można wykonywać i interpretować poezję śpiewaną przy tak wielkich uszkodzeniach. Pięknych poetyckich pieśni Karolina ma w swoim repertuarze kilkadziesiąt. Za 2009 rok została "Lady D" w kategorii: osiągnięcia w dziedzinie literatury i sztuki. Tytuł przyznawany jest niepełnosprawnym kobietom, corocznie, przez Fundację senator K. Bochenek i M. Pluty. "Bądźmy pozdrowieni..." - śpiewała Karolina w pieśni pt. "Posłanie". Pozdrowieni my  wszyscy, którzy nie jesteśmy boscy w sensie fizycznym, chociaż bywamy równi bogom w sensie duchowym. Mamy ten potencjał.
            Basia Kłos przyjechała, by wziąć udział w koncercie w muzeum, w dzień po zdobyciu I. miejsca na festiwalu piosenki w Lubsku. U nas zaśpiewała poetycką piosenkę pt. "Pasaż". Mamy nadzieję, że będzie gościć na koncertach w Muzeum.
            Suzana Furede. Bardzo utalentowana, o wielkich możliwościach wokalnych. Śpiewa od dziecka, wielokrotnie wyróżniana na Dziecięcych, potem Młodzieżowych Festiwalach Piosenki. W tym roku zakwalifikowała się na Wojewódzki Młodzieżowy Festiwal Piosenki PRO ARTE 2010.
            Następna wykonawczyni Iga Dajworska także była wielokrotnie wyróżniana i nagradzana. Tak jak inne śpiewające na koncercie dziewczyny od  najwcześniejszych lat uczy się śpiewu.
            Duet Aleksandra Jelonek - śpiew i Kasia Kmieciak - skrzypce zaprezentował dwa utwory z gatunku poezji śpiewanej. Aleksandra chodzi do  Szkoły Muzycznej II. stopnia w Gorzowie. Podobnie jak większość śpiewającej młodzieży w Międzyrzeczu zaczęła od lekcji śpiewu w Studiu Piosenki Rafała Gojdki przy MOK. Ola utożsamia się z piosenką, z tematem, na rzecz wyrazistości przekazu rezygnuje na chwilę z ego. "Rebeka" i "Grand Walc", aktorsko interpretowane przez Olę, miały akompaniament skrzypiec Kasi Kmieciak.
Kasia gra na skrzypcach i fideli w Zespole Muzyki Dawnej "Antiquo More" i w, wchodzącym w jej skład, zespole instrumentalnym "Juvenales Anime". W  Szkole Muzycznej II. stopnia w Gorzowie uczy się gry na skrzypcach w klasie H. Szurkało. Kasia zagrała na skrzypcach także 3. utwory solo.
            Międzyrzecki Chór Kameralny istnieje od 2008 r. Profesjonalnie prowadzony przez dyrygenta Wojciecha Witkowskiego już od premiery był ciepło przyjęty przez słuchaczy. Towarzyszy międzyrzeczanom na imprezach miejskich i festynach. W muzeum zaprezentował pięć utworów.
            Otacza na dwanaście wieków udokumentowanej historii, pokolenia ludzi kiedyś tu żyjących, głosy i szepty murów. Kłębiące się emocje, nakładające się na siebie wymiary ludzkich istnień. Każda cegła, każdy centymetr przestrzeni wokół murów to samoistny, nakładający się na siebie subiektywny makro i mikroświat utkany ze zdarzeń, Historii wielkiej i małych opowieści. Czas historyczny i mityczny splatają się ze sobą. Nie istnieje teraz, tylko przystanek między wczoraj i jutro. Ludzie umierają, ale ich emocje, zwłaszcza miłości, są żywe.
            Istnieją w zapiskach o zamku międzyrzeckim legendy o konnym pojeździe pojawiającym się na zamkowym moście. Faktem historycznym jest, że  w Zamku w 1573 r. gościł w drodze na koronację do Krakowa król Walezy. Kasztelanem był wówczas Andrzej Górka. Starostwo międzyrzeckie było bogate, nowego króla powitano ucztą i podarowano 3 wspaniałe rumaki. Tyle historia. A co mówią mury i duchy zaklęte w starych portretach?..
