czwartek, 7 kwietnia 2016

Wokalne talenty na festiwalu Piosenki Dziecięcej i Młodzieżowej

            Przegląd młodych adeptów sztuki wokalnej, zakwalifikowanych w marcu br. do udziału w etapie gminnym Lubuskiego Festiwalu Piosenki PRO ARTE, miał miejsce na dużej scenie Międzyrzeckiego Ośrodka Kultury. Uroczysty występ debiutów miał oprawę fotograficzną i filmową – dobre, na  bardzo wyrównanym poziomie, co pokreślili jurorzy, wykonania zostały uwiecznione w kronikach rodzinnych i w lokalnych mediach. Trudno zaprzeczyć, że rośnie nam nowe pokolenie wokalistów, którzy już za kilka lat, a może wcześniej, będą zdobili nasze miejscowe sceny.
            Widać było ogromną pracą, jaka została włożona przez dzieci i młodzieży oraz ich opiekunów w przygotowanie się do Festiwalu Piosenki. Także psychiczne przygotowanie do prezentacji swoich umiejętności przed szerszą widownią, którego znaczenie dla przyszłości młodego człowieka trudno przecenić. Uważną pracę osób przygotowujących wykonawców, którzy starannie zadbali o dobór właściwego dla poziomu rozwoju dziecka repertuaru, pod względem muzycznym i tekstowym.
            Wystąpiło w trzech grupach wiekowych kilkanaście osób.
Najmłodsi, kilkuletni: Julia Grobys, Urszula Malinowska, Jan Orzłowski, Zuzanna Kołodziejska, Ewa Utraczyk, Lena Gomuła, Julia Jędraszak,  Aleksandra Stutko, Aleksandra Kubrycht, Paulina Kustra, Olivia Michalska, Antonia Grzesiak.
W drugiej grupie wiekowej śpiewali: Damian Kawałek, Patrycja Malinowska, Tomasz Rogala, Julia Szymańska, Beata Tabisz, Julia Szymańska, Jolanta Skoczylas, Julia Skała i Julia Dajworska. Nastrasza w trzeciej grupie wiekowej wokalistka to Zofia Derwich, piosenkarka prawie dojrzała artystycznie, która słyszeliśmy już na lokalnych imprezach wielokrotnie.
            Jury w składzie: Sławomir Filus, Anna Siwczak i Piotr Barski postanowiło wyróżnić: Zuzannę Kołodziejską, Aleksandrę Stutko, Paulinę Kustra, Damiana Kawałka, Partycję Malinowską i Julię Skała. Tytuł laureata Festiwalu Piosenki Dziecięcej i Młodzieżowej otrzymali: Urszula Malinowska, Aleksandra Kubrycht, Tomasz Rogala, Julia Dajworska, Zofia Derwich i Julia Jędraszak.
Nominacje na etap wojewódzki Festiwalu Piosenki; Urszula Malinowska, Aleksandra Kubrycht, Julia Dajworska, Tomasz Rogala i Zofia Derwich.


Iwona Wróblak
kwiecień 2016






środa, 6 kwietnia 2016

To nie jest historia sukcesu - mówi o sobie Jaś Mela


            Jaś Mela, pełen energii młody człowiek. Już bardzo dojrzały młody mężczyzna, mający w życiu cele, drogi i sposoby, jak je osiągnąć. Wizję świata opartą na doświadczeniu, sprawdzoną w kontaktach z osobami, którym ufa. Jak mówi, miał szczęście w życiu spotkać ludzi, którzy pomogli mu znaleźć jego sens. Mimo niepełnosprawności, braku jednej ręki i nogi. Niesamowitość, która udowadnia, że nie ma rzeczy niemożliwych, że na szczyty górskie wchodzi się głową, a nie nogami. Wielka metafora przydatna w zdobywaniu wszelkich szczytów i wzniesień, nie tylko górzystych.
Jak to jest przegrywać, upadać, tracić. W życiu najważniejsze jest – życie. Continuum nasze. Chodzenie samo w sobie. Dążenie. Przez trudne momenty przechodzi się samemu. Upadków nie powinno się doświadczać w kategorii winy czy kary. Na wszystko można patrzeć z różnych perspektyw, w  kategorii szklanki, która może być – dowolnie – do połowy pusta czy pełna… Proteza nie nadaje życiu sensu. Bo w życiu nie można zmarnować żadnej okazji. Jeśli człowiek pragnie coś osiągnąć, zrobi to, pracując wytrwale i ciężko, mając otwarty umysł.
            Mela cytuje Gombrowicza: „Człowiek jest najgłębiej uzależniony od odbicia swojego w duszy drugiego człowieka”. Polubić siebie. Małymi krokami, zaakceptować swoje ciało, jakiekolwiek jest. Chcieć znaczy móc. Takie wnioski wyciągnął ze znajomości z Markiem Kamińskim, Wojtkiem Ostrowskim, Wojtkiem Moskalem, którzy zabrali go na biegun północny. Lodowa kraina była równocześnie podróżą w głąb siebie. Założyli fundację „Poza horyzontem”, która ma pomóc takim jak Mela, pomóc stać się człowiek pełnym i spełnionym, otwartym i gotowym pomóc innym, bez względu czy  pomimo niesprawności takiej czy innej. Owa może być, też, cennym doświadczeniem, które przekaże się innym, by pomóc.
            Robimy rzeczy wielkie, żeby dawać sobie radę z małymi. O naszych możliwościach decyduje chęć i energia, która mamy. Nie ma sensu żyć Obok. Obok ludzi, obok ich spraw. Rozumieć, że świat nie składa się z czarno-białych kolorów, jest subtelniejszy. Jak światło słoneczne przechodzące przez  pryzmat.

