środa, 14 września 2016

Spotkania Teatrów Dziecięcych i Młodzieżowych


            Święto Teatru Dziecięcego. Sala w Szkole Muzycznej gości w tym roku Prezentacje Dziecięcych Zespołów Teatralnych. Zobaczymy cztery teatry, dwa ze szkół podstawowych i dwa z gimnazjów.
            Rozpoczyna Teatr Szkolny „Ananas” z S.P. nr 2 w Międzyrzeczu, który ma ogromne zasługi, w swoim dorobku wiele ciekawych i dobrych spektakli. Tytuł przedstawienia: „Podwórko”. Teatr żywego planu, scenariusz Maria Sobczak – Siuta, reż. Hanna Barczewska i Maria Sobczak – Siuta, oprac. muz. Maria Sobczak – Siuta. Graffiti na murze czy płocie wokół majdanu, na którym bawią się dzieci. Chociaż - bawią, to za dużo powiedziane... Są tam. Nie ma nikogo, kto zorganizowałby dzieciom tę zabawę. Muszą radzić sobie same. Uciekają się do pomocy magii, która wyczaruje im ich babcie z  okresu, kiedy były w ich wieku. Które znają wyliczanki, nauczą je zabawy kolektywnej, gdzie każde dziecko będzie nie wyalienowane, bezpieczne i  dobrze czujące się w dziecięcej społeczności.
            Z S.P. nr 3 w Międzyrzeczu Zespół Teatralny. Również teatr żywego planu w spektaklu „Przecież to tylko zabawa!” pani Izabeli Spławskiej na  podst. książki R. Gościnnego i J. J. Sempe „Nowe przygody Mikołajka”, wykorzystano scenkę kabaretową „Grupy Rafała Kmity”. Oprac. muz.: muzyka z  filmu „Amelia”, Chemical Brothers. Kumple Mikołajka to przeważnie tzw. „równi goście”. Każdy z nich ma luzacką osobowość, jest „cool”, jest  aprobowany w grupie rówieśniczej. Wyjątkiem jest Jadwinia, moralizująca, za bardzo dorosła. Narzuca zabawę w „mamę i tatę i kłótnie między nimi”. Mikołajek z niechęcią wchodzi w rolę. Ma rację. Przedstawienie, które reżyseruje Jadwinia, uprzedmiatawia dzieci - kukiełki w teatrze wbrew swojej woli. Mikołajek i reszta stają się pacynkami, którymi porusza układ rodzinny, w który wplątana jest Jadwinia. Role nie przynależne do wieku i możliwości psychicznych, zabranie dzieciństwa poprzez zamazanie granicy między problemami dorosłych a prawem dzieci do ich własnego świata.
Dobry tekst pani Izabeli Spławskiej (dawniej – Suchowskiej, znanej międzyrzeckiej publiczności z kilku ciekawych spektakli). Dobre dziecięce wykonanie. Teatr ruchu z elementami pantominy, bardzo sceniczny.
            Scena młodzieżowa i pierwszy spektakl w tej kategorii: „Burza w teatrze Gogo” Zespołu Teatralnego z Gimnazjum w Pszczewie. Reż. i oprac. plast. Urszula Skarżyńska, oprac. muz. Dominik Fryza i Dominik Wilczyński. Teatr Gogo to świat stworzony dziewczynce przez jej rodziców, nie całkiem radzących sobie w życiu, głównie chodzi o finanse... Nie mając na mieszkanie czy dom zamieszkują w Teatrze, to miejsce... nieokreślone, dziewczynka musi nadrabiać wyobraźnią, by stworzyć sobie w miarę znośne warunki psychicznego bytowania. Krucha to stabilizacja, łatwo jest otworzyć Szafę z  kostiumami, w które ubiorą się jej ukochani rodzice i złowróżbna Lala wyjdzie z kufra, by być dla niej konkurencją do rodzicielskiej miłości. Błazen Gogo, ze swoją pacynką, Drugą Swoją Osobą Pusy, jest jej podporą, bo rodzice coraz bardziej oddalają się od niej. Lala (bardzo dobrze grana) zapełnia im miejsce, które wcześniej zajmowała córka, akceptowana i kochana. Co jest słabością Lali? Strach przed burzą. Tymczasem spirala niepowodzeń życiowych nakręca falę wzajemnych niechęci i braku uprzejmości w rodzinie. Lala panuje. Dziewczynka już dawno się nie uśmiecha, Gogo próbuje zdjąć Korony – kostiumy z głów rodziców, ponosi klęskę. Przywołana zostaje na pomoc Burza – słabość Lali, którą udaje się wystraszyć i zamknąć z powrotem w Szafie. Rodzice budzą się z niedobrego snu, marzenie dziewczynki o ich miłości się spełnia.
            Zespół „Elka i spółka” z Gimnazjum w Skwierzynie. Teatr inscenizacyjny, spektakl: „Trzecioklasista przed egzaminami”. Scenariusz Anna Szymańska, reż. Elżbieta Simińska, oprac. muz. Agnieszka Runge, oprac. plast. Kamila Staszak. Elka i spółka we współczesnej klasie, niezupełnie zainteresowani lekcjami. O ich „dusze” walczą z Niebios i Piekła aniołowie i diabli. Szczególnie sympatycznie i przekonująco walczy Diabeł z  Czerwonymi Włosami czyli Bartek Beder – bardzo dobry aktorsko, plastyczny, wzbudza sympatię widzów. Kusi bardzo dobrze, chociaż aniołowie, czy  anielice, wygrywają, Bartek długo ze swoją kreacją jeszcze będzie w pamięci widzów tegorocznych Prezentacji Teatralnych.
            Jury w składzie: Małgorzata Telega, Agnieszka Czekała i Tomasz Siemiński przyznało tytuł laureata i nominacje na szczebel wojewódzki - w kat. sceny dziecięcej Zespołowi Teatralnemu z S. P. nr 3 w Międzyrzeczu, w kategorii sceny młodzieżowej Zespołowi Teatralnemu z Gimnazjum w Pszczewie. Wyróżnienia otrzymali: Teatr „Ananas” z S. P. nr 2 w Międzyrzeczu i Zespół „Elka i spółka” z Gimnazjum w Skwierzynie. Wręczono także dyplomy uczestnictwa i słodycze dla uczestników. Powiatowe spotkania Teatrów Dziecięcych i Młodzieżowych zorganizował Międzyrzecki Ośrodek Kultury.


