Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr A Co Mi tam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr A Co Mi tam. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 kwietnia 2022

 

Polsko-ukraiński spektakl, i dar od naszych gości – prastary amulet


Ukraińskie intencyjne amulety motanki – ukraińskie Biereginie – (dawne; żadanice, ziarnuszki, podróżki, nierozłączki – u nas reliktem jest Marzanna), zwykle darowywano komuś bliskiemu, na szczególne okazje, miały za zadanie chronić ludzi i domostwa przed złem, przynosić pomyślność, spełniać najskrytsze pragnienia i życzenia. Były symbolicznym skarbem instynktownej natury, człowiek przypisywał od wieków lalkom i świętość, i manę – budzącą grozę i nieodpartą obecność, która działa na ludzi, przynosząc duchową przemianę, także w przyszłych żywotach; w baśniach reprezentują głęboki puls duchowej mądrości, są symbolem duchowości ukrytej głęboko w człowieku...

Laleczki „motane” (przez matkę i córkę) nitkami i włóczkami nawiązywały do aktu połączenia nadzwyczajnych sił z człowiekiem. Nadawały kierunek mocy, którą amulet miał emanować. Wykonywano je tylko z naturalnych materiałów i bez używania ostrych przedmiotów; igieł mogących ukłuć lub skaleczyć Los. By nie przekazać tej mocy komuś obcemu amulety nie posiadały rysów twarzy. Kiedy obdarowanemu marzenie się spełni się – lalkę należy spalić lub zakopać w ziemi.

Julija z Tarnopola trzyma w ręku naręcze motanek. Własnoręcznie, razem z mamą, zrobiła je i ofiaruje, żeby symbolicznie podziękować Polakom, międzyrzeczanom, za gościnność, pomoc i wsparcie w tym trudnym dla uciekających przed agresją wojsk Putina okresie. Motanki to też talizmany darowywane chorym leżącym w łóżku, forma modlitwy za wydobrzenie – esencja dobrych życzeń, dla przyjaciela… Motanki nie mają twarzy by nie zabierać części duszy człowieka, by nie wchłonąć duszy osoby, która ją wykonała. Czasem, jak tu - zamiast oczu i ust miały krzyż, który miał symbolizować pozytywną energię, słońce, bogactwo i piękno, boskie od tysiącleci Słońce. Jak grzejące ciepło, pozytywna energia, opieka sił żywotnych… Może to reminiscencja, wspomnienie neolitycznego kultu żeńskiego bóstwa opiekuńczego, jego mocy i siły, jeszcze z epoki matriarchatu?

Dar Juliji to wieńcząca całość część wieczoru w sali lustrzanej Międzyrzeckiego Ośrodka Kultury. Koncert z wykonaniu naszych aktorów z teatru prowadzonego przez Annę Kużmińską – Świder, i naszych międzyrzeckich gości z Ukrainy, którzy też wystąpili na scenie. Wsłuchuję się z melodię i rytm współczesnego języka ukraińskiego w wykonaniu Kiryła – studenta weterynarii z Zaporoża, recytującego wiersz współczesnego poety; język różni się od rosyjskiego znanego mi ze szkoły. Wiersze - jest okazja, by ich posłuchać, są tłumaczone na język polski.

Nie możemy zapomnieć – wszyscy – o Buczy. O Charkowie, Kijowie, Chersoniu. Mariupolu. Mając w pamięci obrazy, wojny, masakry ludności cywilnej przeglądam się w oczach Juliji, ich cieple, i chęci ofiarowania tej motanki Nam – jako formy podziękowań. Myślę, jak to jest bać się wybuchających nad moim domem bomb… nie chcę sobie wyobrażać… Mówię tylko do Niej – Slava Ukraini! Może na tyle czują się u Nas, gdzie w wielu ludziach w Polsce, zapoczątkowane oddolną spontaniczną akcją wielu wolontariuszy, otworzyły się pokłady niespodziewanej empatii, tak bezpiecznie, by dzielić się dobrymi życzeniami.

