wtorek, 7 lutego 2017

Tak myśleć jak słowik śpiewa - nie umiem

            Poezja na scenie dziecięcej, jak to zrobić? Jak nauczyć dzieci czytać poezję. Pokazywać gwiazdy ucząc chodzić po ziemi. Jak rozglądając się  słuchać, patrzeć i myśleć. Na wpół żartobliwie kabaret dziecięcy nazwał tę ideę artystyczną uprawą młodej latorośli. Dziecko może dąć wyraz swojej naturalnej żywiołowości na scenie w sposób adekwatny do swojego wieku i zainteresowań. Można zrobić z dziećmi spektakl czytelny dla widza, a teatr – miejsce spotkania widza z dziecięcym aktorem będzie dla odbiorcy wielkim przekładem z języka dziecięcego. Intuicyjny sposób odbioru przekazu artystycznego może zastąpić opasłe tomy naukowych analiz. Na kilkadziesiąt minut nastąpi era słuchania i słyszenia. Wrażliwości.
            Panie Maria Sobczak – Siuta i Hanna Barczewska są instruktorkami Szkolnego Teatru „Ananas”. – „Wzięłyśmy się za poezję tym razem. Żeby nasze dzieci „zachwycała” naprawdę. Jesteśmy przede wszystkim nauczycielkami, wychowawcami”.
            Czy im się udało? Z przyjemnością oglądam półgodzinny spektakl na scenie w MOK, premierowe przedstawienie z okazji 10.lecia Szkolnego Teatru „Ananas”. To etiuda malarsko – poetycka. Starannie dobrana do muzyki scenografia i teksty. Kostiumy są integralną częścią przedstawienia, widać dbałość o wykończenie plastyczne całości. To efekt pracy Ewy Zabielskiej.
            Spektakl nazywa się „Przedwiośnie”. Udział biorą: Kasia Pilarz, Karolina Wójcik, Marta Woźniak, Karolina Pielesiek, Anna Wierzbicka, Diana Potocka, Monika Rybacka, Agata Nowak, Ola Krajcer, Agata Parmonika, Tomasz Golisz, Andrzej Guzicki, Alan Torzyński, Łukasz Wierzbicki, Mateusz Sobczak, Tomasz Jeziorski, Paulina i Karolina Strzelewicz, Paulina Białowska, Agata Czajkowska, Emilia Pawlak, Partycja Kudelska, Anna Kanicka, Dominika Sadłowska i Oliwa Matuszewska. W „Ananasie” króluje dosłowność, to teatr poważny, w sensie prawdy i uczciwości artystycznej, uczy się  dzieci nie udawać, nie kłamać o przeżyciach i emocjach i nazywać je. Jak te owoce wielkie ananasa, jakie się wręcza po zakończeniu uroczystości dzieciom, w koszu, do posmakowania. W jednej z pięknych kwestii wygłoszonej przez Malarza (Tomasza Golisza) ten mówi: „Tak myśleć jak słowik śpiewa, ja nie umiem”. Jaka pokora i ufność wobec stabilności swojego miejsca w mikro- i makrokosmosie. Te dzieci za sceny teatru „Ananas” dokładnie wiedzą, gdzie są i kim są – tak myśli widz i jest to wiedza, której im może każdy dorosły pogratulować. By potem z ufnością poddać się procesom następowania po sobie okresów i pór – po zimie przedwiośnia, wkomponować się w prastary rytm przemian, wyciszyć własne hałasy, te na zewnątrz i  wewnątrz, tak by usłyszeć można było śpiew ptaków. Dosłownie są - zielone, w odcieniu trawy, sukienki dziewczynek, a malutka Biedronka (Oliwia Matuszewska) – najmłodsza w zespole dziewczynka stąpa delikatnie na paluszkach „fruwając” rączkami wokół Motyli z baletu dziecięcego. Ptasie skrzydła uczestników tego scenicznego krajobrazu są białe i pierzaste, a różnorodność i wzajemna gra podpatrzonych elementów wielkiego składu, jakim jest przyroda, są doskonale uchwycone i zaakcentowane poprzez układy choreograficzne.
            Widowisko, które zobaczyliśmy, nie jest pierwszym, które stworzył Teatr „Ananas”. Zespół ma swoją długą, jak na teatr szkolny, historię. Powstał w 1993 r. w S. P. nr 1 jako „Jedynka”, wtedy także współpracowały panie Wiesława Chyła i Miłosława Drożdżyńska. W 1999 r. reforma szkolna przeniosła ich do S. P. nr 2. zmienili nazwę teatrzyku na „Ananas”, do współpracy dołączyła Ewa Dubicka – Witkowska (oprawa plastyczna). Teatrzyk skupiający uczniów klas I – IV przygotował wiele spektakli na uroczystości szkolne i miejskie. W kalendarium czytamy o udziale w wielu przeglądach i  festiwalach, m. in. w Wielkopolskich Spotkaniach Teatralnych w Koninie (1993/94 – II miejsce i tytuł laureata w PARA), Wielkopolskich Spotkaniach Teatrów Dziecięcych, Wojewódzkich Przeglądach Grup Kolędniczych i Jasełkowych, w Lubuskich Festiwalach Teatrów Szkół Podstawowych, w  Lubuskiej Gali Teatralnej, w Teatrze Animacji w Poznaniu. Przegotowali spektakle: „Grzyby”, „Obłoczek”, „Wielka Ludzka Stopa”, „Podwórko”,  „Bajka o rybaku i rybce”, „Anansy z Czwartej klasy”, „Raz, dwa, trzy”, „Sam za siebie”. Wielokrotnie zdobywali tytuł laureata w PRO ARTE. Przez wszystkie lata swojej działalności „Ananas’ mógł zawsze liczyć na pomoc i przychylność dyrekcji obu szkół, prawdziwych menadżerów sztuki dziecięcej – Alicji Witter z S. P. nr 1 i Marii Słomińskiej z S. P. nr 2.
            Teatr „Ananas” obchodzi swoje 10. lecie. Przez ten czas przewinęło się przezeń około 150 dzieci. Miejmy nadzieję, że na dobre zostali oni  „zakażeni” bakcylem teatru. Niektórzy są już w gimnazjum. Dzisiaj po spektaklu na scenie spotkali się prawie wszyscy, jedna wielka teatralna rodzina. Wielu nadal występuje na scenie, bierze udział w konkursach recytatorskich. Stara gwardia w osobach Oskara Barczewskiego i Mateusza Sobczaka jest dzisiaj konferansjerami. Kilkoro z dzieci: Marta Woźniak, Tomasz Golisz, Alan Torzyński, Karolina Michałowicz, Zuzanna Marzol, Karolina Wójcik zmierzyło się z jedną najtrudniejszych sztuk scenicznych – z kabaretem (Artystyczna Uprawa Młodej Latorośli „Osa”), z sukcesem. To, co mówili i robili na scenie, było śmieszne i z sensem, każde z nich miało wyraźnie zakreśloną odrębną osobowość sceniczną, przy tym byli naturalni. Liczymy, że spektakl „Przedwiośnie” zostanie mieszkańcom Międzyrzecza jeszcze pokazany, także kabaret dziecięcy, widowisko było przednie.
           

