wtorek, 23 maja 2017

W Awans-ie egzaminy…

            Co pudło komputera ma w środku? Korci, żeby rozebrać obudowę… Elementy stacji roboczej to płyta główna, procesor, pamięć, karta grafiki, zasilacz, dysk twardy… – wszystko można odkręcić, śrubeczki poddają się, jeśli ma się odrobinę wprawy… Teraz części trzeba delikatnie wyjąć, kabelki odłączyć. Ćwiczyliśmy to w pierwszej klasie. Na egzaminach z E-12 (montaż i eksploatacja komputerów osobistych oraz urządzeń peryferyjnych) trzeba będzie komputer z powrotem złożyć i skręcić, podłączyć kabelki do urządzeń peryferyjnych – monitora, klawiatury, myszy i głośników, ewentualnie drukarki itd. Następnie włączyć komuter, sprawdzić, czy działa... Działa! To nie jest takie trudne!
            Linux (Uniksowy system operacyjny, przykład wolnego i otwartego oprogramowania, którego kod źródłowy może być dowolnie wykorzystywany i modyfikowany). Ten system operacyjny jest coraz powszechniej używany. Czym różni się od znanego wszystkich popularnego Windowsa? Popatrzmy na pulpit… Linux ma wiele możliwości, cennych zwłaszcza dla informatyków, a takimi się staniemy po szkole.
            Przygotowania do egzaminów na kierunku: technik informatyk, pod czujnym okiem jednego z naszych wykładowcow, Arkadiusza Araszkiewicza, miały tym razem miejsce w sali komputerowej Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego, zazwyczaj lekcje są w salach budynku byłego Liceum Ekonomicznego na ulicy Libelta 4 w Międzyrzeczu. Przypominamy, że nauka w tej policealnej szkole jest darmowa, i zaoczna, zjazdy są dwa razy w miesiącu – to piątki i soboty w godzinach popołudniowych. I Szkoła jest na miejscu – w Międzyrzeczu!