Aktorzy wkraczają na scenę z walizkami podróżnymi. Siadają w półokręgu na prowizorycznych stołkach – rozrzucone kawałki kartonów, scenografia jak podłoga schronu przeciwlotniczego… Jak powiedzieć o wojnie? Słuchamy relacji Paszy… Tekst autentyczny, piwniczny, o tym jak zachować resztki normalności, wbrew codziennej wojennej traumie zrobić sobie, koleżance, np. makijaż... Na chwilę odsunąć od siebie ryk samolotów nad głowami, nie myśleć, czy strop piwnicy nie zawali się na głowę, jak to się stało w teatrze w Mariupolu… W schronie ludzie „mają ciężkie spojrzenia”, przyniesiony ze sobą strach i nieufność… Stało się tak, kiedy niebo upadło, a „słońce spaliło się” żywcem, a nie jest tak delikatne jak ludzkie ciało. Mamy czterdziesty któryś dzień wojny. Na zewnątrz ciemnego zamkniętego pomieszczenia bywa jeszcze gorzej, uciekający przed ostrzałem ludzie i ich zwierzęcy strach na twarzach… Edyta Geppert śpiewała do Boga, jako tej górnej instancji, z prośbą-petycją-żądaniem, o Pomoc… O ochronę np. przed żołnierzem w zniszczonych butach, z kałasznikowiem, i zatkniętym za pasem nożem z nacięciami - notatkami ile osób zabił. Apokalipsa snu, czy stanie się Ona udziałem bogów stworzonych przez nas ludzi, przeciw innym ludziom.

Ukraina – nie bać się!” – taki tytuł ma przedstawienie. Świat cywilizowany zdaje egzamin z człowieczeństwa. Jak mówi we wstępie Andrzej Świder – naród jest kulturą. Ciągłość kultury, wzorców pewnych uniwersalnych zachowań; pomocy wzajemnej. Stąd, myślę, te motanki po spektaklu… Uczucie strachu może zmniejszyć obecność bliskiej osoby lub grupy ludzi. Wspólne idee pomocy sobie przekazywane od wieków czy tysiącleci. Jesteśmy solidarni z walczącą o wolność i pokój Ukrainą. Wspieramy ich na wiele sposobów, a Julija ofiarowuje nam symboliczną motankę, której nie dotknęła kłująca igła, motankę ubraną w tradycyjną (bardzo starej proweniencji) soroczkę – dzisiaj to koszula czy suknia kolorowo wyszywana, widzimy je nieraz u naszych Łemków na uroczystościach. Wielowiekowa jest ta idea motanki, jak odwieczne jest nasze sąsiedztwo przez miedzę.

Z ciekawością wsłuchuję się poetykę recytowanych fragmentów literatury ukraińskiej. Kto jest bardziej zadowolony z koralików – nitka, czy dziewczynka, która je nawleka? Świat jest połączony (symbolicznymi) koralikami. Są nimi My, inne istoty, wydarzenia, zjawiska. Historia jest nitką, czy splotem nitek, nawleczonych koralami - bryłkami przestrzeni i czasu - przez Nas także.

Mamy na scenie dwóch lokalnych bardów z gitarami klasycznymi. To Marcin Gąbka i Piotr Rogala. Jacek Kaczmarski, Przemysław Gintrowski, ich pieśni wybrzmiewają ponadczasowo. O młodych wilczkach rozszarpywanych w obławie… O murach, które w końcu muszą runąć, chociaż ich fundamenty z każdym pojawiającym się autokratyzmem, i faszyzującymi ideologiami populistycznymi, się umacniają, mimo że samotny zazwyczaj śpiewak przed tym przestrzega – utwór pamiętany z okresu, kiedy Polacy odzyskiwali swoją tożsamość po dekadach socjalizmu. Miejmy nadzieję niezłomną, jaką ma ziarno, że wykiełkuje, a mężczyźni (dzisiaj też kobiety...), będą uzbrojeni w obliczu zagrożenia. I „chroń mnie”, jak śpiewał Gintrowski, wielki mocny boski Boże, przed pogardą i nienawiścią, bo człowiek widząc okropieństwo masowych mordów i gwałtów, może (z)nienawidzić – i jak sobie z tym poradzić, by nie zatruwało to uczucie naszego dalszego życia? Ja odpowiem, że wybaczać (za kogoś) nie jest dane temu, kto nie został skrzywdzony…

Wołodymir Wysocki, jego chrapliwy głos, śpiewa nam Piotr song sławnego opozycyjnego barda rosyjskiego, o tym, który z boju nie wrócił, a jego przyjaciel, wspominający go, także do niego dołączy, i po TAMTEJ stronie będą mogli kontynuować przerwaną przed walką rozmowę... Teraz – jak mówi Jakub Rej, aktor teatru „A co mi tam” – trzeba COŚ ROBIC! Słyszymy pieśń – „Szukam, bo – szukania mi trzeba”… tak jak nieba - zauważenia niebiosów nad głową… wyrazu artystycznego, by opowiedzieć o wojnie. O żołnierzu, który jest jak drzewo zielone jego mundurem, jak ptak porzucony i odlatujący w bez-przestrzeń, jak ręka machająca mu na pożegnanie w drogę do niebytu. Bułat Okudżawa napisał pieśń o odchodzących na wojnę mężczyznach, o stukocie butów i spojrzeniach kobiet ich żegnających, te doświadczenia też są nam Polakom dobrze znane. Poeta, jak pisał Czesław Miłosz, będzie wszystko pamiętał, i pamięć Poety odrodzi się w wielu jego następcach. W Księgach, w pamięci ludzkiej, będzie zapisane.

