Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzeum w Międzyrzeczu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzeum w Międzyrzeczu. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 marca 2025

 

Międzyrzecz miasto na mogiłach...


Międzyrzecz miasto na mogiłach... W ponadtysiącletniej historii Międzyrzecza okres tuż po II wojnie światowej to zaledwie chwila. Nazwa ulicy 30. Stycznia jest związana z datą wyzwolenia miasta spod okupacji niemieckiej. Właśnie – wyzwolenia czy zdobycia przez Armię Czerwoną?

Sala portretów trumiennych w międzyrzeckim Muzeum. Dyrektor Muzeum Andrzej Kirmiel – po 1945 r. wielokulturowy od wieków Międzyrzecz przestał takim być...

Robert Kubiszewski mówił o nieopowiedzianej historii Międzyrzecza, o inwazji wojsk Armii Sowieckiej z wszystkimi jej konsekwencjami dla ludności, propaganda komunistyczna zabraniała w ten sposób mówić o wydarzeniach z 30. stycznia 1945 r.

Należy spojrzeć na te tragiczne wydarzenia z rożnych perspektyw; żołnierzy sowieckich, niemieckich, ludności tubylczej. Paweł Pawlak pracownik Muzeum - temat wykładu: „Międzyrzecz 30. stycznia 1945 r. – wyzwolenie czy zdobycie...?” W opisie zdobywania miasta brakuje relacji z archiwów rosyjskich, ale mamy opowieści ludzi.

Wstęp, o historii nowożytnej Międzyrzecza krótko... Miasto pod zaborami nie było długo, w 1815 roku znalazło się w granicach Księstwa Warszawskiego, potem w mającym autonomię Księstwie Poznańskim. Nasze miasto odgrywało wtedy dużą rolę, są ciekawe zapiski w pamiętnikach żołnierzy napoleońskich.

W I połowie XIX wieku gimnazjum międzyrzeckie, pod zarządem Kersta, było zgermanizowane, i antypolskie. W czasie Powstania Wielkopolskiego na naszym terenie odnotowano 7 starć z Niemcami. W wyniku postanowień traktatowych jedna trzecia obszaru Wielkopolski wróciła do macierzy. Od lat 30. ubiegłego wieku zmienia się oblicze polityczne regionu, na NSDAP głosowało 40 % uprawnionych osób, Ziemia Międzyrzecka była miejscem nieprzyjaznym dla Polaków.

Nauczeni doświadczeniami niemieckiego terroru mieszkańcy wyczekiwali przybycia wojsk Armii Czerwonej jako wyzwolicieli, ale optyka postrzegania ZSRR była zbyt optymistyczna. W operacji wiślańsko-odrzańskiej brało udział 3 mln żołnierzy, przewagę mieli Rosjanie. Dla nich ziemia niemiecka była wtedy „proklatą Germianią”, pamiętali zbrodnie niemieckie na Białorusi, w wyniku czego byli, w większości, obojętni wobec okrucieństw popełnianych przez własne oddziały, nie mieli litości dla tubylców, przekonywani ponadto, że „ludzie na zachodzie głodują”. Dużą rolę miał też szok cywilizacyjny; zderzenie z obrazem zastanej na miejscu infrastruktury, dużo bardziej rozwiniętej niż ta, która była ich doświadczeniem życiowym. Skwierzyna została zniszczona w 70%, Międzyrzecz w 50 % swej infrastruktury.

Armia Krajowa brała udział w walkach w Akcji „Burza” - w Warszawie i Wilnie. Postawy mieszkańców wobec wydarzeń w naszym regionie, nastania polskiej państwowości, były bardzo różne, zależały od osobistych doświadczeń. Trzcielska Pozycja Przesłaniania to niemiecka linia obrony pod koniec wojny, walczyły niedozbrojone jednostki Volkssturmu, formacji wojskowej o niskim morale i wyszkoleniu, młodociani nie kwalifikujący się do armii. W Międzyrzeczu do ostatnich dni władze niemieckie nie wydały oficjalnej decyzji o ewakuacji, jedna czwarta mieszkańców uciekła w stronę Frankfurtu, ale nie dotarli do miejsca docelowego. Są wstrząsające relacje pospiesznego wycofywania się niemieckich wojskowych i cywili z Policka, zdjęcia masakry ludności; ciał zalegających na poboczu drogi w kierunku Międzyrzecza. 30. stycznia 1945 r. teoretycznie kończą się walki o miasto Międzyrzecz, następuje przełamanie umocnień MRU, ale potyczki trwały jeszcze przez jakiś czas.

W Międzyrzeczu zniszczono całe ulice, wiele budynków; gimnazjum, Bank Rzeszy, Loża Masońska itp. Duże zniszczenia spowodowali Rosjanie, paląc i rabując domy, swoją rolę w zniszczeniach odegrały też bandy polskich szabrowników. Zbiorowe mogiły ciał jeńców, żołnierzy i cywilów, są jeszcze, niepodjęte, w wielu punktach miasta, gwałty i mordy trwały długo, niewielu Niemców, mimo poddania się, ocalało. Po 30. stycznia zdarzały się jeszcze starcia z Niemcami np. w Lubikowie.

Pierwszym starostą Pogranicza, początkowo nieuznawanym przez okupujących Międzyrzecz Rosjan, był Łucjan Brudło. Od czerwca 1945 r. zaczęły się wysiedlenia Niemców, trwały do czerwca 1945 r.


Iwona Wróblak

marzec 2025 r.











poniedziałek, 18 marca 2019


Obrazy dla zwierząt. Wernisaż Tatiany i Remigiusza Bordów

            Obrazy - szacunku - dla zwierząt. Dla ich umierania… Naturalnego procesu. Ars moriendi. W Muzeum, miejscu, gdzie jest wystawione ludzkie XVIII wieczne sacrum teatrum scenerii umierania; czczenia (okolicznych szlacheckich) zmarłych w obyczajowym teatrze śmierci, obrządku pogrzebowym, wystawnych uroczystościach o wielodniowym nieraz trwaniu. Cenne kulturowo artefakty sztuki funeralnej; największej w Polsce międzyrzeckiej kolekcji sarmackich portretów trumiennych.          
U wejścia do galerii Zaproszenie na wystawę w formie klepsydry: Pogrążeni w głębokim smutku. I zadumie. Wystawa będzie o śmierci pana Ptaka-zwierzęcia, tytułowanego z szacunkiem – w chrześcijańskim nurcie franciszkańskim: mniejszym bratem… (dlaczego: mniejszym?)
Jako umiera ono, tak umiera i ten, i ducha jednakiego wszyscy mają, i nie ma człowiek nic więcej nad bydlę; bo wszystko jest marność. (Stary Testament. Kaznodzieja Salomonowy)