            Słyszą niektórzy, że Małgorzata mieszkająca wtedy w międzyrzeckiej twierdzy zakochała się postawnym Francuzie i uwiedziona przezeń rzuciła się z bastei do fosy. Pojawia się niekiedy 15. maja na wieży. Otwiera się brama, słychać galop i powóz królewski z Walezym wraca na Zamek, by  dotrzymać danej Małgorzacie obietnicy małżeństwa.
            Tak było tego roku 15. maja. Są liczni świadkowie, biała dama rzuciła się w mroczną toń fosy okalającej Zamek, a potem ukazała się na chwilę w  bramie wypatrując swego kochanka.
            Muzeum dziękuje za współpracę pracownikom Klubu Garnizonowego, szczególnie kierowniczce Wiesławie Murawskiej, za jej życzliwość, reżyser Jolancie Glurze, państwu Hannie i Mirosławowi Szulgom za pomoc i sprzęt nagłaśniający, rycerzom Bractwa Ziemi Międzyrzeckiej, Hubertowi Winnikowi oraz wykonawcom.


Iwona Wróblak
czerwiec 2010

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Noc Muzeów pod znakiem czarownic


            Czarownice pokazują się czasami. I inne duchy i demony, niekoniecznie złe, z czasów minionych (i nie tylko…). Zwłaszcza z takiej okazji jak Noc Muzeów. Towarzyszą im rycerze polscy i Krzyżacy, giermkowie i służba obozowa. Klimat w międzyrzeckim Muzeum do tego jest bardzo dobry. Stary obronny zamek, eksponaty z dawnych czasów.
Do stałych i czasowych ekspozycji dołączyło pomieszczenie pod basteją południową, przeznaczone przez dyrektora Muzeum na Salę Tortur. Jest tam krzesło do mąk bardzo bolesnych, katowski pień i topór z śladami krwi, dyby w kilku rozmiarach, łańcuchy i stolec dla inkwizytora. Być może tam kiedyś dokonywano przesłuchań. Wystarczy przyłożyć ucha do ścian i posłuchać, co mówią stare mury.
Sprawdziło się także w czasie koncertu jako bardzo akustyczne miejsce. Muzycy z Zespołu Muzyki Dawnej "Antiquo More" zagrali tam preludium do koncertu, który odbył się potem w sali starościńskiej. Barokowe stroje, instrumenty z epoki współgrały z zabytkowym wnętrzem w kształcie kopuły, gdzie dźwięki wypełniały każdy centymentr sześcienny przestrzeni. W Międzyrzeczu jeszcze jedna sala stricte koncertowa, podobne właściwości ma pewnie tylko gotycki kościół. Międzyrzecki Chór Kamieralny wystąpił tam również, monumentalnie zabrzmiała "Bogurodzica" i "Gaude Mater Polonia".
            Czarownice i inne duchy naszej mentalności wędrowały po kompleksie zamkowym i salach ekspozycyjnych. Muzeum było otwarte dla zwiedzających do godzin wieczornych. Oprócz ekspozycji stałej do zwiedzania była kolekcja ruskich ikon i złotych precjozów oraz najcenniejsze znaleziska archeologiczne przywiezione z okolicznych muzeów. Imprezę rozpoczęły wykłady o procesach czarownic, torturach i magii. Mówił o tym  Andrzej Paśniewski i Łukasz Kępski. Później nastąpił proces czarownicy – spektakl w wykonaniu Teatru ulicznego z Zielonej Góry i publiczne jej spalenie na dziedzińcu zamkowym.
W Europie najwięcej procesów o czary miało miejsce pomiędzy XV a XVII wiekiem. Wśród zarzutów stawianych oskarżonym najczęściej pojawiały się czczenie diabła lub paktowanie z nim, latanie do odległych miejsc na miotłach, nielegalne gromadzenie się na sabatach, kopulacja z inkubami lub sukkubami, kanibalizm (w tym zjadanie dzieci), sprowadzanie chorób, opętań, śmierci, impotencji, bezpłodności ludzi i zwierząt, profanacja hostii i mszy, a także zabicie krowy sąsiada, spowodowanie gradobicia, zniszczenie plonów i kradzież. Polowania na czarownice trwały od poł. XIV w. do poł. XVIII w. Ich rozkwit nastąpił w połowie XV wieku, kiedy to papież Mikołaj V w liście do Hugunesa Lenoira, inkwizytora na Francję, przekazał inkwizycji prawo do zajmowania się wszystkimi przypadkami praktyk magicznych i czarów, nawet jeśli nie trąciły jawnie herezją. Największe natężenie polowania na czarownice osiągnęły w krajach niemieckich.