Kołysanka ukraińska. Profesjonalnie zaśpiewana przez wokalistkę Katię śpiewającą w ludowym zespole w Kijowie. Piękny szkolony wyrazisty głos. Miłość matczyna nie ma narodowości. Miłość między chłopcem a dziewczyną też.

W spektaklu wystąpili: ks. Ernest Sekulski, Julita Lisiecka, Krystyna Całus, Ludmiła Wyczesany, Maryla Parys-Balcerkiewicz, Nikodem Wieczorek, Jakub Rej, Piotr Rogala, Lena z Dniepropietrowska, Marcin Gąbka, Katia z Kijowa, Kirył z Zaporoża, Andrzej Świder, Mariola Spychała, Cecylia Bartosz. Reżyseria: Anna Kużmińska-Świder, scenografia: Mariola Spychała, Cecylia Bartos.


Iwona Wróblak

kwiecień 2022















wtorek, 12 marca 2019


Leon ciągle żywy

Nic nie może zabić Leona męża Zofii (w roli żony Leona niezastąpiona Krystyna Całus). Nawet akt zgonu wystawiony przez lekarza. Nawet jabłecznik, który - być może -  przyczynił się do wdowieństwa sąsiadki… Chociaż Leon też wtedy pił z sąsiadem – i nic, przeżył (?!)
Leon (świetna naturalna kreacja Antoniego Krasińskiego) przeżywa wszystko. Swój pogrzeb, reanimację w szpitalu, znowu „śmierć”, swoją stypę też, kazanie księdza na swoim pogrzebie (… o naszym drogim ponownie zmarłym…), ponowne ożycie, i biurokrację szpitalną… Ożywa więc i przyłącza się do żałobników na swym pogrzebie, mocno zakonserwowany domowej roboty nalewkami jabłecznikowymi… Leon PRL-elowski wiecznie żywy, jak ongiś Lenin, chciałoby się powiedzieć… Chociaż lata ma już swoje (72), i żonę, która ma go jako męża serdecznie dosyć – ale co ludzie powiedzą, gdyby się ona na przykład rozwiodła? Niepodobna! Żonę, z którą– jak się zwierza Robertowi-grabarzowi, swojemu byłemu uczniowi, on sam nie wie, dlaczego się (przypadkowo) ożenił (i się męczy wiele lat)… Żonka ukochana, razem z córką, z cichą dybiące na rentę po nim.  Ale twardy jest chłop, taki swojski nasz, trzeba mu to przyznać, jeździł z nim ułożonym na łóżku-trumnie po scenie w kółeczko grabarz, a on ululany nalewką spał jak zabity, dosłownie, słusznym snem Polaka, którego nic nie zmorze na śmierć… I ta trumna od początku jest głównym elementem dekoracji scenicznej, tak jak i stolik, przy którym knują intrygę, a przynajmniej chcą knuć - jego kobiety, i sąsiadka (Krzyżanowska- Ewelina Izydorczyk-Lewy), samotna bez męża, którego pochowała 7 lat temu (domniemany powód – wypity przez denata jabłecznik?..), ale bynajmniej nie nieszczęśliwa z powodu swego wdowieństwa. Jedzą z Zofią razem ciastko, bo jak mówi, wdowy powinny trzymać się razem…
            Barwne postacie w sztuce pt. „Mój mąż umarł, ale już mu lepiej” scenariusz autorstwa Izabeli Dagurskiej, wystawionej przez Teatr „A Co Mi Tam”. Humor rodem z filmów kryminalnych typu dlaczego zabił, ale z zaskakującą puentą. Sztuka dobrze zagrana, świetnie wyreżyserowana przez Izabelę Spławską, wystawiona na scenie Międzyrzeckiego Ośrodka Kultury. Nieprzypadkowa muzyka ze znanych seriali z lat 70. i 80., komponowana przez Jerzego Duduś – Matuszkiewicza, tasiemcowych produkcji pełnych absurdów czasów słusznie minionych… Może nie do końca jednak przeszłych, skoro nadal wrzeszczący na wszystkich, klnący jak szewc ordynator w szpitalu jako zjawisko jest aktualny, lekarzom zdarzają się pomyłki w diagnozie – tutaj nie rozpoznają zejścia pacjenta z tego świata – i może nieprzypadkowo ten sam aktor - Jakub Rej (dobra kreacja), gra role mylącego się lekarza i księdza zarazem… Ordynator jest w jednej osobie aktorskiej… także  grabarzem (Mateusz Górski), pana Mateusza już oglądaliśmy w sztukach pani Spławskiej, tym razem też z powodzeniem udźwignął obydwie role.
