Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lemkowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lemkowie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 czerwca 2022

 

Akcja Wisła tragicznym przełomem w historii Łemków


Basteja zamkowa. Łemkowski język... Dobryj den... Trzy pokolenia, może cztery – 75 lat to szmat czasu, tyle minęło od Akcji „Wisła” w roku 1947, przymusowego przesiedlenia Łemków z Beskidu Niskiego, Sądeckiego, Bieszczadów i Pienin. Historyk Jerzy Starzyński z Legnickiego Centrum Kultury, zaproszony przez ks. Ernesta Sekulskiego proboszcza Parafii Greckokatolickiej im. Cyryla i Metodego w Międzyrzeczu, wygłosi wykład. Starzyński jest badaczem kultury łemkowskiej, autorem szeregu publikacji poświęconych Łemkowszczyźnie i jej mieszkańcom, organizatorem konferencji, seminariów, koncertów, wystaw i spotkań. Od 1991 r. prowadzi założony przez siebie Łemkowski Zespół Pieśni i Tańca „Kyczera”, od 1996 r. razem z Zespołem organizuje na Dolnym Śląsku, w Małopolsce i na Słowacji Międzynarodowy Festiwal Folklorystyczny. Za swą pracę otrzymał szereg nagród i wyróżnień.

Akcja „Wisła” była smutną cenzurą w historii Łemków, ich historia została rozbita na okres do 1947 r, i po tej dacie... W planie obchodów 75-lecia tragicznej Akcji „Wisła” też będą występy „Kyczery”, w którym grają, śpiewają i tańczą młodzi ludzie w pięknych, wzorowanych na oryginalnych strojach łemkowskich, uszytych na podstawie fotografii Łemków sprzed ponad 100. lat, artefaktów znalezionych przez pana Starzyńskiego w muzeach i archiwach Polski, Ukrainy i Rosji. W czasie prelekcji historyk pokazał nam te zabytki, XIX wieczne fotografie osób, kobiet, mężczyzn i dzieci, także zabytki kultury materialnej, łemkowskie drewniane chaty tzw. chyże.

Traumatyczne przejścia były udziałem osób wysiedlonych w 1947 r. w ramach Akcji „Wisła”, wyrzucono ich siłą z terenów południowo-wschodniej Polski: Chełmszczyzny, Nadsania, Bieszczadów, Łemkowszczyzny. Zabrano im nie tylko ich domy, gospodarstwa, ziemię i lasy, ale także to, co mieli najcenniejszego, TOŻSAMOŚĆ etniczną, świadomość własnej kultury, języka, religii. Ludzi – tylko dlatego, że byli niepolskiej narodowości, poddawano totalitarnej, komunistycznej atomizacji. Wynarodowieniu.

Ich ojczyzną był lokalny mikrokosmos, życie zgodne z odwiecznym kalendarzem przyrody: czasem orki, siewu, zbiorów – i cyklu rocznych świąt celebrowanych w cerkwi. Musieli opuścić swoją ziemię, pozostawić groby bliskich, miejsca pamięci, wielowiekowe cerkwie, krzyże. Pozbawiano ich ducha walki o swoją tożsamość. Zabraniano kontaktu z najbliższymi, praktykowania w obrządku greckokatolickim, przemieszczania się. Oprócz majątku zostali pozbawieni wielowiekowej więzi z ziemią przodków. Dodatkowo byli stygmatyzowani piętnem banderowców. W prasie tego okresu podsycano propagandę antyukraińską.

Łemkowie zostali przesiedleni na geograficznie obce im, góralom, równiny. Po drodze musieli przejść przez punkt etapowy w Oświęcimiu, na którym aresztowano co światlejszych chłopów, inteligencję i odsyłano do Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie - byłej filii niemieckiego Obozu Koncentracyjnego Auschwitz Birkenau, który wprawdzie nie posiadał już komór gazowych, ale był miejscem długotrwałego pozbawienia wolności bez wyroku, przesłuchań,bicia, tortur i nieludzkiej, wyniszczającej pracy. W 1947 roku więziono tam łącznie około 2000 osób, z czego blisko 200 zmarło, i nie byli to żołnierze UPA, którzy sądzeni byli w wojskowych sądach doraźnych. Więźniom Jaworzna na długo pozostała trauma głodu, upokorzeń fizycznych, psychicznych i strach przed mówieniem o tym, co przeszli w czasie swego tam pobytu.

Akcję „Wisła” w wymiarze wojskowym można wytłumaczyć, ale w aspekcie cywilnym nie znajduje żadnego uzasadnienia. W UPA walczyło 2000-2500 ludzi, wysiedleniu uległo ponad 150 tysięcy Ukraińców, w tej około 35 tysięcy Łemków, zniszczono kilkadziesiąt wsi. W tym samym czasie na Podhalu działała partyzantka AK Józefa Kurasia, ps. „Ogień”, która miała znacznie większe poparcie górali, niż oddziały UPA wśród Łemków, ale zwalczając te oddziały, nikt nie wysiedlał miejscowej ludności polskiej. Prawdziwym celem akcji „Wisła” było pozbycie się zwartej (niepolskiej) grupy etnicznej, co było ogólną praktyką budowania państw jednonarodowych, jako jednego z fundamentów ideologii komunistycznej.

Ksiądz Ernest, razem ze starościną Agnieszką Olender, gospodarzem kompleksu muzealnego, którego częścią jest zamek i basteja, podziękowali gościom za przybycie. Ksiądz chce zachować pamięć o tradycji Łemkowszczyzny, zachęca do przysyłania wspomnień. Pan Starzyński – historia bolesna jest częścią Tej ziemi... Nowych jej mieszkańców, którzy, przeważnie niedobrowolnie, przybyli tu na mocy postanowień konferencji powojennych w Teheranie, Jałcie, Poczdamie. Umowy powojennych mocarstw – USA, Wielkiej Brytanii, Rosji i Francji, porządkujących na nowo nasz świat, który na następne dziesięciolecia podzielili na strefy wpływów. Nastąpiły zmiany demograficzne w całej Europie, wędrówki narodów do wyznaczonych im nowych, przykazanych im na mocy traktatów, małych ojczyzn; Polska utraciła tzw. kresy wschodnie, które stały się częścią radzieckich republik; ukraińskiej, białoruskiej i litewskiej, zrzekła się ich na rzecz ziem zachodnich, należących przed wojną do Niemiec. Nowa powojenna Polska w zamyśle miała stać się możliwie - jednonarodowa...

We wrześniu 1944 r. między Polską a ZSRR zawarto umowy o wzajemnej wymianie ludności; ludność etnicznie polska z terenów na wschód od tzw. linii Curzona miała być repatriowana na zachód, ludność ukraińska – na wschód. Do połowy1945 r. akcja wysiedleńcza miała charakter dobrowolny, zachęcano do wyjazdu np. obiecując lepsze warunki materialne. Z tego powodu na wyjazd do ZSRR skusili się między innymi mieszkańcy kilkunastu wsi z Przełęczy Dukielskiej, które zostały bardzo zniszczone przez działania wojenne. Większość Ukraińców jednak pozostała w Polsce. Od jesieni 1945 roku akcja przesiedleńcza do ZRRR przybrała przymusowy charakter. Do jej przeprowadzenia skierowano oddziały wojskowe Grupy Operacyjne „Rzeszów”. Dochodziło do brutalnych pacyfikacji. W zachodniej Łemkowszczyźnie stosowano przymus administracyjny, wykorzystując między innymi zapisy o zamieszkiwaniu w strefie nadgranicznej. Ostatecznie do końca 1946 r. do ZSRR wyjechało około 480 tys. Ukraińców, znaczna część do obwodów Donieckiego i Ługańskiego. Jest symptomatyczne, że kiedy w 2014 roku w Donbasie wybuchła wojna między Rosją a Ukrainą, granica działań wojennych przebiegała między innymi przez wioski łemkowskie. Zamieszkujący tam Łemkowie dopiero kilka lat wcześniej zaczęli eksponować swoją etniczność, organizując między innymi „Łemkowskie Watry”.