W 1486 roku wydano najsłynniejszy bodaj "podręcznik" dla łowców czarownic – „Młot na czarownice” (Malleus Maleficarum) autorstwa Heinricha Kramera (Institorisa) i Jakoba Sprengera. Według ich opinii czary uprawiają przede wszystkim niewiasty, które są do tego bardziej przystosowane przez naturę, również z uwagi na mniejszą wiarę, jaka ponoć cechuje kobiety. Potwierdzeniem tego ma być samo słowo "kobieta". Łacińskie słowo femina (kobieta) ma bowiem mieć swoją etymologię w złożeniu: "mniej wiary" (fe = fides, czyli wiara, oraz mina = minus, czyli mniej), ponadto mężczyźni są bardziej odporni na zakusy Szatana przez sam fakt, iż Jezus był mężczyzną. Inne zasady doktrynalne zawarte w Młocie na czarownice głosiły, że wiara w istnienie czarownic jest nieodłączną częścią wiary katolickiej, zaś niedowiarstwo w tej sprawie równa się herezji. Diabelski spisek, który opanował świat, można zwalczyć ludzką dłonią poprzez wiarę i represje. Istotną rolę odegrała tu bulla „Summis desiderantes affectibus” papieża Innocentego VIII, która upoważniała inkwizytorów do tropienia czarownic.
Do polowań na czarownice powołany został cały system prokuratorsko–śledczy oraz lekarski (uznano, iż lekarze potrafią odróżnić sprawy diabelskie od defektów somatycznych). Przyznanie się do winy było koronnym dowodem. Ówczesne prawo zezwalało, dla wymuszenia zeznań,  stosować w toku śledztwa cierpienia fizyczne. Stosowano też rozmaite próby mające wykazać winę lub niewinność oskarżonej. Do jednej z metod zaliczano próbę wody, która w praktyce dawała niewielkie szanse oskarżonej, która wrzucona do wody zazwyczaj nie szła na dno (co świadczyłoby o niewinności), ponieważ noszone wówczas obfite spódnice utrzymywały ją na powierzchni. Do dowodzenia winy stosowano także próby łez (jeśli nie potrafiła płakać - miała być czarownicą), wagi (waga taka znajdowała się np. w Utrechcie, jeśli oskarżona była lżejsza niż 49,5 kg uważano, że może być czarownicą i wzlecieć na miotle) lub ognia. Czasem też szukano na ciele lub pod skórą domniemanej czarownicy diabelskiego znamienia, wiązało się to z nakłuwaniem ciała. Po "udowodnieniu" winy skazywano na spalenie na stosie (w Europie kontynentalnej) lub na szubienicę (na Wyspach Brytyjskich i wśród kolonistów w Ameryce Pn.). Wbrew powszechnemu przekonaniu procesy o czary nie zawsze kończyły się skazaniem na śmierć. Część kończyła się uniewinnieniem, stosowano też lżejsze kary np. chłostę, wydalenie z miejsca zamieszkania czy zmuszano do rekompensaty pieniężnej wobec domniemanej ofiary czarów. Ten straszliwy fenomen był jedną z najbardziej egzemplarycznych instytucji mechanizmu "kozła ofiarnego" i był konsekwencją wielu czynników społeczno-kulturowych, które kumulowały się i eksplodowały pod koniec średniowiecza. Społeczeństwa europejskie były wtedy w okresie bardzo wielkich niepokojów, zaburzeń gospodarczych, politycznych, społecznych (początki kapitalizmu, przesunięcia w politycznym znaczeniu poszczególnych klas społecznych) i ostrych starć religijnych (wystąpienie Lutra, wojny religijne). Uśmiercając kozła ofiarnego w postaci "czarownicy", usiłowały zażegnać zagrożenie czy kryzys, powrócić do stanu równowagi. Ponadto były one konsekwencją kultury średniowiecza w zakresie jej stosunku do kobiet, konsekwencją tysiącletniego przekonania, że kobieta jest z natury zła i uległa wobec szatana. Na dodatek niepokoje religijne, ze szczególnym uwzględnieniem nauk Lutra, wzmogły i rozpowszechniły przekonanie o obecności szatana w codziennej rzeczywistości, wokół człowieka, na każdym kroku, a także o konieczności nieustannej walki z nim.