Iwona Wróblak
maj 2004

poniedziałek, 6 lutego 2017

Z festiwalu teatrów szkół podstawowych

            W spotkaniach IV Lubuskiego Festiwalu Teatrów Szkół Podstawowych nie chodziło o oceny. Nie ferowano ich. Miłośnicy teatru mieli się  spotkać, pokazać swój spektakl. W planie było zwiedzanie miasta, muzeum, potem grochówka i kiełbaski. Instruktorzy – ci chcieli podzielić się  doświadczeniami, porozmawiać, o pomysłach, ich realizacji, przy kawie i ciastkach. Wysłuchać opinii widzów o tym, co się podobało, co zapamiętali, co  było najciekawsze. Także o ty, co można ulepszyć, poprawić. Nauczycielki – instruktorki to wychowawcy, pedagodzy, pasjonaci, mający ambicję dania dziecku wielkiej szansy uczestnictwa, pełnego uczestnictwa w kulturze i tworzenia tej, szansy zauważenia u siebie potrzeby odkrywania własnej wrażliwości, własnej wartości. W tym piękna i magii teatru i sceny. Teraz, mam nadzieję, mają nową energię do pracy społecznej, której oddają się z  pełnym zaangażowaniem, często przy minimalnym wsparciu finansowym.
            Spektakle były różne, tak jak bogate w swojej różnorodności są przejawy twórczej działalności, wypadkowa zainteresowań artystycznych małych aktorów i ich instruktorów. Osiem przedstawień, maraton z półgodzinną przerwą,
            Od Szkolnego Teatru Lalkowego „Maska” z Sulęcina po Szkolny Teatr „Magia” – poezja amatorska na scenie. Ten pierwszy był ciekawy chociażby z tego powodu, że lalkarstwo jest sztuką sceniczną dzisiaj nieco zanikającą, a ma tak dostojne tradycje. To miejsce, gdzie magii teatru dostępują najmłodsi, gdzie uczucia i emocje wyrażane są w sposób prosty i jasny, a przesłanie jest jednoznaczne.         „Kozucha – Kłamczucha” jak zrąb podstawowych prawd o prawdzie i fałszu, dobru i złu, jakie dziecko dostaje na starcie swojego procesu uspołecznienia. Monika Wojdyga – inscenizacja, scenografia, opracowanie muz, reżyseria – kieruje je w stronę widza przedszkolnego, także klas integracyjnych.
            Druga sztuka „Czerwony Kapturek” była po francusku. Wynikło to z częstych kontaktów Żarskiego Domu Kultury z SP. nr 8 w Żarach z miastem partnerskim we Francji. Daniela Giecold – scenariusz, inscenizacja, scenografia, opracowanie muz. i reżyseria, jest nauczycielką języka francuskiego. Te  dzieciaki już są w sercu Europy. Teatr „Mała ósemka” to jakby przedsmak przyszłości naszej kultury, jej uniwersum, które dzieje się już dzisiaj, gdzie język jest w jak najmniejszym stopniu przeszkodą we wzajemnej komunikacji, on łączy. Bajki są wszędzie te same, wyrastają bowiem z jednego pnia naszej kultury regionalnej, europejskiej. Chodziło o to, by przedstawić „Czerwonego Kapturka” na scenie proponując wersję francuską (a może widz, zachęcony, zacznie uczyć się tego języka?), słusznie ufając, że teatr, jego scena, zapewni czytelność odbioru poprzez grę aktorów, charakteryzację. Przyjemnością było oglądać dzieci poruszające się w obrębie sceny z taką swobodą, jakby to było miejsce ich codziennej zabawy, klasa szkolna, czy  podwórko.
            Dużo pracy reżyserskiej, inwencji i pomysłów włożyli twórcy i aktorzy Zespołu Teatralnego „Szpilka” z Sulęcina (reżyseria Małgorzata Stempińska). „Lokomotywę” Juliana Tuwima potraktowano jako tworzywo do nowej, zupełnie innej od tradycyjnej interpretacji tego utworu. Każda postać była wyraźnie zindywidualizowana, różna od pozostałych, jej tożsamość, domniemany życiorys wyrażał się w stroju, sposobie zachowania, interpretacji danej kwestii. Podjęto próby dojrzałego aktorstwa scenicznego, może po to, by potwierdzić ideę, że teatr może z założenia nie mieć adresu dla określonego wieku, za to na pewno może być dobrze lub lepiej zrobiony. Dzieci wykazały inwencje i zaangażowanie, i zdolności aktorskie, wczuły się  w role – jak to zwykle bywa, kiedy młody aktor przede wszystkim dobrze się bawi.