Szacuje się, że po zakończeniu akcji przesiedleńczej do ZSRR, w Polsce pozostało około 160-180 tysięcy Ukraińców, w tym około 40 tysięcy Łemków. W osadach dawniej zamieszkałych przez zwartą społeczność łemkowską, zmieniła się struktura demograficzna, wioski zasiedlano góralami z Podhala, zwykle ludnością uboższą. W 1947 roku władze polskie podjęły decyzję o przeprowadzeniu operacji cywilno-wojskowej pod kryptonimem akcja „Wisła”. Dobrym pretekstem do czystek etnicznych była śmierć w-ce ministra Obrony Narodowej gen. Karola Świerczewskiego, którego wizyta w Bieszczadach była częścią przygotowywanej akcji przesiedleńczej. W ramach odpowiedzialności zbiorowej rozpoczęto przymusowe wywózki Ukraińców. Celem operacji oficjalnie było zlikwidowanie podziemia UPA, w rzeczywistości całkowite wysiedlenie mniejszości ukraińskiej.

Zasadniczym celem przesiedleń w ramach akcji „Wisła” była asymilacja ludności ukraińskiej (łemkowskiej) w środowisku polskim Ziem Zachodnich. Wysiedlenia niejednokrotnie przybierały charakter pacyfikacji. Kompania wojska polskiego otaczała wieś, rozstawiono karabiny wokół domów, w ciągu kilku godzin ludzie musieli spakować dobytek na furmanki, sformować kolumny marszowe i udać się do punktów zbornych w pobliżu stacji kolejowych, gdzie koczowali nawet po kilka dni. Następnie ludzi i inwentarz pakowano do bydlęcych wagonów, niejednokrotnie razem. Zdarzało się, że w takich wagonach jechało nawet po kilkadziesiąt osób i zwierzęta. Znaczna część przesiedleńców podróżowała w lorach, czyli niekrytych wagonach. Podróż trwała zwykle od kilku do kilkunastu dni. Wiele osób po drodze chorowało, kilkadziesiąt zmarło w trakcie podróży. Transporty konwojowało wojsko, które niejednokrotnie znęcało się nad przesiedlaną ludnością. Zdarzało się, że po drodze przesiedleńcy tracili swój majątek, który był rozkradany prze grupy rabusiów.

Ludność ukraińska/łemkowska przyjechała na ziemie odebrane Niemcom, tzw. Ziemie Odzyskane – Dolny Śląsk, Ziemię Lubuską, Pomorze Zachodnie. Warmię i Mazury. Osadnictwo na nowym miejscu regulowały stosowne zarządzenia i instrukcje. Rodziny z akcji „Wisła” osiedlano z dala od ośrodków miejskich, w wioskach „wybitnie” polskich, po jednej, maksymalnie po kilka rodzin. Przesiedleńców poddano inwigilacji. Pozbawiono ich prawa do zmiany miejsca zamieszkania, przemieszczania się, zakładania własnych stowarzyszeń, szkół, instytucji kultury. Celem tych ograniczeń była asymilacja.

Na ziemiach zachodnich na długie lata uczestnictwo w kulcie, szczególnie greckokatolickim, było zabronione lub bardzo ograniczone. Zmiany przyniosła dopiero śmierć Stalina i związana z nią „odwilż”. Ukraińskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne powstało w 1956 roku, wtedy też przystąpiono do tworzenia w Polsce ukraińskiego szkolnictwa. Organizacje łemkowskie mogły powstać dopiero po transformacji ustrojowej w 1989 r.

Łemkowszczyzna to górska kraina wciskająca się głębokim klinem między polskie i słowackie terytorium etniczne. Wierzchołek tego klina znajdował się nad Popradem, w pobliżu Piwnicznej. Jego podstawę, według badaczy XIX wiecznych, wyznaczał San. Sama nazwa krainy pojawiła się pod koniec XIX wieku, nieco starsze nazwy: Łemko, Łemkini, Łemkowie, stosowano na określenie mieszkańców tej części pogranicza polsko-słowackiego. Jedna z hipotez dotyczących pochodzenia tej grupy karpackich Rusinów, mówi o prasłowiańskim pochodzeniu Łemków, będących bezpośrednimi potomkami plemienia Białych Chorwatów, według innej – grupa łemkowska powstała w wyniku nałożenia się na wcześniejsze osadnictwo polskie, istniejące w dolinach rzek już od XII wieku, wołosko-ruskich grup osadniczych.

Łemkowie, którzy sami siebie nazywali Rusnakami, to jedna z czterech uznanych prawnie mniejszości etnicznych w Polsce, obok Romów (Cyganów), Tatarów i Karaimów. Należy jednak zaznaczyć, że cześć Łemków uważa się za Ukraińców, a precyzując – grupę etniczną tego narodu. Różnie postrzegany jest także status mowy Łemków. Jedni uważają ją za dialekt języka ukraińskiego, inni za oddzielny język. Na początku lat 90. XX wieku opracowana i wydana została pierwsza „Gramatyka języka łemkowskiego” autorstwa Mirosławy Chomiak. W tym samym czasie ukazał się „Słownik łemkowsko-polski i polsko-łemkowski” autorstwa Jarosława Horoszczaka. Wydano szereg podręczników do nauki języka łemkowskiego, na różnych poziomach kształcenia. Stowarzyszenie Łemkowski Zespół Pieśni i Tańca „Kyczera” wydało „Poradnik dla nauczycieli języka łemkowskiego” (autor: Mirosława Chomiak). Ostatnio ukazały się książki pomocnicze do nauki tego języka: „Wilk syty i owca cała. Frazeologia języka łemkowskiego” oraz „Słownictwo i słowotwórstwo języka łemkowskiego”. Język łemkowski uczony jest jako przedmiot dodatkowy w kilkunastu szkołach i międzyszkolnych punktach nauczania. Od kilku lat uczniowie mogą zdawać maturę z języka łemkowskiego, co też czynią.

Łemkowie tworzyli dzieła literackie już od II połowy XIX wieku. Pisali głównie prozą, ale nie brakuje wśród nich także poetów i dramatopisarzy. Najwybitniejszym łemkowskim pisarzem był Iwan Rusenko. Autorami tomików poezji łemkowskiej są także współcześni twórcy: Paweł Stefanowski (zmarł w ubiegłym roku), Piotr Trochanowski ps. „Murianka”, Władysław Graban, Stefania Trochanowska, Olena Duć - Fajfer i wielu innych. Już przed pierwsza wojną światową Łemkowie wydawali swoją gazetę „Łemko”. Szczególnie dynamiczny rozwój język łemkowski przechodził w latach 30. XX wieku, gdy wydawano gazetę „Lemko” i Kalendarz „Łemko”. Język łemkowski uczony był w szkołach na Łemkowszczyźnie.

