wtorek, 14 lutego 2017

Świąteczne stroiki Marty Kociołek

            - Ja pochodzę z Dąbrówki – mówi Marta – u nas tradycje są bardzo kultywowane. Nie tylko w mojej rodzinie, we wszystkich domach ludzie ubierają choinki, sami robią stroiki. To jest jej praca dyplomowa, ta wystawa w holu Biblioteki. Razem z panią Anną Ratajczyk, wychowawczynią i promotorką, chcą w ten sposób promować szkołę, w której podobne do tej ekspozycje organizowane są dosyć często. Marta: - Dało mi to bardzo dużo, mogłam się  rozwinąć, poznać nowe techniki. Oprócz pani Ratajczyk pomagały mi panie Maryla Spychała i Ela Szymańska. Układanie stroików nie jest łatwe, pomysłów szukałam w książkach i czasopismach, ale nie kopiowałam ich wiernie. W procesie układania całości koncepcja często się zmienia, to jest bardzo twórcze.
Dąbrówka to wieś niedaleko Międzyrzecza. Każdy dom w tej wiosce na Boże Narodzenie jest niepowtarzalny w pomyśle na świąteczny wystrój.
Marta Kociołek jest uczennicą V klasy Technikum Żywienia i Gospodarstwa Domowego przy Zespole Szkół Rolniczych w Bobowicku, przygotowała w  Bibliotece Publicznej wystawę stroików i ozdób świątecznych.
            Na ścianie pod choinką stroik w kształcie komety. – Jest zrobiony na stelażu z drutu i oklejony z obydwu stron mchem. Ogon komety to żarnowiec, suszona hortensja i głóg z jabłuszkiem. Zrobiłam całość na czerwono, żeby dobrze wyglądało na białej ścianie.
            Choinka jest nie przeładowana ozdobami, wszystko, co na niej wisi, jest starannie przemyślane i dopracowane w szczegółach. – Ozdoby są w stylu jak najbardziej tradycyjnym, szyszki zwykłe i z czarnej sosny, niektóre z kokardkami lub koralikami. Papierowe gwiazdki. Wiszące półksiężyce są z ciastek pieczonych na zajęciach szkolnych. Aniołki są także robione ręcznie, z bibułki i gazy, ich główki to żołędzie. Ten wachlarzyk to podwójnie złożona papierowa serwetka.
            Podnoszę głowę. U sufitu zielona kula z jemioły. Różnobarwne koraliki, te białe imitują owoce. – Jemiołę można zawiesić wszędzie, chociaż według tradycji należałoby raczej umieścić ją na zewnątrz, poza domem, bo to pasożyt…
            W gablotach prace Marty. – W szkole uczymy się o żywieniu człowieka, o gospodarstwie domowym, także na temat estetyki jego otoczenia, wystroju stołu na różne okoliczności. Pokazuje mi jedną z gablot – to są przykłady składania serwetek. Serwetki muszą być dobrze wykrochmalone. Ta o wyglądzie czapki strzeleckiej jest złożona w trójkąt i ma zagięte rogi, ta – ułożona jest w rozetę. Ta z szyszka w środku to „lilia wodna”, tamta złożona jak koperta i –  jeszcze jedna, „podwójna fala” – jedną część serwetki zawijamy do środka, drugą część pod spód. Stroiki możemy robić zwijając w rożek tekturę, potem trzeba owinąć stroik wełną. W środku jest gąbka, całość opina się gałązkami według własnego pomysłu. Gałązki i szyszki pochodzą z lasów i ogrodów okalających moją wieś. Powój bardzo dobrze się układa nawet bez stelaża, wystarczy całość popryskać złotolem.
Nad stroikiem z przypraw kuchennych – Ten jest w kształcie serca, pracowałam nad nim 5 godzin. Na stelażu z gąbki (wzmocniony jest tekturą) ułożone są  gałązki, na nich pomarańcza obklejona goździkami, suszone cytryny i laski cynamonu, udrapowane w słoneczka jabłka i grzyby, w całość wplecione są  woreczki zapachowe z majerankiem i zielem angielskim. Co tu jeszcze mamy... suszone papryczki, różne rodzaje orzechów, fistaszki.
             Plecione kosze pełne ciasta. Zdobione pierniki, kruche ciasta – elementy wigilijnej kolacji. – Te bombki obleczone wzorem na szydełku, w  chusteczce koronkowej, ozdobione są na sposób, w jaki robią to u nas starsze kobiety.
            Zatrzymujemy się jeszcze przy gablocie z ptaszkami. – Wycięte są ze styropianu, skrzydełka zrobiłam z tektury. Od spodu jest drucik, można je  posadzić na gałązkach. Obok maciupeńkie choineczki w doniczkach, owinięte zawieszonymi na nitkach kandyzowanymi owocami. Kolejne przykłady ozdób na stół to czapki krasnoludka ze złotą niteczką i szyszką na końcu.
            Oglądam dokładnie szczegóły stroikowych kompozycji... Marta, korzystając z przekazów rodzinnych, publikacji, szkolnej wiedzy, starała się – z  powodzeniem – połączyć regionalną kulturę etnograficzną, jej ducha, z własną wrażliwością artystyczną, nie wychodząc poza ramy konwencji zostawić na nich swój własny osobisty ślad.


