środa, 7 października 2015

Zjeść „Miąższ”(a) w „Kwinto”

            Niedzielna karta dań. Miłośnie z rozkoszą zatopić ząbki w muzyce i tekście. W poetyce Miąższ-sistej. W poczuciu humoru pomlaskać z  zachwyceniem (się), zdrowym rechotem.
To lepsze, niż kabaret jako taki. To bardziej teatr piosenki nie-popowej. Tej, która Nazywa, a więc poetyckiej. Choć artyści mogą się zżymać, mi to nic…  Mlaskać pełną gębą uśmiechem ch-cha-chem, chciałam dopisać gombrowiczowską Gębą, ale obiecałam bez filozofii… Bez Gombrowicza, bez nazwisk własnych tworzyć, od-rzeczownikowych.
            Ars poetica. Intuicyjne sięganie łapkami po te czy inne słówka, bez dzielenia ich na kontrowersyjne czy nie – takowe. Mają być potrzebne… Do  czego – pytam artystów. Nie dają mi się zamknąć w odpowiedziach – formułkach. By obrać miąższ ze skórki, odpowiadam sobie sama, po wsłuchiwaniu się w melodię ich tekstów, w słowotwórstwo muzyki. Koło teatru piosenki istniejącej. Ale bez zadęcia – programowo BEZ. Dlatego ja o tym  Gombrowiczu. Bo on też BEZ. Tylko on o Gębie gębiaściej, oni – nie. Żeby w ogóle o gębie nie gadać. Nie przyprawiać niczego nikomu nawet sobie… Ponadto dobrze się bawić. A ja jednak upieram się przy swoim, że to poezja, co śpiewają i grają. Moje prawo tak myśleć.
Poezja nie musi być chmurna i durna, jakby to sparafrazować. Może być zabawna, lekka i frywolna. Pastiszująca owszem, tego się nie wyprą. Ale bardzo delikatnie. Mimo tych cięższych słów, jakich czasami używają. Mówię, że te SŁOWA (four letter words) trzeba mieć powód, żeby ich używać. Oni  MAJĄ. Jest nim NAZYWANIE.
            Obieram Miąższ ze skórki, ten Owoc. Pytam Sebastiana – co jest w środku? Miłość. Tak przypuszczałam…
Poezjo- muzyka intuicyjna. I wyrafinowana. Oszczędna. Dająca pole aktorom do interpretacji. Notuję frazę z tekstu – nie lubię, gdy nie lubię . No to tu  Was mam. Afirmacja jednak, brak głupawej negacji dla niej samej. Znowu ta miłość. Punkowa może, może nieco uniwersalna. Scena w „Kwinto” gości miążsiście. Pastisze bajki niemalże kabaretowe. Bez kompleksów, to w polskich warunkach duża zaleta. Gdzie jest ta akademia? Poważnie. Pastisze znanych przebojów, które bez trudu lokalizujemy. Akcesoriem do dumki ukraińskiej jest piła (do cięcia), to już na poważnie artystycznie wysublimowany utwór, klimat ukraińskich pieści, etnografii dzikich pół – to dla Wolnej Ukrainy pieśń.
            Łamanie konwencji (tu) jest ich nie – zauważaniem… Pomijaniem. Byciem sobie. I tu u nas w Międzyrzeczu w „Kwinto” konkretnie i tak w ogóle Byciem Gdziekolwiek Ze Sobą. Filozofia (jednak) – to Jestem. Kameralne grono słuchaczy – namawiam do odwiedzania „Kwinto” w niedziele, kiedy nie  jest tak rojnie - doskonale rozumie to Jestem. Jesteśmy TEŻ, identyfikujemy się z BYCIEM, chcemy, by nasze Bycie zauważano i szanowano, dlatego dobrze nam z „Miąższem”, dlatego tak odsteresowujący jest śmiech razem z nimi.
            „Miąższ” ma swoistą częstotliwość widzenia. Teksty to gęsta poezja do starannie dobranej muzyki, z równie dobrym wykonaniem. Z używaniem bardzo niekonwencjonalnego instrumentarium – oprócz kontrabasu (Karol Gadzało), gitary, harmonii (Sebastian Pikula) i dobrego bardzo wokalu ( Joanna Ewa Zawłodzka) – także tykający głośno zegar, metalowa obudowa butli gazowej, inne dźwiękonaśladowcze akcesoria. Kosztowanie dźwięków i słów  czerpanych z tej i tamtej strony – typowe dla muzyków. Kiedy je obiorą ze znaczeń potocznych, zostaje miąższ…
            Dotykający sedna spraw, które powinny być nazwane. Łatwość układania słów w znaczenia to poezja. Nie dodająca światu tragizmu w  nadmiarze. W poetyce miążsistej, już takową ma Zespół, chodzi, być może, o to, żeby wybrać kaździutkie słowo z wypowiedzianych dźwięków. Pieśń  na  trąbeczce – dysonanse, które podejrzewam o świadomość, z samej muzyki napisać poemat – pewnie artyści by się zżymali, ale nic mi to…
            Robi się Nazywalnie. Dlatego śmiesznie i niestrasznie. Do udźwignięcia. Śmiech jest najzdrowszym z lekarstw.
Forma jest miąższ, jak mówią mi artyści. Stan sztuki. Dyscyplina zwana sztuką – zgadzam się. Każdy ma inny rodzaj sensu. To wielka improwizacja, na  którą nas stać. Jeżeli się nie stłamsimy. Nie dają się zamknąć w formułkach. I niech się nie dadzą.  „Miąższ” bardzo polecam. Zatopić zęby (w śmiechu, kosztować – smakować danie). Można dorabiać tą filozofię, ale po co? „Miąższ” jest soczysty, smaczniasty, można w nim z rozkoszy bezmyślnie i z  lubością zatopić kły nasze barbarzyńskie z lubym niemyśleniem o niczym innym poza smakiem. (Artysowskie?) Do skórki obrany, sama istność owocu – i  tu filozofia.. Nie. Oni nie chcą. Trzeba to uszanować. Oni chcą się zdrowo pośmiać. I zapraszają.