Proces rozwoju języka łemkowskiego zahamowały powojenne wysiedlenia. Ale odżył on w latach 80. XX wieku, gdy ukazały się pierwsze tomiki poezji łemkowskiej. Na początku lat 90. XX w. w Polsce doszło do kodyfikacji języka łemkowskiego, zaczęto uczyć go także jako przedmiot dodatkowy w niektórych szkołach i międzyszkolnych punktach nauczania. Na temat literatury łemkowskiej obszerną, kilkuset stronicową monografię napisała Helena Duć - Frajfer „Literatura łemkowska w II połowie XIX - I połowie XX wieku”.

Miło było na szacownym naszym dziedzińcu zamkowym oglądać tańczącą i śpiewającą młodzież, słuchać Łemkowskiego Zespół Pieśni i Tańca „Kyczera”, młode, czwarte już pokolenie Łemków, w ich pełnej krasie, w radości z odnalezienia swoich korzeni, o co dba pan Starzyński. „Kyczera” to dość popularna na Łemkowszczyźnie nazwa własna góry. Było ich co najmniej kilka, między innymi nad wsią Brunary. Występowała też nazwa „Kyczerka” na określenie nieco niższego wzgórza. „Kyczera” pojawia się w piosenkach łemkowskich i łemkowskiej poezji. Pod Kyczerą umawiano się na pasienie krów, czasem na palenie świętojańskich ognisk, ale także na spotkania towarzyskie młodzieży. Współczesna „Kyczera” to także stowarzyszenie: wystawy i konferencje naukowe, wydawnictwa książkowe, izba etnograficzna, archiwum i biblioteka łemkowska. Młodzież z Zespołu „Kyczera” prezentowała kulturę łemkowską, ale także Polskę, na największych festiwalach w świecie, między innymi w Chinach, Peru, Indiach, Indonezji, Meksyku, Izraelu a nawet w ogarniętym wojną Iraku. Od ponad dwudziestu lat organizuje także jeden z największych międzynarodowych festiwali folklorystycznych w Polsce, na który początkowo zapraszała zespoły mniejszości narodowych i etnicznych z Europy, a obecnie gości na nim grupy folklorystyczne z najodleglejszych zakątków świata, choćby takich jak Wallis i Futuna, Sierra Leone czy Portoryko. Za swoją działalność Zespół „Kyczera” został uhonorowany między innymi prestiżową Nagrodą im. Oskara Kolberga, Nagrodą Pro Publico Bono oraz Dolnośląskim Kluczem Sukcesu.

Podobny cel, oprócz pracy duszpasterskiej, do działalności społecznej pana Starzyńskiego, ma też ks. proboszcz Ernest Sekulski. Zachować dziedzictwo i tożsamość etniczną – przed zapomnieniem... Bo to część historii. Trzeba ją spisać i udostępniać. Na stronie Parafii tworzona jest mapa wsi, z których wysiedlono naszych okolicznych Łemków, klikając w linki mogą siebie, swoje korzenie, odnaleźć... Ksiądz Ernest zachęca do spisywania wspomnień, drzew genealogicznych rodzin łemkowskich... To ambitne zadanie, bardzo ważne dla historii lokalnej naszej ziemi. Nasi lokalni Łemkowie zostali przesiedleni ze wsi – Brunary, Polany, Czertyżne, Wojkowa...