            Doskonałe w swoim rodzaju były dla mnie „Mróweczki” – Zespół Teatralny z S. P. nr 11 z Zielonej Góry (pani Marii Bukowskiej). „Nie ma tego złego” – świetny tekst, chociaż nie najłatwiejszy, starannie przemyślana inscenizacja. Trawestacje, nieraz kabaretowe, znanych bajek, arcydzieł tego kanonu literatury. Instruktorka wybrała ten scenariusz doceniając poznawczą, kulturową wagę myśli tam zawartych. A było to także dla dorosłych, jak  każda mądra bajka, której powinno słuchać bezustannie to wewnętrzne dziecko w Nas, dorosłych. Ta ważna osoba w naszej psychice, w naszej konstrukcji wewnętrznej, która odnosi się do samej siebie, obserwuje swój rozwój, myśli i wyciąga wnioski jako osoba dorosła, czyli zintegrowana z  własnym Dzieckiem – odbiorcą Bajki. Autor tego tekstu o potrzebie istnienia bajki, o niezbędności iluzji, czaru i magii, bo to jest element konstrukcji rzeczywistości nam danej w historii, w jej psychologicznej logice, to pani Zofia Wójcik, spektakl był ładnie zrealizowany, wykończony, włożono weń  dużo pracy.
            I poważny, w sensie tematyki, Szkolny Teatr „Magia” z S. P. w Dąbrówce Wlkp. – kier. zespołu Katarzyna Trochanowska. Dorosłość i dojrzałość, kolczasta droga nastolatka ku nim, inscenizacja wierszy młodych poetów z „Klubu Szufladera” przy Młodzieżowym Domu Kultury „Dom Harcerza” w  Zielonej Górze. Spektakl zatytułowano „Nastroje”. Czy to informator o duszy dzisiejszego młodego człowieka, który ustami aktorów wreszcie ma  wręczony mu głos, umie otworzyć się, powiedzieć, co myśli, czego chce, jakie ma uczucia, czego się obawia, co go niepokoi a co męczy. Może widzi ten  nasz świat dla dorosłych jak scenę, gdzie odwrócony do widowni fotel skrywa personę, która wskazującym palcem piętnuje młodszość, wykluczając wszelki dialog, bo to mogłoby oznaczać naruszenie struktur władzy... Tablice poruszane rękami odtwórców poezji młodych mówią: „Milcz, Nie pytaj, Wyprostuj krzewe zęby”. Młoda dziewczyna mówi – „mój świat spada”, „zabiera mi ktoś niebo”. Rodzą się niepokojące wątpliwości – „Czy musi wiedzieć o sobie człowiek?”. Nici porozumień między ludźmi mogą stać się stalową siecią pajęczą. I jeszcze jeden fragment tu przytoczę, jako ilustrację klimatu tego spektaklu – „nie chcę być sobą, wszystkim, tylko nie  sobą – drzewem itd.”. Bardzo ciekawy materiał do rozmyślań, cenny poznawczo.
            Podobnie przedostatni spektakl „Tutti – Frutti” z S. P. nr 11 z Zielonej Góry pani Doroty Wilczyńskiej pt.” Dorośli, coś strasznego”. W pewien sposób, jak ktoś określił – agresywny, ja powiedziałabym, po prostu bez tchórzostwa i uprzedniej tresury. Czy dziecko ma prawo mówić dorosłemu, jak  go widzi, czy on – ten dorosły, słysząc to, nie schematycznie, w sposób dowcipny zrobione, musi się koniecznie obrażać? To wydaje mi się pytanie o  model szkoły także, o tę delikatną równowagę między szacunkiem dla autorytetu a wolnością dla nieskrępowanego rozwoju młodej osobowości. Tutaj absolutnie mieści się w konwencji, chociaż pada z ust aktorów żądanie – „dorośli, proszę wyjść!”. Dobre i zabawne widowisko.
            Na sam koniec zostawiono nam „Ananasa”, najnowszy spektakl Szkolnego Teatru z S. P. nr 2 w Międzyrzeczu pt. „Przedwiosnie” (kier. Maria Sobczak – Siuta i Hanna Barczewska), feeria barw, odcieni, sceneria przyrody, którą malujemy naszą twórczością, naszą radością wyrażaną poprzez dzieci, ich wrażliwość na poezję, na piękno.
           