Iwona Wróblak
styczeń 2004

poniedziałek, 13 lutego 2017

Nie podlega zapomnieniu

            Jest obowiązkiem człowieka znać przeszłość. Nie tylko po to, by uzupełnić wykształcenie. To wiedza niezbędna w codziennych kontaktach. Pozwala czuć się pewniej w świecie, który jest różnoraki i bogaty. I pewność ta wyniknie wtedy z głębokiego przekonania, że zrobiło się wszystko, by  mieć prawo do własnych ocen. A im więcej wiedzy, tym mniejsza skłonność do pochopnych cenzur, a większa do współczucia. Dokumenty, zdjęcia, to  fakty, które należy poznać, by oddzielić w nas samych to, co jest przypadkowym zlepkiem zasłyszanych opinii, okruchów szkolnej wiedzy, niejasnych skojarzeń. Zdystansuje to od naszego, ważnego dla nas niewątpliwie, ale niezbyt obszernego wewnętrznego świata, który niekiedy za bardzo nas pochłania. Tymczasem wokół nas są inni ludzie, inne światy. Szanujmy je na tyle, żeby pozostawić im prawo do historii, którą mają, posłuchajmy tego, co  mają do powiedzenia o sobie.
            Nie podlegają zapomnieniu zbrodnie dokonane w imię utopijnej ideologii, również te dokonane na innym niż polski narodzie - z którym mamy granicę od kilku już wieków. I żywe związki kulturowe. Nie powinniśmy patrzeć obojętnie na tragedie i cierpienia naszych sąsiadów.
            Wystawa w Muzeum była unikalną okazją spojrzenia na okres sowieckiej okupacji 1917 – 1989 Ukrainy oczami jej ludności, zwłaszcza lat okresów głodu 1922 – 23, 1932 – 33 i 1947 i terroru, tzw. czystek. Międzyrzeczanie oglądali wystawę komentując wstrząsające zdjęcia zmarłych z głodu dzieci, kobiet i mężczyzn, mówili – to przygnębiające. Tak. To trudna wiedza.  
             Ekspozycja jest częścią stałej wystawy dokumentów o zbrodniach komunistów pt. „Nie podlega zapomnieniu” w Muzeum Memoriału im. W.  Stusa w Kijowie. W tym roku mija 70. Wielkiego Głodu na Ukrainie (była USRR), zaplanowanego w Moskwie. Według różnych niezależnych historyków, w latach 1932 – 33 na Ukrainie zmarło z głodu od 7 do 10 mln osób, przez cały okres okupacji bolszewickiej Ukraina utraciła 1/3 swej ludności, ok. 17 mln (nie licząc ludzi deportowanych na Syberię). Wielki Głód stał się narodową katastrofą. Skutki demograficzne, socjalno – ekonomiczne, historyczno – kulturalne Ukraina odczuwa do dzisiaj. To była cena, straszna cena, jaką zapłacił ukraiński naród za prawo do życia na  własnej ziemi, za przetrwanie. Politycznym celem była fizyczna likwidacja dużej części narodu ukraińskiego. Wyludnione wsie i miasteczka zasiedlano ludnością z innych republik, zwłaszcza Rosjanami. Terrorem zdławiono wszelkie próby oporu przeciw okupacji bolszewickiej, pozbawiono naród intelektualnej elity, wytworzono w ludności poczucie strachu przed władzą okupanta. Celem ekonomicznym było zdobycie środków na odbudowę zniszczonej bolszewicką rewolucją gospodarki, chodziło o pełne uzależnienie od łaski władzy komunistycznej. Podstawą niezależności osobistej ludzi była praca na własnej ziemi. Ciosy zadawano metodycznie i celowo. Zabierano zboże i płody ziemi, wyszukiwano schowaną żywność. W niepokornych wsiach brano zakładników, na drogach do miast stawiano zapory, by ludzie nie mogli uciec. Terror głodem był cyniczną odpowiedzią władzy na opór ukraińskich rolników przeciw przymusowej kolektywizacji. Dla Ukraińców gwarancją na dzisiaj, że tragedia sprzed 70. lat się nie powtórzy jest własne państwo, odzyskanie niepodległości i demokratyczna droga reform.
            Trzeba wspomnieć, że tragedia głodu, deportacje, dotknęły również ludność polską mieszkająca na Ukrainie. Polski publicysta i więzień Kołymy, Anatol Krakowiecki, w „Książce o Kołymie” wspomina pewnego księdza rzymsko – katolickiego, który udzielił rozgrzeszenia jednej z wiernych, kiedy ta  zjadła z głodu ciało swego dziecka. W latach 1932 – 33 Ukraińcy z polskich brzegów Zbrucza i Bugu spuszczali na wodę tratwy z żywnością i polska straż graniczna patrzyła na to przez palce. To nie ona strzelała. Do Ukraińców, z przeciwległego brzegu, starających się przechwycić tratwy, strzelała sowiecka straż graniczna.
            Dokumenty przedstawione na ekspozycji powinny nam, Polakom, uświadomić też, przed jakim złem, tragedią, ochroniła nas historia i nasi obrońcy w 1920 r, w wyniku czego nie dane nam było podzielić losu Ukrainy, a mogło się tak stać.