Iwona Wróblak
maj 2017

poniedziałek, 22 maja 2017

Chiny w Muzeum międzyrzeckim

            Chiny oczami (młodej) Polki, studentki – to ważne… Studenci mają dzisiaj, dzięki naszemu akcesowi w UE, wiele możliwości podróżowania, dostęp do różnorodnych stupendiów zagranicznych. Mieliśmy w Bibliotece Publicznej podobne spotkanie ze polskim studentem, który był w Korei Południowej. Teraz Chiny – tym razem w Muzeum, w ramach edukacyjnej sesji Nocy Muzeów, podczas której można było bezpłatnie zwiedzić sale ze zbiorami muzealnymi.
            Chiny, wielki kraj, o bogatej prastarej kulturze, obecnie olbrzymim potencjale gospodarczym, przedstawiony na prelekcji z okazji Nocy Muzeów w sali starościńskiej. Chiny oczami międzyrzeczanki Niny Dąbrowskiej, która wyjechała tam na kilkuletnie studia ze stypendium rządowego w ramach wymiany studentów obydwóch krajów.
            Nina nauczyła się podstaw języka chińskiego, na spotkaniu obecni byli nasi międzyrzeccy Chińczycy, dwoje ludzi, pracujących u nas, mających swoje firmy, których wypowiedzi na bieżąco tlumaczyła. Nauczyli się kilku słów, z czystym akcentem Zhangjunxianng (pochodzi z tego samego miasta, gdzie pracowala Nina: Hangzhou) mówi do nas, słuchaczy – dzień dobry, on bardzo dobrze się przystosował do obcego dla niego dalekiego kraju, w ubiegłym roku zaprzyjaźnił się w Jarocinie z polskimi koncertowiczami, nauczył się od nich także podstaw, jak mówią obieżyświaci, czy kilku… przekleństw po polsku, a muzyka woodstokowa, spoiwo ich bytności na tym wielkim wydarzeniu, jest znana, podobnie jak sam festiwal, na całym świecie, gusta są podobne, więc – nie ma problemu… Chennxiandi opowiada o swoim dziecku (mąż pracuje w Nowej Soli), które czeka na nią w dalekich Chinach u swojej babci, bo jej mama, tutaj w Polsce, całymi dniami (chińskim zwyczajem) dużo pracuje, także w niedziele (w tzw. „chińskim sklepie” mieszczącym się w budynku dawnej synagogi). Jej się nie wszystko w Polsce podoba – tam jest inny tradycyjny etos pracy, uczciwość kliencka, nie do pomyślenia jest niezapłacenie za wzięty towar… Za odwagę wystąpienia publicznego (Chinczycy są z natury mniej śmiali niż Polacy) oboje dostali od dyrektora Muzeum wiązanki kwiatów.
            Nina zna chiński, w stopniu komunikatywnym, jak się przekonaliśmy… Wielki szacunek dla jej pracowitości. Opowiada o swojej nauce tego języka, tak różnego od naszego polskiego. Zaczęła się go uczyć bez przekonania, krążą mity na temat jego trudności w recepcji przez obcokrajowca z innych części świata. Rzeczywiście ma inną strukturę, ale w zamian nie ma w nim gramatyki, odmiany czasów. Są za to konstrukcje, to język opisowy. Wielkie znaczenie mają tony, jakie nadaje się poszczegółnym słowom, wysokie lub niższe. Obcokrajowcy ucząc się chińskiego obrazują – ku szybszemu zapamiętaniu – ich wysokość odpowiednim podniesieniem ręki.
            Nina swoje pierwsze miejsce w Chinach znalazła na dalekim wschodzie tego olbrzymiego kraju, nad Morzem Chińskim, gdzie zmieszały się wpływy kolonialne rosyjsko – japońskie, Hangzhou. Taka też była jego architektura, raczej europejska niż tradycyjnie chinska. Jak różne są regiony w Chinach świadczy fakt, że sami Chińczycy potrzebują tłumacza, bo zrozumieć swojego pobratymca z innej części kraju. Państwo, które dzisiaj zwie się Chiny, składa się z 59 różnych narodowości, o odmiennych językach i kulturze, także wyglądzie zewnętrznym ludzi – Chińczycy dla Europejczyka stereotypowo to ludzie o niskim wzroście, tymczasem najwyższy człowiek świata, liczący 2,5 metra jest – Chińczykiem z północy tego kraju. Nasi międzyrzeccy Chińczycy są dużo niżsi, jak wiemy… Poznani przez Ninę w czasie jej podróży mieszkańcy Państwa Środka też nie byli tak wysocy.
            Jak różny jest klimat Chin pokazała na przykładzie Harbinu, znanego też z naszej historii zesłań carskich po powstaniach niepodległościowych. To bardzo zimne miasto – w odróżnieniu od południowych krain.