Iwona Wróblak

maj 2011

wtorek, 5 kwietnia 2016

Popatrzeć ze strony pozytywnej. Kultura ukraińska


            Ukraina od wieków była sąsiadem Polski. Z tym wielkim krajem łączyły nas i nadal łączą więzi kulturalne, gospodarcze. Czerpaliśmy od siebie nawzajem inspiracje.
Spotkanie z kulturą ukraińską jest realizacją zamierzenia pokazywania przez dyr. Muzeum Andrzeja Kirmiela współczesnej i historycznej wielokulturowości naszych ziem, czego odzwierciedleniem będą tematyczne ekspozycje muzealne i imprezy kulturalne placówki na rzecz miasta.
Teren, którego obecnie jesteśmy gospodarzami, gościł na przestrzeni wieków kilka nacji. Od 1947 r. mieszka tutaj także duża grupa Łemków wysiedlonych w ramach Akcji „Wisła” z południowo – wschodnich powiatów Gorlice i Nowy Sącz. Parafia grecko-katolicka funkcjonuje w  Międzyrzeczu od 1958 r., najpierw przy kościele św. Wojciecha, a od 1980 r. jej siedzibą jest kościół p.w. św. Cyryla i Metodego przy ul. Ks.  Ściegiennego. Na spotkaniu obecny był proboszcz parafii ks. Jurij Bojczeniuk.         
Na znak szacunku dla naszej międzyrzeckiej społeczności ukraińskiej tego dnia obok polskiej flagi nad drzwiami do Muzeum zatknięta była też  flaga ukraińska. Na otwarcie wystawy „Złoto Ukrainy” przyszli międzyrzeczanie, którzy po wojnie przyjechali tu z terenów wschodnich, dzisiejszej Białorusi i Ukrainy. Ukraina dla nich, podobnie jak dzisiaj dla Ukraińców Polska, była kiedyś drugą ojczyzną, mieszkali tam, wtedy w Polsce, ze swoimi sąsiadami Ukraińcami przez wieki. Mimo różnych przeżyć pozostał w nich szacunek i sentyment dla kultury ukraińskiej. Gościliśmy prezes Lubuskiego Oddziału Związku Ukraińców panią Stefanię Jawornicką. – Cieszę się – powiedziała – że ta wystawa znalazła się w Międzyrzeczu, gdzie mieszkają obok  siebie Polacy i Ukraińcy. Kultura wprowadza światło wszędzie tam, gdzie nie jest go dosyć. Przez wiele wieków historia nas dzieliła. W mojej pracy nauczycielskiej robiłam wszystko, by zbliżyć dwa narody połączone więzami krwi i kultury. Pokazywać, co nas łączyło, popatrzeć na historię i przyszłość ze  strony pozytywnej.
Pani Jawornicka od naszej międzyrzeckiej społeczności ukraińskiej dostała symboliczny bochenek ukraińskiego chleba, upieczony według starej receptury w piekarni państwa Anny i Lesława Janików, i wiązankę kwiatów wręczony przez panią Annę Janik, Ukrainkę, która mieszka tu, w swojej drugiej – jak mówi - ojczyźnie już ponad 20 lat. Dziękując – w swoim ojczystym języku - pani Jawornickiej za przybycie, i wręczając chleb, składając życzenia, powiedziała – mam szczęście reprezentować swój kraj po ukraińsku. Nasi międzyrzeccy Ukraińcy pielęgnują swój język, kulturę, tradycję i  religię. Nabożeństwa i inne uroczystości odprawiane są w języku ukraińskim, a cerkiew urządzona jest zgodnie z wymogami obrządku wschodniego. Jest  tam ikonostas z ikonami, które mają ogromne znaczenie dla grekokatolicyzmu. Ks. Bojczeniuk mówił o tym w związku z otwarciem wystawy ikon w  Muzeum. Ksiądz, występując w imieniu własnym i ukraińskiej mniejszości  mieszkającej w Międzyrzeczu i okolicach, mówił o swojej tu dzisiaj obecności jako o zaszczycie, i osobistym dla niego wydźwięku tej ekspozycji, podziękował Ambasadzie Ukrainy w Polsce i dyrektorowi Muzeum za zorganizowanie wystawy, za przybliżenie zwiedzającym tych ważnych dla Ukraińców eksponatów. Teraz mieszkańcy Międzyrzecza będą mogli, zwiedzając wystawę, dotknąć istoty obrządku wschodniego. Wczuć się głębiej w kulturę i religię naszych międzyrzeckich Łemków, których los związał z drugą ojczyzną Polską i z Międzyrzeczem. Bardzo podobał się występ wokalny najmłodszego pokolenia Łemków, Justyny Zbańskiej i Roksany Sycz. W twarzowych ukraińskich bluzach wyszywanych ściegiem krzyżykowym, w swoim ojczystym języku zaśpiewały kilka pieśni z pięknym ukraińskim akcentem. Wychowane w domu w kulturze ukraińskiej czują się Ukrainkami. Wtórowały dziewczętom osoby z widowni, obecni za sali Łemkowie i Polacy, którzy pamiętali te pieśni jeszcze z przekazów rodziców i dziadków. Uniwersalne dumki o miłości, znana „Czerwona ruta”. Wobec aplauzu widowni dyrektor A. Kirmiel, który nałożył barwną ukraińską soroczkę, dar od społeczności ukraińskiej, namówił dziewczyny na bis. Zaśpiewały nam powtórnie, po czym dyrektor zaprosił uczestników tego bardzo miłego wieczoru na ukraiński barszcz, ukraińskie pierogi, ciasto z piekarni państwa Janików i bułeczki, kutię, i  smakowanie wystawy, rozmowy o kulturze ukraińskiej. Oprócz wysokiej wartości XVIII i XIX w. ikon, ich hologramów, w Muzeum można obejrzeć kopie optyczne najwyższej jakości wyrobów artystycznych z drogocennych metali scytyjsko – sarmackiego okresu znalezionych na terenie dzisiejszej Ukrainy, biżuterię wykonaną przez bizantyjskich mistrzów (VII – VIII w p.n.e), wyroby jubilerskie z czasów Rusi Kijowskiej (XIII w.). Tysiącletnia historia dziedzictwa kulturowego narodu ukraińskiego, który, jak polski, również należy do europejskiej i chrześcijańskiej cywilizacji.