Iwona Wróblak
styczeń 2004

niedziela, 12 lutego 2017

Lekcja z renesansu z Antiquo More

            Maraton koncertów Zespołu Muzyki Dawnej „Antiquo More” przy Szkole Podstawowej nr 2 zaczął się we wtorek. Przez kolejne cztery dni  dzieci grały dla szkół podstawowych i średnich, dla zerówki i przedszkoli po dwa, trzy koncerty dziennie. To były próby generalne przed wyjazdem do  Kalisza na najważniejszy w kraju Festiwal Muzyki Dawnej „Schola Cantorum”. W zeszłym roku zdobyli tam Brązową Harfę Eola. Zofia Kasprowicz – ja  myślę, że oni przychodzą tu dla Kasi Chmielewskiej. To zupełnie co innego niż indywidualne popisy w szkole muzycznej. Większą frajdą jest grać w grupie , spotykać się, razem muzykować. I wystąpić przed publicznością. Dzieci się świetnie bawią, są pięknie ubrane.
            Śledzę z widowni spektakl. Jest bez słów. To historia dziewczynki, która z pomocą muzyki dawnej przenosi się w przeszłość, w czasy renesansu, na dwór książęcy, a jej rówieśnica wprowadza ją w świat dworskich obyczajów. Dziewczynka pilnie się ich uczy, za co zostaje przez księżną nagrodzona zaszczytem wykonania galiardy, czyli tańca dla wybranych. Muzyka jest tutaj zasadniczą sprawą, wyraża emocje, obyczaje. Jest magią, która w pokoju dziewczynki ożywia dawny obraz, a postaci z niego wkraczają w nasz współczesny świat. Po tej przygodzie z przeszłością, jak ze snem, bohaterka będzie bogatsza i dojrzalsza o poczucie zakorzenienia w kulturze, w ciągłości uczestnictwa w tradycji pokoleń. Niebanalna i mądra lekcja historii.
            Lekcja to żywa. Uczniowie ze szkolnej widowni mogą niemalże dotknąć pieczołowicie odtworzonych strojów z epoki (pani Zofia wzory czerpie z  dawnych obrazów), wsłuchać się w rytm oryginalnych utworów z tabulatury XVI w. zbioru tańców europejskich Jana z Lublina, posłuchać brzmienia drewnianych fletów. Posmakować układów tańca autorstwa mistrzów tańca na dworach książęcych i królewskich. Grażyna Błochowicz (od choreografii) – każdy ruch ręki, ukłon jest ściśle określony. Uczymy się tego na warsztatach. Przyjeżdżają do nas choreografowie z Krakowa.
            Instruktorki też się dokształcają, jeżdżą na kursy. Zespół się rozwija. Ostatnio dołączył  Janusz Jończyk ze swoją grupką małych akrobatek (Marzena, Natalia, Wioleta i Daria), gibkich dziewczynek „bez kości”. Ich popisy mają urozmaicić program. Renesans to pogodna epoka, z postacią błazna Stańczyka w tle. Podopieczne pana Jończyka ćwiczą już trzy lata. Widownia dzisiaj nagradza je obfitymi brawami. Po każdym występie wśród instruktorek żywe dyskusje. Co poprawić, ulepszyć, żeby było bardziej wyraziste, pełniejsze w odbiorze. W pracę z dziećmi wkładają pasję. Pani Zofia opowiada mi o nowej krawcowej zespołu, z którą jej się świetnie współpracuje. Stroje są maksymalnie wierne epoce, chociaż oczywiście nie są uszyte z  brokatów weneckich czy florenckich aksamitów wyszywanych perłami. Jakkolwiek mówi, że - Te suknie muszą wirować w tańcu.
            Mózgiem i sercem zespołu jest Katarzyna Chmielewska – sprawczyni całego zamieszania. – Pomysł wyszedł od pani dyrektor – mówi – sama nie myślałam, że to się tak rozrośnie. Na początku dzieci tylko grały, potem dołożyliśmy śpiew i taniec, a tym roku akrobatów. Podziwiam nasze dzieci, grają trzy koncerty dziennie, ciężko pracują, tymi koncertami zarabiają na nasze nowe instrumenty.
Widzom przedstawia nowe nabytki: flety – sopranowy, altowy, tenorowy, basowy, sopranino. Jej prywatna lutnia także bierze udział w grze. – Zobaczcie – mówi do widzów – jak mogła wyglądać kapela na dworze króla Zygmunta Augusta.
           