Iwona Wróblak
maj 2014

wtorek, 6 października 2015

Człowiek jest w korelacji z ziemią. SIELSKA w Kwinto


            Logo Zespołu. Drzewko stylizowane, powiedzieć by można, jak autentycznych melodii ludowych - przeróbka na chopinowskie mazurki. Drzewko filozofii Miłości albo słońca. Wyrasta z ziemi jak - otwarta - ręka z rozstawionymi palcami. Wyrasta z Ziemi. Człowiek jest w korelacji z ziemią, nie pytaj dlaczego… Nie pytaj, bo to nieistotne, jak myślę. To pytania z gatunku tych, które drążą – niewydrążalne… Rozkładają memy na czynniki pierwsze. Oddzielają mięso od kości, podczas gdy całość jest wartością pierwszą.
            Drzewko poukładane jak dub, na dwa, jak reggae. Będzie dzisiaj w Klubie Muzycznym „Kwinto” bardzo akustycznie. 8 osób z Zespołu „Sielska”, w składzie sekcja dęta, saksofon i dwie trąbki, bardzo profesjonalne, 3 gitary i perkusja, obiecują bogactwo brzmień, czyli przebogatą kolorystykę tradycyjnego reggae.
            „Sielska” czyli – być może - wracająca do swych ekologicznych źródeł. Reggae z Bydgoszczy, z Poznania i Lwówka, dzisiaj z - Międzyrzecza, czyli wszędzie tam, gdzie lubią dobrą akustyczną muzykę. Przyporządkowane określonej konwencji gatunku bogactwo. Reggae porządkuje błędy i  ucieczki od słońca i miłości, przyciąga i stabilizuje planety (ludzkie) w ich orbitach, ogrzewa, trzeba tylko oczy unieść i popatrzeć w górę, by Dostrzec. Na  chwilę unieść się z błota krzemianów gliny, ziemskiej egzystencji sztucznie oderwanej od swych kosmicznych korzeni…
Znów pięknie akustycznie w „Kwinto”. W ramach uporządkowania też można, jak się okazuje, tanecznie szaleć… niczym w tańcu ptaków. Opis zamiast tkwienia w opisywalnym. Piękna spirala mandalna zamiast chaosu rozcapierzenia we wrogiej przestrzeni. Chodzi o to, żeby ją oswoić za pomocą własnej filozofii. Jak mówią religie i filozofowie, pójść tysiąc kroków dalej niż ciemiężcy (wewnętrzni i zewnętrzni), czyli stworzyć sobie krąg tańca… zaabsorbować wydarzenia, rzeczy i słowa… w tańcu i rytmie reggae. Chaos co prawda króluje, jako entropia, ale w ramach pulsowania świata, dodam –  że pulsowania dub, czyli na dwa…
            Jest tyle tych rytmów do słuchania. Pulsowania i drgania relacji międzyludzkich, supełkowania, supłowania się ich w punkty w meridianach –  przestrzenie do rozwiązania wewnętrznego, jak nitki zbyt naprężone. Naturalny jest powrót do źródeł. Nie mogą rozchodzić się szwy ziemi, niczym ramy naszego życia; by nie rozłaziły się w szwach, by słonce było zawsze, ilekroć spojrzymy w górę, bono zawsze jest, to słońce. I miłość. Jak aksjomat. Jesteśmy jak gumki napięte - strun energii wiązań chemicznych. Może, być może, jesteśmy tym kosmicznym rytmem reggae.
            Solarna muzyczna filozofia reggae. Chęci by być. Której czasami brakuje ludziom… siły słonecznej, siły miłości, jak powiedzieliby muzycy. Nic  więcej nie potrzebujemy, oprócz chęci, by być. Wielka prawda. Jeżeli śmiałość ludzka, uzurpacja, to w takim zakresie. Reszta musi być pokorą wobec ekologii. Teraz będzie o lataniu – obiecuje wokalista. No to lećmy, jeśli tylko o to chodzi.
Ładnie się komponuje reggae ze starymi cegłami zabytkowych murów „Kwinto”.