            Grabarz z niego był marketingowy. Profesjonalnie, z wyczuciem psychologii zachwalał domniemanej przyszłej wdowie (droższą) kanadyjską trumnę z szybką, węsząc intratny interes pogrzebowy w domu, gdzie wszyscy jeszcze żyli, ale czas już był, żeby w tym miejscu nastał dla niego zarobek... Ten branżowy węch dziedziczył po swych przodkach wykonujących ten zawód… Trzeba wiedzieć, kiedy uderzyć z ofertą i w które drzwi! A jednak Leon, uparcie wstający ze swojej drogiej kanadyjskiej trumny-łóżka, nawet jego, grabarza z dziada pradziada, który już tyle trupów w swej karierze zawodowej widział i świat jego był akuratnie podzielony na ten w karawanie i tamten na zewnątrz, ten Leon wytrąca z równowagi psychicznej. Nie ma stałości dla grabarza na tym świecie! Bezpieczeństwa twardego podziału na tych za szybką kanadyjską i przed nią (tą szybką). Klasyczny kryminał się załamuje…
            Wychodzi przy okazji na jaw hipokryzja katolickich domowych polskich obyczajów. Zofia każe mężowi przymierzyć (trumiennie) wyczyszczone ubranie, bo trzeba się przygotować… Pyta go o zaciągnięte długi… bo sprawy tu-ziemskie trzeba uporządkować… No i serwuje mu kultowy w kamienicy jabłecznik, który kiedyś rozwiązał ten sam problem (problem męża) jej sąsiadce-wdowie. Budzik głośno dzwoni, jednak Leon, ten opój, śpi jak zabity, a że jest nieżywy, potwierdza lekarz z pogotowia (również, jak się dowiadujemy, osobnik niestroniący od alkoholu) – facet umie udawać nieżywego!
Była więc najpierw skrupulatna modlitwa żony Zofii – by mąż długo żył, aby ona miała z czego żyć, potem paciorek zmienia się swą intencję, staje się żałobą wyuczoną aktorsko z chusteczką przy oczach, na użytek sąsiadów, potem mediów (dziennikarka z „Życia na gorąco”) interesujących się cudem z-martwych-wstania. Mamy też dewocyjną religijność, skłonność do widzenia cudów u siostry zakonnej w szpitalu, która widzi w Leonie kandydata na kolejnego świętego – biedaka przez niebiosa wybranego, co może ma stygmaty!  Zofia mówi z większą dosadnością, że mąż będzie stał za bramą niebieską w kolejce za innymi pijakami. Mąż zmarł, ale już mu lepiej – to najlepszy opis statusu życiowego Leona na tym i na tamtym świecie. To już nie jest obyczajne!! Traci w środowisku na opinii, bo to porządny człowiek ongiś był, uczył fizyki, a tu zrobić coś takiego swojemu lekarzowi! Czyli ożyć, wbrew (naukowej/medycznej) diagnozie…
            Media się zachłystują sensacją, to według uczonego komentarza Profesora Ryszarda Szczykawy (Ryszard Perdon) - analogia Biblijna nasuwa się sama… Leon ocaleje, bo sekcji zwłok rodzina nie chce, i z przyczyn obyczajowych, i innych (bo przyczyna śmierci, lub-nie-śmierci, może się wyjaśni)…

            Obsada sztuki: Zofia: Krystyna Całus, Leon: Antoni Krasiński, Jola/Siostra: Łucja Krystyna Górska, Krzyżanowska/Dziennikarka: Ewelina Izydorczyk-Lewy, Grabarz/Ordynator: Mateusz Górski, Lekarz/Ksiądz: Jakub Rej, Pielęgniarka: Irena Głyżewska, Dziennikarka/Reporterka: Ewa Siwek, Profesor: Ryszard Perdon.