            Europejczycy w Chinach traktowani są dobrze, Nina pracowała tam jako nauczycielka języka angielskiego. Pokazywała zdjęcia akademika, gdzie mieszkała, wysokiego wieżowca. Chińscy studenci mieli tam, inaczej niż Europejczycy, wieloosobowe pokoje i piętrowe łóżka. Uczestniczyli też w obowiązkowych wojskowych szkoleniach. Nina pamięta (była w Chinach 3 lata) święta noworoczne i ulubione przez Chińczykow fajerwerki, które głośno i często eksplodowały za oknami przez kilkanaście godzin bez przerwy…
            Osobnym tematem jest osławiona kuchnia chińska. Tradycyjny rytuał parzenia herbaty, jej kilka tysiecy gatunków – można było w przerwie posmakować ten napój, w maleńkich czarkach, jak również ciasteczka ryżowe. Na slajdach oglądaliśmy różnorodność potraw, które tam się konsumuje, z wielkiej ilości produktow będących owocami morza, także innych surowców, bardzo dla nas egzotycznych i pozornie – nie do przełknięcia… W licznych restauracjach można zjeść bardzo tanio (dla Europejczyka) i w dużej ilości, i w dużym wyborze rodzajów potraw. Syczuan (prowincja z środkowo- zachodnich Chinach) to na przykład, według Niny – region ostrych potraw…
            Nina opowiadała o zajęciach, którymi lubią oddać się po pracy Chińczycy. Wycinaniu form z papieru (bardzo misternych i pięknych), tańcach (lubią je chińscy emeryci), grach w kości. Także było o kulturze wyższej chińskiej – teatr masek, śpiew (bardzo wysokie tony) i zwinność akrobatyczna aktorów, o operze chińskiej – dla pasjonatów.
            Chiny oczami Europejczyka, który zachorował. Chiński powszechny szpital. Wpływ tradycyjnej chińskiej medycyny, którą się ciągle szanuje, tak jak ludowych zielarzy, ludzi nieraz o bardzo wielkiej wiedzy i skuteczności leczenia. Dobrym sposobem na chorobę lokomocyjną jest wdychanie zapachu skórki pomarańczowej – można spróbować… Szkoły chińskie – tradycyjny szacunek dzieci (duzo większy niż u nas w Polsce) dla nauczycieli. Praca. W fabrykach – większa ilość godzin niż u nas, i w biurach – tutaj zwyczaje są nieco bardziej liberalne, podobne polskim, europejskim.
            Zwyczaje – bardzo ważne dla kogoś, kto zdwiedza inny kraj. Obyczajowość chińska. Wesela – zuropeizowane, ale nie do końca. Tradycyjnie obowiązuje wykup panny młodej przez małżonka… (na ile jest wyceniona przez przyszłego męża?) . Także nawet w większych miastach – targi małżenskie, czyli dziadkowie oferują swoje wnuki dla przyszłych małżonków, na karteczkach opisują ich zalety, stan majątkowy… Ustrój patriarchalny, mimo dziesiątków lat rewolucji kulturalnej, jest ciągle mentalnie żywy. Obecnie oficjalnie – jak mówi Nina – w Chinach można mieć już (maksymalnie) dwoje dzieci (jeżeli rodzice byli jedynakami), jeżeli się wniesie opłatę… Na wsiach jednak na prowincji widziała ciągle tradycyjnie w rodzinach wielką gromadkę dzieci przy matce.
            Nowoczesny zwyczaj chiński – podróżować gromadnie… Chińczycy mają (rzadkie) świąteczne urlopy w tym samym czasie – to kilka dni, wtedy trudno jest o komfort wygodnego przemieszczania się w wielkim tłumie ludzi. Radzi się przeczekać te okresy… Na co dzień Chiczycy powszechnie jeżdżą do pracy na skuterach, rowerach.
            Chiny to bardzo ciekawy kraj, ze względu na swoją historię, na piękne krajobrazy. Prezenterka wspomina słodki, chociaż w dużym natężeniu natrętny nieco, dźwięk milionów cykad, budzących ludzi od świtu. Malownicze pola ryżowe. Na turystów czeka wiele zabytków do zwiedzania. Nina oczywiście nie była wszędzie. Opowiadała o słynnej cesarskiej armii z terakoty, odkrycia wielkiej ilości żołnierzy cesarza, wyrzeźbionych figur naturalnej wielkości, które ciągnie się na przestrzeni kilku kilometrów i nie zostało do tej pory w całości wydobyte z ziemi. Nina zaprezentowala nam tradycyjny chiński dwustrunowy instrument smyczkowy: erhu, wygląda trochę niż skrzypce (Nina gra na tym instrumencie), ale można wydobyć z niego ciekawe dźwięki.