Iwona Wróblak
luty 2004

sobota, 11 lutego 2017

Uratować chociaż jedną meduzę


- Jak tylko zorganizuję zajęcia, dam dzieciom zeszyty będziemy mogły rozmawiać.
            Dosyć duże pomieszczenie. Gwar. Przy stoliku pani Misiarz wraz z Michałkiem pochylają się nad zeszytem – pokaż, czy tu jest kąt prosty, weź  cyrkiel...
Jest taka przypowieść, którą wykorzystuję w swoim programie profilaktyki, przypowieść o mędrcu wrzucającym z powrotem do morza wyrzucone na brzeg meduzy. Zapytany o sens tej pozornie nie kończącej się czynności odpowiada, że ważne jest ocalenie chociaż jednej meduzy z milionów...
Teresa Misiarz jest pedagogiem specjalnym w SP. nr 3.  
- Dlaczego tyle meduz jest wyrzucanych na suche plaże? Co je gna ku brzegowi? O co chodzi w Pani programie profilaktyki przeciw uzależnieniom?
- Młodszy wiek szkolny to szczególny okres w życiu małego człowieka. Wtedy postępowanie dziecka bywa mało świadome, nierozważne. Właśnie wtedy należy dotrzeć do dziecka, pokazać właściwą ścieżkę. Wartości godne człowieka i zasady postępowania, jakimi winno się kierować przez całe życie. Taki jest cel tej świetlicy – socjoterapeutyczny. Rodzice często nie potrafią przekazać dzieciom tej wiedzy, lub nie mają czasu... Myślę, że jeżeli dzieci dowiedzą się, że można żyć inaczej niż to widzą w swoich domach, inaczej zachowywać się, mówię o różnego rodzaju patologiach w stosunkach rodzinnych, to może unikną powtarzania złych wzorców stamtąd wyniesionych... Nie jest powiedziane, że wszystkie dzieci da się uratować, wyprowadzić na dobrą drogę, ale  zakładamy, mamy wielką nadzieję, że się to uda w wielu przypadkach. W tym celu opracowałam kilka wariantów specjalnego programu profilaktyki uzależnień. Głównym sponsorem moich działań w świetlicy jest Gminna Komisja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych.
- Czy naprawdę można zapobiec uzależnieniom? W jaki sposób?
- Tak. W poniedziałek, kiedy mam dyżur w świetlicy, prowadzę z dziećmi typowe zajęcia socjoterapeutyczne. Cel ich jest taki, żeby poprzez specjalne ćwiczenia nauczyć dzieci poznawać swoją wartość. To właśnie niska samoocena jest przyczyną wchodzenia w kontakty z nieformalnymi grupami rówieśniczymi. A tam dominują alkohol i narkotyki. Staramy się, żeby nasze zajęcia były przy tym atrakcyjne. W miarę bardzo skromnych funduszy organizujemy biwaki na Głębokim, wyjazdy na basen. To ma być alternatywa wobec ganiania po ulicach, rozrabiania, dokuczania innym. Na zajęciach ośmielamy dzieci do mówienia o sobie – rzeczy dobrych, pytamy, co dobrego u nich ostatnio się zdarzyło, pomagamy budować ich obraz siebie oparty zdecydowanie bardziej na pozytywach niż na negacji. Każde dziecko coś potrafi, i może się tą wiedzą o sobie podzielić. Często chodzi o to, że jest nieśmiałe w pokazywaniu swoich możliwości. Konsekwentnie realizuję ten program.
            W świetlicy dzieci odrabiają zadania domowe, bawią się. Od wtorku do czwartku – cztery dni po dwie godziny dziennie. Z panią Misiarz w  świetlicy pełnią (bezpłatnie) dyżury Arleta Fąka, Emilia Olejnik i Anna Czarniewska oraz trzy wolontariuszki: Ewa, Olga i Sylwia. Jedna z nich opowiada mi – zaczęło się od obowiązujących praktyk w ramach studiów na pedagogice opiekuńczo – wychowawczej. Teraz sama chce tu przychodzić.
            Sylwia – te początkowe zajęcia pokazały mi, że są dzieci, którym trzeba pomóc. Wydaje mi się, że są spragnione zainteresowania swoją osobą, akceptacji, chciałyby coś stworzyć, żeby w ten sposób zaistnieć. Aby otoczenie je doceniło, pochwaliło. Z początku nieśmiałe, teraz podchodzą, rozmawiają.
Studentki mają dużo pomysłów, kogo by tu zaprosić – do dzieci, jakich ciekawych ludzi, którzy umieją opowiadać historie. Rzeczy potrzebne do zajęć, bibułki, przynoszą z domu... Ciągle szukają sponsorów, jak to określają z półuśmiechem, sposobem pozyskiwania niezbędnych pieniędzy na działalność społeczną jest dzisiaj...(to nowe słowo) żebrajzing...
            Pozytywny program profilaktyki mgr Teresy Misiarz. Pani Misiarz myśli o tym, by do pracy z dziećmi przyciągnąć harcerzy (dawniej pomagali nauczycielom) oraz młodzież licealną, która mogła by się w ten sposób czymś zająć, zrealizować...
            Dzieci i wolontariusze ze świetlicy socjoterapeutycznej bardzo dziękują panu M. Guśniowskiemu z „Auto – Service” za pomoc w dofinansowaniu działalności.