Iwona Wróblak
wrzesień 2015



poniedziałek, 5 października 2015

XX Szansa. Marzeniami zbuduj przyszłość


            20 lat koncertów organizowanych przez „Stowarzyszenie „Szansa” na rzecz dzieci i młodzieży niepełnosprawnej uzdolnionej artystycznie”. Jubileusz ważnego w Międzyrzeczu wydarzenia artystycznego, które dawno już wyszło poza – bardzo ważną – formułę integracji osób z dysfunkcjami ze  społeczeństwem i stało się imprezą stricte artystyczną. Uczestnicy przez długi okres, jeżeli nie przez cały rok, doskonalą swe umiejętności wokalne, żeby do nas do Międzyrzecza przyjechać i się u nas zaprezentować. Przyciąga je atmosfera, jak jest udziałem naszego międzyrzeckiego Stowarzyszenia, empatii, życzliwości, przyjaźni, jest ona niemal natychmiast zauważalna dla osób z zewnątrz, jest swoistą terapią - też dla gości koncertu. To efekt długoletniej pracy, działalności wolontariuszy, społeczników przekonanych o tym, że nic tak nie terapeutyzuje – zarówno osoby niepełnosprawne jak i te z  tzw. normą – jak sztuka, jak muzyka, jak wspólne śpiewanie.
            Naręcza kwiatów były nagrodą dla naszych dwóch pań – obecnej prezes Stowarzyszenia Sylwii Guzickiej i Anny Szulgi, inicjatorki i  pomysłodawczyni, upartej bojowniczki o rozwój swojej niepełnosprawnej córki Karoliny i innych dzieci, którym trzeba DAĆ SZANSĘ. Maksymalne szanse na rozwój, pomimo różnorakich uszkodzeń, poprzez konsekwentną rehabilitację, rewalidację, współpracę i pomoc wzajemną rodziców i opiekunów tych osób. Temu miały służyć wspólne spotkania, by łatwiej było walczyć o przyszłość dla swych dzieci. Skuteczność tej metody widać na przykładzie Karoliny, naszej wspaniałej śpiewaczki, która mając zaledwie kilka procent słuchu tylko w jednym uchu potrafi wspaniale interpretować trudne warsztatowo piosenki. Chodzi o to, że wrażliwość, potencjał artystyczny jest w każdym z nas, bez względu na procent normy zdrowia, warto jest ją eksplorować, pobudzać, a prezentacja na szerszym forum, dla publiczności, wyjście poza swoje cztery domowe ściany, pokaz swoich możliwości, który owocuje takimi efektami pracy nad potencjałem w nas tkwiącym, uskrzydla nas wewnętrznie, daje siły i wiarę w sens naszego uczestnictwa w  społeczności. My ze swej strony możemy się cieszyć ich przyjaźnią, a jak powiedziała mi jedna z mam osób, które tu przyjechały, od nikogo innego się nie  uzyska tyle bezwarunkowego i niezłomnego uczucia. To uczucie do nas, ich akceptujących, zostanie w nich na zawsze, oni nie odejdą, nie opuszczą nas  skuszeni przez nietrwałe wartości tego świata.
            Idea prezentacji umiejętności i uzdolnień osób niepełnosprawnych została podpatrzona 20 lat temu w Lubsku, u Lecha Krykowskiego, dyrektora Lubskiego Domu Kultury (Założyciel Lubskiego „Stowarzyszenia Dzieci Specjalnej Troski”, Kawaler Orderu Uśmiechu), który był obecny na  dzisiejszych jubileuszowych Prezentacjach. Idea ta przyjęła się u nas, została wpisana w historię cyklicznych okolicznych imprez, w Lubsku, Trzcielu i u  nas w Międzyrzeczu, na które chętnie się chodzi. Wielką pomocą i wszechstronnym wsparciem służył lokalnie w Międzyrzeczu nieżyjący już były senator RP Zdzisław Jarmużek.
            Od kilku lat Prezentacje prowadzi Bolesław Kołodziejski, pracujący jako nauczyciel i terapeuta z trudną młodzieżą, w ośrodkach penitencjarnych, posiadający także (jak większość instruktorów) zdolności muzyczne i wokalne. Prezentacje poprzedzone są warsztatami muzycznymi. Ale przede wszystkim są spotkaniem, na które czekają przez cały rok ich uczestnicy, ich prawie trzydniowym świętem (w często szarej codzienności życia osób niepełnosprawnych). U nas, pod opieką organizatorów, w gościnnym Hotelu „Duet” J.B. Bełzów, od lat czują się wspaniale.
            Naszego międzyrzeckiego „Szansowego” poloneza czas zacząć… W Kawiarni StopKlatka atmosfera pełna serdeczności. Nastąpiły uściski, serdeczne powitania w gronie osób, które znają się od lat, nawzajem budują wewnętrznie siebie samych dobrą energią – tak ważną dla osób niepełnosprawnych, tu osób pozytywnie zakręconych, dzięki Prezentacjom, jak mówi Bolesław Kołodziejski, wspaniały gawędziarz. Trzeba tu być  – chociaż raz w życiu, żeby zrozumieć. To ważny życiowy uniwersytet…
            Na początek na parkiecie w Kawiarni tańce klasyczne i grupa taneczna z Domu Pomocy Społecznej z Jasieńca: Magdalena Jankiewicz, Robert Stasiak, Małgorzata Urbańska i Ryszard Walczak ze swoim instruktorem Rafałem Kaszubskim. Lubią tańczyć, cieszyć się muzyką, ruchem i układami tanecznymi. Pięknymi błyszczącymi kostiumami. Tango, walc, tańce latynoamerykańskie rozbrzmiewały nam na parkiecie w MOKowskiej kawiarni StopKlatka. W nagrodę za odwagę dostali, już tradycyjnie, drobne upominki od organizatorów.
            Pora na naszych śpiewaków. Promiennych ludzi na wózkach, czy o kulach, którzy obezwładniają sprawnych ruchowo malkontentów swoim uśmiechem. Odwzajemniamy im tym samym – Uśmiechem i brawami, zwłaszcza że śpiewają naprawdę dobrze, mają dobre szkolone głosy – nasza pani w-ce burmistrz Agnieszka Śnieg oczarowana była poziomem artystycznym Prezentacji „Szansy”. Powiedziała, że dla niej była to uczta dla zmysłów. Podziękowała, że mogła gościć na koncercie. Śpiewaków prowadzi ich muzycznie, i wspiera na wszystkie bardzo profesjonalne sposoby, wspaniały człowiek, instruktor Rafał Kaszubski. Dla mnie wizyta na koncertach i spotkaniach tego typu jest zawsze wspaniałą duchową przygodą spotkań z osobami w nich uczestniczącymi – niepełnosprawnymi, którzy wnoszą do mojego osobistego doświadczenia nowe wartości  i punkty widzenia, spotkań także z  instruktorami – wysoko kwalifikowanymi fachowcami, którzy dobierani są do tej trudnej pracy bardzo starannie i są jej oddani całym sercem.
            Robert Guździoł – niewielka gabarytami postać na wózku zawiera w sobie tak wiele męskiego ciepłego piękna. Wyrazisty tenor w duecie z naszym Prezentacyjnym słoneczkiem czyli Honoratką Frankiewicz, która – myślę – ze swym artystycznym poziomem wokalnym zasługuje już na osobny indywidualny recital. Słyszymy piosenki z recitalu Macieja Miecznikowskiego. Wsparcia mentalnego udziela im Katarzyna Roszak, także goszcząca u nas  już nie pierwszy raz. Śpiewają w trójkę pieśń „Marzeniami zbuduj przyszłość”, która w ich wykonaniu ma szczególny wydźwięk. Śpiewające szczęście jest  bardzo blisko, wystarczy uśmiech a wózek jest, dzięki temu, do zaaprobowania jako element krajobrazu.
Debiutanci na tegorocznych Prezentacjach. Siedem dziewcząt z naszego Specjalnego Ośrodka Szkolno – Wychowawczego, młode wokalne talenty, które na pewno nam się dobrze rozwiną. Zakreślają – jak ich Bolesław określił – prostym łukiem najpiękniejsze życia kąty. Określają swoją przyszłość, ten występ, wydarzenie, będzie dla nich pamiątką.
Po niej wystąpiła Izabela Jakubowska z Czerwieńska, też stała bywalczyni Prezentacji, z mini recitalem pieśni z repertuaru Ireny Jarockiej. Towarzyszyły im jako ilustracja dekoracje na ścianie w postaci kolorowych kwiatów, świetnie oddających nastrój wydarzenia. Wiele przeżyć dał nam występ Ani  Ilminowicz z Leszna, tembr jej aksamitnego wysokiego głosu, dziewczyny o ogromnej wrażliwości. Jak śpiewała – jeden moment życia, mała jego garść – decyduje czasem, jest chwilą teraźniejszości, która odbija się piętnem na całym jego dalszym ciągu. Odkryciem była Marlena Wojtczak z Ostrowa Wlkp. Głęboki niski głos i aktorska interpretacja. Jak nam w zaufaniu śpiewała – nic więcej nie trzeba, tylko polecieć do nieba… Lećmy więc, jeśli tylko o to  chodzi… Pełna spokoju afirmacja
            Występy zakończyła Karolina Szulga z piosenkami Urszuli, „Dmuchawce, latawce, wiatr” i inne w podobnym klimacie. Pan Krykowski poinformował nas, że nasza ambasadorka kultury międzyrzeckiej śpiewała także w Parlamencie Europejskim w Brukseli. Piosenki zadedykowała wszystkim tym, którzy zaangażowali się, żeby impreza się odbyła. Byliśmy przez lata istnienia „Szansy” świadkami wielu jej bardzo dobrych, profesjonalnych wykonań.
            Koncert zwieńczyło, już tradycyjnie, wspólne z Bolesławem Kołodziejskim i innymi wykonawcami, wykonanie pieśni na pożegnanie do muzyki B.  Kołodziejskiego. Sylwia Guzicka podziękowała wszystkim, którzy przybyli, jeśli pamięć o wydarzeniu zostanie w sercach gości, to Prezentacje spełnią swe zadanie. Symbolizował je podarowany Karolinie pamiątkowy kubek ze stosownym napisem, określony jako pojemnik na nektar życia i eliksir młodości.
            Przy poczęstunku obejrzeliśmy pokaz multimedialny złożony ze zdjęć archiwalnych z poprzednich lat Prezentacji, wręczone zostały pamiątkowe dyplomy z podziękowaniami dla osób stale od lat pomagających organizatorom.
            Organizatorzy dziękują za pomoc przy organizacji XX Ogólnopolskich Prezentacji Artystycznych: wykonawcom, Bolesławowi Kołodziejskiemu, pracownikom MOK w Międzyrzeczu, pracownikom Hotelu „Duet”, darczyńcom, współorganizatorom, wolontariuszom, Rejonowemu Sztabowi Ratownictwa Społecznej Krajowej Sieci Ratunkowej w Międzyrzeczu i publiczności, która nie zawiodła. Osobne podziękowania dla sponsorów, bez  których impreza nie mogłaby się odbyć: Starostwo Powiatowe, Gospodarczy Bank Spółdzielczy, Urząd Gminy Międzyrzecz, Międzyrzecki Ośrodek Kultury, Międzyrzeckie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji, Edward Fedko, Zofia Plewa, Jacek i Beata Bełz, Kręgielnia, Drukarnia „Jadar”, Grzegorz Rydzanicz, Paweł i Monika Kołodziej, Katarzyna Wiese, Karolina Szulga (urodzinowy tort „Szansy”), Ryszard Kuraciński, „Aldekor” A. Stupińska, Rejonowy Sztab Ratownictwo Społecznej Krajowej Sieci Ratunkowej w Międzyrzeczu, Piekarnia i  Ciastkarnia „Rojek”, darczyńcy 1%  od swojego podatku, Elżbieta Górna i Elżbieta i Włodzimierz Szopinscy.