Iwona Wróblak

czerwiec 2022
















czwartek, 7 marca 2019


Łemkowie - pszczewska karta

            Łemkowie. Fragment lokalnych dziejów – wpisujących się w najnowszą historię Polski, niekoniecznie tę chlubną. Dzisiaj (zawsze) każdą historię, wszystkie opowieści, zwłaszcza te z pierwszej ręki – trzeba znać. To jest miarą naszego patriotyzmu…
EtnoPolska. Program z Narodowego Centrum Kultury. Piękno i bogactwo naszych społeczności lokalnych zawdzięczamy szeroko rozumianej różnorodności kulturowej. Często niestety jest tak, że nie zdajemy sobie sprawy z rozmaitości tradycji, które stworzyły naszą obecną tożsamość.
Łemkowie. Grupa górali karpackich, ludzie którzy w 1947 r. w wyniku Akcji „Wisła” zostali przymusowo przesiedleni z południowo – wschodniej Polski na ziemie zachodnie. Jeszcze dzisiaj bardzo niechętnie mówią o swym wygnaniu z rodzinnej ziemi. Wywózki o znamionach czystek etnicznych, jakich wtedy dokonano, podobno po to, by oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii można było łatwiej zlikwidować (?), pozostawiły na pokolenia dotkliwie bolesny ślad w ich świadomości zbiorowej. Minęło 71 lat, to trzy pokolenia ludzi oderwanych od swych korzeni. Zmuszeni zostali siłą do życia diasporalnego. Nie następował przekaz swojej kultury. Ich potomkowie zmagają się ze stygmatem dwukulturowości, zagrożeni wynarodowieniem.
Tylko pieśni śpiewane przez najstarszych ludzi przypominały im o własnej tożsamości. Kolęda zanucona przez Annę Wiśniewską na niedawnym wigilijnym spotkaniu Klubu Przyjaciół Pszczewa, obok innych kolęd – polskich, niemieckich, francuskich. Kolęda łemkowska, a wraz z nią, ze śpiewnym muzycznym przekazem w ojczystym języku, którego frazy wykwitały z mroków wyparcia i zapomnienia, wysypały się opowieści, jak (początek) oczyszczenia wzajemnych polsko-łemkowskich relacji, bo rana boli nadal…
Z lat dziecięcych idylliczne wspominki, o pięknie przyrody góralskiej, zapachu maminych potraw… I o krzywdzie, jaka spotkała tych ludzi ze strony mężczyzn w mundurach, którzy kazali mamie i tacie, wujkom i ciociom, w ciągu dwóch godzin się spakować i jechać w nieznany im kraj na ziemie tzw. zachodnie. Rzucić rodzinną ziemię, gdzie mieszkali od pokoleń, cerkwię, zboże na polach zasiane, którego nie dane im będzie zebrać… I to - dlaczego? Z jakiego powodu - panowie polscy milicjanci, polscy wojskowi, przez których przez pierwsze lata po przyjeździe skazani zostali na nędzę, upokorzenia, niektórzy na Jaworzno – obóz koncentracyjny dla niepokornych podobno Ukraińców, na tortury i ponad setkę zabitych tam ludzi?
Pytanie rzucone przez Ewę Walkowską dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury – ile łemkowszczyzny uda się dzisiaj (po 71 latach od Akcji „Wisła”) znaleźć w Pszczewie?
Na stoliku w Bibliotece Publicznej w Międzyrzeczu stos broszurek pt. „Łemkowie pszczewska opowieść”. To drugie lokalne spotkanie z kulturą łemkowską, pierwsze odbyło się 19.10. 2018 r. W bibliotecznej Czytelni w Międzyrzeczu spotkanie z siedmiorgiem ludzi: Ewelina Matusiak – Wyderka, tkająca z koralików na krosenku krywulkę – oryginalną biżuterię łemkowską. Są nią przystrojone, jak również pięknymi kolorowymi chustami, Anna Wiśniewska – Łemkini, pszczewianka, Ewa Walkowska (dyr. GOKw Pszczewie), historyk Karolina Korenda – Gojdź (autorka broszurki). Jest historyk Mirosław Piecuch (kierownik Zagrody Młyńskiej w Bogdańcu – filii Muzeum Lubuskiego im. Jana Dekerta w Gorzowie Wlkp.), ks. Artur Graban (proboszcz parafii prawosławnej p.w. Zaśnięcia Przenajświętszej Bogurodzicy w Ługach i parafii p.w. św. Michała Archanioła w Brzozie) – wskrzesiciel współczesnej kultury łemkowskiej, inspirator idei tłumaczenia literatury powszechnej na język łemkowski, zachęcający łemkowską młodzież do śpiewania i grania w zespołach muzycznych, nie tylko ludowych, także np. rockowych, i Stefan Furtak, międzyrzeczanin łączący w tradycji swojej rodziny nurty rzymskokatolickie i greckokatolickie, od lat piszący o zwyczajach i świętach łemkowskich do lokalnej prasy. Jego rodzina przez lata wspierała parafię greckokatolicką.
W miłej swobodnej atmosferze opowieści niemalże rodzinnych – bo naszych krajowych, małoojczyźnianych, lokalnych – słuchamy gawędy z ciekawością… To dla wielu nieznane karty polskiej wieloetnicznej multireligijnej historii. Składają się na nią, na tę Historię – również – łemkowskie pamiątki rodzinne pani Anny Wiśniewskiej, relikwie, jak o nich mówi: stary portret ojca w mundurze, drewniane kuchenne łyżki, serdak wyszywany koralikami, chusty… Okruchy wspomnień, dzisiaj pieczołowicie zbierane…
W 1947 roku w ich wsi Banicy powiedzieli im ludzie z karabinami: „jedźcie na zachód, tam wszystko będzie”… Nie było. Były mocno zdewastowane przez szabrowników domy, w których musieli w ciasnocie, przez najbliższe lata, mieszkać. Dostali nadziały kiepskiej ziemi, bo tylko takie dla nich zostały. Wszystko (co dobre) wraz z przyjazdem do kolonii Żółwin się skończyło. Przez długie lata nie wiedziała, że powinna nazywać siebie Łemką… Zresztą oboje z przyszłym mężem, pochodzącym z niemieckiej rodziny, byli wtedy wykluczeni ze społeczeństwa
Łemkowyna znajduje się w południowo-wschodniej Polsce w Beskidzie Niskim, Sądeckim i Bieszczadach, obejmując części powiatów nowotarskiego, nowosądeckiego, gorlickiego, jasielskiego, krośnieńskiego, sanockiego i leskiego. Tereny Łemkowszczyzny były zasiedlane od początków XIV wieku (kolonizacja wołosko-ruska). Łemkowie od północy sąsiadowali z ludnością polską, od wschodu z ukraińskimi Bojkami i Dolinianami, od południa ze Słowakami. Ważnym spoiwem społeczności łemkowskiej była i jest więź wyznaniowa, i język. W większości Łemkowie są grekokatolikami lub prawosławnymi. Mowa Łemków przynależy do obszaru języka ukraińskiego, jest jednym z trzech góralskich dialektów ukraińskich.
W wyniku Akcji „Wisła” na ziemie zachodnie wysiedlono ok. 150 tysięcy osób; 30-40 tys. z terenów Łemkowszczyzny, na Ukrainę – 478 tys. ludności, w tym 70-100 tys. Łemków.
Na punktach rozdzielczych transporty z ludźmi kierowano do powiatów Ziem Odzyskanych. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego przyjęło zasadę, by przesiedlona ludność nie przekroczyła 10% zastanej społeczności. Ograniczono możliwość poruszania się osadników do innych ościennych powiatów, nie wydawano zezwoleń na powrót do stron rodzinnych. Głównym celem deportacji było maksymalne rozproszenie wysiedlanej ludności. Do powiatu Skwierzyna trafiło 677 wysiedleńców, do powiatu Gorzów – 709, Międzyrzecz - 820, Sulęcin – 974, Świebodzin – 1156, Strzelce Krajeńskie – 1742 osoby. W gminie Pszczew zamieszkali ludzie wysiedleni ze wsi Banica, Czertyżne, Łosie, Dobra Szlachecka. Wystawione na spotkaniu w Bibliotece Tablice z kierunkami przesiedleń Łemków opracował Mirosław Piecuch.
Zakaz powrotu na ziemie ojczyste został Łemkom po 10. latach cofnięty. Niewielu z nich powróciło do swoich wsi, wiele z osad dzisiaj porasta trawa. Silne rozproszenie utrudniało organizację życia społeczno – kulturalnego. Lepsza sytuacja była w powiecie strzelecko- drezdeneckim, diaspora była tam najliczniejsza. Z czasem powstało Ukraińskie Towarzystwo Społeczno – Kulturalne. W 1992 r. założono Stowarzyszenie Miłośników Kultury Łemkowskiej, którego pierwszym prezesem został Marian Jacenik z Dobiegniewa. Kierował chórem w Ługach i opiekował się zespołem grającym muzykę łemkowską. Następca Jacenika Bogusław Siwiec był jednym z inicjatorów i organizatorów znanej Łemkowskiej Warty w Ługach.
Ks. Artur Graban kontynuował ideę Warty, dzięki jego staraniom Stowarzyszenie otrzymało od burmistrza Strzelec Krajeńskich nieczynną wieżę ciśnień, którą nazwano Lemko Tower. Odbywają się tam spotkania, wystawy, próby młodzieżowych zespołów muzycznych. W okolicy ma miejsce nauczanie języka łemkowskiego i religii prawosławnej, literatury, historii i tradycji narodu łemkowskiego, tak aby Łemkowyna była dla najmłodszego pokolenia nie tylko – jak mówi ksiądz - mityczną krainą, dla osób starszych bolesnych wspomnieniem, ale stała się okazją do poszukiwania własnej tożsamości. Kraj przodków jest odwiedzany na organizowanych wycieczkach autokarowych w Bieszczady i Beskid Niski i w inne regiony. Także nawiązany został kontakt ze współczesną kulturą ojczystą, architekturą, z literatami, ludźmi sztuki, z żywym językiem łemkowskim – rozmawiają w nim, przygotowują sztuki teatralne. Są prowadzone warsztaty kulinarne – kuchnia to też kultura…
 Kreatywne uczestnictwo w kulturze. Wielka przygoda młodych ludzi… Znany w artystycznym światku Nikifor Krynicki czy Andy Warhol byli Łemkami, o czym nie wszyscy wiedzą. Organizowane są wieczory poezji i pieśni łemkowskiej, miał miejsce projekt muzycznych spotkań trzech kultur: polskiej, ukraińskiej i łemkowskiej, którego celem było szukanie słowiańskiego ducha w różnorodności form wyrazu. Stowarzyszenie wydało 17 książek przekładów na język łemkowski, 14 płyt muzycznych. Aktualnie działają zespoły: „Łemko Tower”, „Jarro”, Chór przy parafii prawosławnej p.w. św. Michała Archanioła w Brzozie. W zeszłym roku uroczyście obchodzono 60. Lecie Parafii Greckokatolickiej w Międzyrzeczu...
Jest jeszcze wiele nieopowiedzianych historii rodzinnych, osobistych. Bycie innym było kiedyś trudniejsze… Dlatego ciekawsze jest, jak mówi Karolina Korenda – Gojdź, to czego nie chcemy powiedzieć, i dlaczego – nie chcemy mówić o danej sprawie, a do naszych relacji wkrada się błąd czy pomieszanie… O odkrywamy prawdziwą(e) historię, w jej wielu płaszczyznach… I odsłonach tak wielu, dodam, ilu jest ludzi. I okoliczności, w jakich przyszło im żyć.
Milczenie wynika z inności kulturowej. Braku otwartości z drugiej strony, życzliwej tolerancji - empatii. Po hekatombie II wojny światowej utraciliśmy nasz obyczajowy wielowiekowy ryt środkowoeuropejskiej wieloetniczności… z sąsiadującym z nami żywiołem innym niż polski, innymi zwyczajami, które przez wieki tak bardzo wzbogacały naszą wspólną regionalną kulturę. Pszczewska historia jest specyficzna, tak jak wiele ościennych gmin pogranicznych. Piękno w różnorodności, przez dziesięciolecia ukryte, temat niemalże tabu, dzisiaj, m.in. dzięki działalności ks. Artura Grabana, i innych działaczy społecznych, we współczesnej Europie, dzięki np. projektom EtnoPolska, znowu nabiera blasku i koloru.
Mnoha ja lita – nasze Sto lat, albo więcej, w wolnym tłumaczeniu bardzo dużo lat -naszego wspólnego sąsiedztwa. Pysznego mastyły (budyń na mące owsianej), hałuszki (pyzy ze skwarkami), czy słynnej łemkowskiej świątecznej keselicy. Kuchnia zawsze łączyła narody. Odnośne przepisy są dostępne we wspomnianej książeczce „Łemkowie Pszczewska opowieść”.