Iwona Wróblak
luty 2004

piątek, 10 lutego 2017

Bractwo Rycerzy Ziemi Międzyrzeckiej

            Z „Reguły Rycerskiej”: „ Przeto winien rycerz pamiętać, kim jest, i zważać na to, co jego stan oznacza, pomnieć, że komu więcej poruczono, od  tego więcej wymagać będą...”
            Pokazy walk rycerskich trwają już od rana. Dzisiaj można do naszych rycerzy z Bractwa nie tylko podejść, porozmawiać. Można nałożyć na siebie kolczugę, naramienniki, hełm i zbroję. Ująć w obie ręce miecz, doświadczyć jego ciężaru. Tomasz Bączkowski już będąc chłopcem marzył o tym, by  wzorem naszych przodków - móc spróbować walczyć. Teraz, razem z innymi członkami Bractwa, szperając w starych podręcznikach, realizuje dziecięce fantazje. Łącząc teorie z praktyką, podobnie jak inni z Bractwa sam wykonuje poszczególne elementy historycznego stroju. Jest swoim giermkiem i  rycerzem. Razem z kolegami i koleżankami – Jerzym Dymkowskim, Karoliną Wilk, Martą Kowalską, Rajmundem Jaroszkiem i Pawłem Jurasikiem, prezentują widzom swoje osiągnięcia. Wszyscy chętni mogą posłuchać relacji o corocznych spotkaniach rycerskich na polach w pobliżu historycznego Grunwaldu, porównać zbroje naszych rycerzy z katalogiem broni i ubiorów średniowiecznych, rysunkami jedno i dwuręcznych mieczy, sztyletów, broni strzelczej, łuków, kuszy, toporów, młotów bojowych, kiścieni, buzdyganów, czekanów, tarczy, pawęży, hełmów, kolczug wraz z dokładnym ich opisem. Zbroje i broń rycerzy Bractwa są, ogromnym nakładem pasji i pracy, starannie wykończone, wypolerowane, i widać na nich ślady użytkowania. W czasie pokazu walki widzę, w jaki sposób rysy te powstają. Wierne pierwowzorom są także stroje – tuniki, kaftany, buty, rękawice.
            Wszystko to można dzisiaj przymierzyć i np. tak ubranym, zrobić sobie zdjęcie. Topory i miecze są stępione, ale mimo tego jest to niebezpieczna broń – mówi Tomasz. Kilkuletni chłopcy niecierpliwie czekają na swoją kolej, by założyć nakolanniki. Patrzę, jak rośnie naszym pasjonatom epoki średniowiecznej pokolenie następców. To dla wszystkich świetna zabawa – i lekcja, jakże przyjemna, historii. Tak podana wiedza sama wchodzi do  głowy, a nauczyciele historii winni są organizatorom dzisiejszych pokazów podziękowania za pomoc w edukacji. Lekcja bogata w barwne szczegóły, nie  opiera się tylko na martwo brzmiących datach i nazwach geograficznych. Daje posmak autentycznego wglądu w mentalność ludzi tamtych czasów, w  realia ich codziennego życia. Łatwiej jest po takiej lekcji zrozumieć sens archaicznym językiem pisanych źródeł historycznych (chociaż literatura, z której wiedzę czerpią nasi hobbyści, jest ich współczesnym opracowaniem), wyobraźnia podsuwa sylwetki naszych wojów bolesławowych czy krzyżowców. To  byli żywi ludzie, mieli ciało, emocje. Podobno, sądząc po zachowanych oryginalnych pancerzach, byli niżsi od nas, za to krępi i dobrze wyszkoleni. Oni  do walki, do stanu rycerskiego, przygotowywali się długo, bycie wojownikiem było esencją ich życia.