Iwona Wróblak
wrzesień 2015








niedziela, 4 października 2015

…By nie pozwalano nam zamykać oczu na PRAWDY (mnogie)  


            Każde pokolenie, nawet rocznik, widzi historię w sposób dla niego szczególny. Inne doświadczenia są udziałem ludzi, którzy przeżyli wojnę, zupełnie odmienne ich dzieci i naturalnym jest, że naszych wnuków będzie zapewne interesowało jeszcze coś innego. Zbiorowości, narody, grupy społeczne, osoby, by budować dla siebie przyszłość, muszą się rozliczyć ze swoją przeszłością – nikt ich od tego nie zwolni...
Prawda jest z reguły nieprosta, złożona z wielu elementów. Trzeba je poznać, a jeszcze bardziej - zrozumieć. Nie tyle, by osądzić.  Czy to potrzebne dzisiaj w gremiach innych niż Sądy powszechne? Mgr Zbigniew Czarnuch, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, nauczyciel historii, pedagog, publicysta, badacz dziejów regionu Środkowego Nadodrza, mimo, że jak mówi o sobie, jest dzieckiem ostatniej wojny, jest od tego daleki.
            Jak opowiada na swojej prelekcji w Muzeum Międzyrzeckim, doświadczenie spadającej na jego dom bomby skłoniło go do refleksji, że nigdy więcej, dla nikogo, takich wojennych doświadczeń. Te poglądy ugruntowywał potem w czasie studiów historycznych i późniejszej pracy pedagogicznej i  społecznej, w propagowaniu wiedzy o historii regionalnej. Poddając się harcerskiemu wychowaniu, na pewno, jak mówi – nie utopijnemu. Ludzkość, mimo wszystko, jej historia, zmierza ku uszlachetnieniu naszego gatunku jako takiego, tak uważa. To postęp, zdobyliśmy przecież dla siebie pełnię praw – wyborczych dla kobiet, prawa osób niepełnosprawnych, też prawa do istnienia i obowiązek szacunku dla istot innych niż ludzie (zwierząt). Traktat z  Schengen (15.06.2004 r.) był kamieniem milowym w procesie pokojowego współistnienia znosząc słupy graniczne w Europie, o które przez tysiąc lat  toczono krwawe wojny. Ten akt prawny nie jest dany raz na zawsze, trzeba go budować, wzmacniać. Prezentowana na spotkaniu książka „Samozwańcze konsulaty – rzecz o emocjonalnym stosunku Niemców i Polaków do tego samego skrawka ziemi” pod redakcją Zbigniewa Czarnucha jest cegiełką do  tego procesu. Chodzi o to, żeby wspierać w każdym jego człowieczeństwo. Czy będzie bratem – jak świat światem - Polak i Niemiec? Po Schengen?  
            Co z pamięcią? I stopniowym zapominaniem o potwornościach wojny? - Pamięć trzeba zachować, ale tak, żeby za dużo miejsca nie zajmowałamówi pan Czarnuch. Jest w opracowaniach historycznych, wiedzy szkolnej dobrze przekazywanej i mądrości doświadczeń ludzkich. O zapominanie nie  łatwo było (i jest), nie łatwo dopóki żyją ludzie pamiętający skutki hitlerowskiej polityki planowania masowej eksterminacji, Holokaust. Skutki eugeniki, przepoczwarzonej w rękach elit (nie tylko) niemieckich w pseudonaukową ideologię, czyli udoskonalanie nas ludzi, powiedziałabym raczej, usprawiedliwienie mordu na innych (w imieniu narodu), wygodne dla bardzo ciemnych stron psychiki zbiorowej (straszne, że wielu naukowców w to  wierzyło). Jak traktować tę pamięć? O filozofii istnienia państwa pruskiego jako ucieleśnienia doskonałego tworu, mającego prawo wymordowania innego narodu – w związku ze swoją tak zwaną „doskonałością” – czyli bez poczucia winy…To ciężar niemiecki, który noszą obywatele tego kraju, bo w imieniu niemieckiego narodu czynili te rzeczy jego przywódcy, którzy z głębin wypuścili straszne żywioły wojny na zniszczenie. Czy jest miejsce na wybaczenie, dla nas wybaczających najważniejsze….
            Pytanie – dla niektórych akademickie, a może nie tylko akademickie. Jak Niemcy radzą sobie z tą swoją przygodą z historią własną? W co  przekuwają takie doświadczenia? Jak patrzą niemieccy synowie i córki na swych ojców, na ich marzenia o niemieckiej potędze, a potem co myślą o klęsce, upokorzeniu Niemiec? Chodzi o to, że wychowanie w duchu egoizmu narodowego nie jest cechą wyłącznie niemiecką. Zdefiniowane jako miłość ojczyzny w sposób wykluczający prawo do posiadania tej samej ziemi przez innych. Stosowano po wojnie odpowiedzialność zbiorową wobec narodu niemieckiego. Robiły to nacje przez Niemców pokrzywdzone bardzo okrutnie. Ale jest też pytanie – najpierw jest się Polakiem, Węgrem, Rosjaninem, Niemcem etc. a potem człowiekiem czy odwrotnie? Czy dojrzejemy jako społeczeństwo, składające się z pojedynczych osób, do osądu moralnego - konkretnego człowieka, z jego imieniem, nazwiskiem, a nie osobnika przedstawiciela bezkształtnej masy, która nazywa się np. Niemcy? Skutkiem wojny, wywołanej przez hitlerowskie Niemcy, było wypędzenie, ucieczka, wysiedlenie, ujęte jako kategoria wartościująca, nie opisująca. Istotne jest to, że  wyrzucenie czy zmuszenie w jakiś sposób człowieka do opuszczenia jego domu bez prawa powrotu jest aktem zabierania mu, bez jego osobistej winy, tego domu. Stoją za tym międzynarodowe traktaty, ale też decyzje grup społecznych, naczelników miast, nie zawsze usprawiedliwione.
            Co robić z pamięcią? Może lekarstwem jest pielęgnowanie w sobie prywatnych naszych własnych placówek dyplomatycznych. One rodzą się z każdym następnym pokoleniem. Bywało często tak, że ojcowie stali naprzeciw siebie z bronią, a ich dzieci się przyjaźnią, nie mówiąc o wnukach, bo takie jest życie, stale odnawiające się. Wybaczenie też jest możliwie wcześniej, kiedy tylko zaistnieją ku temu warunki. Zwykłe zmęczenie nieustającym napięciem psychicznym związanym z wrogością (jeśli się jej nie podsyca), refleksja – czyj jest ten dom, w którym mieszkam i zastawa stołowa, szafy – wbrew pozorom częsta u naszych przesiedleńców ze wschodu, którzy zajęli na mocy międzynarodowych porozumień po przyjeździe domy niemieckie. Potrzeba ekonomiczna – ludzie są sobie przydatni, mają zawód, wiedzę niezbędną do funkcjonowania społeczności, zwłaszcza małej.