Iwona Wróblak
czerwiec 2004

niedziela, 5 lutego 2017

Koncert międzyrzecki

            To był koncert dla nas. Anna Ziółkowska swoimi pasjami muzycznymi, które kształciła w Holandii u nauczycieli śpiewu operowego, chciała podzielić się z mieszkańcami miasta i okolic, gdzie się urodziła i wychowała, wystąpić przed swoją małą ojczyzną, która zawsze jest obecna, zawsze gości w jej sercu. Zaśpiewać z innymi muzykami, naszymi znakomitymi śpiewakami, panem Armandem Perykietko i Przemysławem Podębskim (któremu akompaniował Kamil Dziembowski) swoje ulubione arie operowe.
             Nie obyło się bez wielkiej tremy, przed najważniejszą dla niej widownią. Przywiozła ze sobą gości z Holandii, swoich znajomych i przyjaciół, jej  liczna rodzina z Polski przybyła w komplecie. Sytuację stabilizował jej akompaniator Hugo van Dalen, świetny pianista, niezawodny i spokojny jak na  profesjonalistę przystało. Zaskoczył nas precyzją wykonania walca cis F. Chopina, trochę inną, niż jesteśmy przyzwyczajeni, nieco „holenderską” interpretacją tego utworu.
            Koncert prowadził Kazimierz Dziembowski. Usłyszeliśmy m. in. utwory: D. Scarlattiego, G. F. Haendla, W. A. Mozarta, F. Mendelsohna, P.  Czajkowskiego, F. Schuberta. Trudny repertuar nie odstraszył widowni w MOK, ciekawie zabrzmiał „Duettino Zerlina” i „Don Giovanni” W. A. Mozarta na sopran i bas baryton w wykonaniu Anny Ziółkowskiej i Armanda Perykietko. Słuchacze międzyrzeccy i goście z Holandii byli zachwyceni barwą głosu A. Perykietko, a Przemysława Podębskiego pytano, w którym teatrze mogą go usłyszeć. Drugi koncert pani Anny odbył się następnego dnia w kościele p.  w. św. Jana, gdzie śpiewała pieśni kościelne, przy akompaniamencie pana Hugo van Dalena, który jest także organistą. W gotyckim wnętrzu mogliśmy powtórnie słuchać sopranu pani Anny.

            Wieczór koncertowy nie skończył się prędko. Miłośnicy muzyki, przyjaciele i rodzina pani Anny w restauracji przy kawie mogli jeszcze raz  podziękować wykonawcom, porozmawiać z nimi. Holendrzy bardzo cieszyli się, że mogli przyjechać do Polski, zobaczyć nasze miasto. Niektórzy przyjechali tu po raz pierwszy, i chcą przyjechać znowu. Mówią, że wiele się u nas zmienia, wbrew może temu, co my Polacy sądzimy czasem na temat naszej kondycji narodowej, a potencjał, ten najważniejszy składnik powodzenia, tkwi w nas, teraz obywatelach Europy. Mieliśmy wiele wspólnych tematów, o muzyce, o filozofii, sztuce, o życiu codziennym. Wymienialiśmy adresy i telefony, obiecaliśmy spotkać się znowu. Możemy przecież teraz, my Polacy, wyjeżdżać za granicę bez paszportu. Wierzę, że wraz ze zniesieniem granic otworzy się w nas samych przestrzeń dla współistnienia z innymi narodami, będzie wszędzie bliżej, szczególnie jeśli chodzi o naszą psychikę, o zmiany w tym kierunku. O empatię w kontaktach z ludźmi o niekoniecznie tych samych poglądach, o wolę szukania płaszczyzn wspólnych, np. na bazie muzyki i kultury.