Iwona Wróblak

maj 2011

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Noc Muzeów pod znakiem czarownic


            Czarownice pokazują się czasami. I inne duchy i demony, niekoniecznie złe, z czasów minionych (i nie tylko…). Zwłaszcza z takiej okazji jak Noc Muzeów. Towarzyszą im rycerze polscy i Krzyżacy, giermkowie i służba obozowa. Klimat w międzyrzeckim Muzeum do tego jest bardzo dobry. Stary obronny zamek, eksponaty z dawnych czasów.
Do stałych i czasowych ekspozycji dołączyło pomieszczenie pod basteją południową, przeznaczone przez dyrektora Muzeum na Salę Tortur. Jest tam krzesło do mąk bardzo bolesnych, katowski pień i topór z śladami krwi, dyby w kilku rozmiarach, łańcuchy i stolec dla inkwizytora. Być może tam kiedyś dokonywano przesłuchań. Wystarczy przyłożyć ucha do ścian i posłuchać, co mówią stare mury.
Sprawdziło się także w czasie koncertu jako bardzo akustyczne miejsce. Muzycy z Zespołu Muzyki Dawnej "Antiquo More" zagrali tam preludium do koncertu, który odbył się potem w sali starościńskiej. Barokowe stroje, instrumenty z epoki współgrały z zabytkowym wnętrzem w kształcie kopuły, gdzie dźwięki wypełniały każdy centymentr sześcienny przestrzeni. W Międzyrzeczu jeszcze jedna sala stricte koncertowa, podobne właściwości ma pewnie tylko gotycki kościół. Międzyrzecki Chór Kamieralny wystąpił tam również, monumentalnie zabrzmiała "Bogurodzica" i "Gaude Mater Polonia".
            Czarownice i inne duchy naszej mentalności wędrowały po kompleksie zamkowym i salach ekspozycyjnych. Muzeum było otwarte dla zwiedzających do godzin wieczornych. Oprócz ekspozycji stałej do zwiedzania była kolekcja ruskich ikon i złotych precjozów oraz najcenniejsze znaleziska archeologiczne przywiezione z okolicznych muzeów. Imprezę rozpoczęły wykłady o procesach czarownic, torturach i magii. Mówił o tym  Andrzej Paśniewski i Łukasz Kępski. Później nastąpił proces czarownicy – spektakl w wykonaniu Teatru ulicznego z Zielonej Góry i publiczne jej spalenie na dziedzińcu zamkowym.
W Europie najwięcej procesów o czary miało miejsce pomiędzy XV a XVII wiekiem. Wśród zarzutów stawianych oskarżonym najczęściej pojawiały się czczenie diabła lub paktowanie z nim, latanie do odległych miejsc na miotłach, nielegalne gromadzenie się na sabatach, kopulacja z inkubami lub sukkubami, kanibalizm (w tym zjadanie dzieci), sprowadzanie chorób, opętań, śmierci, impotencji, bezpłodności ludzi i zwierząt, profanacja hostii i mszy, a także zabicie krowy sąsiada, spowodowanie gradobicia, zniszczenie plonów i kradzież. Polowania na czarownice trwały od poł. XIV w. do poł. XVIII w. Ich rozkwit nastąpił w połowie XV wieku, kiedy to papież Mikołaj V w liście do Hugunesa Lenoira, inkwizytora na Francję, przekazał inkwizycji prawo do zajmowania się wszystkimi przypadkami praktyk magicznych i czarów, nawet jeśli nie trąciły jawnie herezją. Największe natężenie polowania na czarownice osiągnęły w krajach niemieckich.
W 1486 roku wydano najsłynniejszy bodaj "podręcznik" dla łowców czarownic – „Młot na czarownice” (Malleus Maleficarum) autorstwa Heinricha Kramera (Institorisa) i Jakoba Sprengera. Według ich opinii czary uprawiają przede wszystkim niewiasty, które są do tego bardziej przystosowane przez naturę, również z uwagi na mniejszą wiarę, jaka ponoć cechuje kobiety. Potwierdzeniem tego ma być samo słowo "kobieta". Łacińskie słowo femina (kobieta) ma bowiem mieć swoją etymologię w złożeniu: "mniej wiary" (fe = fides, czyli wiara, oraz mina = minus, czyli mniej), ponadto mężczyźni są bardziej odporni na zakusy Szatana przez sam fakt, iż Jezus był mężczyzną. Inne zasady doktrynalne zawarte w Młocie na czarownice głosiły, że wiara w istnienie czarownic jest nieodłączną częścią wiary katolickiej, zaś niedowiarstwo w tej sprawie równa się herezji. Diabelski spisek, który opanował świat, można zwalczyć ludzką dłonią poprzez wiarę i represje. Istotną rolę odegrała tu bulla „Summis desiderantes affectibus” papieża Innocentego VIII, która upoważniała inkwizytorów do tropienia czarownic.
Do polowań na czarownice powołany został cały system prokuratorsko–śledczy oraz lekarski (uznano, iż lekarze potrafią odróżnić sprawy diabelskie od defektów somatycznych). Przyznanie się do winy było koronnym dowodem. Ówczesne prawo zezwalało, dla wymuszenia zeznań,  stosować w toku śledztwa cierpienia fizyczne. Stosowano też rozmaite próby mające wykazać winę lub niewinność oskarżonej. Do jednej z metod zaliczano próbę wody, która w praktyce dawała niewielkie szanse oskarżonej, która wrzucona do wody zazwyczaj nie szła na dno (co świadczyłoby o niewinności), ponieważ noszone wówczas obfite spódnice utrzymywały ją na powierzchni. Do dowodzenia winy stosowano także próby łez (jeśli nie potrafiła płakać - miała być czarownicą), wagi (waga taka znajdowała się np. w Utrechcie, jeśli oskarżona była lżejsza niż 49,5 kg uważano, że może być czarownicą i wzlecieć na miotle) lub ognia. Czasem też szukano na ciele lub pod skórą domniemanej czarownicy diabelskiego znamienia, wiązało się to z nakłuwaniem ciała. Po "udowodnieniu" winy skazywano na spalenie na stosie (w Europie kontynentalnej) lub na szubienicę (na Wyspach Brytyjskich i wśród kolonistów w Ameryce Pn.). Wbrew powszechnemu przekonaniu procesy o czary nie zawsze kończyły się skazaniem na śmierć. Część