Iwona Wróblak
maj 2017





niedziela, 21 maja 2017

Muzyka gongów tybetańskich w bastei zamkowej

            Noc Muzeów, a raczej weekend (sobota i niedziela) w naszym Muzeum im. Alfa Kowalskiego w Międzyrzeczu, zaczął się koncertem muzyki etnicznej z kręgu kulturowego Dalekiego Wschodu, w wykonaniu muzykoterapeuty Jana Schneidera i Ludmiły Wyczesany.
            Cztery gongi tybetańskie, różnej wielkości, ręcznie kute w specjalistycznych warsztatach, z certyfikatem świadczącym o ich odpowiednich częstotliwościach brzmieniowych – używane są do celów terapeutycznych, i inne instrumenty etniczne; dzwoneczki, kije deszczowe, cahon, drumla, i przede wszystkim misy tybetańskie z ich szczególnym brzmieniem, to instrumentarium w bardzo nadajacej się do takich celów bestei zamkowej, budowli o unikalnej, w kształcie półokrągłej czaszy, konstrukcji. Jej architektura przynosi mi na myśl misę tybetańską, do góry odwróconą, w czasie koncertu muzycy kierują ich wnętrza w stronę widowni, by te do końca dla niej wybrzmiały – falami dźwiękowymi. Basteja pod tym względem bardzo się podoba wszystkim muzykom, którzy tu koncertowali.
            Dźwięk gongów był – myślę – prawie tożsamy z podobnym (można je słuchać obecnie w internecie), wydobywanym w czasie medytacji przez mnichów buddyjskich, sylaba OM doskonale jest rozpoznawalna, tam sprzyjały temu zawsze ogromne przestrzenie Wyżyny Tybetańskiej, z jej rozrzedzonym powietrzem, tu – akustyka bastei… Czy jej parametry akustyczne doczekają się kiedyś osobnej rozprawki?...
Wrażenie było niesamowite… Owijane wokół krawędzi mis, jak nitki czy wiązki nici, bardzo długie wysokie tony, naturalna orkiestra, czyste jak niebo Himalajów. Tło mentalne, w czasie kilku, może kilkunastu? tysiącleci medytacji, dla umysłów wielu pokoleń medytujacych mnichów, z których duża ilość osiągnęła wyzwolenie i oświecenie, a potem odrodziła się, także w naszych czasach i na Zachodzie, a dźwięki mis, gongów im w tym pomagały… Dostrajały do Natury, by osiągnąć Jej pełnię, być współistotnym z Nią, być Jej częścią bardzo ważną i świadomą. Bez zaciemnień i przeszkód przeszkadzających emocji (temu slużą medytacje), nawyków i uzależnień, które zmieniają w ciągu wieków postać, ale są takiej samej proweniencji.
            Dzisiaj też tak było, łączyły – w mantrze - wewnętrzną i zewnętrzną energię. Uporządkował nam się świat struktur falowych, współgrał szum wody w pobliskiej małej elektrowni wodnej (koło Muzeum), szum piasku pod stopami, zieloność fauny wiosennej, miała swój inny bardziej spokojny, ściszony wymiar – tak myślę…
            Gongi współistniały z innymi instrumentami. Harfiaste, jak fletnia Pana, dzwoneczki, srebrzyste nie tylko z nazwy, aż kusiło, żeby przejechać lekko po nich ręką (wielu to robilo po koncercie), szum wysokogórskich czystych strumieni, kojący. Jak grupowa modlitwa w gompie, która teraz stała się pięknie sklepioną basteją średniowiecznego międzyrzeckiego zamku…
            Dzwoneczki tybetańskie, cichy szum kijów deszczowych, zakreślały wokół widzów przestrzeń ochrony, tworząc małe cząstkowe Schronienie (będące bardzo ważną rzeczą w buddyzmie tybetańskim), dźwięki nas otuliły jak kokon, w tym płaskie tony naturalnego drewna - Strażnicy buddyjscy przecinali wstęgi niewłaściwych nawyków i zachowań, z którymi poradzić sobie bez pomocy mistrza jest niezwykle trudno. O tym m.in. mówi tzw. szybka ścieżka tego nurtu filozofii buddyjskiej.
Misy, różnej wielkości (stawiane są podczas seansu terapeutycznego na ciele na określonych miejscach w punktach energii, tzw. czakrach), wyglądały na stole jak klawiatura, brzmiały też wspaniale w tym czarownym międzyrzeckim miejscu.
            Chiński znak błogosławieństwa, piktogram Fu, na czerwonych balonikach (jak to bywa w czasie Świat w Chinach), powiewał nad instrumentarium muzyków, zaczął nam się Chiński Dzień, czy weekend, międzyrzeckiej Nocy Muzealnej, znak prastarej kultury Państwa Środka, jej najgłębsze credo, błogosławieństwo jak Tai Chi, równowaga i moralność, obowiązki obywatela wobec społeczności – na pewno jutro więcej o tym usłyszymy, mamy przecież Chińczyków w Międzyrzeczu, są zaproszeni…
            Na razie zauważyłam pierwszych chętnych na zabieg z udziałem leczniczych dźwięków wykonywany przez Jana Schneidera, już od kilku lat mamy w Międzyrzeczu taką możliwość, z której wielu korzysta…