Iwona Wróblak
maj 2008

wtorek, 13 września 2016

Dr historii Marceli Tureczek wykłada w Muzeum


            Tematem wykładu są lokacje miejskie, jako zagadnienie socjologiczno – historyczne oraz rozwój przestrzenny naszego miasta na przestrzeni wieków.
            Do XIX w. rozwój naszego grodu przebiegał stopniowo. Międzyrzecz był miastem o zabudowie drewniano - szachulcowej. Największe zmiany w  infrastrukturze zaszły wraz z gwałtownym rozwojem przemysłu i kolei i wzrostem liczby ludności. Powstała neogotycka zabudowa, o cechach późnoklasycznych i klasycystycznych, historyzujących. Międzyrzecz był na trasie głównych szlaków handlowych i komunikacyjnych, stąd wizyty w  mieście ważnych osób np. Napoleona i innych. Pojawiły się wtedy nowoczesne obszary miasta funkcjonujące do dzisiaj; osiedle kolejowe przy ulicy Kilińskiego i Chrobrego, Obrzyce - wtedy niezależna miejscowość, które pozostały do dzisiaj w wersji architektonicznej oryginalnej.
            Miasto. Pojęcie to pociąga za sobą kwestie natury społecznej i kulturowej. W XIII w. na ziemiach polskich powstają lokacje miejskie w założeniu zachodnioeuropejskim. W średniowieczu Międzyrzecz określany był jako miasto „większe”, był ośrodkiem znaczącym w ówczesnej panoramie miast polskich. Gdańsk liczył wtedy 100 tys. mieszkańców, duży był Kraków z Kazimierzem, później w XVIII w. także Warszawa. W skali europejskiej uważamy jednak te ośrodki za małe. W średniowieczu mniejsze miasta zamieszkiwała ludność półrolnicza, zajmująca się, obok rzemiosła i handlu, także uprawą ziemi, w obrębie miast znajdowały się ogrody i działki uprawne. Miasto nasze brukowane było bardzo późno, niski był również poziom higieny.
            Miasto w rozumieniu średniowiecznym kojarzono z nadaniem osiedlu prawa magdeburskiego (niemieckiego). W Międzyrzeczu był to okres 1248 –  59 r. Miasto nasze, podobnie jak większość miast polskich, zreorganizowano na bazie wcześniejszego grodu i osady podgrodowej, zajmującej się  wytwórczością służebną wobec grodu. Były też miasta lokowane na tzw. „surowym korzeniu”, w dobrach wielmożów (W Brójcach brak jest, jak na razie, historycznych danych o istnieniu osiedla przelokacyjnego, Bledzew reorganizowany był jeszcze inaczej – na bazie istniejącego już klasztoru, w Pszczewie – grodu i dworu biskupiego, natomiast w Trzcielu były dobra rycerskie). Kolonizacja niemiecka, napływ mieszczan z zachodu, prowadzona była przez naszych książąt. O mieszczanach niemieckiego pochodzenia w Międzyrzeczu wspomina w XIII w. w dokumentach jeden z biskupów.
            Pod pojęciem prawa magdeburskiego rozumiemy 2 rodzaje praw miejskich – właściwe magdeburskie, które przyszło do nas z terenów Śląska i  chełmińskie – obejmujące północ regionu, niemieckie pomorze. Tak lokowane miasto miało w swoim centrum rynek, czyli plac - miejsce do celów targowych. Nasz międzyrzecki rynek ma kształt zbliżony do kwadratu (magdeburski), bywały też rynki bardziej wydłużone (chełmińskie). Drugą cechą charakterystyczną był ratusz – Rathaus, czyli Dom Rady. Do dziś jest elementem krajobrazu kulturowego miasta. Nadanie osiedlu prawa miejskiego pociągało za sobą wyodrębnienie ośrodka spod prawa feudalnego. Rada Miejska urzędująca w ratuszu, w której skład