            W wyniku migracji ludności po wojnie na naszych terenach, jej prawie stuprocentowej wymiany, jak w Witnicy, gdzie mieszka pan Czarnuch, dokonała się ogromna przemiana kultur. Ludzie musieli się dostosować, skoro dane im było żyć w tym miejscu. Musieli też sobie wszystko poukładać, nie  tylko w obejściu, także w psychice. Nadal to robią, każde pokolenie. Może dojrzały już czasy, i okoliczności polityczne, do przyznania się do win, małych i dużych, głośnego, przed sobą i przed innymi. Wysłuchania, chęci do słuchania strony przeciwnej, wzajemne opowieści dużo zmieniają (jeśli się nie jest                     zapiekłym w nienawiści i uprzedzeniach – tak też bywa). Niemieckie jabłonie są świadkami dzieciństwa niemieckich międzyrzeczan czy witniczan, dzisiaj nam rodzą jabłka, co nie znaczy, że nie mają prawa pod nimi płakać – jako pamiętających swoje szkolne przygody w sadach, przyjezdni goście. Zapisuję sobie słowa pana Zbigniewa Czarnucha żeby propaganda, ideologia nie pozwalała nam zamknąć oczy na PRAWDY, chodzi o prawdy mnogie o wielu obliczach, niemające pretensji do jedynej słuszności, przez to niepokorne. Być może też niewygodne, niedające się okiełznać aktualnej formacji umysłowej czy politycznej… One – mnogie prawdy, nie powinny zniknąć w procesie pojednania, które takim będzie pod warunkiem obopólnej, wzajemnej i  proporcjonalnej szczerości. Każdy może być ambasadorem Samozwańczych konsulatów i powinien – myślę, nim być. Brać odpowiedzialność za to, co  pomyśli o nas ktoś z innego kraju, jakie wnioski wysunie na podstawie kontaktu z nami osobiście. Nasza godność osobista i narodowa… poziom kultury… europejskiej, bądź co bądź. Nasze człowieczeństwo, w którym zawiera się nasza narodowość, nie odwrotnie… Nazywa się to wykładnia historii, i teraźniejszości, w przestrzeni publicznej. Mówić Prawdy między braćmi schengenowcami, wykorzystywać po to bliskość, brak granic (kamiennych), żeby mówić sobie prawdy… W sposób szczery, czasem twardy i przyjazny. Bo na równych prawach.


Iwona Wróblak
maj 2014

sobota, 3 października 2015

Towarzystwo Pomocy Głuchoniewidomym. Dotykać sztuką nieba.