Iwona Wróblak
maj 2017







sobota, 20 maja 2017

Halina Matysik opowiada


            Urodziłam się w Poznaniu. Cała moja rodzina pochodzi z poznańskiego. W Poznaniu mieszkaliśmy do 1939 r. Ojciec był nauczycielem, dyrektorem gimnazjum i liceum. Dostał przeniesienie służbowe do Niska nad Sanem w województwie lwowskim. W 1939 r. pojechaliśmy z mamą do babci do poznańskiego na wakacje. Do września nie zdążyłyśmy wrócić do Niska.
            Objęło nas wysiedlenie z Wielkopolski, ojca z nami nie było, pojechał z młodzieżą w góry. Ja wrócił, został wywieziony z Niska, wraz z całą inteligencją, najpierw do więzienia w Tarnowie, potem do Oświęcimia. Miał numer 335 w obozie, przeżył półtora roku. Mama brała udział w tajnym nauczaniu. W Nisku zastał nas koniec wojny. 2.12. 1945 r. zapisałam się do harcerstwa. Do 1949 r. mieszkałam w Nisku, potem mama przeniosła się do Krzyża Wielkopolskiego. Pracowała jako nauczycielka języków zachodnich. Ja dojeżdżałam do liceum do Drezdenka, gdzie do matury byłam drużynową. Zdałam ją w 1951 r. i dostałam 3. letni nakaz pracy w Drezdenku.
            Mieszkałam w Nisku nad Sanem. Kilka lat po wojnie były dobre. Potem po 1951 r. było gorzej. Władze nas przygwoździły i zabrały stare harcerstwo. Grupa przeszła do podziemia. Historia drezdeneckiego harcerstwa jest spisana, do wybitnych postaci ruchu harcerskiego należy dyrektor szkoły podstawowej. Za działalność harcerską dostał wyrok 10 lat więzienia. Siedział we Wronkach do 1956 r., do przewrotu.
            Po maturze od 1951 r. studiowałam biologię. Obowiązywał 3. letni nakaz pracy w określonym miejscu, z mieszkaniem i pensją na zagospodarowanie. Pracowałam w Twierdzielewie. Po pracy prowadziłam kółko biologiczne i drużynę harcerską, do której należały dzieci z Chełmska i innych wsi.
            Ja byłam drużynową w Nowym Drezdenku. Myśmy się czuli tam potrzebni. Większość ludzi, którzy tam przyjechali, nie umiała czytać i pisać. Bardzo dużo pracy wkładaliśmy w naukę alfabetu. Jednocześnie z nauką prowadziliśmy normalną działalność harcerską. Po 1951 r. były czasy stalinowskie, żeby zdać maturę, musiałam znaleźć sobie w rodzinie osoby pochodzenia robotniczego. Inteligencja pracująca to było za mało, żeby dostać punkty za pochodzenie, trzeba było sięgnąć po dziadków. Dziadek ze strony matki był naczelnikiem stacji, zrobiliśmy go kolejarzem, inny krewny w dworach wielkopolskich budował urządzenia gorzelnicze, miał miech kowalski więc został kowalem. Dzięki temu miałam dość punktów i dopuszczono mnie do matury.
            W 1951 r. kazano złożyć krzyże harcerskie i wręczono czuwajkę, taką odznakę organizacyjną w harcerstwie, biało-czerwona flaga z napisem na dole: "Czuwaj".  Ja nie oddałam krzyża harcerskiego, udawałam, że go nie mam, że gdzieś się zgubił. Czasy były ciężkie. Trzeba było być realistą, zaakceptować warunki. Ja uważałam, że lepiej wychowywać dzieciaki w duchu prawdomówności, zaradności, przyrodoznawstwa niż iść do więzienia. Jako instruktor z organizacji harcerskiej nie odeszłam, bo uważałam, że dzieci trzeba mieć pod opieką, trzeba je uczyć przynajmniej tego, co można, przyrodoznawstwa, terenoznawstwa. Omijać w miarę możności historię tą wtłaczaną i przemycać historię prawdziwą, przede wszystkim uczyć właściwego postępowania w myśl prawa harcerskiego. Polska była zrujnowana. Strasznie się psioczy na okres PRL, ale nikt nie może zrozumieć, że to były inne czasy. Inteligencji nie było. Kolega, który uczył, miał przed wojną skończone cztery klasy szkoły podstawowej, ja startowałam w nauczycielstwie po 11. latce. Czekaliśmy na lepsze czasy. W 1956 r. po zjeździe łódzkim było cudownie, do harcerstwa wróciły mundury i krzyże.
            Młodzi 30. letni ludzie nie zdają sobie dzisiaj sprawy z tego, jakie były wtedy czasy i wartości. Zachłystują się wolnością. Przykład to sprawa partyzantek. Był okres, kiedy tępiło się AK, teraz pomija się BCh, AL. Mówi się tylko o AK. Nie można tak. Do partyzantów szło się tam, gdzie byli, gdzie trzeba było walczyć z Niemcami W Akowskiej partyzantce byli też Rosjanie. Jeden z nich, nasz bardzo dobry znajomy, leśniczy, uczeń mojego ojca, jako powojenny komendant wojenny w Zielonej Górze uratował partyzantowi z AK życie. Ubecy zdębieli, kiedy ten uściskał skazanego na śmierć ojca i kazał anulować inne wyroki śmierci za działalność w AK. To były inne czasy, nie mogą tego oceniać ludzie urodzeni teraz.
            Zaraz po wojnie jeśli dziewczynki w szkole chodziły w spódniczkach z zielonego materiału - to był dowód, że  ktoś z rodziny był żołnierzem. Ja miałam kożuch z futra wyprutego z płaszcza, przewiązywałam go paskiem i na to zakładałam płaszcz. Tak szłam do szkoły. Dzisiaj takie biednie ubrane dziecko nie miałoby życia w szkole. Myśmy się dużo bawili, jesteśmy bardzo zżyci do dzisiaj, przyjaźnimy się, możemy liczyć na siebie. To jest ważne.