Iwona Wróblak
czerwiec 2004

sobota, 4 lutego 2017

Nie ma kaleki – jest człowiek

            Nie – dla nich, to było z NIMI robione. Co – powinno być robione, dopytuje się o filozofię. Wszystko – odpowiada Maciej Kubowicz. Żyć,  mieszkać, oddychać. Oni są częścią organizmu społecznego. Gdzieś nam się ta wiedza trochę zagubiła...
Sprawność fizyczna jest podstawą egzystencji.
„Pomagać, komu możemy, to nasza odpowiedzialność, korzystać z pomocy wszystkich, to nasza nadzieja”.
Wokół Tomasza Jasińskiego wianuszek byłych podopiecznych, dzisiaj znajomych i przyjaciół. Zapraszają go, by ich na ul. Chrobrego odwiedził. Z  każdym zamienia kilka zdań, pyta o warsztaty zajęciowe, co robią. Za chwilę mi tłumaczy znaczenie tych rozmów z nimi. Pytał ich właśnie, co robią DLA  SIEBIE. W jaki sposób realizują siebie. Aktywizacja każdego człowieka jest najważniejszą rzeczą. Rozmawiamy na temat godności osoby ludzkiej.
            „Nie ma kaleki – jest człowiek”. W całym procesie wychowania ogólne zasady są takie same. Aktywizować znaczy uczynić kogoś jak najmniej zależnym od innych, możliwie samodzielnym. Godność człowieka tak się rozumie. Zawsze można zrobić cos w tym kierunku – zadając pytanie – co jest  możliwe (a czego nie można), w przypadku nawet głębokich upośledzeń.
Po co robi się takie zawody jak dzisiaj. Pierwsza Olimpiada Sportowa z Niepełnosprawnymi.
Jedna z bardziej podstawowych potrzeb człowieka jest potrzeba akceptacji w zespole. Sukcesu. Integracja w grupie to umiejętność społecznego w niej współżycia. My, zdrowi, mamy się też tego nauczyć, naszych relacji z osobami niepełnosprawnymi. Po prostu, musimy się przyzwyczaić do siebie nawzajem, zdemontować tkwiące w nas bariery.
            Dużo pisano o sporcie. O tym, jak ważny jest równomierny rozwój człowieka, o potrzebie sprawności fizycznej niezbędnej w poruszaniu się w  normalnym świecie. Dzisiejsza olimpiada sportowa jest częścią szerszych zadań, które mają wypełniać standardy europejskie. Działania realizowanie przez sport, we wspólnocie. Celem jest, by osoby uczestniczące wyniosły z niej radość, poczuły się pewniej w swojej przynależności do tej wspólnoty, pozbyły się piętna i etykietek. Do dzisiejszych zawodów trenowali całymi tygodniami, ciasta, które degustujemy, piekli sami, przygotowywali dekoracje, sami też  planowali i realizowali potrzebne zakupy. Pomagali im instruktorzy, organizatorzy: Ewa Dąbrowska, Katarzyna Nyczak – Walaszek, Anna Skotnicka, Aneta Kopeć, Teresa Bielska, Tomasz Kwiatkowski, panie pielęgniarki, wolontariusze i młodzież ze szkół średnich.
            Na boisku właśnie trwa mecz, jeden z pięciu w turnieju piłki nożnej. Będą jeszcze konkurencje indywidualne; rzuty piłką, rzuty do kosza, ringo, kręgle, przeciąganie liny, biegi na 60 m oraz – konkurencje dla instruktorów. Im też będziemy kibicować – w biegach w workach czy w wyścigu z jajkiem na łyżce. Instruktorzy i podopieczni – wszyscy startują w sportowych strojach. I dobrze się bawią. A przyjechały do Międzyrzecza Środowiskowe Domy Samopomocy z kilku okolicznych miast. Dzisiaj najlepszy jest Sulechów, kolejne miejsca zajęło Drezdenko, Skwierzyna, Trzciel i Międzyrzecz – organizator imprezy.
             Nasz międzyrzecki ŚDS należy do struktur Ośrodka Pomocy Społecznej. Z kierownik Haliną Skrzydło rozmawiamy chwilę. Prosi o zamieszczenie prośby o przekazanie dla biednych naszego miasta używanej odzieży (ul. Staszica 2), drobnego sprzętu gospodarstwa domowego i bardzo komuś potrzebnej pralki. Z góry bardzo dziękuje.
            Tymczasem zawody trwają. Zawiązują się przyjaźnie. Za rok uczestnicy spotkają się znowu. – To nie może być jednorazowa akcja – tak mówią i  organizatorzy, i goście. Może wtedy Olimpiada dla Niepełnosprawnych zostanie wyraźniej wpisana w kalendarz u naszych lokalnych oficjeli, którzy być może przybędą tu liczniej. Obecny jest dzisiaj zca burmistra Zdzisław Czekała, Dorota Jadczak.
            Uczestnicy startują we wszystkich konkurencjach. Instruktorzy dbają, by zaliczyli szczególnie ostatnią, a jest nią pyszna grochówka i chleb z  domowym smalcem. Będą też, nagrody, dyplomy, puchary i dyskoteka pod gołym niebem.
            Za możliwość wręczenia upominków, za pomoc, organizatorzy I Olimpiady Sportowej, Środowiskowy Dom Samopomocy w Międzyrzeczu serdecznie dziękują sponsorom.
            Wracając do domu ciągle czuję niedosyt wiedzy, doświadczeń. Sięgam jeszcze raz po książkę Anny Sobolewskiej „Cela” o autystycznej dziewczynce. „Dzięki osobom z upośledzeniem umysłowym dostrzegamy wyraźniej, że mamy trudności z tworzeniem prawdziwych i trwałych więzi, nie  potrafimy przebaczyć i że w nas jest również ogromne wołanie o miłość. Osoby te pozwalają nam odkryć, że my również jesteśmy ludźmi zranionymi, którzy potrzebują uzdrowienia. Odruchowo boimy się tego odsłonięcia, ale tylko dzięki niemu możemy zacząć żyć w zgodzie ze sobą”.