Iwona Wróblak















środa, 17 stycznia 2018

Łemkowie – nasi sąsiedzi międzyrzeczanie…


            Przyjechali z różnych stron naszego województwa, z wielu miast i wsi Gminy, do sali starościńskiej Muzeum międzyrzeckiego. Przyjechali na wykład dr Bohdana Halczaka – wykład o Nich, o ich (najnowszej) historii – i po to myślę – żeby się spotkać, bowiem jest  okazja ku temu wyśmienita. Też pewnie z ciekawości (ile jest oficjalnie wiadomo o ich historii…) Dr Halczak jest jednym z nich, także jego rodzina przyjechała tu – niedobrowolnie – w ramach tzw. Akcji „Wisła”. Akcji przymusowych wysiedleń ludności z terenów Bieszczad.  
            W 1947 r. przyjechali w bydlęcych wagonach, w asyście Wojska Polskiego. Witani byli niechętnie, posądzani o sympatię dla UPA – przez ówczesne władze Międzyrzecza, i podejrzliwie przez ludność – wieści o morderczych wobec Polaków działań Ukraińskiej Powstańczej Armii zrobiły swoje – i nieważne było, że wśród nich, rolników, większość stanowiły kobiety, dzieci i starcy, że pochodzili nie z tych rejonów, gdzie trwały walki, w końcu że sami często padali ofiarami walk, że historia rzuciła ich po prostu w oko cyklonu bratobójczej wojny. Polacy w Międzyrzeczu i okolicach po wojnie jeszcze długo mówili, że – z takimi sąsiadami - będą teraz spać… z przysłowiowym nożem pod poduszką…
            Trudne warunki bytowe mieli nasi Łemkowie u nas przez szereg lat. Aż do lat 70. nie mieli na własność budynków, co utrudniało normalne życie, a ziemię rolną - użytkowali. Imali się prac najemnych, część z nich wyjechała, do miast, na ziemie przodków, do Kanady. Długo byli pod lupą służb specjalnych, pisano o nich meldunki, bardziej aktywnych poddawano represjom, też torturom. Część Polaków nie rozumiała na przykład, dlaczego oni, Łemkowie, czy Bojkowie, chcieliby mieć posługę religijną w greckokatolickim obrządku, a nie w „naszym” – rzymskokatolickim…  Trzeba było przełamać też opór duchowieństwa. Uzyskali zezwolenie w 1958 r., powstała parafia Kościoła Grekokatolickiego. W tym roku parafia greckokatolicka obchodzi 60.lecie swego powstania. Cerkiew Świętych Cyryla i Metodego w Międzyrzeczu mieści się w dawnym kościele staroluterańskim z XIX w. przy ulicy ks. Piotra Ściegiennego 4.
Przetrwali te czasy – tak nakazywał rozsądek i realia polityczno- społeczne. Jednak działali wśród nich ludzie, społecznicy, którzy od początku pracowali nad zachowaniem przez społeczność własnej tradycji, kultury, tożsamości etnicznej – co przynosi, jak mówią mi obecne na potkaniu panie Łemkinie – dzisiaj owoce... Jest nimi na przykład coroczna, od kilkudziesięciu lat „Watra”, i inne cykliczne imprezy łemkowskie, spotkania z kulturą łemkowską, otwarte dla wszystkich, którzy chcą ja poznać.  Już w 1956 r. powstało Ukraińskie Towarzystwo Społeczno – Kulturalne (UTSK). Ważną postacią był działacz społeczny Michał Kowalski. Domagano się umożliwienia powrotów na ziemie uprzednio zamieszkiwane. Lata 90. ubiegłego wieku to masowa emigracja zarobkowa, unifikacja i widmo niebezpieczeństwa wynarodowienia i asymilacji. Dr Halczak przywiózł na spotkanie grubą książkę swego autorstwa, monografię o Łemkach, Bojkach i Rusinach – mam nadzieję, że będzie dostępna w bibliotekach, to kluczowa pozycja dla zrozumienia naszej lokalnej międzyrzeckiej kultury – jej bogactwa, różnorodności, i historii.
            Ponad 12.000 osób o przynależności ukraińskiej, łemkowskiej, po wojnie w rozproszeniu rozlokowano w różnych miastach i wsiach naszego regionu – celowo, by utrudnić im organizowanie się. W powiecie międzyrzeckim około 800 osób. Stanowiło to kilka procent całej populacji przybyłej ludności, z których prawie sto procent - skądś tu przyjechało… Od początku Łemkowie podlegali drastycznym ograniczeniom meldunkowym, które zelżały dopiero po odwilży w 1956 r. Dr Halczak cytował oryginalne donosy jednego z urzędników międzyrzeckich, z charakterystycznym dla czasów podejrzliwym stosunkiem do tej grupy imigrantów – imigrantów w ramach tego samego kraju… Karpaty, Łemkowszczyzna północna, Zakarpacie były częścią naszej Polski…
            Dzisiaj – mam nadzieję – wiedza o Łemkach jest obszerniejsza, i … odpolityczniona (?). Nad uprzedzeniami narodowymi góruje zwykła ludzka ciekawość. Niektórzy z nich przyszli na spotkanie w barwnych soroczkach, wyszywanych koszulach ukraińskich. Pośpiewaliśmy, kto umiał, kolędy ukraińskie – ton nadawał chórek kobiet z parafii grekokatolickiej, której proboszczem jest ks. Ernest Sekulski, zauważyłam, że zespół składał się z trzech pokoleń... Wierszyk po łemkowsku powiedział też Oskar - kilkuletni synek księdza Ernesta, a Lenka Soroka również zaśpiewała w swoim ojczystym języku – z akompaniamentem taty na akordeonie – kolędę łemkowską. Wsłuchiwaliśmy się w specyficzny łemkowski akcent, nieco różny od ukraińskiego. Spontanicznie z widowni wtórował kobietom jeden z naszych radnych – bardzo uzdolniony wokalnie… Widziałam jego oczami te zielone wzgórza wsi łemkowskich, ich bujną okolicę, z której musieli kiedyś wyjechać.  
            Dzisiejsza wieś Kwiecie, to, jak się dowiedzieliśmy, osada nazywana powszechnie kiedyś po łemkowsku Berezą – Wysoką Brzozą, poniemiecki folwark, który zasiedlili Łemkowie. Barwne opowieści o dawnych, sprzed przesiedlenia, czasach przekazywali starsi ludzie, by pamięć i tożsamość społeczności nie zaginęła.
Łemkowie, jedna z grup góralskich północnych Karpatów, powstali przez przemieszanie się osiedlającej się na dzisiejszej Łemkowszczyźnie ludności zachodniosłowiańskiej (polskiej i słowackiej), wschodniosłowiańskiej (ruskiej) oraz tzw. wołoskiej. Łemkowie zamieszkiwali obszary Karpat Zachodnich między Popradem a Osławą na północy oraz Osturnią a Laborcem na południu. Nazwa „Łemko” pojawiła się na początku XIX w. i wywodzi się od powszechnie używanego przez Łemków słowa „łem” (tylko, lecz). Łemkowie – według definicji - są ludem wschodniosłowiańskim, jak czytam w źródłach - grupą etnograficzną w takim znaczeniu, że zamieszkiwała określone terytorium i wyróżniała się zespołem właściwych sobie cech kulturowych, a także posiadała zarówno poczucie łączności ze sobą, jak i poczucie odrębności od sąsiadów. Łemkowie pozostają grupą o wyrazistej świadomości swej jedności i odrębności, własnym języku, stereotypach kultury i świadomości zbiorowej.