Iwona Wróblak
marzec 2019









wtorek, 25 września 2018


Żabusia Zapolskiej – teatr kostiumowy

            Ponad setkę lat liczący dramat Gabrieli Zapolskiej pt. „Żabusia” w reżyserii Izabeli Spławskiej wystawili aktorzy amatorskiego  Teatru „A Co Mi Tam” na scenie Międzyrzeckiego Ośrodka Kultury. To kolejna sztuka tego Teatru sięgająca po repertuar klasyczny.
            Gabriela Zapolska (1857 – 1921) pochodziła z rodziny ziemiańskiej. Próbowała swych sił jako aktorka, felietonistka i krytyk teatralny. W 1889 wyjechała do Paryża, gdzie nawiązała kontakty w środowisku teatralnym i malarskim. Zaczynała od występów w teatrzykach objazdowych, w teatrach w Krakowie, Lwowie i Poznaniu. W 1902 prowadziła w Krakowie szkołę aktorską, na jej bazie utworzyła Teatr Niezależny Gabrieli Zapolskiej, w latach 1912-1913 była kierownikiem literackiego Teatru Premier. Publikowała nowele, powieści obyczajowe, psychologiczne, melodramaty i teksty publicystyczne. Największą wartość w dorobku Zapolskiej mają dramaty, m.in.: „Ich czworo”, „Tragedia ludzi głupich” (1893), „Żabusia” (1897), „Małka Szwarcenkopf „(1897), „Jojne Firułkes” (1898), najsłynniejsza - „Moralność pani Dulskiej” (1906), „Panna Maliczewska” (1910). Dramaty tłumaczone były na kilkanaście języków i grane w licznych teatrach polskich i europejskich, doczekały się adaptacji radiowych, później telewizyjnych. Była emancypantką. Naturalizm Zapolskiej posiada wyraźny ton publicystyczny i dydaktyczny. Tworzyła postaci typowe: mieszczańska matrona, niewierna żona, mąż-pantoflarz, złoty młodzieniec, ciemna służąca.