           
            Spotkania i koncerty członków i sympatyków Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym to święta przyjaźni i empatii. Celem spotkań jest wydobycie z cienia i ciszy osób z jednoczesnym uszkodzeniem wzroku i słuchu. Zaproszeni jesteśmy do poznania tych osób, zawarcia przyjaźni i  znajomości, do prezentacji ich twórczości. Chodzi też o przełamanie barier i przeszkód w komunikacji związanymi z ich niepełnosprawnością.
            W holu Specjalnego Ośrodka Szkolno – Wychowawczego w Międzyrzeczu wytwory rąk Jurka Godynia, który mimo postępującej utraty wzroku nadal modeluje w glinie swe piękne rzeźby. Na wystawie są malowane na płótnie pejzaże, dziergane serwetki; mimo niedowidzenia można jeszcze z  powodzeniem dać upust swoim twórczym pasjom. Prace Ewy Grad, Elżbiety Grad –Trochimiuk, Marka Gembalskiego, Danuty Brandenbura, Henryka Woźniaka, Karoliny Szulgi. Dla nas widzących to intymny wgląd w świat wyobraźni i psychiki ludzi niedowidzących i niedosłyszących. Także zupełnie zwyczajne poznanie drugiego człowieka, którego – oprócz niesprawności zmysłów – nic od nas nie różni. A osobowości mają bardzo ciekawe, doświadczenia od nas różne.
            Ewa Skrzek - Bączkowska pełnomocnik wojewódzki TPG przekonała do siebie duże i wierne grono oddanych jej i sprawie pomocy osobom głuchoniewidomym wolontariuszy. To przeważnie młodzi ludzie, są też starsi nieco, wysoko kwalifikowani specjaliści od rehabilitacji, znajomi i  współpracownicy Ewy. Klarowność intencji, zdolności organizacyjne Ewy i jej ogromna osobista pracowitość czynią tę ważną społecznie działalność bardzo efektywną dla głuchoniewidomych, i wiele dającą lokalnemu społeczeństwu - w sferze integracji i przełamywania społecznych barier.
            To, co wie Ewa, co czują jej wolontariusze, próbowano nam przekazać w tegorocznym koncercie – spektaklu. Mówi się tam o wielkiej i naglącej potrzebie chwili – momentu przystanięcia, zastanowienia się nad kształtem i formułą naszego życia. Przy okazji.. spaceru niedzielnego do międzyrzeckiego zamku. Przez to zintegrowania się ze sobą, i z miejscem, gdzie się mieszka. Stworzy to nam odpowiedni niezbędny dystans do świata, sprawi że widzenie spraw codziennych będzie nam dane we właściwych barwach i proporcjach ich ważności. Dawne legendy są takim pretekstem, sięgają czasów pogańskich. Można wcielić się w szatę kapłanki, posiedzieć nad ogniskiem w chramie, jako boginka odpędzać złe czary, mocą uzdrawiania leczyć chorych. To fajna zabawa być aktorem. Podziwialiśmy kreacje sceniczne Eli, Grażynki, Andrzeja, Tomka, Romka. Recytacje Elżbiety Prędkiewicz. Wokalne popisy Karoliny Szulgi, tego fenomenu śpiewania trudnych muzycznie piosenek, interpretowanych za każdym razem inaczej – nie wyuczonych bynajmniej na pamięć; jak słyszy swoim szczątkowym słuchem muzykę przez duże „M” nasza Karolina?, To jej twórcza tajemnica, o której jeszcze ktoś na  pewno napisze bardzo naukowy esej.
            Wsłuchanie się w lokalną ojczyznę, w ziemię, z którą jesteśmy, czy chcemy czy nie, niejako zrośnięci, poprzez historię i teraźniejszość w nią się  przemieniającą, to wstęp do poznania innych cennych a dostępnych nam jej – tej teraźniejszości – wymiarów. Proces ten generuje bezpieczne dla nas, stabilizujące zakorzenienie się w czasy współczesne. Może nie będzie się w nas wtedy srogo wpatrywało wrogie bóstwo – czytaj; samotność, niepewność, alienacja, wrażenie nieprzydatności i braku celu w życiu. Nasze miasto zbudzi się, kiedy my będziemy przebudzeni; społeczność składa się z ludzi, to oni  tworzą świat.
            Wszystkie empatie, dobre działania są wielką mocą mogącą uszczęśliwić - poprawić los ważnego pojedynczego człowieka. Warto pracować, by  stworzyć to wielkie dzieło Pomocy. A jaką daje siłę!! – spytajcie wolontariuszy, dlaczego poświęcają się pracy dla innych, tak wiele swojego osobistego czasu, z jakiego powodu są uśmiechnięci. 
            Koszulki wolontariuszy z alfabetem Lorm’a, znakami daktylografii. Wspólne miganie piosenki, i Zuzia Marzol na bieżąco tłumacząca miganiem treść spektaklu. Paweł Reszela – artysta kabaretowy zaproszony na występ – z dwoma mikrofonami (dla lepszego słyszenia przez głuchoniewidomych). Znaki stygmaty KONTAKTU międzyludzkiego, pomimo i obok uszkodzeń zmysłów, niejako im wbrew…
            I te mistyczne doświadczenia z warsztatów bębniarskich, pierwotne słuchanie dźwięków – dla nas amatorów nauka słyszenia swoich osobistych nut i kluczy muzycznych. Na bębnach podczas przedstawienia przygrywał Maciej Półtorak.
„Jaka to sztuka dotykać nieba?...” Piękny wiele dający do myślenia motyw piosenki TPG, bardzo filozoficzny… Pytający o rodzaj sztuki - ekspresji, która lekko tylko dotyka zmysłów, one – jeśli już są uszkodzone, to trudno, musimy i obejdziemy się - może bez nich. Też – bez nich – jesteśmy ludźmi… Nasze dłonie są złączone.
            Spotkanie TPG było dwudniowe. W następny dzień od rana rozpoczął się kolejny dzień przedsięwzięcia - głuchoniewidomi uczestnicy z woj.  lubuskiego i wielkopolskiego wyjechali do Rokitna koło Międzyrzecza. W ogrodzie Domu Pomocy Społecznej -38 na dzieci i młodzież czekało wiele atrakcji, które pod przewodnictwem Sylwestra Suchockiego przygotowali miłośnicy airsoftu. Dzięki współpracy z katechetą – Januszem Rutkowskim uczestnicy spotkania, a także zaprzyjaźniona grupa z Polskiego Związku Niesłyszących mogła wziąć udział w mszy świętej, poprowadzonej przez ks.  Mariusza Szafryka z Parafii Świętego Jana Chrzciciela w Międzyrzeczu. Wolontariusze przygotowali oprawę mszy, a przewodniczył im w tym Andrzej Pałka, instruktor harcerski z Domu Pomocy Społecznej w Rokitnie.
            Na dobre i na złe jest z nimi Ewa Hasek – psycholog, która służy wsparciem wszystkim potrzebującym, zarówno głuchoniewidomym jak i  wolontariuszom, pomagając tworzyć silną grupę.
            Organizatorzy dziękują zaproszonym artystom, Pawłowi Reszeli, Krzysztofowi Kamyszkowi. Głównym sprzymierzeńcem przedsięwzięcia było Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie (wsparcie w ramach środków z PFRON), Gmina Międzyrzecz, także Gospodarczy Bank Spółdzielczy w  Międzyrzeczu i mediom.