Iwona Wróblak
lipiec 2004

piątek, 3 lutego 2017

Atelie Kotłownia zaprasza na wystawę

            Kotłownia po raz kolejny zaprasza międzyrzeczan na wystawę prac plastycznych, tym razem ekspozycje podsumowującą działalność tej placówki w bieżącym roku szkolnym. Grafika i fotografia, prace młodzieży ze szkół ponad podstawowych, także kilku studentów wyższych szkół plastycznych. Pan Roman Kasprowicz, z powodu choroby, opiekę nad Kotłownią powierzył młodym ludziom, swoim wychowankom, Anicie Klepczarek, Ewelinie Skotnickiej i Karolinie Czyż. Wystawione prace powstały w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Ciekawe fotografie czarno – białe m. in. Magdaleny Grendy, Szymona Kujatha, Joanny Kozakiewicz i Karoliny Czyż, zabawa nieostrym półcieniem, sztucznym światłem odbitym w nocy od powierzchni wody, symbolika szczegółu uchwyconego w kadrze, ważnego dla autora twórcy. Oglądającym towarzyszą niespokojne rytmy muzycznej ilustracji do dzisiejszej imprezy. Frekwencja nie zawiodła, jeśli chodzi o młodzież i sympatyków Kotłowni, środowisko artystyczne od lat jest aktywne i twórcze, mimo urzędowych przeciwności regularnie spotykają się przy sztalugach. Gorzej z zaproszonymi gośćmi z władz samorządowych i administracyjnych, przedstawicielami tzw. oficjalnej kultury. Tych nie ma. A szkoda. Kotłownia mogła być, faktycznie jest – wspaniałą promocją artystyczną miasta, gościła nie raz artystów z Europy, ma z nimi żywe kontakty. Kiedy będziemy świadkami satysfakcjonującej obie strony współpracy, a działalność młodzieży tam nie będzie robiła wrażenia skądś nam znanego tzw. „drugiego obiegu”?...
            Rozmawiam z gości, z artystami wystawiającymi dziś swoje obrazy. Patrycja Jarmołowicz jest już studentką, jej prace wyróżniają się w sposób widoczny bogactwem pomysłów, starannym wykończeniem, które zdradza dobry warsztat. Teatr bajki dziecięcej w grafice ze swoją uniwersalną symboliką, sięgający po najlepsze wzory misteriów doświadczeń ludzkich, świat tzw. naiwny, fantastyczny. Sięga tam celowo, chce zachować umysł artystyczny dziecka z jego świeżością bezpośrednich doznań. Jest kilka prac młodszych artystów, portrety i martwe natury, kolorowe próby własnego spojrzenia na obiekty spotykane w codziennym życiu. Kilka abstrakcji, grafik. Autorzy to osoby związane z Kotłownią od kilku lat: Hubert Winnik, Łukasz Bednaruk, Inga Murawska, Anita Klepczarek, Magda Kaliszak i Anna Dybek, i od niedawna: Sylwia Rzepska i Dominik Skibicki. Grafikę reprezentuje litografia Anny Sobkowiak.
            Kotłownia zaprasza do obejrzenia wystawy swojego najnowszego dorobku plastycznego, zaprasza do siebie, do rozmowy i współpracy. Tu, do  tego budynku, gdzie bije serce młodych naszego miasta. Przyjdźmy podglądnąć artystyczną formułę amplitudy jego rytmu, poznać tą nienajgorszą, twórczą i kreatywną część naszej międzyrzeckiej młodzieży.