28. kwietnia 1947 r. Grupa Operacyjna „Wisła” rozpoczęła wysiedlanie ludności ukraińskiej z południowo-wschodniej Polski. Operacją dowodził gen. Stefan Mossor. Działania prowadzone były w sposób brutalny i bezwzględny. W ciągu trzech miesięcy na Ziemie Zachodnie i Północne przymusowo przesiedlono ponad 140 tys. Ukraińców. Zastrzelenie 28. marca 1947 r. wiceministra obrony narodowej gen. Karola Świerczewskiego w zasadzce zorganizowanej przez UPA dało doskonały pretekst dla uzasadnienia wysiedleń Ukraińców i zastosowania wobec nich zbiorowej odpowiedzialności. Powołana GO „Wisła” miała „rozwiązać ostatecznie problem ukraiński w Polsce”. Powierzono jej zadanie całkowitej likwidacji oddziałów UPA, przeprowadzenie „ewakuacji z południowego i wschodniego pasa przygranicznego wszystkich osób narodowości ukraińskiej na ziemie północno-zachodnie, osiedlając je tam w możliwie najrzadszym rozproszeniu”. Ewakuacja miała dotyczyć „wszystkich odcieni narodowości ukraińskiej z Łemkami włącznie”, obejmować  miała także mieszane rodziny polsko-ukraińskie.

Iwona Wróblak
styczeń 2018











            

środa, 24 maja 2017

Pani Joanna opowiada

            Długo namawiałam panią Joannę na te wspomnienia. Mówiła – minęło ponad 50 lat, to bolesne dzieje. Pokazała mi zrobione niedawno zdjęcie. W miejscu, gdzie stały kiedyś domy i cerkiew jest dzisiaj zarośnięty ugór z zatkniętym w miejscu, na pamiątkę, krzyżem grekokatolickim. Mówię, pani Joanno, jest pani winna ludziom wiedzę o tamtych czasach, tamtych zdarzeniach, wiedzę o historii najnowszej ich ojczystego kraju. Ludzie powinni znać życiorysy swoich sąsiadów, żeby rozumieć - więcej, szczególnie ci młodzi.
Pani Joanna opowiada:
            Urodziłam się w 1929 r. w niewielkiej malowniczo położonej wiosce w powiecie gorlickim w Beskidzie Niskim. Dane mi było tam spędzić 18 lat, najpiękniejszych, mego życia. Tyle czasu minęło, a ja wciąż to widzę, obrazy, miejsca, ludzi, których dawno już nie ma. Życie w mojej wiosce wyznaczała praca na roli i w lesie, wśród ukochanych gór. Żyliśmy spokojnie i bardzo zgodnie, pomagaliśmy sobie wzajemnie. Mieliśmy swoją szkołę i cerkiew, a także ukochaną kapliczkę przy wejściu do wsi. W tej kapliczce, wracając z lasu z kosze pełnym grzybów czy malin, zawsze się modliłam. Żyliśmy skromnie, ale byliśmy u siebie. To był luksus, teraz o tym wiem...
            Okres okupacji przeżyliśmy tracąc swoich bliskich, zabierano ich na przymusowe roboty do Rzeszy. Musieliśmy też odstawiać obowiązkowe kontyngenty. Ledwie ucichły głosy armat i wróciła do domów część naszych chłopców, siłą wcielonych do Armii Czerwonej, nastał straszny rok 1947. Pamiętam, coś ciężkiego wisiało wtedy w powietrzu, ptaki już nie śpiewały tak pięknie, a nocami wyły psy. Starzy ludzie przepowiadali nową wojnę. Ktoś przyniósł wiadomość, że gdzieś na wschodzie wysiedlają ludzi. Nikt nie przypuszczał, że nas również to spotka. Dochodziły wieści, że wysiedlają Łemkowszczyznę. Nie wierzyliśmy, do dnia 9. czerwca 1947 r.
            Byliśmy spokojnymi ludźmi, nie mieszaliśmy się do polityki. Mieliśmy już zasadzone ziemniaki, obsialiśmy pola i czekały nas sianokosy. Tego dnia nie wymażę nigdy z pamięci. Tknięta jakimś przeczuciem, pobiegłam do cerkwi i płacząc, na kolanach modliłam się gorąco do Matki Boskiej, aby pomogła nam szczęśliwie przeżyć to, co nas czeka.
            W pogodny czerwcowy wieczór wkroczyło do wsi polskie wojsko. Usłyszeliśmy rozkaz: Macie pół godziny na spakowanie się. Nigdy nie zapomnę płaczu dzieci i starców, szczekania psów i ryku bydła, tego wstrząsu, szoku – nie znajduję słów, żeby to opisać. Jechaliśmy w nieznane, nie wiedzieliśmy, DLACZEGO, na jak długo – bo przecież nikomu nie przyszłoby do głowy, że to już na zawsze. Zostawialiśmy dorobek życia naszego i naszych ojców i dziadów. Bo cóż można spakować na jeden wóz w ciągu pół godziny – mając karabiny za plecami. Zabraliśmy więc ze sobą to, co było pod ręką: kilka domowych sprzętów, trochę jedzenia, krowy. Pod eskortą wojska ruszyliśmy do następnej wsi, w której spędziliśmy pod gołym niebem noc. Następnego dnia szliśmy do Gorlic, 40 km, spotykaliśmy po drodze grupy ludzi wysiedlonych z innych wsi. Wszyscy szli przygnębieni, wystraszeni i pytali: dokąd idziemy? Nie wiedział tego nikt. Na stacji w Gorlicach koczowaliśmy kilka dni pod gołym niebem, wśród tłumu ludzi, czekając na swoją kolej, by zapisać się do transportu i otrzymać swoją kartę przesiedleńczą. 12. czerwca wsiedliśmy do towarowych wagonów, wiedzieliśmy tylko, że jedziemy gdzieś na zachód. Pod eskortą wojska...
            Nie mogę sobie przypomnieć, co jedliśmy w tym czasie... Pamiętam, że kilka razy zatrzymywaliśmy się. Jeśli po drodze żołnierze zauważyli kopy siana, karmiliśmy nim bydło. Mięliśmy szczęście, w naszym transporcie żołnierze opiekowali się nami, traktowali nas jak ludzi. To nie było normą. Myślę, że zależało to od dowódcy transportu. Pamiętam, że na stacji w Oświęcimiu były masowe aresztowania i też z naszego transportu zabrano kilku mężczyzn na przesłuchania. I wtedy wstawił się za nimi dowódca naszej eskorty, powiedział, że tym transportem jadą spokojni, zwyczajni ludzie. Wiem, że w ten sposób uratował niewinnych ludzi przed obozem w Jaworznie. Niestety, inni z naszej wsi, którzy jechali innymi transportami, nie mieli tyle szczęścia. Moi przyjaciele i sąsiedzi spędzili po kilka miesięcy bez wyroku i sądu w tym obozie dlatego, że byli narodowości ukraińskiej. Ci, którzy przeżyli obóz, musieli podpisać oświadczenie, że to, co działo się w obozie, nigdy nie zostanie przez nich ujawnione. Wiem, że na każdym z nich pobyt w obozie odcisnął piętno na całe życie. To już nigdy nie będą ci sami ludzie. Niektórzy musieli w określonych terminach meldować się w Urzędzie Bezpieczeństwa i donosić na swoich. Jeśli nie mieli do przekazania informacji, z których UB byłby zadowolony, byli maltretowani psychicznie.
            Z Oświęcimia ruszyliśmy dalej. W nocy, budząc się w pociągu, bywałam przerażona. Stukot kół po szynach jeszcze dziś kojarzy mi się z naszą drogą w nieznane. Dotarliśmy w końcu do Poznania. Pamiętam, że dostaliśmy gorącą zupę, potem już żadna nie smakowała mi tak, jak tamta wtedy. Na stacji w Poznaniu na naszych wagonach umieszczono napis „Międzyrzecz”. Czytaliśmy go z zaciekawieniem, cóż za miejscowość, która ma zastąpić nam naszą ukochaną łemkowszczyznę? Międzyrzecz okazał się całkiem gościnnym miastem. Na dworcu czekali na nas urzędnicy. Do Wojciechówka (nazywał się wtedy Długi Folwark) zakwaterowano nas, około 20 rodzin, do trzech domów bez okien i drzwi. Pierwszy posiłek przygotowaliśmy rozpalając ognisko na podwórku. Ubecka propaganda zrobiła swoje: ludzie, którzy przed nami osiedlili się w Międzyrzeczu (bo przecież każdy tu skądś przyjechał), przygotowani na przyjazd banderowców, jak nam później opowiadali, w dniach po naszym przyjeździe nie kładli się spać „bez czegoś ciężkiego pod ręką”. Czuliśmy się jak ludzie gorszej kategorii, traktowano nas z pogardą, poniżano. W pobliskim lesie stacjonowała Milicja, obserwowała nas i to, co się u nas dzieje. Dopiero po jakimś czasie, gdy lasek opustoszał, a psy przestały ujadać, chyba doszli do wniosku, że jesteśmy zwykłymi, zastraszonymi ludźmi.
            Wszyscy szukaliśmy jakiegoś zajęcia, pracy, żeby zarobić na jedzenie. Większość z nas pracowała dorywczo u gospodarzy i w PGR. Z czasem dostaliśmy zapomogi z PUR w postaci żywności i drobnych sum pieniędzy. Żyliśmy z dnia na dzień z nadzieją, że przecież niedługo wrócimy do siebie na ukochaną ojcowiznę. Ta nadzieja pozwoliła nam przetrwać.
            Ale nikomu z nas nie udało się wrócić. Dopiero w 1957 r. pozwolono w kościele św. Wojciecha odprawić pierwszą mszę św. w rodzinnym obrządku. Pamiętam, że przyjechało na mszę mnóstwo ludzi, naszych ziomków, z różnych stron. Skądś się o tym dowiedzieli. Spotkanie z nimi było dla mnie ogromnym przeżyciem.
Lata mijały. Dzisiaj ludzie traktują mnie już normalnie, przez tyle lat zdążyliśmy się dobrze poznać i zaakceptować wzajemnie.
            Nigdy nie wstydziłam się swojego pochodzenia i wyznania, ale poczucie niższej wartości, z tamtych czasów, zostało mi wpojone na całe życie. Jako młoda dziewczyna pisałam pamiętnik z naszej podróży i początków życia w Międzyrzeczu. Pisałam go przez kilka lat, chowałam w sianie ze strachu przed odkryciem. No i tam... dopadły go myszy...(czego moja córka nie może mi wybaczyć do dnia dzisiejszego…).