kończyła się uniewinnieniem, stosowano też lżejsze kary np. chłostę, wydalenie z miejsca zamieszkania czy zmuszano do rekompensaty pieniężnej wobec domniemanej ofiary czarów. Ten straszliwy fenomen był jedną z najbardziej egzemplarycznych instytucji mechanizmu "kozła ofiarnego" i był konsekwencją wielu czynników społeczno-kulturowych, które kumulowały się i eksplodowały pod koniec średniowiecza. Społeczeństwa europejskie były wtedy w okresie bardzo wielkich niepokojów, zaburzeń gospodarczych, politycznych, społecznych (początki kapitalizmu, przesunięcia w politycznym znaczeniu poszczególnych klas społecznych) i ostrych starć religijnych (wystąpienie Lutra, wojny religijne). Uśmiercając kozła ofiarnego w postaci "czarownicy", usiłowały zażegnać zagrożenie czy kryzys, powrócić do stanu równowagi. Ponadto były one konsekwencją kultury średniowiecza w zakresie jej stosunku do kobiet, konsekwencją tysiącletniego przekonania, że kobieta jest z natury zła i uległa wobec szatana. Na dodatek niepokoje religijne, ze szczególnym uwzględnieniem nauk Lutra, wzmogły i rozpowszechniły przekonanie o obecności szatana w codziennej rzeczywistości, wokół człowieka, na każdym kroku, a także o konieczności nieustannej walki z nim.
“Czarownice z Salem” to zwyczajowa nazwa grupy około 80 kobiet i mężczyzn, oskarżonych w procesie sądowym o czarnoksięstwo, w 1692 w Salem Village i Salem Town, w Nowej Anglii (obecnie stan Massachusetts, USA). Rezultatem tej sprawy była egzekucja 13 kobiet i 7 mężczyzn. W zimie na przełomie lat 1691/1692 mieszkanki Salem: córka miejscowego pastora, Betty Parris, i jej kuzynka Abigail Williams zaczęły cierpieć na dziwne konwulsje i twierdzić, że zostały "zaczarowane" przez żebraczkę Sarę Goods, starą kobietę Sarę Osborne i murzyńską niewolnicę, Titubę. Stopniowo objawy choroby zaczęły pojawiać się też u innych mieszkanek Salem. Domniemane trzy "czarownice" osadzono w więzieniu. Kiedy w czasie publicznego przesłuchania któraś z oskarżonych zabierała głos, dotknięte osobliwą "chorobą" dziewczynki tarzały się po podłodze. Jeszcze bardziej zadziwiła sędziego Tituba, która nie tylko przyznała się do winy, ale także podała nazwiska wielu innych mieszkańców miasteczka, rzekomo parających się czarną magią. Liczba kolejnych osób oskarżanych o czarnoksięstwo rosła lawinowo (do około 80 oskarżonych) i więzienia nawet w okolicznych miejscowościach były przepełnione. W maju 1692 gubernator William Phips ustanowił sąd w Salem do zajęcia się sprawą. Proces oparł się na zasadzie: przyznanie się do bycia czarownicą (czarownikiem) oznaczało wypuszczenie na wolność, nie przyznanie się groziło skazaniem na śmierć. Między 10 czerwca i 19 października 1692 powieszono na szubienicy 19 osób, głównie starsze i ubogie kobiety, ale także pastora, który odmówił dalszego aresztowania rzekomych czarownic. Jednego 80-letniego starca, Gilesa Coreya (odmawiającego przyznania się do winy), zabito przez powolne miażdżenie go pod ogromnymi kamieniami.
Według niektórych współczesnych opinii możliwe jest, że udawanie "opętanych" (zjawisko znane m.in. ze średniowiecznej Europy) spowodowane było monotonią życia w surowym i ascetycznym społeczeństwie purytanów (szczególnie dotyczyło to młodych dziewcząt). Dana osoba udawała "opętanie", a następne osoby naśladowały zachowanie "opętanej", tak że w końcu dochodziło do zbiorowej histerii. Możliwe było także zatrucie sporyszem – rozpowszechnionym grzybem pasożytniczym zbóż, który u ludzi wywołuje konwulsje. Laurie Winn Carlson twierdzi, że podobne objawy wywołuje choroba odzwierzęca – śpiączkowe zapalenie mózgu. Według innej teorii mogła to być także dziedziczna choroba Huntingtona.
Pomówienia o czary wysuwano niemal wyłącznie wobec kobiet. Zarazem większość aresztowanych w jakiś sposób sprzeniewierzała się rolom społecznym, tradycyjnie odgrywanych przez kobiety. Niektóre z nich zajmowały się handlem, inne nie chodziły do kościoła, jeszcze inne były swarliwymi zrzędami. Większość stanowiły osoby samotne, w średnim wieku lub starsze. Oznaczało to, że były jedynymi spadkobierczyniami rodzinnych majątków i wiodły żywot "kobiet niezależnych", co było aż nazbyt jawnym pogwałceniem ówczesnych konwencji społecznych.
Procesy o czary rozpowszechniły się w Polsce w XVI w. Od tamtego czasu przez kraj przetoczyło się kilka fal nagonek na czarownice i czarowników: W XVII stuleciu związane były z kontrreformacją. Kluczem do poznania mechanizmów polowania na czarownice jest zrozumienie mentalności dawnego społeczeństwa. Otóż z jednej strony potęgi piekielne były w mniemaniu ówczesnych nader realnym niebezpieczeństwem, a z drugiej niemal każdy parał się małą magią, aby zabezpieczyć się przed różnymi nieszczęściami. Na początku z reguły była plotka. Czarownicą lub czarownikiem mógł zostać każdy. Osoba posądzana o szkodzenie za pomocą czarów mogła być młoda lub stara, biedna albo bogata, mogła zachowywać się w sposób społecznie akceptowany lub wyróżniać się na tle lokalnej obyczajowości. W 80–90 proc. przypadków posądzenia o czary dotyczyło kobiet, które uważano za „naczynia pełne demonów”. Znachorki, zielarki, mądre i doświadczone wiejskie baby, do których przez wieki chodzono po poradę w chwilach rozterki, bardzo łatwo było obwinić o wszelkie nieszczęścia i klęski, które dotykały ludzi.