Iwona Wróblak
sierpień 2004

czwartek, 2 lutego 2017

Wiersze dla Róży Filipowicz

            Druga książka Edwarda Pasewicza „Wiersze dla Róży Filipowicz”. Autor nie traci czasu czytelnika, od pierwszych linijek lektura wciąga w rytm, w światło i cień – jej, tej książki, swoistego krajobrazu literackiego. Przejrzysta składnia, powiedziałabym – okrągłe, kaligraficzne litery – sama przyjemność czytania...
            („Wiersz dla Szymona...”) – „i nie ma żadnej odpowiedzi/ jest samo zdanie”. To continuum czasowo – przestrzenne jest zawsze obecne w poezji Pasewicza, jak motyw przewodni, jak wymiar istnienia Edka – wszechświat literacko – filozoficzny, struktura zbudowana w ciągu kilkunastu lat pisania, doskonalenia, cyzelowania słów, które same swoim własnym powołanym przez gramatykę bytem zaczynają ożywać, być, czemu autor przygląda się z pewną ciekawością, uśmiechając się czasem z lekkim rozbawieniem. Nie to, żeby ich nie doceniał, tych słów – małych ludzików, po prostu co innego go bardziej interesuje, co innego niż nadmierna kontrola nad tworzywem, słowiarstwo. Może jest nią istota, treść, trochę mu niepodległa? Fascynujące jest śledzenie tej esencji bez kształtu i zakreśleń, przestrzeni słów utkanej precyzyjnie – i konsekwentnie, eleganckiej w gruncie rzeczy. „Coś więcej niż ciąg sylab nie jest nikomu potrzebne”. Nie analizować należy wierszy Edka, trzeba się wsłuchać w rytm sercowy poszczególnych zgłosek i sylab, pamiętajmy, że Edek jest także muzykiem.
            Edward jest dźwiękowcem, słyszy je poszczególne, fale dźwiękowe postrzega osobno, i razem – w harmonii („najpierw jest dźwięk, później oblepia się sensem”). Tak jak szczegóły, widzi je, swoje uwikłanie w nie ( w uroczym wierszu pt.: „Letni letarg” – „krwinko czerwona, nigdzie nie odchodzę”) i wolność, możebna – od nich w „Eseju o uważności”. Przyznaje się do materii, do ciała, bo chce (więcej, wie, że musi – by dobrze pisać na przykład) być szczery, taki jest jego stan posiadania wiedzy i niewiedzy – w darze uważności np. przy przyglądaniu się światu. Jest dobrze wiedzieć – o czym się nie wie, zdefiniować przedmiot niewiedzy. Przy pomocy trudnej sztuki nie określania do końca, mając w świadomości bezprzedmiotowość nazywania rzeczy dla samej idei literatury, płytko pojętej, papierowej, niewolenia ich słowem zapisanym, budowania jakiejś abstrakcji – granicy między nazwanym a nie nazwanym.
            Marzenia Edka? Subtelnie przemycane jak packi farby na obrazie – „chcę czulej kołysać się nad horyzontem”. Szuka tego, oczekuje, wie, spodziewa się, czasami niepokoi, że ten stan nie przychodzi, chociaż matematycznie tak właśnie to równanie o życiu powinno być rozwiązane (w „Strofach żalu”)...
            „Wymieni się z tobą pamięć o tobie” – autor jest świadom prawdziwego wymiaru istnienia. Jest też świadomy zupełnej nieprzewidywalności, jeśli chodzi o przyszłość swojej, że tak powiem, jednostki osobowo – cielesnej, losu, nie wie, co go czeka – konstatuje. Niepokój, jaki z tego mógłby wyniknąć, ten egzystencjalny – takiej proweniencji, jest u Edka prawie nieobecny, to dojrzała konstatacja faktu przemijalności. Pisze – „komu się przypodobać, by odmienić bieg (...) zupełnie nie wiem”. Nie dziwi to, Pasewicz jest buddystą, przesiąkłym tą filozofią jak gąbka. Mahamudra wypływa zeń jak to przysłowiowe ciało zanurzone w cieczy. Jest prawdziwą przyjemnością śledzić tu konsekwencję poety, głębię rozumienia Ścieżki i ten osobisty jego własny dialog ze swoimi przemyśleniami i doświadczeniami.
            O dotykaniu. Dotykając mija się człowiek z rzeczami, one rozpadają się dotykane palcami. Myślami też się nie dotyka. Nawet one są materialne, te mózgowe fale energetyczne, które tworzą nasze ciała – mówi, prosi – „nie patrzeć. Nie nazywać rzeczy”.
            Jest smutny mądrością, która wie o rzeczach pogodnych także, ale również o ograniczeniach – „gdybym mógł się wznieść, nie lewitować – ale wznieść/ przełamać, przeciąć, pozostać w całości/ byłby to jeden z tych śmiesznych wyczynów/ zabawiłbym dzieci/ by przestały wierzyć w śmierć” („Poemat dla Marka”) i dalej – „ chcę mieć prawo do smutku”.
            Polecam czytelnikowi będący w zbiorku poemat „Falomino”, wysmakowana, gęsta w znaczenia osobna całość, o której na pewno jeden z krytyków napisze wkrótce esej. Moje wrażenia mogę opisać krótko – ogromna satysfakcja jako czytelnika, treściwa karma dla duszy, rzecz, do której się sięga, nie zostawiając nieczytanej na półce.
            Najcenniejsze wydaje mi się, że w poezji Edka, w jej całości, posłużę się jego słowami –  to, że „jest tutaj dość światła, by je dostrzec”. Jemu chodzi o „biały stół”, konkretnie być może o tę jego zimną, śnieżną biel, bezludzką, okrutną. Ja myślę tak o całości jego twórczości, o dwóch książkach, które wydał i o setkach wierszy, stron prozy, leżących jeszcze w szufladach. To światło coraz jaśniejsze, w miarę jak coraz bardziej dojrzała jest ta twórczość.
            Jeszcze chcę powiedzieć, wiersze Edka składają się w dużej części z końcówek, z puent, tam jest niewiele zbędnych słów, że można cytować wersy (i pewnie się będzie) w całej ich odrębności – samowystarczalności semantycznej, składają się w całość same w sobie w jedno zjawisko literackie, które nazywa się Edward Pasewicz. Już teraz tłumaczenia jego wierszy ukazują się w Anglii i w Niemczech.