Przez całe tysiąclecia, czy dziesiątki tysięcy lat (cywilizacji) czuliśmy głęboki sakralny związek ze wszechświatem. Więź i jedność… Tak pisze Mircea Eliade. Związek z biosferą. Biokulturą - powiedziałabym…  Byliśmy całością z Nią. Nagle w jakimś momencie, splocie wydarzeń (jak głoszą teorie: zamykającym się cyklu kosmicznym) – dla nas mających znamiona prawdziwego grzechu, mówiąc językiem chrześcijan, w epicyklu ta jedność się rozpadła… Zapomnieliśmy, skąd jesteśmy, dokąd dążymy – czy raczej skąd istniejemy… (Z wszechświata, którego jesteśmy najprawdziwszymi dziećmi). Odnajdujemy powoli nasze pierwociny, przypominamy sobie rzeczywistość daną (boską-sakralną); Budzimy się powoli, pojedynczo, jak ze snu somnambulicznego, zauważamy jasność codzienną światła (pierwszego), naszą gwiazdę Słoneczną, która wszystkim istotom Układu daje życie, (spragnieni) smakujemy wodę (także tą żywą-wiedzy poznania o otoczeniu), która nas poi i odradza. Nas – czyli wszystkie istoty czujące, odczuwające głód, strach, ból, samotność, zagubienie… Marniejemy bez tej gnozy – samotni, nieświadomi, nieoświeceni, nie zaspokoiwszy najważniejszych potrzeb podstawowych. Nie będąc szczęśliwymi – umieramy za życia…
Błyski światła, uspokajające – jak przestrzenie między fotogramami, na wystawie Tatiany i Remigiusza Bordów. W bliskości portretów trumiennych, ongiś wystawianych w miejscach świętych kościołach, które jednakże są tylko częścią istniejącej od eonów kultury naszego szeroko pojętego środowiska, ludzką kulturą gatunkową, naparstkiem w dziejach biosfery, która nas otacza w najbliższym widzialnym spektrum rzeczywistym, nas otula – tak myślę. Puchowej poduszce świata…
Obrazy - dla zwierząt. Obrazy duchowości zwierząt. Jak mówi Tatiana w słowie wstępnym – otwórzmy serca, i nic innego…
Zwierzę umiera tak samo jak człowiek. Wiedzą to dokładnie ci, którym towarzyszą domowe pupile. Zwierzę żyje dużo krócej, jesteśmy zmuszeni być świadkami odchodzenia najbliższych nam, ukochanych, będących członkami rodzin, istot. Płaczemy po nich. Nie wszędzie jednak można zostawić tabliczkę z imieniem, nie są u nas powszechne cmentarze dla zwierząt.
            Tak jest na tej Wystawie. Szczegół funeralny, oddzielony od innych eksponatów przestrzenią białej ściany, namysłu, jak np. liść przykrywający naturalnym całunem ciało zwierzęcia, czy kwiat mu towarzyszący. Ptaki w pogrzebnych wieńcach. Naręcza kwietne na podłodze u stóp portretu kota, z jego tajemniczym wejrzeniem w jeden z możliwych światów kolejnego wcielenia kołowrotu życia. Przepiękne kompozycje kwiato-umierania. Odchodzenia w bardo… Jeśli mamy się zjednoczyć ze słońcem, my-księżycowi, czyli ziemscy, materialni, wilgotni… Ludzka osoba, kobieta, następnie dwie ludzkie osoby, ich strach, cierpienie, nadzy skuleni w małej klatce – w jakiej trzymamy zwierzęta hodowlane w wielkich fermach, gdzie miejsce ze względu na koszty się oszczędza, a przecież np. świnie są tak samo, czy bardziej inteligentne od psów…
Charakterystyczny pieniążek dołączony do jednego z fotogramów. Charonowy. Do wkupienia w inny stan świadomości-materii..
W szklanej gablocie Chrystus ukrzyżowany przypięty na rogach srebrzystego jelenia – symbole, odniesienia do kultury, do archetypów, wzajemnego następowania po sobie obrazów pamięci genów – tak myślę… Że pamiętamy wszystko, każdą istotę, którą byliśmy, i być może – będziemy, jeśli równanie (o termodynamice materii) się dopełni… Czas zatoczy koło.
            Schronisko dla bezdomnych psów, boksy pełne zwierząt, i elegancka pani w futrze, jak wynaturzenie „miłości”, którą okazuje wyłącznie swojemu maleńkiemu pieskowi, stan psychiczny właściwy dzisiejszej kulturze, jej wyobcowaniu z korzeni – i przypuszczam, że wypartej przez nią samą samotności tej kobiety…
            Dwa małe szczurki w swoich objęciach… My właściciele czworonogów znamy takie obrazki – przyjaźni międzygatunkowej.
             Ekspozycja przewidziała ponadto w programie trzy filmiki. Bezsłowne, o strachu, ucieczce na oślep przez upiorny las. O świecie zza krat, jaki sobie zafundowaliśmy – i zwierzętom także. Czy to strach przed wielką niezamkniętą (kratami) przestrzenią?... Może konieczny etap…
Pochylić się nad częścią-cząstką elementem natury. Jej szczegół-zwierzę jest centrum fotografii naturalistycznej, powiedziałabym – ponadnaturalnej, wyostrzonej. Postrzegającej na odległość wyciągniętej ręki. Nasze selfi. Odwzorowania istotnego.
Świętość jest w naturze. Zawsze to wiedzieliśmy. Teraz sobie przypominamy. Jesteśmy świętością, razem z innymi zwierzętami, jesteśmy integralną częścią.

            Wystawa Remigiusza i Tatiany Bordów. Białe ściany (by nie zakłócały percepcji) i emocje podstawowe. Zagubiony wszechświat i jego jedność mozolnie odbudowywana, odkopywana, w medytacjach doświadczających. Płaczący kot. Jeleń niesie Chrystusa ukrzyżowanego. Świat taki jest, tylko czy My go TAK odbieramy?
Sprawdźmy. Ekspozycja jest dostępna w podziemiach Muzeum w Międzyrzeczu.

Iwona Wróblak
marzec 2019























sobota, 25 czerwca 2016

Jazz nad Obrą w Międzyrzeczu


            Pierwszy z zapowiadanych koncertów w sali portretów trumiennych w Muzeum. Będzie to Koncert jazzowy z cyklu „Jazz nad Obrą”. Adam Wendt i Przemysław Raminiak.
            Adam Wendt – saksofonista, kompozytor, aranżer. Absolwent Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach. Od  połowy lat 80. należy do czołówki polskich saksofonistów. Współpracował z wybitnymi jazzmanami oraz wykonawcami muzyki pop, także jako muzyk sesyjny, m.in. z Ewą Bem, Krystyną Prońko, Grzegorzem Ciechowskim, Grażyną Łobaszewską, Mieczysławem Szcześniakiem, Krzesimirem Dębskim, Bogdanem Hołownią. Nagrywał i koncertował ze sławami muzyki jazzowej, m. in: z Randy Brecker, Mike Stern, Eric Marienthal, Mino Cinelu, Michałem Urbaniakiem, Urszulą Dudziak. Jego indywidualne preferencje muzyczne rozwinęły się w akustycznym kwartecie jazzowym nawiązującym do rhythm and bluesa: „Adam Wendt & Friends” oraz – ukazujące liryczną stronę osobowości muzyka i kompozytora - „Trio Adama Wendta.” Oprócz działalności typowo koncertowej i artystycznej prowadzi zajęcia edukacyjne w ramach Małej Akademii Jazzu oraz Warsztatów Muzycznych.
            Przemysław Raminiak – pianista, kompozytor i aranżer. Współpracował z czołowymi muzykami jazzowymi w Polsce, m. in. Janem Ptaszynem Wróblewskim, Zbigniewem Lewandowskim, Adamem Wendtem, Maciejem Strzelczykiem. Razem ze swoim zespołem „RGG Trio” zdobył szereg nagród na festiwalach i konkursach jazzowych w kraju i za granicą. Zespół wydał płyty: „Scandynavia” oraz „Straight Story”. Raminiak jest często zapraszany jako muzyk sesyjny do współpracy w różnych formacjach, nie tylko jazzowych. Jest również autorem muzyki skomponowanej do spektakli teatralnych. Współpracuje z Adamem Bałdychem tworząc różnego rodzaju produkcje muzyczne.
            Sala w Muzeum wypełniona do ostatniego krzesła. Pragnienie usłyszenia dobrego jazzu zaowocowało wysprzedaniem przed czasem wszystkich biletów. Kameralny nastrój w podświetlonej sali starościńskiej, która słyszała już tak wiele, w swojej nowożytnej historii, wspaniałych koncertów.
            Lekki swing na początek. Wendt zaczyna koncert na saksofonie tenorowym. Zgodnie z tradycją jazzową będą liczne improwizacje. Na  „parapecie” czyli instrumentach klawiszowych włącza się Przemysław Raminiak. Grają wszystkim znane standardy jazzowe – krótkie kawałki, to na  początek. Oklaski z sali.
„Jesienne liście”, utwór Józefa Kosmy, jako pierwszy. Następny jest „Bosa-nova – blue bosa” grany często na Jam - session, spokojny, refleksyjny, kochany przez melomanów tego gatunku muzyki. Kolejne kompozycje, pan Wendt ma ich dla nas całą listę. Zaczyna saksofon, wokół motywu muzycznego rozwijający się ornament, w części środkowej klawisze – improwizacja, saksofon kończy i zamyka temat. Muzyka gra na naszych wewnętrznych przyciskach. Osadza nas w słuchaniu, w odpoczywaniu i w czuwaniu, czekaniu na następne dźwięki. Solówki nagradzane są brawami.
            Własna kompozycja Wendta, o skromnym tytule „Siedem minut”. Temat oparty na początkowych kilku pytających nutach: zdaje się mówić: czy to  chcę grać, ja komponujący? Z udziałem saksofonu sopranowego bardzo wykwintna kompozycja, przejrzysta, jeżeli to też jest jazzem, to jest to muzyka bardzo rozmaita. Wendt żartuje, że tu w solówkę Raminiaka wkradł się podstępem duch roku Chopinowskiego… Wszyscy sądzą, że to raczej komplement…
Kunszt saksofonisty. Nastrój wydobyty z saksofonu może być różnisty. Od żartobliwego po refleksyjny i smutny, melancholijny, swobodny bujający się  w obrębie starych portretów nagrobnych sali starościńskiej. Pozwalający nam spocząć w dźwiękach na tle tej ciszy wewnątrz, takiej gotowej do słuchania, która tka temat utworu, oklejając ozdobnikami. Uzupełniają instrumenty klawiszowe, jak drugi, czwarty i piąty głos.
            Ostatni utwór, o lapidarnym tytule „ Czas zimnego kurczaka”. Na konkretach osadzony, z całym artyzmem z tego wynikającym. Kunszt obydwu muzyków, aż wybrzmi, powtarzane są w improwizacjach frazy, czekamy na nie, pozwalamy się muzycznie zaskakiwać, na zewnątrz i w środku zarazem grania będąc, tej muzyki, której mamy przyjemność doświadczać, w sali naszego Muzeum. Mamy nadzieję, że koncert nie będzie ostatnim jazzowym tutaj. Słucham matematyki tych improwizacji, ścisłej przewidywalności, zależnej tylko od stopnia naszego się weń wsłuchania.
Doskonały duet: Wendt – Raminiak.
 „Jazz nad Obrą” – mówi dyr. A. Sobczak – tym koncertem zapoczątkowaliśmy nasze spotkania muzyczne. Te słowa chcieliśmy usłyszeć mając w pamięci comiesięczne koncerty w Muzeum, które miały tu miejsce kilka lat temu.
            Jeszcze bis. Obowiązkowy. Prosimy. Dwa utwory grają. Jazz rasowy, niemelodyczny, studyjny, jak ostre drapanie, muzyka po trosze awangardowa. Ostatnie brawa, żegnamy się, trochę z żalem, że tak krótko.