opracowała Iwona Wróblak

maj 2010

piątek, 19 maja 2017

Eugeniusz Wysocki opowiada


            Przyjechałem z byłego województwa warszawskiego. Mieszkaliśmy w leśniczówce 60 km od Warszawy. Ojciec był leśniczym, mama gospodynią domową. W wiosce było 12 rodzin niemieckich. Z Niemcami do 1939 r. chodziliśmy do szkoły, oni mówili po polsku, mieszkaliśmy obok siebie od I. wojny światowej. Jak wojska niemieckie wkroczyły w 1939 r. okazało się, że niemiecka młodzież była przygotowana. Mieli mundury Hitlerjugend.
            Każdy Niemiec mieszkający w wiosce musiał wziąć gospodarstwo sąsiada - Polaka. Robiono tak, by nas poróżnić. Polacy zostali parobkami w swoich gospodarstwach albo zostali z nich wyrzuceni. Naszą leśniczówkę Niemiec rozwalił i zrobił w niej chlewik. My mieszkaliśmy po sąsiedzku jako służba.
            Cała nasza wieś została spalona do fundamentów. Mieszkaliśmy w bunkrach poniemieckich, Nie było co jeść. Front stał pół roku nad Narwią. Jak Niemcy uciekli pojechaliśmy po zakopane niemieckie zboże. Pożyczyliśmy w wiosce konie, załadowaliśmy worki. Była wiosna, mróz puścił. Droga była zaminowana. Szedłem obok wozu z przodu, trzymałem się kłonicy, ciężar był dosyć duży. Tylne koło weszło na minę. Deski z wozu wyleciały w powietrze, wszystko zboże z worków poszło na pola. Konie stanęły, a ja do dnia dzisiejszego nie wiem, kiedy rzuciłem lejce i uciekałem, może z 50 m. Ogłuszyło mnie. Dopiero po chwili odzyskałem przytomność, ale miałem tą świadomość, że nie nastąpiłem na minę. Stryj mnie zobaczył, krzyczał, żebym się nie ruszał, bo jestem na polu minowym.  Do tej pory na jedno ucho mniej słyszę. Nie zostałem po za tym ranny, tylko mnie to zboże potrzaskało po twarzy.
            Powołali mnie do wojska w Półtusku, 10 km od mojego domu. Po nas poborowych do Półtuska przyjechał oficer i dwóch żołnierzy. Jechaliśmy 3 dni do Międzyrzecza, tak wtedy jeździły pociągi. Większość składów była zatłoczona niemieckimi żołnierzami wziętymi do niewoli, wywozili ich do Rosji. Perony były zawalone tymi niewolnikami. Dopóki mieli siłę pracować, to ich wykorzystywali, potem padali z głodu. Staliśmy po pół dnia na stacjach. Mieliśmy wzięte z domu jedzenie. Kawałki chleba łamaliśmy i rzucaliśmy Niemcom. Oni się rzucali na chleb, tacy głodni byli. Nie miał ich kto karmić, Ruscy sami nie mieli co jeść. Dla nas młodych chłopaków to była uciecha.
            Byłem w szkole podoficerskiej w Międzyrzeczu, w szkolnym batalionie. Rankiem była zbiórka na placu alarmowym. Pewnego razu zabrali dowódcę, Rymszonka, od tamtej pory zaginął, na pewno go wywieźli na Sybir. Myśmy domyślali się, że był jednym z przedwojennych oficerów, ale każdy bał się głośno mówić o tym.
            Wejście do jednostki wojskowej było od strony ul. Świerczewskiego, nie jak dzisiaj, od strony ul. Wojska Polskiego. Dali nam zjeść zupę, jakąś kaszę mamałygę. W wojsku też była bieda. Ostrzygli nas na pałę. W nocy przyjechaliśmy. Chłopak 21.letni jest przestraszony, jak musi iść do wojska. Ja chciałem iść do wojska, to było od maleńka moje marzenie, lepiłem żołnierzy z gliny, jako mały chłopiec tak się bawiłem. Jak stawałem przed komisją, to się bałem, żeby mnie nie odrzucili. Ale robili to tylko wtedy, kiedy ktoś był kaleką.
            Na patrole jeździliśmy na koniach. Kiedy z Milicji dali sygnał, jechaliśmy na akcje leśne. Chodziliśmy po lesie, nie napotykaliśmy jednak nigdy na nikogo. Prawdopodobnie to była zmyłka dla wojska, bo w tym samym czasie w Bobowicku zabili sołtysa. Dopiero po latach o tym dowiadywaliśmy się. Może banda była w Milicji, taka prowokacja.
            Trudno było dostać przepustkę, żeby wyjść na miasto. Trzeba było nie podpaść. Zasłużyć sobie, np. za dobre strzelanie. Urlopów nie dawali, bo by w te pięć dni nie zdążyło się dojechać do domu i wrócić. Dziewczyny spotykaliśmy na ul. Konstytucji w knajpie "Pod Józiem". Byłem tam raz. Dziewczyny były zza Buga, też spragnione przygody. Miałem zdarzenie, było nas trzech tam. Wychodziłem z knajpy i wyszła za mną taka dziewczyna. I kurczę w takim korytarzyku ona się rzuciła na mnie. Ja nie spodziewałem się tego, cofałem się, a tu były drzwi. Wpadliśmy do czyjegoś mieszkania... One pracowały przy odgruzowywaniu, robiło się wtedy za miskę zupy się. Wojsko też pracowało przy ruinach. Dzień w dzień chodziliśmy. A kto inny by to robił?
            W służbie czynnej byliśmy. Mieszkaliśmy dwa lata w koszarach. Dowódcami drużyn byli ludzie, którzy przeszli front. Nie mieli nad nami litości, mówili - wy tu macie spokój, obiad, śniadanie, my pod kulami szliśmy. Szkolenie tak wyglądało: Prowadzili nas za koszary, tam był rów pełen wody. Rano musieli nas skąpać w tym rowie. Najpierw szło go przeskoczyć, ale później po deszczu błoto było rozrobione. Ja byłem w cekaemach, niosłem podstawę - 32 kg. Szło się przez Nietoperek, Pieski, Łagów i z powrotem. Wszyscy byli tak wyczerpani, że ledwo szliśmy. Wychodziła do nas z Piesek orkiestra, jak zagrała, to się lepiej szło. Takie marsze były ze dwa razy w tygodniu, a w niedzielę biegi na 10 km. Wojsko było tak zajęte, nie dali nawet chwili wytchnienia.
            Najpierw chodzenie do kościoła garnizonowego w Rynku było przymusowe. W niedzielę rano zbiórka chętnych znalazło się 5 – 10 osób. Z przodu szła kompania honorowa z bagnetami na pistoletach. Z czasem chodziło nas coraz mniej. Później przełożeni inaczej na to patrzyli, krzyczeli – ja ci dam kościół! Sprzątaj ubikację!.
            Jak wychodziliśmy na przepustki, widzieliśmy, że dużo budynków w mieście było uszkodzonych. Na pewno byli tu jeszcze Niemcy, ale ja ich nie spotykałem. Jak żołnierz zawodowy (od 1948 r.) szukałem sobie mieszkania gdzieś przy rodzinie. Było dużo wolnych miejsc. Czy mieszkali tam ludzie ze wschodu, czy z zachodu, nie interesowałem się. Płaciło się węglem, dostawaliśmy deputat, a ludzie nie mieli czym palić. Starczyło węgla na całą zimę, cały dom nim ogrzewali.
            Żołnierze dostawali wyżywienie w koszarach, zawodowi wojskowi chodzili do Kasyna. Kiedyś Kasyno rozbrzmiewało dzień i noc. Kuchnia i bufet był na dole, po lewej stronie sala taneczna. Siadało się, buteleczka, zagrycha. Poza dancingami niewiele się działo. W soboty były zabawy, przychodzili wojskowi zaproszeni przez dowódcę, elita.
            Miałem dziewczynę z Wojciechowa, z niemieckiej rodziny, była ładna. Jej matka była zadowolona, że córka chodzi z wojskowym, uważała, że jestem dobrą partią. Z kolegami jeździliśmy na zabawy do Kęszycy Leśnej. Ruskich żołnierzy nie wypuszczali na przepustki, tylko kadra przychodziła na potańcówki. Nie było na nich młodych Rosjanek, tylko mężatki, żony kadry rosyjskiej. Na szczeblu moim, podoficera, nie miałem z nimi kontaktów.
            Jedno trzeba powiedzieć. Ludzie w tamtych czasach umieli się bawić, dzisiaj tego nie ma. Wtedy, żeby w niedzielę dostać miejsce w Kasynie, trzeba było zamówić je w sobotę. Codziennie się chodziło na zabawy.
            Tutaj było spokojnie. Nigdy potem nie widziałem w Międzyrzeczu tyle wojska, co wtedy, pewnie dlatego był spokój. Z pięć razy więcej żołnierzy było niż teraz. W każdej sali koszar stały piętrowe łóżka.
            Byłem na wojnie ukraińskiej w Beskidzie. Nie chce się opowiadać. Najgorsze, że człowiek nie liczył się z drugim. A przecież ten z drugiej strony, z bandy, tak samo jak ja miał rodzinę. I po co jeden drugiego zabijać?