Iwona Wróblak
listopad 2014


piątek, 2 października 2015

V Międzyrzecka Uczta Chórów Amatorskich


            Jednodniowy Festiwal Chóralny, którego organizatorem było Stowarzyszenie „Międzyrzecki Chór Kameralny” w Międzyrzeczu, przy współudziale Międzyrzeckiego Ośrodka Kultury.Wydarzenie dużej rangi w Międzyrzeczu, festiwal, który na stałe wpisał się w mapę kulturalnych przedsięwzięć inicjowanych przez organizacje pozarządowe. Mamy mały jubileusz tego trwającego od 5 lat festiwalu.
Międzyrzecka Uczta Chórów Amatorskich jest festiwalem chętnie odwiedzanym przez zespoły chóralne. Decyduje o tym bardzo sprawna organizacja wydarzenia, z każdym rokiem – według powszechnej opinii - coraz lepsza, Stowarzyszenie nabiera doświadczenia, odwiedzające zespoły czują się zaopiekowane.
Unikalna jest formuła festiwalu. Nasza MUCHA ma określoną specyfikę. Zespoły śpiewają pieśni biesiadne. Łączy je wspólna pasja muzykowania. Repertuar wykonywany jest także nietradycyjnie, jako pewnego rodzaju ilustrowany choreografią teatr, uczta muzyczna. Niektóre zespoły biorą lekcje choreografii.Jak powiedział prof. L. Bajon – muzyka zawsze łagodzi obyczaje. Wykonywana profesjonalnie, pod kierunkiem doświadczonych dyrygentów jest prawdziwą przyjemnością. Jedynym mankamentem koncertów zespołów chóralnych w MOK jest słaba akustyka sali widowiskowo- kinowej Międzyrzeckiego Ośrodka Kultury. Ale za to zespoły mogą wystąpić w bardzo akustycznym gotyckim kościele św. Jana, to są zupełnie nowe wymogi dla wykonań amatorskich chórów.
Na naszą MUCHĘ zjeżdżają niezawodowe chóry z całej Polski. W tym roku przyjechało do Międzyrzecza 9zespołów:CHÓR KAMERALNY „VIVACE” Zespół Szkół w Pamiątkowie - dyrygent Urszula Grzęda, „PRIMO VERE” ze Szczecina - dyrygent ks. Zbigniew Woźniak, Koło Śpiewacze„LIRA”z Pniew - dyrygent Urszula Grzęda, Zespół Śpiewaczy „GUBIŃSKIE ŁUŻYCZANKI” z Gubina - dyrygent Danuta Kaczmarek, Chór „PALESTRINA”z parafii pw. Matki Boskiej Świętogórskiej w Gostyniu - dyrygent Anna Kasińska, Oleśnicki Chór Kameralny „APPASIONATA” - dyrygent Edyta Szostak -  Krzyc,Chór „HARMONIC SOLUTION” ze Szczecina - dyrygent Urszula Żmijewska, Chór „CAMPANELLA” z PSM I St.  im. I. J. Paderewskiego w Sycowie - dyrygent Edyta Szostak – Krzyc, Chór Stowarzyszenia Musica Nostra „CANTANTI” z Poznania - dyrektor Michał Sergiusz Mierzejewski.
Koncert prowadziła Maria Sobczak-Siuta. Na kilkugodzinne przesłuchania złożyły się pieśni dawne, piosenki biesiadne, pieśni ludowewe współczesnych aranżacjach, piosenki popularne w opracowaniach na chór. Wysłuchaliśmy 45 utworów.Następny tego dnia koncert miał miejsce w kościele św.  JanaChrzciciela, podczas którego każdy chór wykonał po jednej dowolnej pieśni.
Coroczne międzyrzeckie Festiwale chóralne to doskonała okazja, by zespoły mogły konfrontować swoje umiejętności.Spotkania chórówzwieńczyły warsztaty z udziałem jurorów: prof. Michała Bajona i prof. Iwonę Wiśniewską – Salamon.Szkoda, że MUCHA jest jednodniową imprezą, brakuje czasu na wzajemne poznanie się wokalistów, wymianę doświadczeń.
Prezentacje oceniało jury w składzie:prof. Leszek Bajon – przewodniczący, prof. Iwona Wiśniewska Salamon - członek jury i mgr Wiesława Murawska – sekretarz. Jury przyznało następujące nagrody:GRAND PRIX - Chór Stowarzyszenia Musica Nostra” CANTATI” z Poznania dyr. Michał Sergiusz Mierzejewski. ZŁOTE MUCHY otrzymali: zespół „HARMONIC SOLUTION” - ze Szczecina  - dyr. Urszula Żmijewska i Chór „CAMPANELLA” z Sycowa dyr. Edyta Szostak – Krzyc.
SREBRNE MUCHY:Oleśnicki Chór Kameralny „APPASIONATA”- dyrygent Edyta Szostak – Krzyc, Chór „PRIMO VERE” ze Szczecina - dyrygent ks. Zbigniew Woźniak, Koło Śpiewacze „LIRA” z Pniew - dyrygent Urszula Grzęda i Chór Kameralny„VIVACE” z Zespołu Szkół w Pamiątkowie - dyrygent Urszula Grzęda.
BRĄZOWE MUCHY: Zespół „GUBIŃSKIE ŁUŻYCZANKI” z Gubina - dyrygent Danuta Kaczmarek i Chór „PALESTRINA” z Gostynia - dyr.  Anna Kasińska.
Nagrodę dla najlepszego dyrygenta otrzymała Urszula Żmijewska.
Nagrodę publiczności otrzymałZespół „GUBIŃSKIE ŁUŻYCZANKI”z Gubina - dyrygent Danuta Kaczmarek. Dodatkowo podczas koncertu finałowego zespół otrzymał nagrodęspecjalną (gitara) od dyrektora MOK - Andrzeja Sobczaka.Każdy występujący chór otrzymał pamiątkowy Certyfikat zaświadczający o uczestnictwie w tegorocznej „V MUSZE”.
Nagrodę za najlepsze wykonanie pieśni polskiego kompozytora otrzymał Chór „CAMPANELLA” z Sycowa - dyrygent Edyta Szostak – Krzyc,za  piosenkę „Ptasie plotki” H.M.Góreckiego. Nagrodę za najlepsze wykonanie pieśni biesiadnej dostał Chór „Stowarzyszenia „Musica Nostra „CANTANTI” z Poznania za piosenkę „Pragną ocki” Stanisława Wiechowicza.
Brawa zebrał Gość specjalny MUCHY, Dziecięcy Zespół „PICCOLO” działający przy Międzyrzeckim Ośrodku Kultury – dyr. Ewa Witkowska. Niedługo istniejący chór dziecięcy poczynił przez rok znaczne postępy, bardzo się podobał repertuar chóru, korespondujący z biesiadną formułą Festiwalu. Słoneczne i radosne piosenki dziecięcego świata małych chórzystów zostaną nam w pamięci.
W roli gospodarza Festiwalu wystąpiło Stowarzyszenie „Międzyrzecki Chór Kameralny”, inni organizatorzy: MOK, parafia św. Jan Chrzciciel – proboszcz ks. Marek Walczak. Honorowy patronat nad wydarzeniem objął burmistrz Międzyrzecza Remigiusz Lorenz i starosta powiatu Grzegorz Gabryelski. Organizatorzy dziękują wieloletniemu sponsorowi Festiwalu: Gospodarczemu Bankowi Spółdzielczemu (prezes Zbigniew Górny).

Iwona Wróblak
wrzesień 2015



czwartek, 1 października 2015

Dzieła sztuki – świadkowie NAS.