Iwona Wróblak
marzec 2010

piątek, 3 czerwca 2016

 O Giedroycu - wystawa i wykład J. Palickiego



            Sala starościńska w Muzeum. Czcigodne otoczenie dla wykładu o tak fundamentalnym znaczeniu dla naszego humanistycznego wykształcenia, kulturalnej i literackiej świadomości. Jerzy Giedroyc i - kojarzenie automatyczne – paryska „Kultura”. Człowiek – instytucja, i Instytut Literacki, który stworzył, mekkę kilku pokoleń polskiej inteligencji na emigracji.
Kilka myśli, co nie nowe... Wykładowi Sławomira Palickiego (Biuro Edukacji Publicznej IPN Delegatura w Gorzowie Wlkp.) towarzyszy wystawa tematyczna. Myśl polityczna, kultura w okresie PRL-u, od okresu tuż po wojnie po lata siedemdziesiąte. Gomułka, Moczar, akta UB i SB, inwigilacje, wyroki sądowe, osoby skazane za utrzymywanie kontaktów z „Kulturą”. Zeszyty „Kultury”, teksty Giedroyca, fragmenty twórczości pisarzy poetów publikujących na łamach wydawnictwa, ponieważ nie mogli gdzie indziej. Przekrój historii politycznej dziejów środowiska literackiego PRL. Rąbek tajemnicy niebezpiecznej siły kultury, zdolnej naruszyć zręby europejskich powojennych totalitaryzmów.
Pan Palicki stara się przekazać myśli i intencje Redaktora słynnego wydawnictwa. Poglądy można zmieniać, twierdził Giedroyc, nawet – trzeba umieć je  zmieniać – zachowując najważniejsze zasady. Nie tylko nie bać się iść pod prąd – lubić to czynić. Przełamywać stereotypy. Być nie tyle – nie tylko - Polakiem, ale obywatelem Rzeczypospolitej… Spadkobiercą dorobku kulturowego najlepszych osiągnięć naszej myśli politycznej i kulturalnej, jej tradycji tolerancji, otwarcia wynikającego z trwającej wieki wielokulturowości. Giedroyc to osobowość bogata, skomplikowana. Celem wystawy jest – jak mówi pan Palicki – zachęta do zapoznania się z dorobkiem paryskiej „Kultury”, z osobą Jerzego Giedroyca, dokumentami, które po nim pozostały.
            Pytam uparcie, z naiwną ciekawością osoby, która ma potrzebę pytać dla siebie – dlaczego trzeba pamiętać o Giedroycu, czyli dlaczego wieszczem był ten i ów… Pan Palicki tłumaczy mi rzeczy zasadnicze. O kompleksach naszych – niższości wobec Zachodu i wyższości wobec Wschodu. O potrzebie ułożenia – w końcu – cywilizowanych, wolnych od mało ukrywanego paternalizmu, relacji ze wschodnimi sąsiadami; Litwą, Ukrainą, Białorusią. Porozumienia. Uznania faktu ich niezależności.
Tworzenia trybuny dla poglądów, z którymi niekoniecznie się zgadzamy. Nastawienia dla otwarcia, przyjaźni, nadania osobom zawsze ich imienia i  nazwiska, nie szuflady przynależności narodowej, religijnej. Odwagi własnych poglądów – Trzeba traktować ludzi – mówi pan Palicki – w pełnym bogactwie ich życia. I odsyła do listów Giedroyca. Czy są w naszych bibliotekach?
Wiele osób wychowało się na paryskiej „Kulturze”. „Zeszyty” wydawane były w językach narodowych. Były, zostały, historią ówczesnej epoki, kolportowane, przemycane przez granice. Za to „przestępstwo” wiele osób spędziło po kilka lat w więzieniu.
„Kultura” wspierała nowe wydawnictwa po 1977 r., związane z KOR, PPN, ROPCIO, NSZZ „Solidarność”. Charakteryzowała się zróżnicowaną paletą poglądów.
            Jerzy Giedroyc, ur. 27 lipca 1906 w Mińsku, jako syn farmaceuty Ignacego Giedroycia i Franciszki Starzyckiej. Publicysta, polityk, epistolograf. Pochodził z książęcego rodu pieczętującego się herbem Hippocentaurus. Pradziadek Jerzego, Lucjan Giedroyć, był oficerem w wojsku rosyjskim. Gdy popełnił samobójstwo, majątek rodzinny rozpadł się, a rodzina Giedroyciów zubożała i zmuszona była do zamieszkania w mieście. Absolwent Gimnazjum im. Jana Zamoyskiego w  Warszawie. W czasie wojny polsko – bolszewickiej Giedroyc zaciągnął się do wojska i pracował w łączności. Studiował prawo i historię na Uniwersytecie Warszawskim. W czasie studiów został przyjęty do korporacji akademickiej Patria. Wkrótce został jej prezesem. Piłsudczyk, wbrew powszechnym wtedy wśród studentów poglądom Narodowej Demokracji. W 1930 r. objął redakcję tygodnika „Dzień Akademicki”. Wkrótce przekształcił pismo w dwutygodnik „Bunt Młodych”. W 1937 r. pismo zmieniło nazwę na „Polityka” i stało się tygodnikiem. W międzywojniu był pracownikiem administracji państwowej, w Ministerstwie Rolnictwa oraz Przemysłu i Handlu i placówek dyplomatycznych – w Rumunii i Chile. Od 1931 do 1937 żonaty z Rosjanką Tatianą Szwecow (1913-2005). Po wybuchu wojny Jerzy Giedroyc wraz ze swym ministerstwem opuścił Warszawę w nocy z 4. na 5. września 1939 roku. Agresja sowiecka 17. września, otwierająca nagle na tyłach wojsk polskich drugi front, odbierała nadzieję na zachowanie chociaż skrawka wolnego terytorium Polski. Władze cywilne i wojskowe RP przekroczyły granicę państwa i zostały internowane w Rumunii. Giedroyc przedostał się do Europy Zachodniej, do Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich 2. Korpusu Polskiego. Walczył w Tobruku. O Jałcie dowiedział się we Włoszech. Zaproponował gen. Andersowi założenie Instytutu Literackiego, w celu edukacji historycznej, literackiej, politycznej polskich żołnierzy. Instytut był  niezależny, finansowany ze składek żołnierzy.
Jerzy Giedroyc był założycielem Instytutu Literackiego w Rzymie (1946) i wydawcą oraz redaktorem naczelnym czasopisma Kultura (od 1947).  Sejm zdecydował o ustanowieniu roku 2006 Rokiem Jerzego Giedroycia. Doktor honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego (1991), Wrocławskiego (18.  maja 1998), Warszawskiego (14. listopada 1998), Uniwersytetu w Białymstoku, Szczecińskiego (2000) i UMCS (27. września 2000). Laureat Nagrody Kisiela (1992). Krytycznie patrząc na stosunki panujące w Polsce po 1989 roku odmówił przyjęcia Orderu Orła Białego (1994).
 Dzieła największych polskich pisarzy tworzących na obczyźnie – Czesława Miłosza, Witolda Gombrowicza, Gustawa Herlinga – Gruzińskiego i  innych – powstawały w związku z „Kulturą” i w pewnym sensie dzięki „Kulturze”. Literatury nie tworzy się do szuflady; potrzebuje ona nie tylko mądrego, przyjaznego wydawcy, ale i tego odbiorcy, do którego jest adresowana. Instytut Literacki w Paryżu był prześwitem w żelaznej kurtynie, poprzez który dzieła polskich autorów mimo przeszkód docierały do kulturalnego krwiobiegu kraju. Pisarze i publicyści żyjący w PRL, gdy chcieli w swej twórczości literackiej lub w politycznej materii wypowiedzieć się bez cenzury, czynili to na łamach „Kultury”, a nie londyńskiego „Orla Białego” lub „Wiadomości”. Jak twierdzi prof. Karol Modzelewski, dzięki tej więzi z krajem „Kultura” Jerzego Giedroycia stała się integralną i niezmiernie ważną częścią umysłowego życia narodu, dopełniając polską myśl i polską twórczość na obszarach zakazanych, dokąd broniły wstępu bezpieka, cenzura i  małoduszność. Dlatego właśnie w kręgu „Kultury”, a nie gdzie indziej, zrodziła się w dialogu Jerzego Giedroycia z Juliuszem Mieroszewskim myśl polityczna, początkowo uważana za odstępstwo od patriotycznego kanonu lub za czcze fantazjowanie, ale dziś uznana przez polityków z różnych obozów za drogowskaz dla Rzeczypospolitej. Ani jednak wspomniana więź z krajem pozostającym pod radziecką dominacją, ani dalekowzroczne myślenie o  przyszłych stosunkach wolnej Polski z jej wolnymi sąsiadami nie byłyby możliwe bez zerwania z emigracyjną ortodoksją, reprezentowaną przez rząd w  Londynie i związane z nim środowiska. Pierwszy zeszyt „Kultury” ukazał się w Rzymie w czerwcu 1947 r. w nakładzie około tysiąca egzemplarzy. Pomysł wydawania pisma wynikł z rozmów Giedroycia z Herlingiem-Grydzińskiem i Zofią Hertz. „Pierwotnie - pisze Redaktor- „Kultura”(…) była pomyślana odpowiednio do tego jako kwartalnik raczej czysto literacki.” Tymczasem wobec załamania się czytelnictwa wśród zubożałych emigrantów i  braku pomocy materialnej Instytut Literacki miał przetrwać najtrudniejsze lata tylko dzięki miesięcznikowi, który gromadził czytelników, autorów, podtrzymywał więź między Polakami na całym świecie... O przeniesieniu instytutu z Rzymu zdecydowały nie tylko przyczyny ekonomiczne. Niemal wszyscy oficerowie i żołnierze Drugiego korpusu wyjeżdżali z Włoch. Nie mogło więc powstać znaczące środowisko kulturalno-polityczne emigrantów. We Francji istniała liczna emigracja, a także instytucje kulturalne, wokół których zaczęli napływać do Francji Polacy z kraju, stypendyści, ludzie sztuki, naukowcy, młodzież. Paryż był więc pod każdym względem bliżej Polski.
Kim jest Jerzy Giedroyc? Jak sportretować redaktora, twórcę „Kultury”, polityka, wydawcę i mecenasa, który z uporem uchyla się określeniu. Ryzykował, próbował, mylił się i zwyciężał. „Polityka nie jest sakramentem – mówił - kto chce ją uprawiać, musi przylegać do zmiennej rzeczywistości. Trzeba umieć zachowywać zasady i zmieniać poglądy”. Obojętny na laury, głuchy na pochwały, obsesyjnie niezależny nawet wobec opinii przyjaciół; sam czyn dla Polski był dlań wystarczającą nagrodą.
Mówi pan Palicki, że Giedroyc był dziewiętnastowieczny. Taki obywatel Rzeczpospolitej, jak to rozumiem, który wychował się kontemplując dzieła ze szczytów wielkiej polskiej literatury z kręgu filozofii romantycznej. Zwornik czasu między dawną Polską, jej wielką myślą i marzeniami, a  czasami zupełnie współczesnymi.