“Czarownice z Salem” to zwyczajowa nazwa grupy około 80 kobiet i mężczyzn, oskarżonych w procesie sądowym o czarnoksięstwo, w 1692 w Salem Village i Salem Town, w Nowej Anglii (obecnie stan Massachusetts, USA). Rezultatem tej sprawy była egzekucja 13 kobiet i 7 mężczyzn. W zimie na przełomie lat 1691/1692 mieszkanki Salem: córka miejscowego pastora, Betty Parris, i jej kuzynka Abigail Williams zaczęły cierpieć na dziwne konwulsje i twierdzić, że zostały "zaczarowane" przez żebraczkę Sarę Goods, starą kobietę Sarę Osborne i murzyńską niewolnicę, Titubę. Stopniowo objawy choroby zaczęły pojawiać się też u innych mieszkanek Salem. Domniemane trzy "czarownice" osadzono w więzieniu. Kiedy w czasie publicznego przesłuchania któraś z oskarżonych zabierała głos, dotknięte osobliwą "chorobą" dziewczynki tarzały się po podłodze. Jeszcze bardziej zadziwiła sędziego Tituba, która nie tylko przyznała się do winy, ale także podała nazwiska wielu innych mieszkańców miasteczka, rzekomo parających się czarną magią. Liczba kolejnych osób oskarżanych o czarnoksięstwo rosła lawinowo (do około 80 oskarżonych) i więzienia nawet w okolicznych miejscowościach były przepełnione. W maju 1692 gubernator William Phips ustanowił sąd w Salem do zajęcia się sprawą. Proces oparł się na zasadzie: przyznanie się do bycia czarownicą (czarownikiem) oznaczało wypuszczenie na wolność, nie przyznanie się groziło skazaniem na śmierć. Między 10 czerwca i 19 października 1692 powieszono na szubienicy 19 osób, głównie starsze i ubogie kobiety, ale także pastora, który odmówił dalszego aresztowania rzekomych czarownic. Jednego 80-letniego starca, Gilesa Coreya (odmawiającego przyznania się do winy), zabito przez powolne miażdżenie go pod ogromnymi kamieniami.
Według niektórych współczesnych opinii możliwe jest, że udawanie "opętanych" (zjawisko znane m.in. ze średniowiecznej Europy) spowodowane było monotonią życia w surowym i ascetycznym społeczeństwie purytanów (szczególnie dotyczyło to młodych dziewcząt). Dana osoba udawała "opętanie", a następne osoby naśladowały zachowanie "opętanej", tak że w końcu dochodziło do zbiorowej histerii. Możliwe było także zatrucie sporyszem – rozpowszechnionym grzybem pasożytniczym zbóż, który u ludzi wywołuje konwulsje. Laurie Winn Carlson twierdzi, że podobne objawy wywołuje choroba odzwierzęca – śpiączkowe zapalenie mózgu. Według innej teorii mogła to być także dziedziczna choroba Huntingtona.
Pomówienia o czary wysuwano niemal wyłącznie wobec kobiet. Zarazem większość aresztowanych w jakiś sposób sprzeniewierzała się rolom społecznym, tradycyjnie odgrywanych przez kobiety. Niektóre z nich zajmowały się handlem, inne nie chodziły do kościoła, jeszcze inne były swarliwymi zrzędami. Większość stanowiły osoby samotne, w średnim wieku lub starsze. Oznaczało to, że były jedynymi spadkobierczyniami rodzinnych majątków i wiodły żywot "kobiet niezależnych", co było aż nazbyt jawnym pogwałceniem ówczesnych konwencji społecznych.