            Na międzyrzeckiej scenie podziw wzbudziła kreacja Katarzyny Wysoty – zarówno jej kunszt noszenia długiej sukni z przełomu wieków jak i wczucie się w umysłowość i styl życia mieszczanki z klasy średniej z okresu Młodej Polski… Tytułowa Żabusia (Helena Batrnicka) jest taka, jaką ją sobie by wymarzyła Zapolska – kapryśna, zalotna, niefrasobliwa, nieco egoistyczna kokietka, mimo braku ambicji intelektualnych bynajmniej niegłupia… Kobieta ideał ponadczasowy mężczyzny, w którym zakochał się też i Bartnicki – kokota, która wszystkich kocha i nikomu krzywdy nie robi… Produkt czasów i typu kobiety uwikłanej w system patriarchalny – zdaje się, że bez innej alternatywy dla jej miejsca w tamtym społeczeństwie (chociaż sama Zapolska wyłamywała się z tego stereotypu), w którym to układzie jej funkcja jako człowieka okrojona była do roli pani domu. W najlepszym wypadku czekała ją kariera (domowej) matrony, która w swoim życiu musiała nauczyć się kłamać – by zachować swoje status quo w rodzinie, w społeczeństwie, by mieć po prostu byt i dach nad głową… Patriarchalny układ społeczny działał dobrze, dopóki ktoś nie zaczął mówić prawdy – co myśli, co czuje, i - co robi…  Kobieta ma jednak (?) uczucia, pragnienia, nadzieje, kanalizowała je w miłostkach, ucieczce od narzuconego często przez rodzinę partnera małżeńskiego.
            Czasom należy oddać hołd. Twórcy przedstawienia wypożyczyli meble od Wojciecha Knycha, właściciela komisu z antykami (podziękowania!), aktorzy ubrali się w kostiumy z epoki (podziękowania dla Joanny Molik). Na scenie zjawił nam się salonik domu mieszczańskiego z przełomu XIX i XX wieku. W nim typowe małżeństwo klasy średniej – Bartniccy, on pracuje w biurze, ona jest panią domu, mają kilkuletnią córeczkę Jadzię, mają swoje zdrobniałe ksywki – jak byśmy dzisiaj powiedzieli: Nabuchodonozor (?) czyli córeczka Jadzia (zagrana przez Marysię Spławską), nieco smutna, mało mówiąca, Rak –  czyli Jan Bartnicki, i Żabusia, czyli Helena Bartnicka. Kochają się wzajemnie – ale w ramach ogólnego układu społecznego. Najbardziej zadowolony z niego wydaje się być Pan Domu (przypadek?) – ale do czasu, kiedy nie usłyszy, że żona miała kochanka. Bartnicki nawet pyta, dlaczego (go wzięła), może nawet wysłuchałby odpowiedzi (dobra naturalna kreacja Mateusza Górskiego, z nieodłączną fajką, dobrze pomyślanym atrybutem, który na pewno ułatwiał mu, jako aktorowi amatorskiemu, granie roli), taka sytuacja jest ponadczasowa i się zdarza w każdej epoce. Bartnicki kocha dziecko, zajmuje się córeczką (usypia ją śpiewając kołysankę), jest zakochany również w swojej pięknej spolegliwej żonie, uśmiechniętej na co dzień, całującej go w policzek. Nie wiemy o całej reszcie ich intymnych relacji, bo z jakichś powodów żona go jednak zdradza, kochanek Julian (gra go Kuba Rej) wypełnia Helenie jakąś niezagospodarowaną przez męża część kobiecych wobec mężczyzny potrzeb i oczekiwań. 5 lat małżeństwa, typowy kryzys, być może, kiedy pierwsze namiętności opadają a ze strony mężczyzny nie ma starań, by nadal być dla swej wybranej amantem… Jan wybiera się popołudniami na czytanie do klubu, potem w pracy ma o czym dyskutować… – to jego realizacja (?) społeczna i intelektualna – czy dzisiaj nie bywa podobnie? Z żoną – nie wyobraża sobie podobnych dyskusji, po pierwsze – Helena nie czyta (kobiecie nie przystoi, jak sama mówi), każde z nich ma swoje zainteresowania, własny obszar życia, dają sobie wolność (dzisiaj też tak jest, czy bywa…).
Tylko z tej wolności, która często bywa ucieczką od siebie, od rutyny, od filisterstwa – jeżeli użyjemy tego starego terminu, wynikać może zniszczenie wzajemnych relacji – w przypadku kiedy zostaną wyartykułowane prawdziwe powody, obnażona będzie tym samym hipokryzja w ich związku. Tutaj kochanek Heleny-Żabusi Julian zostaje odkryty na balkonie ich domu, i zdekonspirowany podwójnie, bowiem jest w dodatku narzeczonym siostry Jana, bezkomromisowej Marii, która już nie podniesie się psychicznie z tej zdrady swojej miłości i zaufania do mężczyzn (podobnie jak Zapolska). Zranione kobiety czytają książki (jak Maria), są zdradzane przez narzeczonych (jak Maria), ale wybaczają najbliższym (kobietom, mężczyznom chyba nie…), bo Mania każe kłamać swojej szwagierce, że jej romans nie istniał i go wymyśliły, by zabawić (?) brata-męża (uwierzył?? Chciał uwierzyć?? Chyba tak). Najważniejszy jest bowiem, zawsze był, układ społeczny. Tak też sądzi, teściowa (Milewska) – że trzeba zapomnieć, dla dobra wszystkich… Tylko dziecko (Jadzia-Nabuchodonozor) jest smutne, mama traktuje je chyba jak zabawkę. Tak sądzi Maria, że Helena nie jest dobrą matką, jest tylko egzaltowana – czy do końca? Przecież Helena decyduje się powiedzieć prawdę swemu mężowi o romansie – po to właśnie, by odzyskać dziecko (chwilowo „porwane” przez Marię), mimo że ryzykuje przez tą spowiedź swoją przyszłość i byt… 
Ten byt w sztuce toczy się (słusznie) wokół Stołu, mieszczańskiego. Picia herbaty (podawanej przez służącą Franciszkę, graną przez Ewę Siwek) i jedzenia ciasteczek czy czekoladek (przyniesionych dziecku). Przy tym Stole (replice z końca XIX wieku) rodzina nadal będzie wspólnie śpiewać dziecięce rymowanki, razem z teściową Milewską (gra ją Irena Głyżewska) dyskutować o sąsiadach (Danuta Lutostańska kreuje postać Maniewiczowej), amnezja uskuteczniona i całkowita… Nic się nie zdarzyło, to był żart – kłamstwa, oszustwa, i łzy rozczarowania Mani...
 Sztuki Zapolskiej od stu lat nie schodzą z desek scenicznych, zarówno dzięki znakomitej, zwartej konstrukcji i doskonałym rolom, jak też za sprawą pewnej ponadczasowości przesłania: filisterstwo nie jest produktem tylko danej epoki i grupy społecznej, lecz - stanem ducha, jak pisał jeden z krytyków twórczości dramatopisarki.
Trudna – dla amatorskiego aktora – sztuka, obszerny scenariusz. Gratulujemy odwagi, widowisko było dobre, i czekamy na dalsze inscenizacje.