Iwona Wróblak
kwiecień 2010

poniedziałek, 30 maja 2016

Noc Muzeów w Międzyrzeczu


            Pierwsza "Noc Muzeów" miała miejsce w Berlinie w 1997 r. Potem zaczęto organizować podobne imprezy w innych miastach. Obecnie organizuje je 120 miast w Europie. Idea polega na zaproszeniu do obejrzenia ekspozycji czy galerii i towarzyszących temu programach artystycznych.
            Również Międzyrzecz chce się wpisać w tą tendencję. W tym roku nasze muzeum po raz pierwszy zorganizowało "Noc Muzeów" . Imprezom towarzyszyli Rycerze z Bractwa Ziemi Międzyrzeckiej. W programie przewidziano cztery godziny imprez. Teatr Szkolny "Ananas" przy S. P. nr 2  przedstawił spektakl pt. "Krzesło". Wielowymiarowa sztuka o kształtowaniu się relacji międzyludzkich na pierwszym symbolicznym szkolnym boisku. Małe studium władzy i społeczeństwa. Sztuka uniwersalna, grana przez dzieci ale skierowana także dla dorosłych.
            Karolina Szulga fizycznie ma duże ubytki słuchu. Ale poezję i muzykę, ich wzajemne wibracje, słyszy bardzo dobrze. O Karolinie powstaje obecnie książka, o tym, że niepełnosprawność nie dotyczy wrażliwości artystycznej. Karolina to przykład, jak wiele można osiągnąć uporczywą pracą, że  można wykonywać i interpretować poezję śpiewaną przy tak wielkich uszkodzeniach. Pięknych poetyckich pieśni Karolina ma w swoim repertuarze kilkadziesiąt. Za 2009 rok została "Lady D" w kategorii: osiągnięcia w dziedzinie literatury i sztuki. Tytuł przyznawany jest niepełnosprawnym kobietom, corocznie, przez Fundację senator K. Bochenek i M. Pluty. "Bądźmy pozdrowieni..." - śpiewała Karolina w pieśni pt. "Posłanie". Pozdrowieni my  wszyscy, którzy nie jesteśmy boscy w sensie fizycznym, chociaż bywamy równi bogom w sensie duchowym. Mamy ten potencjał.
            Basia Kłos przyjechała, by wziąć udział w koncercie w muzeum, w dzień po zdobyciu I. miejsca na festiwalu piosenki w Lubsku. U nas zaśpiewała poetycką piosenkę pt. "Pasaż". Mamy nadzieję, że będzie gościć na koncertach w Muzeum.
            Suzana Furede. Bardzo utalentowana, o wielkich możliwościach wokalnych. Śpiewa od dziecka, wielokrotnie wyróżniana na Dziecięcych, potem Młodzieżowych Festiwalach Piosenki. W tym roku zakwalifikowała się na Wojewódzki Młodzieżowy Festiwal Piosenki PRO ARTE 2010.
            Następna wykonawczyni Iga Dajworska także była wielokrotnie wyróżniana i nagradzana. Tak jak inne śpiewające na koncercie dziewczyny od  najwcześniejszych lat uczy się śpiewu.
            Duet Aleksandra Jelonek - śpiew i Kasia Kmieciak - skrzypce zaprezentował dwa utwory z gatunku poezji śpiewanej. Aleksandra chodzi do  Szkoły Muzycznej II. stopnia w Gorzowie. Podobnie jak większość śpiewającej młodzieży w Międzyrzeczu zaczęła od lekcji śpiewu w Studiu Piosenki Rafała Gojdki przy MOK. Ola utożsamia się z piosenką, z tematem, na rzecz wyrazistości przekazu rezygnuje na chwilę z ego. "Rebeka" i "Grand Walc", aktorsko interpretowane przez Olę, miały akompaniament skrzypiec Kasi Kmieciak.
Kasia gra na skrzypcach i fideli w Zespole Muzyki Dawnej "Antiquo More" i w, wchodzącym w jej skład, zespole instrumentalnym "Juvenales Anime". W  Szkole Muzycznej II. stopnia w Gorzowie uczy się gry na skrzypcach w klasie H. Szurkało. Kasia zagrała na skrzypcach także 3. utwory solo.
            Międzyrzecki Chór Kameralny istnieje od 2008 r. Profesjonalnie prowadzony przez dyrygenta Wojciecha Witkowskiego już od premiery był ciepło przyjęty przez słuchaczy. Towarzyszy międzyrzeczanom na imprezach miejskich i festynach. W muzeum zaprezentował pięć utworów.
            Otacza na dwanaście wieków udokumentowanej historii, pokolenia ludzi kiedyś tu żyjących, głosy i szepty murów. Kłębiące się emocje, nakładające się na siebie wymiary ludzkich istnień. Każda cegła, każdy centymetr przestrzeni wokół murów to samoistny, nakładający się na siebie subiektywny makro i mikroświat utkany ze zdarzeń, Historii wielkiej i małych opowieści. Czas historyczny i mityczny splatają się ze sobą. Nie istnieje teraz, tylko przystanek między wczoraj i jutro. Ludzie umierają, ale ich emocje, zwłaszcza miłości, są żywe.
            Istnieją w zapiskach o zamku międzyrzeckim legendy o konnym pojeździe pojawiającym się na zamkowym moście. Faktem historycznym jest, że  w Zamku w 1573 r. gościł w drodze na koronację do Krakowa król Walezy. Kasztelanem był wówczas Andrzej Górka. Starostwo międzyrzeckie było bogate, nowego króla powitano ucztą i podarowano 3 wspaniałe rumaki. Tyle historia. A co mówią mury i duchy zaklęte w starych portretach?..
            Słyszą niektórzy, że Małgorzata mieszkająca wtedy w międzyrzeckiej twierdzy zakochała się postawnym Francuzie i uwiedziona przezeń rzuciła się z bastei do fosy. Pojawia się niekiedy 15. maja na wieży. Otwiera się brama, słychać galop i powóz królewski z Walezym wraca na Zamek, by  dotrzymać danej Małgorzacie obietnicy małżeństwa.
            Tak było tego roku 15. maja. Są liczni świadkowie, biała dama rzuciła się w mroczną toń fosy okalającej Zamek, a potem ukazała się na chwilę w  bramie wypatrując swego kochanka.
            Muzeum dziękuje za współpracę pracownikom Klubu Garnizonowego, szczególnie kierowniczce Wiesławie Murawskiej, za jej życzliwość, reżyser Jolancie Glurze, państwu Hannie i Mirosławowi Szulgom za pomoc i sprzęt nagłaśniający, rycerzom Bractwa Ziemi Międzyrzeckiej, Hubertowi Winnikowi oraz wykonawcom.