opracowała Iwona Wróblak

czerwiec 2010

poniedziałek, 13 marca 2017

Żeby tu na WATRZE być

             Wojciech Derwich wybrał ten łemkowski festiwal, z tylu innych w Polsce, bo - jak mi mówi, od wielu lat przyjaźni się z międzyrzeckimi Łemkami. Wybierał się tam od 10 lat, ich opowiadania o Watrze traktował jak zaproszenie. – Ja uczestniczyłem w ich śpiewach, tańcach – mówi – jadłem z  nimi tradycyjne potrawy. Pojechał tam, by - pewnie tylko w części - zrozumieć ich tęsknotę do rodzinnych stron. W czasie podróży do Zdyni w powiecie gorlickim, oprócz niezaprzeczalnego piękna tamtejszych krajobrazów, patrzył na tereny byłej Łemkowszczyzny z ekonomicznego, gospodarskiego punktu widzenia. Jak zrealizować takie tęsknoty od strony praktycznej? W górach – jest pięknie – to prawda, ale na równinach żyje się łatwiej...
            O bolesnej dla wysiedleńców i kraju akcji „Wisła” w specjalnym liście odczytanym na Festiwalu mówił prezydent A. Kwaśniewski: „Łemkowie na  zawsze odcisnęli swój ślad w zielonych Karpatach, tutaj byli, są i będą. Deportacja w 1947 r. była niesprawiedliwością, uderzeniem tyleż bezwzględnym, co  ślepym. Dziś ze wstydem myślimy o wygnaniu niewinnych ludzi z ich ojcowizny. Szukając pojednania, wspólnie budując przyszłość”. Działaczom Towarzystwa Łemkowskiego w uznaniu zasług publicznych wręczono wysokie odznaczenia państwowe. Wspólnie zaintonowano „Mnohywo lita” czy  „Sto lat”.
            Tereny Łemkowszczyzny, ciągnące się od Krynicy po Ustrzyki Dolne wymagają dokapitalizowania. Widać walkę mieszkajacych tam ludzi o  przetrwanie, ich wolę, żeby tam żyć, pracować, wychowywać dzieci. Dlaczego... wracają? Człowiekowi, w niektórych miejscach - tak to czuje - jest dobrze, mimo że w innych rejonach, paradoksalnie, byłoby mu ... łatwiej... Oglądam zdjęcia z XX Łemkowskiej Watry w Zdyni. Festiwal odbywa się  każdego roku w lipcu, pierwszym jego organizatorem był Zespół Pieśni i Tańca „Łemkowyna” Jarosława Trocharowskiego. Oprócz, bardzo profesjonalnych, występów artystycznych, odbywają się tam liczne imprezy towarzyszące, konkursy recytatorskie dla dzieci i młodzieży, zawody sportowe. Wydawany jest specjalny okolicznościowy znaczek, stali bywalcy Watry mają ich duże kolekcje. W Zyndranowie k. Dukli jest Muzeum Kultury Łemkowskiej, gdzie można obejrzeć dawne narzędzia rolnicze i sprzęty użytku domowego. Wejść do prawdziwej łemkowskiej chaty, czyli chyży, spróbować potraw, które mają tradycyjne nazwy, smaki. Na Watrę przyjeżdżają byli wysiedleńcy i ich potomkowie, mieszkający dzisiaj w Polsce północnej i zachodniej, na Ukrainie, Słowacji, w Europie Zachodniej, Kanadzie, by przypomnieć sobie ojczysty język. Rozmawiać w nim, słuchać łemkowskich pieśni, cieszyć się swoim kulturalnym dziedzictwem. Skondensowana żywa lekcja historii małej ojcowizny. Na Watrze stworzono tradycję spotkań miłośników kultury łemkowskiej.
             Ta największa w Polsce etnicznie łemkowska impreza jest znakomicie zorganizowana. Teren, będący własnością Towarzystwa Łemkowskiego, ma  zaplecze socjalne, parkingi z dobrym dojazdem. Watra wygląda jak wielka góra. W dole – wielka scena amfiteatralna i miasteczko namiotowe, w którym nieustannie coś się dzieje. Liczbę uczestników szacuje się na ok. 8 tys. osób. Z każdego miejsca można oglądać występy, od wczesnego rana do świtu. Światy sceny i miasteczka namiotowego wzajemnie się przenikają. Ludzie są razem. Wewnętrzna spójność cechuje kulturę łemkowską, w której nie jest  przypadkowe liczne uczestnictwo w posłudze duchowej, w zbudowanej na rozległej łące kaplicy greckokatolickiej, z jej liturgią, barwną, kwiecistą, śpiewaniem. W atmosferze wzajemnych uprzejmości, serdeczności, przyjaźni, w powszechnym wrażeniu ciepłego przyjęcia do bycia w gromadzie.
            Ma się świadomość, mówi pan Derwich, przebywania wśród ludzi o wielopokoleniowym dorobku kulturowym. Ale Łemkowski festiwal nie  przerodzi się w skansen, 3/5 uczestników to młodzież. Przyjechali tu z plecakami, namiotami. Autostopem. Naturalnie włączyli się w główną ideę -poszukiwania śladów swoich przodków. Restauracja starych krzyży sprawia im przyjemność, czerpią radość ze śpiewania tradycyjnych pieśni, przerabiają je niekiedy na sposób nowoczesny. Przede wszystkim świetnie się bawią. I nadają ton całej imprezie. Widoczna była ich pasja uczestnictwa w widowisku, w którego organizację włożyli oprócz wielu godzin pracy także dużo serca.
            Umiejętnie przekazano im miłość do ojczystej spuścizny kulturalnej. W tradycyjnym wychowaniu łemkowskim od małego dziecka zaszczepia się  pędy artystyczno – muzyczne, w pasji działalności społecznej, osobistej, indywidualnej inicjatywy obywatelskiej. Nie stracona do końca łączność międzypokoleniowa, doświadczenia i testament ojców. Pieśni uczyły ich matki, babki. Przyjemnością było słuchanie utalentowanej młodzieży i dzieci.
            Na Watrze dużo było gości z zewnątrz, przyjeżdżających tu od kilku lat. Do swoich znajomych, przyjaciół. Na okres kilku dni imprez stali się  wspólnotą, zjednoczeni w zabawie, kontemplacji atmosfery szacunku dla łemkowskich tradycji.
            Spotkania z Watrą mają 20. letnią tradycję. Organizowane z rozmachem mają na celu prezentowanie kultury, która kultywując w swoim wielowiekowym dorobku otwartość nie zatraca swojej tożsamości.