wchodzili najbogatsi mieszczanie (patrycjat), stopniowa poszerzała swoje prawa, pełny status uzyskując dopiero w XIX w. Niższą pozycję zajmowało pospólstwo, czyli obywatele miejscy, potem plebs, czyli ludność bez obywatelstwa miejskiego, i komornicy - ludzie biedni bez stałego miejsca zamieszkania i zajęcia. Różnice w położeniu prawnym ( np. Świebodzin - prawo śląskie) umożliwiało miastu i mieszczanom odgrywanie większej roli gospodarczej i administracyjnej. U nas tak się  działo tylko w wielkich miastach, w Polsce szlachta zdominowała życie polityczne, dopiero konstytucja 3.Maja dała mieszczanom większe prawa. Protestantyzm funkcjonował w Międzyrzeczu jako mieszczański niemieckojęzyczny żywioł gospodarczy, Polacy związani byli z Zamkiem, starosta był Polakiem.
            Ważnym elementem miasta był kościół, który pełnił obok funkcji kultowych także zadania samorządowo – administracyjne i sądownicze. W  miejscu, w który dzisiaj w Międzyrzeczu stoi Ratusz, był w średniowieczu cmentarz związany z najstarszym w mieście kościołem św. Krzyża, Wawrzyńca i Walentego. Po licznych pożarach i reorganizacji rynek międzyrzecki nabrał cech, jakie widzimy obecnie.
Międzyrzecz był miastem królewskim, więc przywileje nadawali miastu władcy. W ciągu wieków przestrzeń wewnątrz miasta się zmieniała, z czasem wolne parcele zostały zabudowane przez mieszczan.
             Prawo miejskie zakładało, że od ratusza wychodzą prostopadle do siebie ulice, główny trakt przechodził przez rynek do bramy miejskiej (Brama Wysoka) – dzisiejszy plac przed Bankiem PKO. Ulice w miastach nazywano użytkowo, były to nazwy „naturalne” – Wysoka (30. stycznia) była najwyżej położoną ulicą w mieście, Oberska (Waszkiewicza) prowadziła do Obry, Kościelna to dzisiejsza Świerczewskiego, ulica Żydowska, zaułek żydowski, był  w pobliżu synagogi, Spokojna to dawniejsza Biskupia i Proboszczowska, a Konstytucji 3. Maja była ulicą w stronę Brójec czyli Brójecką. Ciekawostką jest, że w miejscu dawnego Pogotowia Ratunkowego była karczma jezuicka. Rów znajdujący się w pobliżu to pozostałość dawnej fosy zamykającej obszar przedmieścia tzw. poznańskiego. Na przedmieściu brójeckim (ulicy Brójeckiej) jest dzisiaj Szkoła Muzyczna a parking przy PKO to dawniej świński targ. Park przy Tequili to dawny cmentarz protestancki, jego najstarsza część. Kronikarz Zachert pisze, że cmentarz założony został, wg ustnych przekazów, na dawnych mogiłach zapowietrzonych. Cmentarze były ogrodzone płotami jako tereny uświęcone, fakt ten miała zapewnić bliskość kościoła. Za Obrą była osada Winnica, będąca własnością Zamku. Winnica i Zamek były wtedy osobnymi ośrodkami. W pobliżu „Biedronki” była ulica św. Jana i  kaplica, dalej ogrody miejskie.
            Nie we wszystkich miastach mury miejskie miały charakter stricte obronny. Wiele miast murów nie miało w ogóle (Brójce, Trzciel). Międzyrzecz, okolony rzekami, był tylko częściowo obwarowany. W mentalności ówczesnego społeczeństwa mury były symbolicznym określeniem przestrzeni wewnątrz nich. Teren pozamiejski był przestrzenią niepewną, czyli nie do końca bezpieczną. Elementy miejskiej symboliki widzimy na herbach - rysunki murów, baszt, bram. Nawiązywały do biblijnego opisu świętego miasta Jerozolimy.