Iwona Wróblak
czerwiec 2010

piątek, 27 maja 2016

Międzyrzeckie spotkania z historią po raz ósmy


            Sala starościńska. Dyrektor Muzeum mgr Andrzej Kirmiel zaprasza na VIII sesję historyczną, zorganizowaną przez Stowarzyszenie Regionalistów „Środkowe Nadodrze” i Muzeum w Międzyrzeczu. Sponsorami konferencji jest Starostwo Powiatowe w Międzyrzeczu, Wydawnictwo „Arcanum” – Katarzyna Sanoka – Tureczek, Księgarnia Akademicka – Bogusław Mykietów.
            W programie do przedstawienia, jak co roku, kilkanaście referatów z różnych dziedzin, oscylujących wokół zagadnień dotyczących historii regionalnej.
            Agnieszka Indycka. „Wczesnośredniowieczna ceramika ze Starego Dworu. Przyczynek do początków wsi”. Nadzór archeologiczny związany z  remontem dworu pozwolił na ujawnienie licznych znalezisk ruchomego materiału archeologicznego. Duża ilość artefaktów z różnych okresów, od XII w. do czasów nowożytnych. Założony przez cystersów dwór datowany jest na I. poł. XVIII w. W pobliżu budynku znaleziono kilkadziesiąt fragmentów ceramiki; ręcznie lepione naczynia ze śladami obtaczania. Wskazuje to na wcześniejsze, niż podają źródła historyczne, ślady zasiedlenia wsi.
            Maksymilian Frąckowiak. „Skarb monet z XVI w. z Gorzycy, pow. międzyrzecki”. Gorzyca od pradziejów jest punktem penetracji osadniczej. W  pobliżu XVIII. wiecznych zabudowań folwarcznych znaleziono skarb cennych monet z okresu panowania Stefana Batorego i Zygmunta III Wazy. Trojaki i szóstaki koronne o dużej zdolności nabywczej w tamtym okresie, przypuszczalnie depozyt.
            Jakub Adamski. „Późnogotycka architektura kościoła farnego św. Jana Chrzciciela w Międzyrzeczu – próba nowej analizy”. Bogaty w szczegóły architektoniczne wykład o najstarszym i najciekawszym zabytku naszego miasta, jego historii. Chociaż na temat zabytku wydano wiele publikacji w  literaturze regionalnej i ogólnopolskiej, budowla jak dotąd nie jest rozpoznana w sposób wyczerpujący. Nie dysponujemy żadnymi pisanymi źródłami historycznymi dotyczącymi datowania powstania kościoła.
            Ryszard Patorski. „Polichromie w kościele p.w. św. Jana Chrzciciela ufundowane przez starostę międzyrzeckiego Wawrzyńca Myszkowskiego”. Podczas prac remontowych w prezbiterium natrafiono na XVI w. polichromie, ufundowane przez ówczesnego starostę międzyrzeckiego Wawrzyńca Myszkowskiego, przedstawiające sceny ze Starego Testamentu. Autor przypuszcza, że namalował je malarz ze Śląska. Polichromie to interesujący dla  historyków i epigrafów przykład malarstwa ściennego z tego okresu.
            Katarzyna Kornak. „Dokumenty księdza Jana Myślęckiego, proboszcza międzyrzeckiej parafii. Próba opracowania materiału archiwalnego”. Dokumenty z początku XVII w. – dekrety, dokumenty kancelarii kościelnej, dokumenty administracyjne ze zbioru należącego do księdza kanonika katedry poznańskiej, niektóre dobrze zachowane. Autentyczna literatura prawnicza z tamtego okresu.
            Bogusław Tomaszewski. „Przebieg i oznaczenie niemiecko – polskiej granicy państwowej”. W wyniku postanowień Traktatu Wersalskiego Międzyrzecz znalazł się w granicach prowincji poznańskiej. Wzdłuż nowej granicy postawiono znaki graniczne, są one świadkami skomplikowanych dziejów naszego regionu.
            Grzegorz Urbaniak. „Niemiecka stacja radiolokacyjna „Tirstein” pod Trzcielem”.
„Tirstein” była jednostką I. kategorii wykrywania nieprzyjacielskich samolotów. Była obsługiwana przez 231. Pułk Lotniczy. Krótka charakterystyka rodzajów radarów używanych przez Niemców.
            Wolfgang D. Brylla. „Międzyrzecz na trasie Wyścigu Pokoju oraz Tour de Pologne”. Pierwsza edycja Wyścigu Pokoju miała miejsce w 1948 r.  ostatnia w 2006 r. W Międzyrzeczu kolarzy gościliśmy w 1961 r. i w latach 1971 – 74. Autor przedstawił sylwetki znanych polskich kolarzy.
            Andrzej Chmielewski. „Koniec niemieckiego Międzyrzecza – wspomnienia ostatniego autochtona”. Referent omówił relacje świadków dramatycznych wydarzeń ze stycznia 1945 r. Skomplikowane życiorysy tzw. autochtonów, ludzi żyjących od wieków na terenie pogranicza polsko – niemieckiego.
            Ryszard Pastorski. „O historii portretów trumiennych z Muzeum w Międzyrzeczu”.
Najciekawsza i największa w kraju kolekcja portretów trumiennych ma również swoją historię najnowszą. Pan Patorski wiele z nich osobiście przywoził do Muzeum z okolicznych krypt i kościołów. Zajmował się też konserwacją uszkodzonych zabytków.
            Publikacja „Ziemia Międzyrzecka w przeszłości, tom VIII”, zawierająca teksty wszystkich wystąpień, jest do nabycia w Muzeum, będzie także do  wypożyczenia w naszych międzyrzeckich bibliotekach. Zachęcam do lektury. To pasjonująca książka, wydawnictwo naukowe, owoc pasji i pracy regionalistów reprezentujących różne dziedziny wiedzy.


Iwona Wróblak
czerwiec 2010

środa, 25 maja 2016

Anton Birula i Anna Kowalska koncertują w Muzeum


            Dyrektor Muzeum mgr Andrzej Kirmiel: - Wydarzenie szczególne. Gościmy u nas na koncercie Antona Birulę i Annę Kowalską - "Lute duo" i  "Zespół Muzyki Dawnej "Antiquo More".
            Anton Birula studiował lutnię u prof. Tayohiko Satoh w Hadze i u prof. Konrada Junghänela w Kolonii. Specjalizuje się w wykonawstwie solowej literatury lutniowej. Jego specjalne zainteresowanie wzbudziły lutniowe transkrypcje suit na wiolonczelę solo oraz sonat i partii skrzypcowych J. S. Bacha. Występował z wieloma zespołami muzyki dawnej. Pracuje w Warszawskiej Operze Kameralnej.
Anton Birula opiekuje się muzycznie naszym "Antiquo More".
Anna Kowalska studiowała gitarę klasyczną w Sankt Petersburgu u prof. Anatolija Cwetkowa i prof. Michaiła Radiukiewicza. Gruntowne wykształcenie jako gitarzystki umożliwia jej wykonywanie kompozycji od renesansu do współczesności. Obecnie Anna Kowalska koncentruje się na grze na lutni i  gitarze barokowej w rolach zarówno solistki jak i kameralistki. Jako zespół "Lute Duo" Anna i Anton postanowili zwrócić uwagę na niedoceniany repertuar dla duetu lutniowego. Z powodzeniom wykonują również duety innych kombinacji instrumentów szarpanych, jak duet gitary barokowej i  teorby. Występowali z sukcesem na licznych międzynarodowych festiwalach.
            Dekoracje w sali starościńskiej bardzo odpowiednie dla klimatu koncertu. Największa w kraju kolekcja barokowych portretów trumiennych. Jak mówi kierownik "Antiquo More" pani Katarzyna Chmielewska, koncert będzie składał się z trzech części: najpierw zagra Zespół, potem mini koncert da  Duo lutniowo - gitarowe, a na końcu "Antiquo More" zagra wspólnie ze swoimi nauczycielami.
            Na proscenium zasiadają młodzi muzycy. Dwoje skrzypiec, kwartet fletów prostych, dwie lutnie, viola da gamba. Klasyczne utwory salonowe, taneczne, posmak epoki baroku. Kilkanaście minut wspaniałego koncertu. Bardzo zdolni, jak stwierdził ich nauczyciel pan Birula, młodzi ludzie, którzy niesamowicie muzycznie się rozwijają.
            Teraz część główna. Duo lutniowo - gitarowe: Anton Birula - Anna Kowalska. Dźwięki, które koją, wypełniają i ściszają inne myśli. Wielka teorba (odmiana lutni) i gitara barokowa. Piękno muzyki tego okresu, które zachwyciło artystów. "Antiquo More" gra tej muzyki coraz więcej. Wspaniała "Passacalia", inne utwory przygotowywane na Festiwal Zespołów Muzyki Dawnej w Kaliszu, na którym w zeszłym roku Zespół zdobył "Złotą Harfę Eola".
            Finał koncertu to muzykowanie Zespołu razem z świetnym duetem. Dwoje skrzypiec z teorbą, z udziałem fletów, utwory z akompaniamentem bębna. Na koniec nieodłączny bis i bukieciki kwiatków spontanicznie przez młodzież ofiarowane swoim nauczycielom.
Liczymy na dalsze koncerty z udziałem "Antiquo More", tak chętnie słuchanym przez międzyrzeczan, i gości Zespołu, pedagogów i muzyków koncertujących na najważniejszych scenach.