Iwona Wróblak
październik 2002 

niedziela, 25 września 2016

Ukraińska wigilia. O keselyci


            Przepis na keselycię: Składniki – mąka owsiana, kwas chlebowy.
Kwas chlebowy wlać do letniej wody. Ma stać około doby, aż wykiśnie (będzie czuć kwasem). Przygotować roztwór zapachowy: do wody wrzucić kminek, czosnek, liść laurowy, ziele angielskie, ma się pogotować 5 – 10 min. Do gotującego się zapachu wlać wykwas i wymieszać, dodać soli do smaku, pieprzu, magii.
            Recepturę tradycyjnej łemkowskiej wigilijnej potrawy zdradziła mi jedna z pań, starsza wiekiem Łemkini. Keselycię (łemkowski żur na zakwasie)  przygotowuję się tylko na Wigilię. Tradycyjnie je się ją z ziemniakami. Obok kutii musi być na świątecznym stole, obok innych potraw.
            Dworek w Kaławie. Wigilijna łemkowska wieczerza. Zaproszona na uroczystość przez greckokatolickiego księdza Jurija Bojczeniuka próbuję delikatnego żurku (postnego – to czas postu) podawanego w niewielkich miseczkach. Smak doskonały. Wsłuchuję się w gwar ukraińskich rozmów wokół mnie. Wychwytuję pojedyncze słowa, proszę moich sąsiadów o tłumaczenie sensu słów wstępu, wygłoszonego przed chwilą przez księdza. Rodzinna Wigilia jest 6. stycznia, zgodnie z juliańskim kalendarzem poprzedza (7. stycznia) Boże Narodzenie. Śpiewa się kolędy. Druga Wigilia jest 18. stycznia, przed Świętem Jordanu (Trzech Króli), kiedy chrzczony był Chrystus. Święto Jordanu (Objawienia Pańskiego) jest jednym z najważniejszych świąt. Podczas tego Święta oświęca się w cerkwi wodę, by miała właściwości uzdrawiania, fizycznego i duchowego. Przed tym Świętem ludzie zbierają się za  wigilijnym stołem, intonuje się kolędy i szczedriwky, w których jest dużo życzeń zdrowia i dobrobytu i chwali się w nich Chrystusa Nowonarodzonego i  Bogurodzicę oraz śpiewa ukraińskie narodowe pieśni.
            Dzisiejsza łemkowska wigilia to święto społeczności, tworzącej parafię w Międzyrzeczu wspólnoty religijnej. Ludzie spotykają się w ten czas świąteczny, by ze sobą pobyć, porozmawiać po ukraińsku, razem modlić się. Na co dzień widują się na Mszach Św. w kościele greckokatolickim w  Międzyrzeczu. Mieszkają w naszym mieście i w okolicznych wioskach.
            Na dzisiejsze Święto Drugiej Wigilii przygotowano także część artystyczną. Dzieci i dorośli, rodziny: Tyliszczak, Tkaczyk i Sycz śpiewali pieśni, deklamowali wiersze. Na akordeonie grał pan Mirosław Jacenik. Jednak główny akcent muzyczno - sakralny dopiero nastąpi. Będzie nim zwyczajowe wspólne śpiewanie kolęd i szczedriwek.
             Ksiądz Bojczeniuk rozdaje zebranym śpiewniki. Intonuje pierwsze pieśni. Podobne w brzmieniu do polskich kresowych, tematy muzyczne tradycyjnych słowiańskich kolęd. Wielu pieśni oczywiście nie znam. Tym są dla mnie ciekawsze. Któryś z panów prezentuje mi na przykładach różnice brzmieniowe między językami ukraińskim a łemkowskim (łemkowski jest podobno dialektem języka ukraińskiego). Pan Piotr Szlachtycz, właściciel Dworku Kaława, mocnym głosem śpiewa stare dumki kozackie, rzecz jasna po ukraińsku. Ma w głowie niewyczerpany zasób pieśni ze wschodu. I  opowieści. Słucham wspomnień o dawnych zwyczajach naszych międzyrzeckich Łemków. Wieczerza wigilijna zapewne potrwa do późna. Dworek to od  kilku już lat miejsce świątecznych, i nie tylko świątecznych, spotkań parafian greckokatolickich. Co roku spotykają się tu na Wigiliach parafialnych. Bywały tu artystyczne zespoły pieśni i tańca z Ukrainy. Przestrzenna sala, pełna etnograficznych eksponatów wygrzebanych z okolicznych podwórek (to  pasja pana Piotra), sprzyja swobodnej rozmowie, wymianie poglądów, słuchaniu. Otwarciu na inną kulturę. Wzajemnym poznaniu i akceptacji.

Iwona Wróblak
marzec 2008