            Wernisaż Pawła Napierały w Muzeum. W ramach  - piątej z kolei w Muzeum Ziemi Międzyrzeckiej - Nocy Muzeów eksponowane były na galerii obrazy Pawła Napierały. Autor wystawy jest z zawodu historykiem sztuki (UAM 2011 r.) i konserwatorem zabytków  (Akademia Sztuk Wizualnych 2004), od roku 2008 pracuje w dziale Konserwacji Muzeum Narodowego w Poznaniu.  
            Jak mówi o swoim sposobie widzenia sztuki - nobilituje dany przedmiot poprzez użycie go jako temat; to jednocześnie sakralizacja – i   sekularyzacja, nadanie mu rangi dzieła sztuki. Jego, Pawła Napierały, wynikający na pewno z kierunku studiów, głęboki szacunek do dzieł artystycznych, będących wytworem rąk ludzkich jest, myślę, tu bardzo widoczny. Nie tylko wiedzy, którą posiadł na wydziale historii sztuki a potem konserwacji zabytków, także z nabytej filozofii spojrzenia na sztukę jako ogromnie ważną dziedzinę ludzkiej aktywności.
            Mówi, że zdarza mu się obrazować tajemną sztukę egzystencji różnych pięknych rzeczy w naszym umyśle i postrzeganiu również wtedy, gdy one nie należą do ścisłego panteonu sztuki, są zwyczajne. Służą w tym wypadku – moim zdaniem, także - do złamania koloru tła, swoistej nielokalności przestrzeni płótna, matematycznie, chociaż może nie dosłownie z ołówkiem czy linijką w ręku, obliczonej. Chociaż zwiedzając wystawę w Muzeum oglądamy na obrazach Napierały prawie w stu procentach przedstawienia dzieł sztuki, piękne, wydobyte w celu krystalicznego podkreślenia ich powabu odpowiednim centralnie skierowanym na podmiot ekspozycji oświetleniem, uwypuklającym ich walory estetyczne i znaczenie historyczne. Rolę patyny wieków, w sensie zachwyconych, pełnych refleksji i przemyśleń wielkiej ilości ludzkich spojrzeń, jakie słusznie pieściły owe cuda artystycznego geniuszu człowieka, pełni, dużo ciemniejsze niż obiekt, tło – ma skupiać uwagę widza na dziele sztuki, niepotrzebnie nie rozpraszać jej, tak byśmy od razu, nie  tracąc cennych sekund, zatrzymali – na dłużej – wzrok na eksponowanym obiekcie SZTUKI.
            Wszystkie obiekty sztuki – zdaje się mówić autor – są wyjątkowe. Może też przez to, że przetrwały, że są z nami do dzisiaj, nie zniszczone - zapomniane, na muzealnych ekspozycjach. Trzeba im wielkiej płaszczyzny, tak jak wielkiego pokoju, po którym w ciemnościach – jeszcze nie wynaleziono w tym tempus elektryczności - poruszamy się prawie po omacku i bardzo powoli. Tak mało pięknych rzeczy przetrwało, i światła z nimi związanego… Symbolicznie tutaj rozumianego. Nasze poznanie sztuki. Wyobraźmy sobie ten Pokój pełen pięknych błyszczących swoim blaskiem rzeczy, byłby jasny… A tak z wielkiego mroku niebytu zaginionych dzieł sztuki wychodzą ku nam tylko nieliczne ocalałe do podziwiania. Taki muzealno – ekspozycyjny sposób widzenia świata. W podtekście z całym kontekstem historyczno – obyczajowym epok minionych. Stąd ich wielowymiarowość, wielokrotność i głębia płaszczyzn, jedne są bardziej widoczne, pierwszoplanowe, inne n-planowe, zaledwie dostrzegalne za mgłą w mroku, to te do końca nie rozpoznane w swych znaczeniach, może ich ułamki, jak greckie rzeźby.
            Jest taka jedna rzeźba-płótno, w której miłość autora do sztuki wyraża się nadaniem jej tytułu. „ROZMOWA” ze sobą greckich statui, ustawionych w kontrapoście w dodatku. Napierała, w podziwie dla nich, ożywia ich, upodmiatawia, czyni zdolnymi do wymiany myśli, już nie są  absolutnie tylko bryłami kamieni. Ich piękno je nobilituje, także być może za sprawą tego skrętu charakterystycznego dla kontrapostu. Smakować antyki...
Smakować sztukę. Zaistniałą na przestrzeni Człowieka i w czasie do niego należącym, poprzez sztukę, którą uprawiał w ciągu dziesiątków tysięcy lat. Jak  tęczę mieniącą się kolorami, kształtami i znaczeniami, o której nigdy nie dość opowiadać, pisać, myśleć, nie dość przeżywać ją i mówić o niej. Zabytki w  tej przestrzeni, ich odbicie w świetle. Starannie dobrane kolory mające na celu oddanie patyny, tego uczucia obcowania z rzeczami, które dotykało wielu ludzi i one same, te RZECZY, „dotykały’ wielu zdarzeń i sytuacji, krajobrazów – są Świadkami nas.
            Jest na ekspozycji pewien bardzo okrągły obraz. Jest kolisty jak tybetański gong, w którego uderza się, wywołując określone i bardzo celowe dźwięki w konkretne wynikające z fizyki fal akustycznych miejsca. I w tych miejscach – nie w żadnych innych – są umieszczone kontrapunkty – muzyczno świetlne fale mojego odbioru tego dzieła. One jedne, te struktury, są inne, zaburzone, w jednolitej fakturze ciepłego brązu, który nadaje wrażenie grubości rozprzestrzeniającej się promieniście od centrum tego koła. Wielowymiar autor stosuje też w innych obrazach. Nieraz dosłownie, trzeba się tylko przyjrzeć dokładnie, pomaga w tym niedomiar zbędnych szczegółów, bardzo wielka zaleta.
            W ramach imprezy w międzyrzeckim muzeum wysłuchaliśmy jeszcze koncertu w wykonaniu uczniów i nauczycieli z naszej Państwowej Szkoły Muzycznej I. stopnia i Szkoły Muzycznej II stopnia w Gorzowie. Wystąpił duet gitarowy i orkiestra gitarowa pod kierunkiem Marty Machunik, muzycy grający na flecie poprzecznym, wiolonczeli, kontrabasie, z akompaniamentem keyboardu, uczniowie i nauczyciele z SM w Gorzowie. W godzinnym programie słuchaliśmy kompozycji m.in. G.F. Haendla, A. Vivaldiego i innych autorów, także muzyki filmowej.
Nocy Muzeów na zewnątrz towarzyszyły stoiska ze sztuką rękodzieła artystycznego. Dziergane na szydełkach elementy garderoby, koronka irlandzka i  koronka klockowa, zastawa stołowa uformowana z papierowej wikliny – Reginy Brzezińskiej. Aneta Szamreta zaprezentowała w technice decoupage m.in. szkatułki i inne precjoza, trójwymiarowe, o delikatnych wyrazistych kolorach. Na trzecim stoisku można było podziwiać przeddożynkowe wieńce ze  słomy, lichtarzyki itd. oraz wielkanocne  - gęsie – jak mi powiedziano – barwnie zdobione jaja. Można też było, co jest główną ideą Nocy Muzeów, bez  biletu zwiedzać międzyrzeckie Muzeum.

Iwona Wróblak
czerwiec 2014