Iwona Wróblak

czerwiec 2011

niedziela, 3 kwietnia 2016

Cyganie i Cygański Teatr Muzyczny Terno w Międzyrzeczu


            Tabor cygański zajechał tej niedzieli do Międzyrzecza. Przed koncertem zespołu „Terno” było nieco czasu, by przyjrzeć się jego członkom. Co prawda już nie jeżdżą z taborem po świecie, ale w Międzyrzeczu wieczorem zaśpiewają, zatańczą i zagrają. Pan Edward Dębicki jest akurat przy stoliku zasłanym literaturą o Romach. Jest tam kilka książek jego autorstwa, poezje słynnej Papuszy i inne wydawnictwa. Mimo zimna i siąpiącego deszczu nie brak, jak kiedyś, ciekawskich, których interesuje ta egzotyczna dla nas kultura. Jej romantyzm, muzyczność poruszająca we wszystkich czułe struny, pieśni o życiu i miłości, mit wędrówki, obcowania z przyrodą i spontanicznej radości z życia. Pieśni przy ognisku, jednoczące ludzi z różnych kultur.    
Spektakl cygański przy ognisku stał się toposem, częścią kultury europejskiej. Muzyczny spektakl pod gwiazdami, które przepowiadały przyszłość, zbudowany z wyobraźni i marzeń. Wielobarwny kwiat jak suknie Cyganek roztańczone przy ognisku. Młoda Romka studentka polonistyki we Wrocławiu Justyna Matkowska opowiada mi o Papuszy, o jej poezji, i o tym, jak się ma muzykę, kulturę cygańską we krwi. Widzę potem Justynę na scenie, jak tańczy w swojej zielonej sukni, którą dostała w spadku po cioci, śpiewa w sposób, jak się porusza, a z nią inne starsze Cyganki, motyle wielobarwne, z godnością i elegancją. Hebanowe lśniące włosy z wpiętym kolorowym kwiatem, czerwona szminka i rozpostarte szeroko ramiona. Sól tej kultury, pozornie patriarchalnej. Papusza pisała: ziemio moja leśna/jestem córką twoją/lasy śpiewają, ziemia śpiewa/śpiew ten składamy – rzeka i ja/w jedną cygańską piosenkę/Już dawno przeminęła pora /Cyganów, którzy wędrowali/a ja ich widzę. Kulturę cygańską się słucha, poprzez muzykę, można też tańczyć, zrozumie się jeszcze więcej. I zaufać ludziom, gwiazdom nad ich taborem. Skąd się wzięli Cyganie? – z Indii – odpowiada Justyna. We Wrocławiu spotyka Hindusów, którzy mówią w hindi, wiele słów brzmi podobnie… Wymieniamy się z Justyną mailami a ja szukam informacji o ginącej kulturze, którą reprezentuje dzisiaj…
Romowie – nieterytorialny naród lub grupa etniczna pochodzenia indyjskiego, której członkowie tworzą diasporę zamieszkującą większość państw świata. Stanowią społeczność wysoce zróżnicowaną pod względem językowym oraz kulturowym, a także zajmują rozmaite nisze w ekonomiczno – społecznej strukturze krajów zamieszkania. Czynnikiem wspólnym dla większości tradycyjnych grup jest przestrzeganie zwyczajów wynikających z subiektywnego rozumienia zasad kultury romskiej (romapnipen). Antonim „Romowie” pochodzi od morskiej nazwy własnej „Roma” oznaczającej zarówno ludzi w ogóle jak i członków romskiego narodu. Ma korzenie w sanskryckim określeniu hinduistycznej kasty Domba, z której być może wywodzą się współcześni Romowie lub może się też wiązać z sanskryckim słowem rama oznaczającym męża, małżonka. Współczesną populację Romów szacuje się na około 8-15 mln. Większość Romów zamieszkuje kraje europejskie, jednak w wyniku ekspansji kolonialnej i masowych migracji w XIX i XX w. zamieszkują dziś większość państw świata. W Polsce mieszka 12-35 tys. Romów, najwięcej w woj. małopolskim i dolnośląskim. Mimo silnego poczucia wspólnoty naród romski dzieli się na szereg mniejszych grup subetnicznych, np. Kełderasze, Janusze, Polska Roma, Romungrzy. Jak dowodzą badania językoznawcze entogeneza Romów rozpoczęła się w centralnej części Półwyspu Indyjskiego po ok. 500 r. n.e. Z hinduistyczną kastą Domba do dziś dzielą zakres tradycyjnie wykonywanych profesji. Pierwotna grupa zamieszkiwała Indie 32-40 pokoleń temu i liczyła około 1000 osób. Inna wersja mówi o pokrewieństwie z indyjską kastą Radźputow, najemnej armii wojowników z VII w. broniącej przed najazdami muzułmańskimi w VIII-X w. Najprawdopodobniej Romowie są jedną z fal migracyjnych hinduskiej społeczności żyjącej poza subkontynentem Indyjskim, prowadzącej podobny tradycyjny sposób życia i wykonującej podobne zawody. Dane językoznawcze wskazują, że przodkowie Romów przemieszczali się przez Persję i Armenię i tam nastąpiła reorganizacja społeczności romskiej i wytworzenie się nowych jednolitych wzorców kulturowych. Dłuższy pobyt miał miejsce w Cesarstwie Bizantyjskim, skąd pochodzą wzmianki o heretyckiej sekcie antygenów, czyli Cyganów. Uciekając przed Turkami seldżuckimi osiedlali się na Bałkanach i w Grecji. Na przełomie XIV i XV w. dotarli na Węgry, potem do Niemiec, Włoch i Francji. Większość państw wprowadziła w życie surowe prawodawstwo wymierzone w osoby prowadzące wędrowny tryb życia. Na Węgrzech tradycyjne wykonywane zawody pozwoliły znaleźć im niszę