Iwona Wróblak
maj 2008




poniedziałek, 12 września 2016

Dla Muzeum Międzyrzeckiego 

            Dworzec Tworzec – Pracownia Twórcza to jeden z podmiotów biorących udział w IV Edycji akcji MMM (Międzyrzeczanie Międzyrzeckiemu Muzeum. Zespół młodych ludzi bawiących się sztukami plastycznymi, prowadzących warsztaty plastyczne dla dzieci. Autorzy pokazu dawnych strojów próbowali odtworzyć klimat życia towarzyskiego naszego zamczyska z czasów jego świetnosci. Nasz zamek, pochodzący z XIV-XVI wieku, jedyny  królewski zamek piastowski  na terenie województwa lubuskiego, zburzony został w czasie wojen szwedzkich. Siedziba dawnego starostwa, gdzie obecnie mieści się ekspozycja muzealna, pochodzi z początków XVIII w., z oficyną dworską, w ich sąsiedztwie znajdują się dwa niewielkie ogrody w stylu francuskim. Muzeum nosi imię Alfa Kowalskiego, jej pierwszego po wojnie dyrektora, znanego – razem ze swoją żoną, z animowania życia kulturalnego w Międzyrzeczu, także m.in. z inspirowania prowadzonych na dużą skalę badań archeologicznych na dziedzińcu zamkowym. W owej oficynie mogło przecież toczyć się życie dworskie, na miarę ówczesnego Międzyrzecza – teraz mogliśmy zajrzeć w głąb tych czasów – patrząc na  kostiumy, które przygotował Dworzec Tworzec (można je wypożyczać na bale karnawałowe). Naśladują zwyczaje i trendy mody z różnych epok, także te  z wymyślonych bajkowych mitycznych czasów, tworzone przez wyobraźnię autorów, myślę – że można też je zamówić zgodnie z indywidualnym gustem i życzeniem odbiorcy… Defilada przebierańców maszerowała na trawniku przed byłą oficyną starostwa, teraz Muzeum Międzyrzeckim, przed oczami widzów – mieszkańców Międzyrzecza, modelki w różnym wieku (tancerki z Zespołu „Trans”), umiejące ładnie się ruszać, prezentujące także figury baletowe.
            Zasadniczym elementem ekspozycji stałej Muzeum, naszą perłą – celem indywidualnych wypraw i wycieczek, jest największa w Polsce kolekcja portretu trumiennego, licząca 38 wizerunków, 18 tablic inskrypcyjnych oraz 160 tablic herbowych. Międzyrzeckie portrety trumienne związane są z  terenem działania Muzeum, kolekcja powstała w okresie powojennym, składa się z zabytków pozyskanych z pogranicznego obszaru zachodniej Wielkopolski. Zjawisko portretu trumiennego, związane z sarmacką obyczajowością sepulkralną, obecne na dawnych terenach przygranicznych, ma  charakter wielokulturowy, międzyrzeckie zbiory portretu ukazują to stałe przenikanie i asymilację kulturową, która miała miejsce na zachodnich rubieżach Rzeczpospolitej do początków XIX wieku. Portrety trumienne prezentowane były na wielu wystawach za granicą, m. in. w Paryżu, Londynie, Zurychu, Rzymie, Moskwie, Helsinkach i Bonn.
            Sztafaż historyczny towarzyszył imprezie kolejne edycji MMM. Średniowieczne kostiumy założyli sprzedawcy oferujący oprzyrządowanie waleczne dla dzieci i ubiory dla nich, niczym na dawnym kramiku mieszczańskim. Król i Królowa (Maria Sobczak-Siuta) – symbole naszego szacunku dla  instytucji i zbiorów międzyrzeckich – bo wszak jesteśmy opiekunami-właścicielami-gospodarzami spuścizny kulturowej ziemi międzyrzeckiej, prowadzili festyn poświęcony zbiórce funduszy na zakup upatrzonego zabytku, będącego obecnie na sprzedaż,  mającego wzbogacić międzyrzecką kolekcję portretów trumiennych – o jaki portret chodzi, nie udało mi się (na razie) dociec, pewnie tajemnica handlowa, po finalizacji transakcji poinformuję…
            Na razie mieliśmy atrakcję w postaci imprezy na naszym zamku, rzecz interesującą z uwagi chociażby na piękno tego miejsca, okolonego tzw.  trwałą ruiną murów obronnego zamku, na remont których i restaurację Starostwo Powiatowe wyłożyło wiele funduszy, i dobrze jest, że miejsce służy mieszkańcom do organizowania ewentów kulturalnych i innych.