opracowała Iwona Wróblak

czerwiec 2010

czwartek, 18 maja 2017

Bronisław Jakuszewski opowiada

           
            Przyjechałem 12.07.1946 r. z Równego na Ukrainie. Równe na Wołyniu to duże miasto, jak Poznań. Mieszkało tam wiele narodowości. Mój ojciec jest Polakiem, mama Czeszką. Rodzice mojej mamy wyjechali do Czechosłowacji w 1949 r. i już nie wrócili do Polski. W samym mieście mieszkali Polacy i młodzi Ukraińcy. Starsi Ukraińcy mieszkali raczej na wioskach. Pomieszane to było. Dopiero później z Polakami zrobiło się strasznie.
            Mój ojciec pracował w piekarni. Jak wybuchła wojna, wzięli go do wojska. Ojciec był żołnierzem 1. Dyw. T. Kościuszki. Z mamą odnaleźli się przez Czerwony Krzyż. Przychodziły z frontu takie karty-listy od ojca, jedną mam do tej pory, wypisane chemicznym ołówkiem. Plątały się w świecie przez pół roku, zanim doszły. Ojciec przyjechał z bronią, w mundurze. Jak go zobaczyłem, powiedziałem do mamy - Ruskiego to nie chcę, bo Ruski ma wszy. Miał czapkę uszatkę i pepeszę.
            Jechaliśmy odkrytymi wagonami bez dachu. Śmiali się z nas, z ludzi z Rosji, że mamy wszy. Ale jak mogliśmy być czyści jadąc wagonem towarowym tutaj, gdzie się umyć, załatwić. Jak przyjechaliśmy do Międzyrzecza, przyszli do nas z Urzędu, zabrali mamę, tatę i poszli wybierać nam dom. Okna i drzwi domów były zamknięte. Najpierw do wskazanego domu wchodziła Milicja z psem, sprawdzali, czy nie ma  kogoś w środku.
            Tutaj było spokojnie, może gdzieś w mieście toczyły się potyczki. Niemcy mieli kilka miejsc, gdzie się trzymali. Pukali do okien, chcieli coś do jedzenia. Ulica Sienkiewicza nie była zniszczona, tylko jedną chałupę podpalili Ruscy, jak weszli. W mieście było trochę żołnierzy rosyjskich. Można było z nimi załatwić, w zamian za wódkę, że ze stacji podjechali pod chałupę i wyładowali sprzęty. Na końcu osiedla jeszcze byli Niemcy, wyprowadzali ich z mieszkań. W naszym domu nie było nic, spaliśmy na materacach, siennikach. Oprócz naszych ludzi na Sienkiewicza mieszkali z poznańskiego, przyjechali do Międzyrzecza, jak się dowiedzieli, że tutaj są wolne mieszkania, że można się osiedlać.
            Chodziłem do kilku szkół. Niemcy słowa po polsku nie umieli. Nie byli na nas źli, że mieszkaliśmy w ich domach. Oni myśleli, że wrócą. W domkach mieszkały same ich kobiety, bez mężów. Teraz ci Niemcy przyjeżdżają do nas w odwiedziny.
            Na części dzisiejszego stadionowego boiska było kiedyś drugie targowisko, ludzie sprzedawali zboże, konie, krowy. Obudowa stadionu nie była z muru tylko z desek. Tu gdzie jest PKO też był rynek. Damusie przychodziły. Zanim obeszły cały rynek, były najedzone, tu kawałek sera, tam kubeczek śmietany. W miejscu, gdzie jest biblioteka, była ul. Różana. Tam, gdzie jest teraz pasaż (ul. 30.Stycznia), był spalony domek, i wychodek dla tych, co chodzili na targowisko.
            Chodziło się po pustych domach, grzebało. Przyniosłem zabawkę, wózek z siwym króliczkiem, z na biało pomalowanymi kółkami. Mama mówiła - nie bierz tego, nie wolno. Ale tam nikogo nie było, pusta chałupa. Dużo ludzi z poznańskiego mieszkało w mieście, oni patrzyli na nas trochę oschle, bo nie byliśmy z poznańskiego. Poszedłem kiedyś do nich, mieli czworo dzieci, i my razem chodziliśmy do szkoły, żeby się dowiedzieć, co zadane - nie wpuścili mnie do środka. Czekałem pod drzwiami, nie wiem, dlaczego tacy byli. Potem traktowali nas nieco inaczej. Pięciu czy dziesięciu lat trzeba było, żebyśmy doszli do jakiego takiego porozumienia.
            Wtedy byli ludzie nauczeni tego, że jeden drugiemu pomagał. Nie było tak, że ktoś pytał, za ile, bezinteresownie. Wszyscy wiedzieli, że pieniędzy brakowało. I ci z Białorusi, z Ukrainy też pomagali, po kilku latach nawiązała się solidarność między ludźmi z różnych stron. Byli też Rumuni, mówili na nich Madziary. Nie wiem, skąd się tutaj wzięli. Dla nas młodych było obojętne, skąd są, między dziećmi nie było problemów, jeden drugiemu nie wypominał pochodzenia, ale jak się wkurzyłem o coś tam, powiedziałem – ten cholerny Rumun, i zawsze było lżej na duchu. 
            Ja w szkole takim byłem przeciętnym uczniem. Nauczyciele byli wymagający. Od pani Turowskiej kilka razy dostałem piórnikiem. Pani Garniewiczowa mieszkała na ul. Chłodnej, stworzyła w szkole kółko taneczne. W budynku, gdzie jest ogólniak, w hali sportowej była scena, kiedyś Garniewiczowa podkurzyła mnie, bo nie poszedłem na to kółko, była taka surowa, dostałem piórnikiem drewnianym. Ze cztery razy mi dała, po plecach, gdzie się dało. Powiedziałem o tym mamie - dała mi poprawkę. Do harcerstwa też należałem, dwa lata, pan Nowak był drużynowym. W szkole można się było nauczyć fotografiki, modelarstwa, gimnastyki, gry na fortepianie i akordeonie, od podstaw. Dom Harcerza był tam, gdzie jest teraz szkoła piątka (ul. Konstytucji 3. Maja). Od 16.00 można było codziennie przyjść. Dużo młodzieży przychodziło, pani Górska – dziewczyna „bez kości”, uczyła tam gimnastyki. Bez polityki, stalinizmu, przegięcia polityki, instruktorzy nie mówili o tym przy nas. Młodzież chodziła do kościoła na ul. Ściegiennego. Na tamtejszego księdza mówili: "ksiądz loczek", bo miał kręcone włosy.
            Ławki w szkole były takie długie, po sześciu, siedmiu w nich siedziało. Wielu nie umiało pisać i czytać, byli też starsi ode mnie. Książki w szkole dawali albo się je kupowało. Na rogu ulic 30. Stycznia i Waszkiewicza była biblioteka. Na dole można było kupić zeszyty za 60 gr. Książki były drogie, ale nauczyciele wymagali, żeby je mieć. Przekazywało się je młodszym. W szkole dawali atrament, pióro, obsadkę. Kleksów w zeszytach było do oporu. Kałamarze wstawiano w ławkę, atrament dyżurni przynosili do klas w wielkich butelkach, nalewali je w pokoju nauczycielskim, tam też wydawali kredę. Pan Rosolak w gimnazjum uczył nas introligatorstwa. Balony się puszczało. Robiło się to w ten sposób, że moczyło się gąbkę w denaturacie, wyciskało, wieszało na kratownicach, podpalało. Ciepłe powietrze wypełniało balon a na samym dole robiło się taką gardziel i wstawiało drut. W latach 50. na stadionie na 1. maja puszczaliśmy te balony.
            Na początku nie było obowiązku szkolnego. Dużo było takich, że nie poszli w ogóle do szkoły. Dużo osób miało tylko 5 czy 6 klas. Z ojcem chodziłem na ryby na Obrę. Było dużo ryb - leszcza, klenia. Przez pierwsze dni po przyjedzie ludzie między sobą wymieniali różne potrzebne rzeczy.
            Pracowałem z jednym Łemkiem, on pytał mnie, skąd jestem. Ktoś mu przygadał, on na to, że nie jest Ukraińcem tylko Łemkiem. Chodziłem do szkoły z kolegami ze wsi Św. Wojciech. Idzie ich poznać po wymowie. Młode pokolenie to całkiem co innego. Łemkowie z Ukraińcami nie bardzo się trzymali, może chodzi o wyznanie? Katolicy mają manię wyższości, może nie wszyscy, ale część jest takich.