Iwona Wróblak
wrzesień 2018









niedziela, 1 października 2017

Spółka czyli rzecz o włączniku…

            Kim jest PREZES? Wszystko może, ale NIKT go nie widział… Poza (szparką-jak ktoś śpiewał) sekretarką, która go zachwala, jako (swojego) mężczyznę… A potem okazuje się, że to ona – Sekretarzyca, mocą deklarowanego przez nią spadłego (na nią mniej lub bardziej niespodziewanie) spadku przejmuje po nim, na mocy jego rezygnacji-nieobecności-śmierci (?), firmę Wydawniczą, wydającą przez lata wszystko jak leci, no i w końcu – bankrutującą…
            Firma jest zarządzana tak głupio, tak nieudolnie, że nawet w pomieszczeniach biurowych nie doszukano się, przez całe lata, włącznika energii elektrycznej. Dopiero przypadek ujawnia istnienie takowego. Typowa polska pomysłowość – tak zwana polska para w gwizdek – czyli wynalazczość rzeczy, które powinny istnieć jako oczywiste: tutaj to, że światło, energię, włącza się włącznikiem, a nie zasila poprzez jazdę na rowerku mechanicznym… Obawiam się, że obcokrajowcy, nie obeznani dostatecznie z polskim nonsensem, sztuki by nie zrozumieli dostatecznie.
            Premiera spektaklu „Spółka” w wykonaniu Teatru „A Co Mi Tam!” w reżyserii Izabeli Spławskiej w Międzyrzeckim Ośrodku Kultury. Jak powiedziała reżyserka: to rzecz o angielskim absurdzie w polskim wydaniu. Występują: Krystyna Całus, Irena Głyżewska, Ryszard Perdon, Katarzyna Wysota, Monika Laskowska, Jakub Potyrcha. Scenografia Ewa Siwek.
            Znowu się zjebało w rowerku – w polskiej modnej nowomowie oświadcza TA KTÓRA NAPĘDZA Wydawnictwo, czyli akurat - pedałująca… W trakcie spektaklu zmienia ją na stanowisku (przyucza się) stażysta Boguś (świetna drugoplanowa kreacja Kuby Potyrchy). Trzeba pedałować umiejętnie, nie za szybko, bo - gdy stażysta chce się wykazać i za mocno pedałowo naciska (przyjeżdża telewizja) - spracowany rowerek nie wytrzymuje i zapada ciemność… (ciemność widzę, ciemność – jak w znanym polskim filmie…). Nogami jest nakręcana firma, nie głową… Jest pracowitość na tak zwanych z lekka komunistycznie dołach (kobiecych dołach księgowych, jak mówi(ł) stary komunistyczny dowcip), jest troska, ale cóż – Szefa (Prezesa) nie ma przez lata, i nie ma kto podejmować strategicznych decyzji. Jest tylko Sekretarzyca na wysokich czerwonych szpilkach, przekazująca wiadomość, że znowu bardzo jest Prezes zajęty i NIE MOŻE…
            Prezes nie może (może nie istnieje w ogóle, jest tylko Sekretarka, która za nic nie ponosi odpowiedzialności, skąd to znamy?…), bo jest tekturową plakietką, albo człowiekiem z papierową torbą na głowie (podobno ukrywa prawdziwą twarz dlatego, że leczy opryszczkę – myślę, że cierpi na chorobą trądzikowego niedorośnięcia, albo zaraził się nią od tych równie niedojrzałych, z którymi mu za blisko – ale im bliżej, tym cieplej…)
            Czarna dupa (chmura) kryzysu więc wisi nad Firmą, która zwała się „Nasze Wydawnictwo”… Finansowa dupa, jak mówią ekonomiści… Niewypłacalność. Jest metoda, rada. Okiełznać nieosiągalność Prezesa… Żeby odpowiadał (przed swoim pracowniczym „narodem” za to co robi (lub czego nie robi…). Jego mały kilkuosobowy suwerenek ma wszak na utrzymaniu kota(ów), psa itp. Chce pracować i utrzymywać się z tej pracy. Którą kocha niemal jak (małą) ojczyznę… A na pierwszym planie sceny mamy nieodmienne chory, jak mówią młodzi, rowerek mechaniczny, na którym jest mus, jak mówią starsi, pedałować. Żeby nie zapadły ciemności.
            Żeby takie ciemności – nie… (zapadły), to będą strajkować, do zakończenia strajku, jak mówi pleonazm. Czyli wziąć się w kupę i ruszyć dupę… Bardzo poetyckie… Najlepsza jest głodówka. Widowiskowa. Bo się leży na kocach (przerabiałam…). Bufetowy (w kilku rolach: Ryszard Perdon) mówi; leżeć mogę, ale jeść muszę… Żeby głodówka strajkująca była bardziej wizyjna i tragiczna na antenie (czytaj: lepiej się sprzedała), reporterka rządowa namawia Bogusia, żeby pedałował szybciej…  Co skutkuje zepsuciem się rowerka. I tym też skutkuje, że Bufetowy zgłodniał przez głodówkę
Ale – cóż robić? Z Firmą??. Z ruszeniem głowy (dupy) wpadają na pomysł produkcji papieru toaletowego – mają przecież duże zasoby, jako wydawnictwo, drukarnia, papieru… zapisanego lub nie… Może z wizerunkami go będą utoaletowiać, żeby było przyjemniej - siedząc na urządzeniu… ??? Dobry pomysł? Jak sądzicie widzowie? Moc pierwszego (pierwotnego) działania rozmoczonego w wodzie papieru do dupy… W bani mieszają i rwą papier, wychodzi piękny zwój toaletowy, jak z marketu… Proste?
            Sukces Firmy ściąga Sekretarkę, której autorytet (?) - przecież to Prezesowa siła sprawcza - sprawia, że miota się po biurze i przyszpilkowana obcasowo wpada w dziurę w ścianie, która to dziura ma drzwiczki, a te drzwiczki – klamkę. Ona Klamka się otwiera i zaczyna się owocne poszukiwanie (w ciemności) skrzyni (tajemnej), co by ją otworzyć z racji bycia w niej, skrzyniowatej – włącznika do światła Wydawniczego… 
            Sztuka klasyczna pt. „Spółka” w wykonaniu Teatru „A Co Mi Tam!” w reżyserii Izabeli Spławskiej, tekst: Grzegorz Śmiałek. Premiera na deskach Międzyrzeckiego Ośrodka Kultury. Prawdziwe role aktorskie naszych lokalnych amatorów, w które się z powodzeniem wcielili.  Twórcy spektaklu dziękują za pomoc w realizacji przedstawienia pracownikom MOK.