Iwona Wróblak
lipiec 2010  

sobota, 21 maja 2016

Plener Rzeźbiarski na Zamku

            Matka Boska w pochyleniu frasobliwa, płaskorzeźby stylizowane. Chłop długowłosy, wiejski, z równo przyciętymi staropolskimi wąsami, podparty na łokciach, siedzi nad kuflem piwa. Jak dwie strony tego samego medalu, awers i rewers, twarz w aureoli zamknięta, uśmiech w zadumie i  medytacji chrześcijańskiej i radość - ekstaza Zjednoczenia. To niektóre dzieła pana Stefana Szymoniaka, jednego z biorących odział w plenerze rzeźbiarzy.
            Pan Szymoniak: - Dąb ma takie same zalety jak i wady – swoją twardość. Jedna z figur 5. Braci Męczenników Międzyrzeckich będzie z dębu. Jak się  przystępuje do wykonania rzeźby? Jedni robią rysunek. Można zrobić też małą kopię. Przedtem jest temat. Tak ja poezja rzeźba wymaga wyobraźni. To ona  jest początkiem dzieła.
Jest konwencja, według której wykonuje się sztukę ludową. Widoczne jest w niej łamanie zasad proporcjonalności kształtów.
Krystian, Izaak, Benedykt, Jan i Mateusz. Pięciu Braci Międzyrzeckich zamordowanych w 1003 roku, eremitów klasztoru reguły benedyktyńskiej. Kopiowani ze starej ryciny staną na placu przed Zamkiem. Mniej więcej normalnych rozmiarów, może nieco większe, rzeźby wykonają artyści ludowi: Henryk Grudzień, Grzegorz Hadzicki, Jerzy Kopeć, Tadeusz Bardelas i Stefan Szymoniak.
            Dyrektor Muzeum mgr Andrzej Kirmiel: - Jest w planach Muzeum tworzenie tradycji Zamkowych Plenerów Rzeźbiarskich. Realizujemy ten zamysł dzięki inicjatywie i wydatnej pomocy starosty Grzegorza Gabryelskiego. Prace mają nawiązywać do znanych wydarzeń i postaci związanych z historią lokalną, przedstawianą w sposób atrakcyjny również dla młodego pokolenia. Chcemy, by była to impreza cykliczna. Zaczęliśmy od 5. Braci Międzyrzeckich. Następny plener rzeźbiarski będzie za rok.
            24 – 28. maja. Cztery dni pracy rzeźbiarzy. Na placu przed Zamkiem z grubych pni wyłaniają się postaci. Powaga i surowość, ascetyzm, powłóczyste szaty. Tchnienie średniowiecza. Konwencja ludowa w rzeźbie historycznej.
Stoją rusztowania wokół grubych pni topoli. Rozłożone na trawie dłuta, szlifierki i piły Stihl. Od piły zacznie się praca. Wydobyć z bryły zarys kształtu. Potem cyzelować szczegóły. Rysy twarzy, brodę i włosy. Zwiedzający muzeum i Zamek mają dodatkową atrakcję. Na ich oczach powstają rzeźby. Można śledzić ich każdy etap powstawania. Skończone figury będą stały na terenie parku muzealnego. Wielu z przechodzących ludzi zatrzymuje się tu na chwilę krótką czy dłuższą, rozmawia z artystami. Niektórzy biorą do ręki dłuto. Poczuć uległość materii, nadać jej własny kształt...
            W 2003 r. minęło milenium śmierci pierwszych polskich męczenników, pięciu zakonników z klasztoru benedyktyńskiego reguły św. Rumualda; dwóch braci zakonnych przybyłych z Włoch: Benedykta i Jana oraz trzech Polaków: Mateusza, Izaaka i najmłodszego z nich Krystyna. Jako lokalizację klasztoru wymienia się okolice Międzyrzecza. Klasztor utworzony tu w celach misyjnych otaczała protekcja Bolesława Chrobrego. Przychylność władcy stała się poniekąd przyczyną tragedii. Zakonnicy otrzymali a następnie zwrócili księciu otrzymany dar – srebro. Pogłoski o bogactwie klasztoru jednak rozeszły się i w nocy z 11/12 listopada 1003 r. na erem napadli zbójcy, którzy wymordowali mnichów. Aby zatrzeć ślady zbrodni podpalili zabudowania klasztorne. Beatyfikacji mnichów dokonano już w 1005 r.
Najstarsze znane przedstawienie Pięciu Męczenników Międzyrzeckich znajduje się na rycinie nieznanego autorstwa wydanej w 1605 r. w Kolonii ilustrującej dzieło Marcina Baronjusza. Przedstawia w środkowym polu męczenników. Czterech stojących pośrodku ma w rękach palmy, piąty, św.  Krystyn umieszczony z boku, trzyma lilię, a szósty (ocalały Barnaba) wskazuje na pozostałych gestem dłoni. Promienie Łaski spływają z będącego ponad ich głowami hebrajskiego napisu JAHWE. Wokół jest bordiura złożona z 12. wyobrażeń okazujących najważniejsze sceny z ich życia: powołanie zakonników, msza św., powitanie przez Bolesława Chrobrego, kilka scen z kaźni, scenę przedstawiająca modlących się zakonników, tortury ogniem na  słupie, podpalenie kościoła, modlitwę przy grobie świętych, sen brata Andrzeja. Podpis innej ryciny, wcześniejszej z 1579 r. opisuje moment, w którym cesarz Otto prosi św. Romualda, w imieniu księcia Bolesława, o przysłanie zakonników.