            Była Biała Dama, był Kat (ścinający niefrasobliwych turystów pokaźnym toporem) w wyjściowym czarnym stroju z zasłoniętą twarzą, kat  zawodowiec, osoba ważna – tożsamość osobnicza skrzętnie ukrywana, stał gotowy (do działania) w pobliżu miejsca kaźni, obok dyb – można się było w  nie zakuć i zrobić zdjęcie. Wszystko w bliskim sąsiedztwie naszej koncertowej salki, podziemi jednej z dwóch bastei, gdzie podobno ongiś torturowano… Pracownicy Muzeum także tego dnia paradowali w strojach dawnych, razem z nimi można było zwiedzić Muzeum i zamek. Także obiec go w koło,  Zbigniew Kolis z własnoręcznie zrobioną mapką organizował biegi (po skarb zamkowy) na orientację dla dzieci starszych i młodszych. W dzieło daru dla  Muzeum międzyrzeckiego zaangażowali się harcerze z Hufca im. Zawiszaków, Tomasz Madziar prezentował sztuki iluzjonistyczne, młodzieżowe Szkolne Koło „Caritas” przy Gimnazjum nr 1 pod opieką Janusza Rutkowskiego oferowało watę cukrową, były domowe wypieki, potężny sagan grochówki, bigos itp. Informacje o działalności Ochotniczych Hufców Pracy, rekrutacji na nowy rok szkolny, były dostępne na stoisku w postaci ulotek.
            Przed dziedzińcem zamkowym motoklasyczni ludzie, międzyrzecki klub miłośników starych i nowych dwukołowców, także jedna piękna trojka. Ciągle idea miłości to motocykla jest ta sama – wiatr wolności powiewu wiatru w czasie jazdy, której nie da podróż samochodem… Na współczesnych chopperach pokonują wiraże i zakręty we Włoszech, Austrii. „West Side Bats” Międzyrzecz na czarnych koszulkach motocyklistów, ekskluzywne hobby, sztuka motoryzacyjnej myśli technicznej zawarta w zabytkowych egzemplarzach, z tabliczkami informującymi o roku produkcji i firmie prezentowały nam się licznie, razem z właścicielami, którzy chętnie opowiadali o swych wspaniałych wypieszczonych maszynach. Wszystkie pojazdy przyjechały samodzielnie, pasjonaci poświęcając im godziny pracy przywracają im dawny blask. Słynne „Sokoły” z PRL-owskich jeszcze Państwowych Zakładów Samochodowych, które wtedy uznawano za najlepsze. Używano ich szczególnie w naszej armii, nazwa wywodzi się od niepodległościowych historycznych oddziałów Piłsudskiego. Produkowano je do 1948 roku. U nas była podobno legenda sokoła, w USA - harleya… Absolutna perełka,  „Terrot” z 1932 r., KZH z Kijowskich Zakładów Motoryzacyjnych z 1969 r., maszyna z Iżewska z 1954 r., SHL, WSK z 1969 r. ze Świdnicy, jedyny powojenny skuter – tzw. damski motor kanapowy, polska „Osa”, Zundapp z NRD z 1951 r., czyli prawie cała historia powojenna motocykli – aż po  współczesne ścigacze. Panowie w czarnych skórach z napisem na kurtkach: BOXER – Klub motocyklowy z Lubska, na klasycznych dzisiaj turystyczno-sportowych motocyklach, stanęli w pobliżu figur 5. Braci Polskich, pamiątki jednego z plenerów rzeźbiarskich na zamku.
             Po moście kiedyś zwodzonym przechodzimy na dziedziniec zamkowy, gdzie na scenie miał miejsce przygotowany przez stowarzyszenia i  mieszkańców program artystyczny. Wystąpiło Przedszkole „Jutrzenka”, maluchy jak zawsze chętnie są podziwiani, i fotografowani, nie tylko przez rodziców. Fantazyjne stroje z makijażem prezentowała w układach tanecznych młodsza grupa Zespołu Tańca „Gold” z Międzyrzeckiego Ośrodka Kultury. Dobre nagłośnienie pozwoliło wsłuchać się w starannie wykonane ludowe pieśni Zespołu Ludowego „Ale Babki” z Piesek, w teksty i  akompaniament kierownika zespołu Kazimierza Dziembowskiego. Wystąpiły lokalne Zespoły śpiewacze – „Kęszyczanki” z Kęszycy Leśnej i  „Nietoperzanki” z Nietoperka. Utwór J.S. Bacha zagrała Agata Baranek, jako gospodarze i włodarze współcześni, Halina Pilipczuk – z ramienia Starostwa Międzyrzeckiego i Andrzej Kirmiel – dyrektor Muzeum, odczytali fragment klasyki, powieści Henryka Sienkiewicza „Quo vadis”.
            Stoiska rękodzieła rozłożyły się na dziedzińcu, Halina Iwanowska i Czesława Kacmajor, nestorki naszej, można rzec, międzyrzeckiej szkoły rękodzieła, pięknych dzierganych na szydełku arcydziełek, wykonanej z nici zastawy stołowej, gadżetów, które panie wykonują od lat i są w tym dziele mistrzyniami. Dom Pomocy Społecznej w Międzyrzeczu, także siedlisko sztuki użytkowej, której emanacje corocznie podziwiamy na Olimpiadzie Umiejętności Zawodowych, w tym roku będzie w dniu 23.09., dużej imprezie, na którą przyjeżdżają Warsztaty Terapii Zajęciowej z wielu ośrodków. Przyjechało DPS Rokitno 58, DPS Rokitno 38, również z kolekcją wykonanych przez podopiecznych artystycznych wytworów. Festyn dla mieszkańców przygotowano do późnych godzin nocnych.


