ekonomiczną. Wykonywali usługi związane z metalurgią oraz rozrywką i muzyką. Po wydanym przez Niemcy edykcie banicyjnym w 1577 r. Romowie zaczęli masowo napływać do Polski dając początek dominującej dziś w kraju grupie Polska Roma. Istniejące w wielu europejskich krajach antycygańskie uprzedzenia sprawiły, że Romowie często stawali się ofiarami represji i krwawych prześladowań. W czasie II. wojny światowej o niemieckich obozach, gettach i egzekucjach mogło stracić życie od 200 tys. do 2 mln. osób. W Polsce od 1964 r. była przeprowadzana tzw. akcja produktywizacyjna, zmuszająca Romów do porzucenia tradycji koczowniczych, co w późniejszym czasie wystawiło Romów na wszelkiego rodzaju negatywne skutki przemian społeczno-ekonomicznych. W 1971 r. odbył się Światowy Kongres Romów, gdzie zaprezentowano po raz pierwszy romską flagę oraz hymn. W 1990 r. na IV Kongresie w Jadwisinie pod Warszawą przedstawiony został uniwersalny podręcznik języka romskiego, a w 2000 r. w Pradze utworzony został romski parlament. Język romski należy do grupy indoaryjskich języków indoeuropejskich. Ogół romskiej tradycji określają zasady nazywane zbiorczym mianem romanipen. Kultura Romów jest ściśle związana z wewnątrzgrupowym przekazem tych zasad, odbywającym się dzięki rozbudowanym związkom pokrewieństwa oraz uznawaniu autorytetu tradycyjnych przywódców. Są to zarówno poszczególne osoby stojące na czele rodów lub lokalnych społeczności jak i starszyzna. Jedną z głównych wartości kultury romskiej są związki rodzinne. Tradycyjni Romowie szczególną cześć żywią dla swoich przodków. Inna cechą charakterystyczną dla tej kultury jest tradycyjnie określony i ograniczony zakres możliwych do wykonywania zawodów, system najprawdopodobniej odziedziczony z hinduistycznego podziału kastowego odzwierciedla się w nazewnictwie poszczególnych grup Romów. Mieści się w 3 kategoriach: rzemiosła, handlu i rozrywki. Są to zawody związane z metalurgią; kowalstwo, ludwisarstwo, rusznikarstwo itp. wyrób mebli, narzędzi i przyborów z drewna,  handel własnymi wyrobami artystycznymi, handel bazarowy i wykonywany przez domokrążców, handel końmi – dzisiaj samochodami, usługi weterynaryjne i leczenie ziołami.  Wysoko ceni się orkiestry romskie. Wróżbiarstwo, wędrowne cyrki to dalekie echo sztuki bliskowschodnich i indyjskich zaklinaczy węży, także pochodzących z kasty Domba. Wśród tradycji religijnych Romów można spotkać wzory kulturowe pochodzące z muzułmańskiej Persji, sięgające czasów zoroastryjskich i z kręgu wschodniego ormiańskiego i bizantyjskiego chrześcijaństwa albo religii dominującej w kraju zamieszkania. Subetniczne grupy Romów posługują się dialektami bałkańskimi, południowymi, północnymi, mentalno-południowymi, centralno-północnymi (Polscy Cyganie Wyżynni, Romowie Słowaccy, Romowie Morawscy i inne), północno-zachodnimi, północno-wschodnimi (Polska Roma). Bogata tradycja muzyczna Romów zasiliła folklor wielu narodów, była inspiracja wielu oper i operetek. Nieliczni romscy pisarze i poeci zostali docenieni przez szereg odbiorców kultury. Bronisława Wais – Papusza (1908-1987), polska autorka ballad i wierszy,  Margita Reiznerova z Czech, autorka baśni, Józef Holdosi z Węgier, romskie wątki pojawiają się w literaturze i kinematografii. Kulturę romską przybliżają społeczeństwu teatry, muzea, instytuty, festiwale.
Bronisława Wajs-Papusza 1908 -1987 była jedną z niewielu kobiet romskich, która samodzielnie nauczyły się pisać i czytać. Nigdy nie chodziła do szkoły, w wieku 16 lat została wydana za mąż za o wiele starszego harfiarza Dionizego Wajsa. Debiutowała wierszem w "Nowej Kulturze" w 1951. Jej odkrywcą i tłumaczem z języka romskiego był w roku 1949 Jerzy Ficowski. Pierwsze tłumaczenia przesłał Julianowi Tuwimowi, który doprowadził do ich publikacji. Po wielu latach wędrówek z taborem w roku 1950 zamieszkała w Żaganiu. W Gorzowie Wielkopolskim mieszkała od roku 1954, gdy na dobre zatrzymał się jej romski tabor, do1981, gdy starą i schorowaną przyjęła pod opiekę rodzina z Inowrocławia. W środowisku romskim spotykała się z niechęcią, ze względu na odstępstwo od tradycyjnej roli kobiety. Od 1962 r. należała do Związku Literatów Polskich. Jej wiersze przekładane były na języki: niemiecki, angielski, francuski, hiszpański, szwedzki, włoski. W roku 1992 powstał film "Historia Cyganki" wg scenariusza i w reżyserii Grega Kowalskiego z muzyką Jana Kantego Pawluśkiewicza. Na jesieni roku 2010 rozpoczęto realizację filmu aktorskiego poświęconego postaci Papuszy. Otrzymane nagrody: Lubuska Nagroda Kulturalna (1958), Nagroda Kulturalna "Nadodrza" (1978), Nagroda Gorzowska (1978).Wydane tomiki wierszy (Tłumaczenie Jerzego Ficowskiego) Pieśni Papuszy (Wrocław, 1956), Pieśni mówione (Łódź, 1973), Lesie, ojcze mój (Warszawa).