Iwona Wróblak
lipiec 2010

niedziela, 17 kwietnia 2016

Niech śpią demony


            Trzeba znać historię. To nie ulega wątpliwości. Historycy się tym zajmują. Regionaliści. Cenna wiedza. Kto chce, znajdzie ją na bibliotecznych półkach, jest dostępna.
            Jest też i świat poza okładkami książek. Żywi ludzie, świadkowie i uczestnicy historii najnowszej. Burzliwej i skomplikowanej. Trzeba ich słuchać, nie wolno ich nie słuchać.
Tak jak innych śladów, tablic, nagrobków. Poświęcić im naszą uwagę, zachować w pamięci, restaurować, jeśli są.
            Zabytki to cenne źródła informacji. Razem ze świadkami wydarzeń są jeszcze cenniejsze. Trawestując powiedzenie C. K. Norwida – przeszłość jest dziś, tylko cokolwiek dalej. Przeszłość jest po to, by zrozumieć teraźniejszość. Przyjąć postawę tego, który chce zrozumieć, bez zacietrzewienia, emocji, kompleksów, pozycji na klęczkach czy oschłej wyniosłości. Ku czci tych nagrobków, które może nie pozostały. Ale są Pamięcią, obecną materialnie lub  też nie. Bo nigdy żadne poglądy nie są jedynie słuszne. Historia to skomplikowana tkanka wielu płaszczyzn wzajemnie się nakładających, żywa jak  ludzkie ciało.
            Doktorantka nauk historycznych z Torunia Anna Zglińska opowiadała o powojennych cmentarzach ewangelickich w Polsce jako o miejscach niepamięci. Cytowała archiwa IPN. Wiele rzeczy wiedziała kategorycznie. Miała uważnych słuchaczy, kilku doktorów historii, jeden profesor. Ich  polemika z nią była ucząca. Pani Zglińskiej słuchali ponadto starsi ludzie, z Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Oni nie niszczyli tych nagrobków, przyjechali tu po wojnie. Przeważnie nie z ich wyboru. Zastali określoną rzeczywistość i żyli w państwie, w jakim żyli. Na historię trzeba patrzeć nie z punktu widzenia współczesnego, lecz historycznego. Pleonazm?
Co można i należy robić. Małymi krokami próbować zmieniać naszą przyszłość, która się staje. W miarę możności stawiać jej kamienie węgielne, jak pomniki upamiętniające byłych mieszkańców Międzyrzecza. Pojednanie z duchami. Bardzo istotne. Gesty ważne, świadczące o szacunku. W  pojednaniu z przeszłością, niezbędnym, stawia się małe kroki. Mile dobrej woli. Mimo oportunizmu ludzi niechętnych, zakleszczonych w przeszłości, swojej albo przejętej. Jeszcze dzisiaj tacy są. Zostawmy te osoby ich demonom.
Z relacji świadka: - W 1995r. odsłonięto na byłym cmentarzu ewangelickim w Międzyrzeczu pomnik upamiętniający groby byłych mieszkańców  powiatu międzyrzeckiego, zwanego "kamieniem pojednania". Odsłonięcie pomnika odbyło się z udziałem mieszkańców Międzyrzecza i  byłych mieszkańców naszego powiatu z Heimatkreis Meseritz w Padeborn, któremu przewodniczył Konrad von Tempelhoff  (już nie żyje, zgodnie ze swoją wolą został pochowany w Dąbrówce Wlkp., teraz prezesem organizacji jest Leonard von Kalckreutz). Członkowie Haimatkreis Meseritz uczestniczyli  w  1998 r. w obchodach 750-lecia nadania praw miejskich naszemu miastu oraz w obchodach milenijnych 1000. lecia Międzyrzecza, także odwiedzali nasze miasto prywatnie. W Padeborn zamieszkuje najwięcej byłych mieszkańców naszego powiatu (obecnie to już dzieci i wnuki), liczna grupa jest w Berlinie a  także w Haren.
„K. M.” VII. 1994 r. A. Ś.: 4.06.1995 r. wmurowano kamień pamięci zmarłych od 1609 – 1945 r. mieszkańców Międzyrzecza. Określenie „kamień pamięci” będzie funkcjonować w niemieckiej prasie. O jego postawienie ubiegało się Stowarzyszenie Byłych Mieszkańców Powiatu Międzyrzeckiego. Kamień był postawiony dzięki porozumieniu zawartemu pomiędzy niemieckim Stowarzyszeniem a lokalnymi władzami. Na uroczystości przyjechało ponad 150 byłych mieszkańców pochodzenia niemieckiego. Niektórzy przybyli tu po raz pierwszy od 50 lat. Postawienie kamienia spotkało się z aprobatą i  życzliwością międzyrzeczan. Obelisk został odsłonięty przez burmistrza Międzyrzecza Władysława Kubiaka i przewodniczącego Stowarzyszenia Konrada von Tempelhoffa. Zabrał głos starosta powiatu Padeborn Reinold Stücke, burmistrz Berlina-Wilmersdorf Horst Dohm i senator RP Zdzisław Jarmużek. Poświęcenia dokonali ks. proboszcz Grzegorz Tuligłowicz i kapłan niemiecki Pfarrer Dirksen. Koszt pomnika pokryło niemieckie Stowarzyszenie.
Z wywiadu z Konradem von Tempelhoff prezesem Stowarzyszenia: („K.M.”XII.1994 r.). Z Międzyrzecza wyjechał w 1945 r. gdy miał 11 lat. Jego  rodzina była właścicielem budynku, w którym mieści się Muzeum. Mieszkał w nim od 1939 r. po śmierci swojej babki Dziembowskiej. Stowarzyszenie powstało w 1947 r. W 1995 r. liczyło 3000 członków porozrzucanych po terytorium całych Niemiec. Łączy ich gazeta Heimat Gruss Meseritz. Siedziba związku jest w Padeborn. Stowarzyszenie organizuje wycieczki na ziemię międzyrzecką, zjazdy. Członkowie podzieleni są na grupy: międzyrzecką, trzcielską, skwierzyńską, pszczewską i w ich ramach kultywują pamięć i przywiązanie do swoich małych ojczyzn. Pan von Tempelhoff mówił o pozytywnym nastawieniu do międzyrzeczan członków związku. 95% osób ze związku z ochotą przyjeżdża na tereny dawnego powiatu międzyrzeckiego i przywozi stąd  bardzo dobre wrażenia. Kamień – mówił – ma dla nich podwójne znaczenie – zaistnieje jako forma uczczenia pamięci ludzi tam pochowanych i ma szansę stać się symbolem pojednania. Chcemy, powiedział, aby postawienie tego kamienia odwoływało się do przeszłości i przyszłości. 
            Świadek wydarzeń Adam Koziński o „Kamieniu Pojednania”: Kiedy w listopadzie 1994r. objąłem funkcję zastępcy Burmistrza d/s inwestycji jedną z pierwszych osób, którą poznałem był Pan Konrad von Tempelhoff – Przewodniczący Heimatkreis Meseritz (Stowarzyszenie Byłych Mieszkańców Powiatu Międzyrzeckiego). Każdy jego przyjazd do Międzyrzecza rozpoczynał się od wizyty w ratuszu i długiej rozmowy z Burmistrzem Władysławem Kubiakiem. Wkrótce dowiedziałem się, że zasadniczym tematem tych rozmów jest uzgodnienie sposobu upamiętnienia przedwojennego ewangelickiego cmentarza, miejsca spoczynku przedwojennych mieszkańców miasta. Dla Pana Tempelhoffa sprawa ta miała znaczenie priorytetowe. Z jego słów wynikało, że z   niemałym trudem, On i Zarząd Stowarzyszenia, starają się zachować społeczno – kulturalny charakter Stowarzyszenia i nie dopuścić do przystąpienia Stowarzyszenia do politycznego, ogólno - niemieckiego Związku Stowarzyszeń o charakterze rewizjonistycznym. Często podkreślał, że bez rozwiązania problemu upamiętnienia (zniszczonego w latach 70 – tych) cmentarza nie da się uniknąć upolitycznienia Stowarzyszenia. Dobrze wiedzieliśmy, o czym on  mówi. Przecież dobrze pamiętaliśmy okres rozbijania grobowców i wywlekania wpierw trumien a w końcu ludzkich szczątków. Słyszeliśmy niejedną opowieść o kradzieży krzyży i płyt nagrobnych i przerabianiu ich na „nowe” nagrobki. Byliśmy zgodni. To miejsce – cmentarz (jak go potocznie nazywano „niemiecki”) zasługuje na szacunek. Nie od razu zaakceptowałem ideę budowy pomnika. Myślałem o solidnie urządzonym i utrzymanym parku, w którym utworzono by - z nielicznych pozostałych płyt nagrobnych mauzoleum – krąg pamięci. Obawiałem się, że idea budowy pomnika nie będzie powszechnie zaakceptowana przez społeczeństwo miasta. Z czasem moje obawy zanikły, a przedstawiona przez Panów Tempelhoffa i Kubiaka wizja kamienia z  najprostszym z możliwych –dwujęzycznym - napisem „Wspominamy naszych zmarłych” znalazła moje uznanie. W końcu trzeba było zmierzyć się z opinią mieszkańców miasta. Pierwsze reakcje były skrajnie różne. Od pełnej akceptacji do absolutnej negacji z ogromnym obszarem milczenia po środku. Wiedzieliśmy, że ludzi nastawionych negatywnie nie przekonamy – rozumieliśmy, ze często ich postawa jest następstwem wojennych przeżyć, niezagojonych ran, utraconych ziem rodzinnych lub obawy, że pomnik będzie pierwszym krokiem do „powrotu Niemców”, do zgłaszania roszczeń majątkowych. Do tych ludzi kierowaliśmy argumenty, że przecież Polska również zabiega o upamiętnianie „cmentarzy naszych ojców” na utraconych wschodnich kresach Rzeczpospolitej. Tłumaczyliśmy, że nie był to cmentarz wojenny a pochowani tam ludzie nie byli niemieckimi żołnierzami, których pamiętają z czasów okrutnej wojny. Duży problem mieliśmy z interpretacją postawy „milczących”. Czy jest to obojętność, bierność a może cisza przed burzą. Powiem wprost obawialiśmy się czy nie dojdzie do wandalizmu, do zniszczenia pomnika (przecież takie fakty zdarzały się i zdarzają nadal). Dużą rolę w ukształtowaniu pozytywnego stosunku do budowy pomnika (w mojej ocenie) odegrał Kurier Międzyrzecki. To w „kręgach Kuriera” zrodziła się nazwa „Kamień Pojednania”. To na jego łamach upowszechniona została idea budowy. Znaczącą też rolę odegrały, nawiązane w I Kadencji Samorządu, partnerskie związki z miastami niemieckimi i holenderskimi i wynikające z nich bardzo liczne wyjazdy i bezpośrednie kontakty – zwłaszcza młodzieży. Dzięki tym  wyjazdom Międzyrzeczanie stali się naocznymi świadkami, że tam na zachodzie nie panuje powszechna chęć rewizji granic, że Holendrzy, podobnie jak  Polacy doświadczeni w czasie II wojny, wypracowali dobrosąsiedzkie stosunki z Niemcami. Ci młodzi ludzie Stali się świadkami idei partnerstwa i w moim przekonaniu stonowali opinię swoich rodziców i dziadków. Tuż przed uroczystością odsłonięcia pomnika, pojawił się nowy problem. Okazało się, że  zdaniem władz państwowych „wychodzimy przed szereg” gdyż „uprawiamy politykę zagraniczną”, która zarezerwowana jest dla Rządu i wręcz zakazana Samorządom. Ciężar tych rozmów i uzgodnień wziął na siebie Burmistrz Kubiak. Wiem, że niełatwe były to rozmowy. Ich wynikiem było, że nie pojawił się  oficjalny zakaz budowy pomnika ale jednocześnie (wbrew oczekiwaniom) na uroczystości odsłonięcia nie pojawił się żaden oficjalny przedstawiciel władz państwowych.
W moich wspomnieniach z uroczystości odsłonięcia „Kamienia Pojednania” pierwsze miejsce zajmują dwa wydarzenia: Nabożeństwo Ekumeniczne i przemówienie Pana Tempelhoffa. Nabożeństwo Ekumeniczne odprawili wspólnie Ks. Kanonik Grzegorz Tuligłowicz – Proboszcz Parafii p.w. Św. Wojciecha i Ewangelicki Pastor. Już w trakcie tego nabożeństwa, po twarzach licznie przybyłych byłych mieszkańców Międzyrzecza, widać było jak ważny jest dla nich ten dzień. Przemówienie Pana Tempelhoffa przepełnione było powagą i żalem. Żalem człowieka, który utracił świat swego  dzieciństwa. Żalem człowieka, któremu zniszczono „grób rodziców”. On nie ukrywał, że Niemcy są sprawcami wojny. On tłumaczył, że On i ci, którzy z  nim przybyli są ofiarami tej wojny. Że On i ci, którzy z nim przybyli proszą o szacunek dla miejsca spoczynku ich przodków. Nie było na tej uroczystości tłumów Międzyrzeczan. Przeważali goście. Członkowie „Stowarzyszenia byłych Miedzyrzeczan”, samorządowe władze Padeborn – miasta, w którym Stowarzyszenia ma swoją siedzibę, przedstawicieli zaprzyjaźnionych Gmin z Niemiec i Holandii. W moim przekonaniu był to wydarzenie historyczne. Osobiście nie nazwę tego pojednaniem ale na pewno było to „oczyszczenie” (myślę o winie milczącej zgody na nikczemne obejście się z ludzkimi szczątkami) i proste, ludzkie porozumienie byłych i obecnych mieszkańców Międzyrzecza.
Każde kolejne spotkanie z Panem Tempelhoffem i Członkami Stowarzyszenia było proste i serdeczne. Mogłem patrzeć im prosto w oczy bo wiedziałem, że  nie wróci temat „zniszczonego cmentarza”. Bo uwierzyłem, że nie żyją żądzą odzyskania „przedwojennych majątków”. W każdym kolejnym roku staraliśmy się pamiętać by w Dzień Zaduszny pod pomnikiem paliły się znicze, leżały kwiaty.
Panowie Władysław Kubiak i Konrad von Tempelhoff już nie żyją. Już nie dadzą osobistego świadectwa o tym, czym i jak ważna była dla nich idea  budowy pomnika.
Ważne jest abyśmy zapamiętali tę spontanicznie nadaną pomnikowi nazwę – „Kamień Pojednania”. Uszanujemy wtedy i tych, których ten pomnik wspomina i tych, którzy ten pomnik chcieli i umieli wznieść.
Podanie ręki, na szczeblu władz miasta, wizyty przy obelisku, składanie kwiatów. Częste wizyty, które trwają do dzisiaj. Znajomości, nowe przyjaźnie na gruzach hatakomb dwudziestowiecznych, związanych z nimi wydarzeń. Bolesnych, to nie ulega wątpliwości. Ale jest również, twardy, Kamień upamiętniający, nie tylko poprzez strukturę materii, ale przez dobrą wolę i mądrość, kulturę, współczesnych gospodarzy terenu, na którym była nekropolia.
Cmentarz ewangelicki zlikwidowano w 1967 r. Tego już nie zmienimy. Tylko że u nas w Międzyrzeczu miejsce to, tak cenne dla ewangelików, nie jest  wysypiskiem śmieci. Jest uhonorowane pamiątkowym Kamieniem. W 1995 r. zrobiono to, co nie jest praktyką powszechną w miejscach pochówku (u nas  podobny obelisk jest w Wyszanowie). Na fotografiach Łukasza Małkiewicza (wystawa o cmentarzach ewangelickich) widać to wyraźnie. Dobrze, że  obok wielkich, niewątpliwie artystycznych fotografii wspaniałych pomników, ich często ułomków, rzeźb nagrobnych malowniczo zagubionych wśród chaszczy jest (nad informacją o wystawie) małe zdjęcie międzyrzeckiego Kamienia Pojednania. Nie sposób na nim dojrzeć liter, więc cytuję: (jest w wersji polskiej i niemieckiej) 1609 – 1945. Wspominamy naszych zmarłych. Podpis: Heimatkreis Meseritz. W tym miejscu znajdował się cmentarz ewangelicki byłych mieszkańców Międzyrzecza.
Byłam przy Kamieniu kilka dni temu. Stał pod nim znicz.
            Ma rację pan A. Kirmiel, że można zrobić krok następny. W Muzeum jest 80 ocalonych nagrobków ewangelickich, można zrobić lapidarium. Nikt nie zamierza negować tego, że przez stulecia zamieszkiwały nasze ziemie trzy kultury monoteistyczne, równoprawne w swoich pretensjach do  dziedzictwa. Zostały po nich zabytki, mamy obowiązek je chronić. Jest obowiązek robić to skutecznie. Szukać źródeł finansowania, po niemieckiej stronie również – nasze nekropolie polskie na wschodzie my finansujemy, a przynajmniej staramy się partycypować. Ważne, by umieć zebrać wokół projektu grupę ludzi, po obydwu stronach, jak w 1995 r. I współpracować – z wszystkimi, którzy mogą pomóc.
             