            Przez wieki oręż nieco się zmienił, ale – Reguła Rycerska, czy coś z jej idei pozostało dzisiaj ważne? Nasi rycerze z Bractwa Ziemi Międzyrzeckiej nie mają wątpliwości. Jasne, że tak.


Iwona Wróblak
marzec 2004

czwartek, 9 lutego 2017

Witold Gombrowicz na scenie MOK

            Gombrowicz jest zawsze aktualny.
 Człowiek jest uwikłany wielością powiązań; zanurzony w Formie sam się nią staje. Jest jak pacynka, nitkami poruszana przez inne pacynki. Względem Czego człowiek się organizuje? Co n i e  j e s t formą? Kiedy człowiek ma szansę na pełnię?
            „Tam i z powrotem” i „Cedeen” Witolda Gombrowicza. Mnóstwo zawsze aktualnych pytań – na scenie w spektaklach reżyserowanych przez Jolantę Glurę na motywach utworów W. Gombrowicza, wystawionych przez młodych ludzi z Liceum Ogólnokształcącego. Nasza nie-samoistność, to że  jesteśmy funkcją innych ludzi, głęboka socjologia naszej kondycji ludzkiej, to od lat wdzięczne tematy do sztuk scenicznych. Stwarzają możliwość dodania do tekstu drugiego pułapu, obrazu poprzez ruch, muzykę, taniec, pantomimę, choreografię. Zespół pani Glury także zapragnął zmierzyć się z tym tworzywem, pokazać na scenie swoją wersję rozumienia Gombrowicza. Duża kultura sceniczna młodych aktorów, ich znajomość warsztatu sprawiło, że  miło było poświęcić godzinę na obejrzenie obydwóch spektakli.
            Gombrowicz – to dżentelmen starej daty, który potrafi w elegancki, i inteligentny, sposób powiedzieć wszystko to, co jak mawiał Słowacki, ten  który (serio) „wielkim poetą był”, pomyśli – i napisze – głowa. Ta elegancja, przy dosłowności nazwania rzeczy po imieniu, zawsze tak mnie urzeka w  gombrowiczowskim teatrze. Ten przewrotny kunszt, który wyciska szczery śmiech z płuc, dobra zabawa – na wysokim poziomie. I konkluzja, jaka usłyszałam na koniec, ta u niego teatralność istnienia sceny jako pewnego świata umownego, kiedy dobrze jest zebrać nici, pasma zdarzeń na scenie we  frazę paru słów, które czasem powinny wypłynąć wyraźniej. Umoszczone osobno w rytmie tekstu, zaakcentowane. Ilustrują jeden z wymiarów, w jakim żyjemy: „Oświadczam, że jestem. Odpowiedzialności nie ma”.
            Komentować egzystencjalizm – potrzeba na to książki... Pójdźmy lepiej do teatru, gdzie słowo jest grubiej napisane, okrąglejsze, bardziej smakuje. Nie trzeba Słowa (teatralnego) czytać głośno, wystarczy usiąść na widowni, wejść z aktorami na scenę i pozwolić im powiedzieć co nie co ustami Gombrowicza...