opracowała Iwona Wróblak

czerwiec 2010    

środa, 17 maja 2017

Czesław Niemen – nie tylko muzyk, kompozytor

            Dyskusyjny Klub Książki tym razem gościł Jana Edwarda Czachora, autora książki o „Czesławie Niemienie (Wydrzyckim) w Świebodzinie”, słynnym wokaliście, kompozytorze, multiinstrumentaliście i autorze tekstów, autorze poezji.
            Niemen zostanie w kulturze zapamiętany jako zasłużony propagator poezji C.K.Norwida. Jego przejmujące pieśni do tekstów wybitnego poety od lat krążą wśród odbiorców muzyki współczesnej. Oddają postromantyczny klimat i filozofię poety, korespondują ze współczesnym odczuwaniem uniwersalnych prawd zawartych w tych tekstach.
            Niemen swoje korzenne muzyczne inspiracje czerpał słuchając muzyki cerkiewnej, żydowskiej, w świątyniach na ziemiach wschodnich dawnej Rzeczpospolitej, wczuwał się jako dziecko w ich wielowiekowy, kulturowy wydźwięk, i tworzył potem własne kompozycje, dodając do nich, z biegiem czasu, elementy jazzu i muzyki awangardowej, a także niepowtarzalny, charakterystyczny wokal, styl śpiewania. Zaprzągł do swej twórczości, wzbogacił o nie, jako jeden z pierwszych muzyków w Polsce, instrumenty elektroniczne (mellotron i syntezatory Mooga).
            Urodzony 16.02. 1939 r. (zm. 17.01. 2004 r. w Warszawie) w Starych Wasiliszkach, wsi k. Nowogródka, wracał tam wielokrotnie. Jako dziecko śpiewał w kościelnym chórze, podobno to tam uzyskał solidne podstawy nauki emisji głosu.
Lata 60, pamiętny okres boomu muzycznego, także w Polsce, buntu młodego powojennego pokolenia. Na scenach zespoły rockowe z udziałem artysty: „Czerwono – Czarni” i „Niebiesko-Czarni”, formacja „Akwarele” . („Czy mnie jeszcze pamiętasz”, „Dziwny jest ten świat”, „Klęcząc przed tobą”). Koncertował w Polsce i we Włoszech. Zostały nam po nim sugestywne interpretacje wierszy polskich poetów (np. „Bema pamięci żałobny rapsod" do słów Cypriana Kamila Norwida, nagrane z udziałem Zbigniewa Namysłowskiego i Michała Urbaniaka, wybitnych muzyków jazzowych. Niemen to mistrzowskie, jedne z pierwszych w tym stylu, połączenia liryki i nowych rozwiązań muzycznych. Album „Niemen Enigmatic” zawierał cztery rozbudowane kompozycje nawiązujące do konwencji rocka progresywnego czy psychodelicznego. Muzycy czerpią z nich do tej pory inspiracje. 1971 r. - powstała formacja „Niemen”, współpracująca z muzykami progresywnej formacji SBB, nagrała albumy z pogranicza eksperymentalnego rocka i fusion. Koncerty z udziałem Niemena miały miejsce w Europie zachodniej, w ZSRR i USA, powstały utwory przeznaczone dla potrzeb telewizji i teatru. 1989 r. to przygotowywany bardzo długo solowy materiał - płyta „Terra Deflorata”, eksperymentalna, elektroniczna muzyka ilustrująca autorskie teksty muzyka. Niemen także interesował się malarstwem i grafiką komputerową.
            Żywy styl opowieści o Niemenie – Wydrzyckim Jana Edwarda Czachora, prezesa „Stowarzyszenia Pamięci Czesława Niemena”, anegdoty i wątki wzięte z prywatnego życia muzyka, jego żon i trzech córek, żyjących do dzisiaj w pobliskim Świebodzinie. Organizowane są cyklicznie zloty Niemenowskie w Świebodzinie i Łagowie. Niemen w młodości koncertował w Świebodzinie (ma także tytuł honorowego mieszkańca miasta, gimnazjum nosi jego imię), także był w Międzyrzeczu. W Wasiliszkach jest jego Muzeum. Wysłuchaliśmy w nostalgią kilkunastu utworów charyzmatycznego muzyka i poety. Interpretacji jego wierszy. Ich szczególny klimat, jakby korespondujący ze stylem uprawianej muzyki, ornamentyka, widoczna fascynacja poetyką Norwidową – to późny wnuk wielkiego naszego romantyka, jak powiedział pan Czachor, poety najbardziej może współczesnego, jakby progresywnego z wielkiej romantycznej czwórki… Litewsko-białorusko-polsko-żydowskie krajobrazy muzyczne i kulturowe, klimat zasiedziały w naszej (o)polskiej kulturze od tysiącleci, nasza państwowość – tożsama z kulturową przynależnością, mieszanka bogata intelektulnie, poprzez swą różnorodność, wcale nie tak jednoznacznie jednowymiarowa. Pisze o tym w esejach np. Czesław Miłosz… Ornamentyka skąpana w letnim słońcu miasteczek i osiedli Bruno Schulza… Pełna tajemnic Tej ziemi…
            Niemen brał czynny i uważny, współodczuwajacy udział w fermencie intelektualnym lat 60. 70. 80., ruchach pacyfistycznych, pisał i tworzył o potrzebie ochrony środowiska, obrony naszej przyrody, miejsca życia Człowieka. Pytał o dobro i zło w człowieku, to pytania prawie jak modlitwy, zasadnicze i globalne. Odpowiedź na dnie jest w głębi serc każdego z nas – miłość – najtrwalszy pozostania ślad…
            Czesław Niemen – swego czasu: w czasach (słusznie…) minionych bez stałego zameldowania w Warszawie, jako muzyk drugiej niższej (niepaństwowej i środowiskowej) kategorii. Dzisiaj już nikt nie kwestionuje jego wybitnego miejsca w kanonie kultury muzycznej daleko wykraczającej poza Polskę.
Książka Jana Edwarda Czachora „Czesław Niemien w Świebodzinie” jest w zbiorach międzyrzeckiej Biblioteki Publicznej.


Iwona Wróblak
maj 2017