Procesy o czary rozpowszechniły się w Polsce w XVI w. Od tamtego czasu przez kraj przetoczyło się kilka fal nagonek na czarownice i czarowników: W XVII stuleciu związane były z kontrreformacją. Kluczem do poznania mechanizmów polowania na czarownice jest zrozumienie mentalności dawnego społeczeństwa. Otóż z jednej strony potęgi piekielne były w mniemaniu ówczesnych nader realnym niebezpieczeństwem, a z drugiej niemal każdy parał się małą magią, aby zabezpieczyć się przed różnymi nieszczęściami. Na początku z reguły była plotka. Czarownicą lub czarownikiem mógł zostać każdy. Osoba posądzana o szkodzenie za pomocą czarów mogła być młoda lub stara, biedna albo bogata, mogła zachowywać się w sposób społecznie akceptowany lub wyróżniać się na tle lokalnej obyczajowości. W 80–90 proc. przypadków posądzenia o czary dotyczyło kobiet, które uważano za „naczynia pełne demonów”. Znachorki, zielarki, mądre i doświadczone wiejskie baby, do których przez wieki chodzono po poradę w chwilach rozterki, bardzo łatwo było obwinić o wszelkie nieszczęścia i klęski, które dotykały ludzi.


Iwona Wróblak

czerwiec 2011

środa, 29 lipca 2015

Noc Muzeów. Ruskie ikony – wystawa i wykłady


            Tegoroczna „Noc Muzeów” w naszym międzyrzeckim Muzeum upłynęła pod znakiem bardzo ciekawego wykładu ks. grekokatolickiego Ernesta Sekulskiego. Poprzedzona została krótkim wstępem, informacjami o tajnikach powstawania ikon, Pawła Napierały, konserwatora zabytków i artysty malarza, który już gościł u nas ze swoją autorska wystawą.
Ks. Sekulski proboszcz parafii grekokatolickiej jest u nas w Międzyrzeczu niedawno. Poznaliśmy go kilka lat temu z okazji koncertu ukraińskiego akademickiego chóru śpiewającego pieśni prawosławne w kościele św. Pięciu Braci Męczenników Polskich. Mało kto się nie spodziewał, że ten młody i  bardzo skromny kapłan, w arcyciekawym wykładzie, w tak klarowny sposób przekaże słuchaczom trudne treści teologiczne. Czuliśmy się  jak w  seminarium. Ksiądz po wykładzie zebrał mnóstwo zasłużonych gratulacji, nie tylko ode mnie.
Ikony pisze się (nie-maluje), jak mówią wyznawcy prawosławia, na deskach – sosnowych, świerkowych, rzadziej dębowych lub z cedru. Impregnuje się je klejem i dodatkowo zabezpiecza lnianym materiałem, bowiem są teologicznym przekazem wiary, który ma przez długi czas służyć wiernym. Deski gruntuje się dodając do kleju gipsu. Wszystkie te procesy są jednocześnie modlitwą i wykonywane są w ściśle określonym przez tradycję porządku, w tzw. kanonie. W taki też – modlitewny, sposób – zostaje naniesiony rysunek, a następnie dokonuje się puncowania poszczególnych ornamentów. Może po tym nastąpić etap złoceń za pomocą cienkich złotych płatków i polerowanie całości kamieniem agatowym. Do pisania ikon używa się dzisiaj farby temperowej.
Tyle wstępnych uwag konserwatora zabytków. Teraz czas na odpowiedź na najbardziej ważkie pytanie. Jedynie w kulturze prawosławnej wizerunki religijne, ikony, się PISZE, a nie maluje. Dlaczego?
Ks. Ernest Sekulski bardzo gruntowanie starał się opowiedzieć o sakralnym sensie tego kanonu traktatu teologicznego, jakim jest ikona. Zaczął   od początku. Było nim zagadnienie regionalnego patrzenia na religię chrześcijańską (III –IV w. n.e.), będącego połączeniem osiągnięć myśli greckiej i  żydowskiej. Z sacrum z czasem zaczęła rozwijać się sztuka, pojmowana jako sublimacja wyznania religijnego, czyli sztuka religijna, ikona jako sakralny symbol wschodniego chrześcijaństwa. Jak wiemy, wino, chleb i ryba były pierwszymi chrześcijańskimi symbolami, piktogramami.