Iwona Wróblak
pażdziernik 2017




piątek, 4 grudnia 2015

Teatr A Co Mi Tam

            Na deskach sceny Międzyrzeckiego Ośrodka Kultury kolejny spektakl amatorskiego Teatru A Co Mi Tam. „Upiór w kuchni” według Janusza Majewskiego (pseud. Patrick G. Clark), przedstawienie utrzymane w konwencji czarnego angielskiego humoru. Reżyseria: Anna Kuźmińska – Świder, scenografia: Ewa Siwek. Aktorzy: Danuta Lutosławska, Jolanta Kuropatwa, Krystyna Całus, Aleksandra Markiewicz, Ryszard Perdon i Czesław Pawłowski.
            Przedmieścia Londynu. Lotus to pozornie normalny, porządny pensjonat, prowadzony przez dwie nobliwe angielskie damy. Odwiedzany przez  gości, którzy bardzo go chwalą. Robią to - aż do śmierci… Umierają w nim za często, żeby był to przypadek. To właścicielki hotelu na różne sposoby przyczyniają się do zejścia gości z tego świata. Cel jest prosty – ich pieniądze. Straszą zjawą zmarłej kobiety, która ukazuje się w kuchni, gdzie za sprawą specjalnie serwowanego w tym celu słonego śledzia przychodzą w nocy ugasić pragnienie. Starsze panie uśmiercając gości nie mają żadnych wyrzutów sumienia, są angielskie na sposób imperialny, miłe i dobrze przy tym wychowane. Brytyjskie jest tu prawie wszystko. System ścigania przestępców, którym się udaje, ale tylko do czasu (bo jakby inaczej monarchia mogła tyle wieków trwać!). Inteligentny i dociekliwy komisarz policji, rzetelny sierżant na posterunku kończący śledztwo happy endem czyli aresztowaniem niedobrego zbrodniarza. Wszystko działa jak w maszynce, tylko skąd te zbrodnie?  Skąd brak wyrzutów sumienia u porządnych obywateli? Ich mentalność ściśle jest związana z anglosaską tradycją i obyczajowością. Oszczędnością – czytaj – skąpstwem, przedsiębiorczością – bezwzględnym wyzyskiem niestroniącym od zbrodni, dobrym wychowaniem – hipokryzją i  fałszem/obojętnością wobec osoby innego człowieka itd., itd…
            Dobry scenariusz, staranna inscenizacja. Aktorzy – którzy są przecież amatorami – sumiennie wcielili się w swoje role. Byli słyszalni ze sceny. Popracowali nad dykcją. Sugestywna dekoracja sceny; koronkowe serwety, stare kanapy, zastawa stołowa stylizowana na okres przełomu wieków.
 Zgrabnie zrealizowana komedia. Klasyczny teatr, jakiego stosunkowo mało w naszym międzyrzeckim światku kultury. Dla widzów przyjemnie spędzony czas. Czekamy na dalsze spektakle Teatru „A Co Mi Tam”.


Iwona Wróblak
czerwiec 2013