Iwona Wróblak
marzec 2011

wtorek, 5 kwietnia 2016

Popatrzeć ze strony pozytywnej. Kultura ukraińska


            Ukraina od wieków była sąsiadem Polski. Z tym wielkim krajem łączyły nas i nadal łączą więzi kulturalne, gospodarcze. Czerpaliśmy od siebie nawzajem inspiracje.
Spotkanie z kulturą ukraińską jest realizacją zamierzenia pokazywania przez dyr. Muzeum Andrzeja Kirmiela współczesnej i historycznej wielokulturowości naszych ziem, czego odzwierciedleniem będą tematyczne ekspozycje muzealne i imprezy kulturalne placówki na rzecz miasta.
Teren, którego obecnie jesteśmy gospodarzami, gościł na przestrzeni wieków kilka nacji. Od 1947 r. mieszka tutaj także duża grupa Łemków wysiedlonych w ramach Akcji „Wisła” z południowo – wschodnich powiatów Gorlice i Nowy Sącz. Parafia grecko-katolicka funkcjonuje w  Międzyrzeczu od 1958 r., najpierw przy kościele św. Wojciecha, a od 1980 r. jej siedzibą jest kościół p.w. św. Cyryla i Metodego przy ul. Ks.  Ściegiennego. Na spotkaniu obecny był proboszcz parafii ks. Jurij Bojczeniuk.         
Na znak szacunku dla naszej międzyrzeckiej społeczności ukraińskiej tego dnia obok polskiej flagi nad drzwiami do Muzeum zatknięta była też  flaga ukraińska. Na otwarcie wystawy „Złoto Ukrainy” przyszli międzyrzeczanie, którzy po wojnie przyjechali tu z terenów wschodnich, dzisiejszej Białorusi i Ukrainy. Ukraina dla nich, podobnie jak dzisiaj dla Ukraińców Polska, była kiedyś drugą ojczyzną, mieszkali tam, wtedy w Polsce, ze swoimi sąsiadami Ukraińcami przez wieki. Mimo różnych przeżyć pozostał w nich szacunek i sentyment dla kultury ukraińskiej. Gościliśmy prezes Lubuskiego Oddziału Związku Ukraińców panią Stefanię Jawornicką. – Cieszę się – powiedziała – że ta wystawa znalazła się w Międzyrzeczu, gdzie mieszkają obok  siebie Polacy i Ukraińcy. Kultura wprowadza światło wszędzie tam, gdzie nie jest go dosyć. Przez wiele wieków historia nas dzieliła. W mojej pracy nauczycielskiej robiłam wszystko, by zbliżyć dwa narody połączone więzami krwi i kultury. Pokazywać, co nas łączyło, popatrzeć na historię i przyszłość ze  strony pozytywnej.
Pani Jawornicka od naszej międzyrzeckiej społeczności ukraińskiej dostała symboliczny bochenek ukraińskiego chleba, upieczony według starej receptury w piekarni państwa Anny i Lesława Janików, i wiązankę kwiatów wręczony przez panią Annę Janik, Ukrainkę, która mieszka tu, w swojej drugiej – jak mówi - ojczyźnie już ponad 20 lat. Dziękując – w swoim ojczystym języku - pani Jawornickiej za przybycie, i wręczając chleb, składając życzenia, powiedziała – mam szczęście reprezentować swój kraj po ukraińsku. Nasi międzyrzeccy Ukraińcy pielęgnują swój język, kulturę, tradycję i  religię. Nabożeństwa i inne uroczystości odprawiane są w języku ukraińskim, a cerkiew urządzona jest zgodnie z wymogami obrządku wschodniego. Jest  tam ikonostas z ikonami, które mają ogromne znaczenie dla grekokatolicyzmu. Ks. Bojczeniuk mówił o tym w związku z otwarciem wystawy ikon w  Muzeum. Ksiądz, występując w imieniu własnym i ukraińskiej mniejszości  mieszkającej w Międzyrzeczu i okolicach, mówił o swojej tu dzisiaj obecności jako o zaszczycie, i osobistym dla niego wydźwięku tej ekspozycji, podziękował Ambasadzie Ukrainy w Polsce i dyrektorowi Muzeum za zorganizowanie wystawy, za przybliżenie zwiedzającym tych ważnych dla Ukraińców eksponatów. Teraz mieszkańcy Międzyrzecza będą mogli, zwiedzając wystawę, dotknąć istoty obrządku wschodniego. Wczuć się głębiej w kulturę i religię naszych międzyrzeckich Łemków, których los związał z drugą ojczyzną Polską i z Międzyrzeczem. Bardzo podobał się występ wokalny najmłodszego pokolenia Łemków, Justyny Zbańskiej i Roksany Sycz. W twarzowych ukraińskich bluzach wyszywanych ściegiem krzyżykowym, w swoim ojczystym języku zaśpiewały kilka pieśni z pięknym ukraińskim akcentem. Wychowane w domu w kulturze ukraińskiej czują się Ukrainkami. Wtórowały dziewczętom osoby z widowni, obecni za sali Łemkowie i Polacy, którzy pamiętali te pieśni jeszcze z przekazów rodziców i dziadków. Uniwersalne dumki o miłości, znana „Czerwona ruta”. Wobec aplauzu widowni dyrektor A. Kirmiel, który nałożył barwną ukraińską soroczkę, dar od społeczności ukraińskiej, namówił dziewczyny na bis. Zaśpiewały nam powtórnie, po czym dyrektor zaprosił uczestników tego bardzo miłego wieczoru na ukraiński barszcz, ukraińskie pierogi, ciasto z piekarni państwa Janików i bułeczki, kutię, i  smakowanie wystawy, rozmowy o kulturze ukraińskiej. Oprócz wysokiej wartości XVIII i XIX w. ikon, ich hologramów, w Muzeum można obejrzeć kopie optyczne najwyższej jakości wyrobów artystycznych z drogocennych metali scytyjsko – sarmackiego okresu znalezionych na terenie dzisiejszej Ukrainy, biżuterię wykonaną przez bizantyjskich mistrzów (VII – VIII w p.n.e), wyroby jubilerskie z czasów Rusi Kijowskiej (XIII w.). Tysiącletnia historia dziedzictwa kulturowego narodu ukraińskiego, który, jak polski, również należy do europejskiej i chrześcijańskiej cywilizacji.

Iwona Wróblak

maj 2011