Ksiądz krótko wspomniał o wielkich postaciach historii religii chrześcijańskiej: Orygenesie, Tertulianie i Euzebiuszu z Cezarei, których łączyło ze  sobą to, że byli PRZECIWNI odwzorowaniu wizerunku Boga… Zakazywali ukazywania Wizerunku, ponieważ On, według nich, pojawił się jako Niewidzialny, na co jako dowód ksiądz Sekulski przytoczył odnośne fragmenty z Pisma Świętego. Podobne stanowisko zajmuje islam, gdzie jest zakaz przedstawiania Wizerunku Boga. Ks. Sekulski nakreślił pokrótce  ewolucję myśli teologicznej, gdzie Chrystus staje się istotowo taki sam jak człowiek, jest przedłużeniem wiary – prawdziwy Bóg stał się prawdziwym człowiekiem, został Przebóstwiony. Tym samym ikony (ludzkie wizerunki natury Boga) mogły zacząć powstawać, zakaz przedstawiania Go został zniesiony. Maluje się na nich, na ikonach (pisze) Osobę, która jest Bogiem i człowiekiem jednocześnie. Aby to się stało, by wizerunki nie miały Boskiej natury (tylko ludzką), były one PISANE. Ikona jest czymś na kształt traktatu teologicznego, wyrazem-obrazem tego co jest NAPISANE w księgach, PRZEPISANE jest to (wiernie), poprzez kształty i barwy – na deskę Ikony. Cały proces powstawania ikony to czynność sakralna – liturgia.
Sztuka malowania ikony została zaprzęgnięta, żeby wyrazić sacrum Prawosławia. Osobą wykonującą czynności tworzenia ikony kieruje sam Bóg.  są one świętością. Proces przygotowania ikony jest długi i staranny, to modlitwa mnicha prawosławnego (powstawały one w zakonach) do Żywego Boga. W ikonie – jak podkreślił ksiądz Sekulski – chodzi o wyrażenie prawdy teologicznej, dlatego pisane są według ściśle ustalonego kanonu, w którym nie ma, i nie może być, nic przypadkowego. Ikona daje Słowo – Ciało, staje się ono (sztuką sakralną, poprzez modlitwę, jako ich połączenie) widzialne dla  wiernych. Ksiądz prezentował nam kilka wzorów ikon, wyrażających określone treści teologiczne, rozpoznawalne po symbolach, np.: „Na ile jestem   w  stanie cierpieć, na tyle mogę kochać” – czyli cierpienie i miłość jako dwie strony tej samej cennej monety. Jezus jest w nich, w tych obrazach Jego, wpisany we wszystkie Swoje przestrzenie. Czytanie ich, ikon – czynność liturgiczna, ma cztery wymiary: rozumienie tego, co obraz przedstawia (symbolika), całość jako traktat teologiczny, odniesienie czytającego do tego traktatu, w świątyni Jego, tego Wizerunku, w przebywaniu w nim jako miejscu modlitwy, tym samym wyrwanie czytającego ikonę z codzienności czyli z profanum i, na koniec, kontemplacja i smakowanie tego stanu ducha. Swój świetny wykład ksiądz zakończył zaproszeniem na modlitwę do kościoła grekokatolickiego.
Przed poczęstunkiem (pierogi, ciasta, kawa i herbata), który przygotowały panie z koła Gospodyń Wiejskich w Nietoperku (Leokadia Wybudowska, Maria Serkis, Adela Górgurewicz, Danuta Kowalska, Wioletta Górgurewicz, Bogusława Wolińska, Helena Nycz) wysłuchaliśmy recitalu kilku utworów muzyki klasycznej na fletach w wykonaniu uczniów naszej Szkoły Muzycznej I. stopnia w Międzyrzeczu.  
Ostatnim akordem wieczoru było oglądanie muzealnej wystawy XVIII. I XIX wiecznych ikon, wspaniałego dorobku kultury europejskiej  i  światowej, które oprócz swojego sakralnego znaczenia są unikalnymi dziełami sztuki, często wielowymiarowe, bogato zdobione.

Iwona Wróblak
czerwiec 2015