Iwona Wróblak
sierpień 2004

środa, 1 lutego 2017

Toż – samość

            Nosorożec, co to jest? Czy to wielki Szef, który grzmiącym głosem upomina pracowników, by w pracy nie rozmawiali o bardziej lub mniej rzeczywistych zwierzętach (bo ważne czyli rzeczywiste jest tylko jego widzenie świata), by byli produkcyjni, co tutaj znaczy jednowymiarowi. Nie  przypadkowo w sztuce nie pojawia się on jako osoba cielesna, ludzka.
            Nosorożec ma wymiarów aż za wiele. Może w ogóle ni ma postaci. Wszyscy go wymyślili, życzenie aby istniał jest tak powszechne, że coraz więcej ludzi uważa, że go dostrzega. Emanacja podziemnych potrzeb psychiki tzw. zbiorowej, może kompensacja braków jakichś ważnych sensów w  życiu osób, które się temu poddały? Jego zaistnienie sceniczne Suchowska spowodowała wkładając aktorom na twarze jednakowe maski. Spełniają one rolę ukrywaczy osobowości jednostki, w układach pantomimicznych postaci stają się anonimowe, geometryczne i kanciaste. To jest subteatralne, wyraża dobitnie ideę Ionesco o totalitarnym aspekcie osobowości człowieka kulturowego drzemiącym potencjalnie w każdym. Na ile się ulega tym pokusom, na  ile społeczeństwo wymusza poddanie się procesowi tak pojętej socjalizacji – jak to określa jedna z postaci – przystosowaniu, inteligencji stosowanej, elastycznej. Jak bardzo jest „nieteatralne”, w złym guście, mówiąc współcześnie „nie – trendy”, sprzeciwianie się stadnym tendencjom w małej czy  większej społeczności, a z kolei indywiduacja – czy jest jej granica i gdzie. Człowiek jest zanurzony w sieci kontaktów międzyludzkich, układów małżeńskich, towarzyskich, społecznych. Czy to będzie bezpieczne lokum, schronienie, czy też klatka, stalowa sieć pajęcza? – to jest pytanie.
            Owe kontakty interpersonalne, one są pierwszą przyczyną iskrzeń w mechanizmie struktur społecznych. Suchowska rozpoczęła spektakl sceną małżeńskiego poranka w domu. Kobieta ze swoim bagażem wyobrażeń modelu roli, jaką powinna odgrywać w małżeństwie, pozornie wolna od  stereotypów, ale chyba daleka od osobistej satysfakcji w układzie, jaki zbudowała wraz z mężczyzną, może nie tym właściwym, a tylko… jakimkolwiek, który też nie jest bardzo szczęśliwy, za to na pewno zmęczony i senny.
            Role, modele życia, maski wkładamy sobie na twarze. One są głównym rekwizytem. W spektaklu jest to pokazane subtelnie, są jednym z  równoprawnych środków wyrazu, obok muzyki i świateł. Aktorzy Suchowskiej (notabene grają bardzo dobrze) ubierając je przypominają nam o tym. Maski wyznaczają miejsce akcji, teatr – rozumiany wielorako, jako scena w nawiązaniu do wielkich tragedii greckich, ich namiętności. TWARZ –  MASKA, u wszystkich postaci grających role taka sama, z zarysem oczu i ust, sama staje się sceną, widz zostaje wciągnięty w grę, staje się TEATR – bez  literatury, fabuły, opowiadactwa. Reżyser zaprzęga w tym celu inne środki wyrazu, muzykę (Rafał Bączkowski), pantomimę (scena przepoczwarzania się  człowieka w owego mitycznego nosorożca, czyli zwierzęcia na naszej szerokości geograficznej normalnie nie-napotykanego). Jest w nas każdym groźba zarażenia się epidemią nosorożca, mówi to wyraźnie jedna z postaci. Chciałoby się poszukać winnego na zewnątrz, czcić go, odkupić się, usprawiedliwiają wielkie napięcia socjopsychiczne, jakim jesteśmy poddawani. Łatwo jest zaprzepaścić w sobie tysiąclecia cywilizowania się człowieka, jego kulturowego dorobku jako gatunku. Epidemia nosorożca jest zaraźliwa, trzeba na własny użytek stworzyć sobie serum szczepionek uodparniających, zażywać je, czyli żyjąc w społeczeństwie zachowywać stosownie do zakresu wolności, jaką się sobie daje, jako minimum możliwości wyboru swojego miejsca w  cywilizacji. Trudne to zadania, ciągle aktualne. Ionesco, rumuński pisarz i dramaturg lat tuż powojennych, intuicyjnie wyczuł uniwersalność problemu socjalizacji człowieka na tle kultury i jej zdobyczy i ceny, jaką się za ten rozwój płaci.
            „Toż – samość” na scenie MOK to teatr dobrze zrobiony, czytelny. Tak też został odebrany przez widzów, głównie młodych. Sądząc z frekwencji jest zapotrzebowanie na dobrą rozrywkę, dobrą sztukę. Myślę, że w Międzyrzeczu nazwisko pani Izabeli Suchowskiej na plakatach (to nie jest jej  pierwsza sztuka) gwarantuje dobry, nawet bardzo dobry, profesjonalny poziom spektaklu i dlatego też ludzie tutaj dzisiaj przyszli.
            W spektaklu w  reżyserii Izabeli Suchowskiej na podstawie dramatu Eugene Ionesco „Nosorożec” brali udział: Marcin Olejniczak, Danka Wójcik, Daniel Gąska, Agnieszka Bosiacka, Karolina Piosik, Kamila Pers.


Iwona Wróblak
sierpień 2004