Iwona Wróblak
wrzesień 2016

niedziela, 11 września 2016

Biesiada u hrabiny Kotłubaj


            Teatr amatorski nie jest - z zasady - mniej wartościowy od tak zwanego zawodowego teatru. Jednym z kryterium zawodowstwa jest, moim zdaniem, przejrzystość intencji reżysera – i dobre wykonanie przestawienia. Powtórnie więc zajrzałam do oryginału, opowiadania Witolda Gombrowicza pt. „Biesiada u hrabiny Kotłubaj”.
            Jest duch Gombrowicza, klimat jego utworów, w spektaklu Teatru „Pchła” w spotkaniu wieczornym z Gombrowiczem w naszym Klubie Garnizonowym. W scenariuszu pani Jolanta Glura wypreparowała z tkanki powieściowej wszystko to, co powinno być w rasowym spektaklu teatralnym na motywach utworów Gombrowicza. Równorzędne ze sobą elementy jak ruch sceniczny, muzyka, oszczędny w słowa scenariusz, dekoracje i kostiumy, wszystko to miało posłużyć wydobyciu z tekstu socjologiczno – filozoficznego uniwersalizmu myśli wybitnego dramaturga i pisarza. W absolutnie doskonały, jak na warunki teatru amatorskiego, sposób udało się to zrobić pani Jolancie. Nie tylko ja, widzowie również, zachwyceni byli aktorskimi (zasługują na tę nazwę) kreacjami Basi Przywoźnej i Marka Jury. Powiem więcej, słuchacze jeszcze nie obeznani z geniuszem twórczości W.  Gombrowicza edukację w tym kierunku mogą – z powodzeniem – zacząć od oglądania spektakli pani Jolanty Glury.
            Gombrowicz jest od szablonów, jako pisarz z gruntu uczciwy zaczyna od swojego podwórka, od wiwisekcji arystokratyczno - mieszczańskiej mentalności swojego pokolenia. Do bólu przenikliwy, obnaża schematy, puste formy wielkopańskich manier, które nic już nie znaczą, a najmniej zaświadczają o jakiejś szlachecko – arystokratycznej „lepszości”. Zimna biel kostiumów aktorów, ich mocny lalkowaty makijaż, symbolizujących białe cienie  wspaniałej przeszłości, zastygłych duchów, które pod tiulem zdają się za chwilę rozwiać i zniknąć, jak zdałoby się, powinny, jak wszystko, co już  się zdarzyło – w czasie w zupełności dokonanym... Jednak nie. Muzyka (Rafała Gojdki – bardzo dobra) stosownie do kontekstu odrealniona, ożywia ich,  odwijają się z białego tiulu jak z kokonu i jak z przeszłości romansowo dziewiętnastowiecznej przemawia panicz – poeta, czyli trzcina wiotka, acz  myśląca... (tak mu się wydaje). Jego zażyłość z hrabiną Kotłubaj jest... właśnie, jakiego rodzaju?... Gombrowicz nad tym się zastanawia, co jest  kuszącego, zniewalającego w degrengoladzie zapatrzonej w swoje ego kliki nazywającej siebie arystokracją? Dążącej do wywyższenia (może z powodu kompleksów), nie wahającej się niszczyć każdego, kto obnaży ich intelektualną małość i wulgarność. Budują sobie własne kody znaczeń, szyfry, by ich  małe kółko wtajemniczonych było absolutnie nie przekraczalne dla profanów a w ich światek nie wkradła się żadna doza życia, rozwoju, ewolucji. Są  manekinami, jak słusznie kazała im wyglądać w spektaklu pani Glura, zastygłymi formami obyczajowości polskiej, narodowo – katolickiej, tradycyjno –  kościelnej, dalekiej od prawdziwej duchowości i patriotyzmu. To parawan, za którą kryje się zaściankowość, obskurantyzm i nieuctwo – ukryte często za  fasadą wtrącania do swych niby uczonych tyrad - przy byle okazji - słów obco brzmiących. Nie ma tu nic z dojrzałości, subtelności otwartego stosunku do  świata i ludzi, wynikającej z wielusetletniej tradycji kształcenia i wychowania patriotycznego i światowego, duchowego rozwoju, którego efektem powinno być chociażby wyzbycie się z ograniczeń płaskiego egoizmu klasowego.
            Biały tiul okrywający aktorów pokrywa teraz stół, symbol zasiedzenia stanu szlacheckiego, upartego trzymania się jedynego miejsca, które znają (innych swoich potencjalnych ról w społeczeństwie może się... po prostu boją). Ta gęsta biała pajęcza sieć kurzu wieków pozostanie na nim do końca spektaklu. Ubogie horyzonty, ubogie dyskusje – kulinarne. Zebrali się, żeby zjeść Kalafiora, warzywo wegetariańskie (w tekście oryginalnym Kalafior to  także nazwisko wiejskiego chłopca, który umiera z zimna pod oknem biesiadujących). Bogata tytulatura uczestników biesiady, przerost formy nad treścią, baronowie, markizy, hrabiny - i maleńcy pogardzani służący oraz intelektualista poeta, którego chętnie druzgoczą pogardliwym uśmieszkiem, kiedy nie  dość błyskotliwie chwyta reguły ich gry. Posłuszeństwo wobec zasad musi być całkowite, inaczej zagraża ich światu, martwy świat nie znosi ruchu, najmniejszych zmian, bowiem wtedy kod znaczeń może się rozpaść...
            Po rozmowach o zupie z dyni litościwe ubolewania nad biednymi chudymi nauczycielkami, chorymi dziećmi i nieszczęśliwymi więźniami, to także część hipokryzji. Prawdziwym powodem zainteresowania bogatych biednymi bywa zadowolenie, że nie jest się na ich miejscu... Główny aktor Biesiady, kalafior ogromnych rozmiarów, zostaje nareszcie wniesiony (jest również szczelnie zawinięty w biały tiul). Zostaje pożarty ( muzyka – dźwięki żucia, mlaskania) przez mięsożernych (to ich ofiara na rzecz arystokratycznego Smaku). W spektaklu jest to zgrabnie pokazane w postaci piłki, z której powoli uchodzi powietrze). Pożarcie kalafiora uczestnicy biesiady tłumaczą brakiem (?) konwenansów, mówi Hrabina – lubię taplać się w błocku... Widzimy prawdziwy obraz zepsutego światka – luzactwo, rozprzężenie, brak norm dobrego wychowania, wulgarność, obojętność i okrucieństwo. Bóg, Piękno, Miłość poprzednio deklarowane są niczym, nikogo z obecnych naprawdę nie obchodzą, liczy się używanie życia, płytkie zadowolenie z chwili obecnej. Jakie to aktualne też i dzisiaj... Spektakl kończy się próbą (bardzo realistycznie to wygląda) zadźgania na stole widelcami nieszczęsnego poety intelektualisty.
            W spektaklu brali udział: Magdalena Ślusarek, Anna Lorenz, Michalina Ślusarek, Marek Jura, Kacper Wesołowski, Wiesława Murawska, Dominika Nestorowska, Basia Przywoźna, Jola Kaczorkowska, Maja Osińska i Magda Jędrzejczak.