Iwona Wróblak
kwiecień 2004

środa, 8 lutego 2017

Obejrzeć historię jednej miłości

            W Muzeum jest wystawa zdjęć i listów. Jest ważna dla każdego, kto rozumie wartość rodzinnych tradycji, domu, albumów ze zdjęciami, zapachów z kuchni, zapamiętanych scen z dzieciństwa, ciepła obecności rodziców i dziadków.
            Zdjęcia nieartystyczne, zwykłe, z dzieckiem na kolanach, w letnie popołudnie pod drzewem. Ślubne, w gronie przyjaciół, na spacerze. Tytuł tej  wystawy to „Historia jednej miłości – z brulionu Eugenii Wierzbickiej”. Dzieje jednego związku – Eugenii i Aleksandra, koleje ich życia. I  korespondencja, około 150 listów, jakie przed półwiekiem pisali do siebie. Pismo wyraźne, czytelne, piękna prosta polszczyzna. Fascynacja sobą, niepewność – czy z Miłość jest wzajemna? Potem miłość małżeńska, oddanie, i tęsknota wynikająca z wojennego oddalenia. Autorka wystawy dostała te  papiery rodzinne w spadku po swojej babci. Myślę, że jakże jest ona, Eugenia - bogata, w zakorzenienie, jaka stabilna w swoim obrazie świata, wielowymiarowym, jędrnym, przedłużona w swojej ważności o historię swoich dziadków, o wiedzę swoją o nich, o ich miłości. Jakże żywi są obydwoje dla niej, poprzez historię spisaną w tych listach, wysyłanych do siebie, co drugi dzień. Jak może ich postrzegać, odbierać na sposób współczesny, jak  partnerów do rozmów i źródło wiedzy o przeszłości jej krwi. My, czytając te listy, możemy być świadkami ich uczuć, uczestniczyć w ich życiu, być dopuszczonymi niejako do symbolicznego zasiadania przy rodzinnym stole. Być świadkiem niezmiennego w historii, najbardziej istotnego dla człowieka uczucia, jakim jest miłość do drugiego przeznaczonego dlań, przez los, czy przypadek?, człowieka i wagę związków rodzinnych, jakie potem, z tego pierwszego, pod względem ważności, uczucia wynikają, też dla wnuków i generacji następnych. Genealogii wymiaru miłości, tej osnowy i sensu życia.
Dziadkowie autorki byli mocno osadzeni w nurcie swojej epoki. Pracowali w Urzędzie Miejskim, dziadek walczył na wojnie. Wzruszające jest, że umarł zwyczajnie, na wyrostek robaczkowy, w wojennym 1941 roku. Ona, jego żona, ponownie wyszła za mąż. O mężu tym pierwszym nigdy jednak nie  zapomniała, a w jej brulionie pamięć o pierwszej miłości jest zachowana.
            Wystawa jest cenna jeszcze z tego powodu, że taka kolekcja rodzinna w polskich warunkach zawieruchy dziejowej przetrwała, tu gdzie normą jest, że papiery rodzinne płoną, nic nie zachowując dla potomnych, że przerwany bywa ten przekaz. Szczególnie na ziemiach zachodnich. W gablotach jest też kolekcja pięknych, z artystycznym smakiem zrobionych okazjonalnych fotografii i widokówek przedwojennych.
            Wyprawa do Muzeum, w któryś wiosenny dzień, rodzinna być może, na spotkanie z inną rodziną. Może nasi dziadkowie, czy pradziadkowie, o  których jakże niewiele wiemy (papiery rodzinne się nie zachowały) byli tacy sami jak ci na zdjęciach, podobni do nich w tym jednym wymiarze miłości.


Iwona Wróblak
kwiecień 2004