Iwona Wróblak

czerwiec 2011

sobota, 2 kwietnia 2016

Kultowa formacja Proletaryat w Kwinto

            To tej rzymskiej proweniencji proletaryat – jak stwierdził wokalista słynnego zespołu, nie marksistowskiej… Zespół zawsze był  nonkomformistyczny, nie mieszczący się w szufladkach zwyczajów epoki początku lat 80. i 90. ubiegłego wieku - czasu ważnych, nie tylko ekonomicznych i ustrojowych, przemian, kiedy rozpoczął swoją karierę. Jak się przekonaliśmy, teraz odwagi im też nie brakuje, jest też ona bardziej świadoma siebie, i bardziej stanowcza…
            Muzycy rozpoczęli koncert od najnowszych kompozycji (które mi się najbardziej podobały…) Dojrzały głębinowy rock. Perfekcyjne zmieszanie stylów i gatunków, rzymski lud, w swojej klasycznej odwadze bycia sobą, świadomej i obywatelskiej – tu też artystycznej. Do tego doskonale słyszalne, (profesjonalne nagłośnienie) literackie dobre profesjonalne teksty dostosowane do wykonań na scenie. Kultura słowa, lapidarność, i emisja słów tekstu,  właściwa dla rodzaju muzyki i treści przekazu, i ilustracja muzyczna. Doświadczenie sceniczne, także umiejętność uważnego reagowania na zachowanie,  komentarze widowni, licznych fanów dwóch pokoleń, którzy nie mogli pominąć takiej gratki w naszym międzyrzeckim „Kwinto”.
            Udało się Prolataryatowi przechować w swojej stylistyce, wydaje mi się, to co jest wspólne dla tzw. buntu wstępującego pokolenia. Wartości – uniwersalne tej niepokory. Jeżeli dawne piosenki – do których, co zrozumiale, muzycy mają ciągle sentyment – naszpikowane są, w skrócie mówiąc (wy)krzyknikami, to ten krzyk jawi się teraz, w muzycznym perfekcyjnym prawie crescendo, w wyrazie scalonych w kompozycję trendów i inspiracji przysposobionych z metalu, hard core, punk, w ściszonych emocjonalnie tekstach o miłości, najważniejszej rzeczy, patrząc z perspektywy życia… Miłość pełna impulsów, jak błyskawice, sumy wyładowań nisko nad ziemią. Wektor ujemny – jak mówi wokalista – ujemna, mimo gorąca, temperatura (w innym stanie zachowania energii), rockowy rytmiks.
            Ballady liryczno-metalowe. Z przyjemnością się ich słucha, mimo decybeli nie wydają się być za głośne, to piękne kompozycje, bardzo dynamiczne, na pewno także dzięki wykonaniu przez doświadczonych muzyków. Dobry klasyczny rock, symfonizujący powiedziałabym, dzięki dobremu warsztatowi. Wyrazisty, wspaniale artykułowany tekst, słyszalna była każda sylaba. Ładne głębinowe rytmy, transujące kompozycje, doskonale wykorzystujące wszelkie atuty powtórzeń, dzięki czemu utwory urzekają (pozorną) prostotą, co jest zawsze cechą artyzmu. Mocny muzyczny rock,  poprzez rockowe stylizacje widać, na czym polega na przykład metalowy styl muzyki, konwencja gatunku.
            Koncertowa podróż sentymentalna poprzez lata aktywności muzycznej zespołu. Widać, jak ewoluowali muzycznie… ich zainteresowania muzyczne, zaangażowanie, temperatura, ciągle wysoka. Tylko dzisiaj ta ekspresja jest bardziej przemyślana w formie, subtelniejsza, chociaż gatunkowo pod względem treści chyba się nie zmienili… Po kilku dziesiątkach lat formacja, mimo dojrzałości artystycznej, ciągle jest rockowa, i to wobec nich jest  naprawdę komplement…

Iwona Wróblak
kwiecień 2016




piątek, 1 kwietnia 2016

Weźrzesz, Słoiczek Po Cukrze i Paka


            Na Wieczór Kabaretowy za budynkiem Międzyrzeckiego Ośrodka Kultury przyszło sporo ludzi. W nastrój wprowadziły nas (puszczane z taśmy)  kabaretowe piosenki Artura Andrusa. Trzy kabarety wystąpiły na scenie.
WEŹRZESZ wystąpił jako pierwszy. Nieśmiertelny temat kabaretowych skeczy – terapia małżeńska prowadzona przez osobę, która – jak się  okaże – jest w trakcie swojej sprawy rozwodowej, czyli niezbyt kompetentnej w temacie utrzymania związku małżeńskiego. Testy psychologiczne niewiele wnoszące do sprawy, brak u terapeuty zdolności, empatii i chęci pomożenia.
Wartości tak zwane moralne – scenka z rekrutacją dusz w niebieskim sekretariacie - tak bardzo analogicznym do ziemskich realiów. Nic nie jest altruistyczne nawet tu – anielica z połową galanterii skrzydłowej chce awansować w hierarchii. Da jej to gratyfikację w postaci drugiego skrzydełka (może nie będzie siedzieć w nudnym niebieskim biurze i sobie – odławiając zbłąkaną duszyczkę – w końcu poleci…). Z ziemskim wiecznym Grzesznikiem zamieniają się rolami i on – słusznie – załatwia jej Lot do piekielnego miejsca, gdzie za sprawą swojej urzędniczej małostkowości jest jej miejsce. Gogolowski temat urzędniczy nieraz się jeszcze będzie przewijać w kabaretonie.   
Rosyjska restauracja, gdzie narodowe są tylko wady. Posowieckie bezhołowie, co jest wyraźnie zaznaczone przez scenografię skeczu. Z tradycji kultury rosyjskiej zostały tylko przypadkowe przysposobione z różnych stron świata nabytki kulinarne chętnie konsumowane jako blichtr przez  nowobogackich; dla restauracji pieniądz i zysk jest najważniejszy, niestety – nie jest to takie proste.
Turecki stewardes, czyli polski emigrant zarobkowy (który prawie zapomniał języka) w samolocie oferuje uparcie kebab – tylko to ma w ofercie, więc sprzedaje danie na różne sposoby. Nie zawsze skutecznie, i nie ma to nic wspólnego z kulturą obsługi.
Jesteśmy omotani przez sieci operatorów telefonii komórkowych, są niczym wywiad służb specjalnych, mają dostęp do niemalże naszych myśli,  mackami uczestniczą w prywatnych randkach i spotkaniach agresywnie oferując swoje usługi.
Fach żebraczy idzie z duchem czasu – datek można pijakowi dać przez kartę płatniczą – czytniki mają na swoim żebraczym wyposażeniu…
Policja – nieśmiertelny temat żartów. Mizeria pensji budżetowych skłania nowo przyjętych adeptów zawodu do szukania dodatkowych dochodów… w gorącej linii albo jako konsultanci networkowych firm kosmetycznych, policjant oferuje kobiecie skarżącej się z powodu straty torebki –  uzupełnienie jej zawartości w pomadkę jego firmy, cień do powiek itd.  
Najlepszy moim zdaniem kabaret w tym dniu: SŁOICZEK PO CUKRZE. Jak wykonawczynie mówią o sobie – są puste i słodkie. Dodam od  siebie – puste niezapełnionym potencjałem treści bardzo ciekawych, i nie-gorzkie po prostu. Damsko – damskie rozmowy nie tylko dla kobiet, także dla  mężczyzn. Bez znieczulenia szczere jak rzadko, do dna sięgające w zagadnienie, jakim jest kobieta jako taka. Jako człowiek z wadami, z ponadtysiącletnim garbem kultury patriarchalnej, ciągle pokutującym w naszym społeczeństwie wzorze zachowań jedynie słusznym. Kobieta współczesna jaką jest? Mądrą i niezbyt taką, silną i niekoniecznie do końca mocną, wrażliwą w zależności od osoby, pamiętającą może za dużo… Dzięki scenkom tego  kabaretu mamy do nich wszystkich sympatię – i o to wydaje mi się chodziło autorce scenariusza. Psychologia głębinowa, nie dowiemy tyle z naukowych publikacji, ile z uważnego słuchania rozmów i monologów zasłyszanych na ulicy, w miejscach pracy, zapisanych i opowiedzianych na scenie w skeczu kabaretowym. Zacytowanych dosłownie. Trzeba to było usłyszeć, nie ma w nim wielomówstwa tak zawsze przypisywanego kobietom, frazy i zdania są  wybrane dla publiczności jak perełki. Są poezją kabaretu.
Jakie są kobiety wobec siebie. Niekoniecznie delikatne, znają siebie i wiedzą, jak się ranić… Teściowa i synowa, dwie kobiety rywalizujące o  jednego mężczyznę, to nie żart. Władza jest bardzo podniecająca, jej brak bolesny – nie ma często miejsca w całym naszym życiu na związki partnerskie, jest za to chęć dominowania, nawet nad psem, syn w wyniku nieco toksycznego wychowania ma odruchy łaszenia się do dominującej mamy… Żona musi się zmierzyć z tym rodzinnym dziedzictwem zachowań. Czasami wybucha – tu wymowna scenka w zakładzie fryzjerskim, teściowa jest wiecznie niezadowolona z sposobu, w jaki ją czesze żona syna – ta w końcu potrząsa jej kołtunem, i nie jest on tylko nieuczesaną fryzurą.
Słoiczek Po Cukrze czyli opar cukru lepszy od samego cukierka, opakowanie i forma co najmniej tak dobre jak treść.
Ostatni kabaret tego wieczoru: znany nam PAKA. Na początek hymn polskiej zarobkowej emigracji, song najlepszych dobrze wykształconych ludzi, mobilnych i wartościowych, którzy ciągle, mimo obietnic, uciekają z naszego kraju – wielu nie wraca.
Zawsze można się śmiać z osób poszukujących swej drugiej połówki, do końca nigdy nie wiemy, czego oczekujemy po kandydacie lub  kandydatce na miłość życia. Gdybyśmy wiedzieli, nie byłoby biur matrymonialnych…
Przez scenę kilka razy przewinął się Magicshowmen, niezupełnie trzeźwy przedstawiciel zawodu, upadającego niestety. W hinduskim turbanie próbuje nam lewitować i wyczyniać jakieś magiczne sztuczki, z których największą uciechę ma on sam, widzowie niezupełnie. Ale cel magik osiągnął, śmialiśmy się z jego nieporadności magicznej zupełnie szczerze. Jak widać, dla dobrego magika nie ma rzeczy nieśmiesznej, może być nią on sam – i to jest  sztuka sama w sobie.
Zjawiska stadionowe i kluby kiboli – nie  można negować zjawiska, ono istnieje. Dobrze jest powiedzieć o nim na scenie kabaretowej, może odniesie to większy skutek niż przydługie artykuły gazetowe.
Zarobić można na wszystkim – na odczytywaniu snów, na układaniu horoskopów, tylko powinny być nie takie przesłodzone, trochę dziegciu też  się podoba adresatom.
Najbardziej mi przypadł do gustu ostatni skecz – wielki Finał Mistrzostw Polski w Narzekaniu. Osoby uczestniczące w rozgrywkach łączy jedno –  im nie zależy ani na kraju (naszym), ani na ludziach w nim mieszkających (Polakach) ani na sobie (gardzą swoją osobą także). Dobrze, że to zostało tak  dobitnie i w formie przyswajalnej – kabaretowej, powiedziane. 
Wiele nauk, wiele śmiechu, szkoda że akurat ten wieczór był krótki. Taka oferta mogłaby być prezentowana nam częściej.

Iwona Wróblak
wrzesień 2014