Iwona Wróblak 
maj 2008 

sobota, 10 września 2016

Płonie pierwsze ognisko harcerskie


            Jest zawarta pewna magia w widoku płonącego ogniska. W kręgu wokół niego, kiedy już ciemno na dworze i drużyny zuchów i harcerzy przysiadają przy ogniu z gitarą. Opiekunowie i druhny snują gawędy, a w międzyczasie śpiewa się pieśni.
            To pierwsze ognisko „Słonecznej Gromady” zuchów i 2. Drużyny Harcerskiej „Płomienie”. Węgielek z niego będzie pieczołowicie zachowany jako zaczątek tradycji spotkań. Zca komendanta Hufca Skwierzyna hm Halina Matysik opowiada o początkach swojej przygody z harcerstwem, dokładnie pamięta datę – 2. grudnia 1945 r...
            Druh hm Gert Matysik zapala pochodnie. Trzask płonącego jałowca, do ognia dorzuca szczap mały druh Krystian, mianowany dzisiaj strażnikiem ogniska, bardzo przejmuje się funkcją. Harcerski obrzęd się rozpoczyna, pretekst: Przyrzeczenia kilku nowych zuchów. - Czy – druhu, chcesz zasiąść z  nami przy ognisku? – pyta druhna Hanna Barczewska kolejno zuchów, którzy nie składali jeszcze Obietnicy zuchowej. Dzieci wyczuwają doniosłość zapytania, czy zrobią pierwszy krok, by wejść w społeczność harcerską. Czy będzie ciekawie, co zaproponują im opiekunowie? Jaki będzie pomysł na ich  dzieciństwo... Ognisko kusi... Gromada przyjaciół, których mogą zyskać, nieraz na całe życie... Blisko wiek doświadczeń tradycji skautingu i harcerstwa, zbiórek, obozów letnich, zdobywanych sprawności, przygód i wspomnień, które przekażą.
Hm Halina Matysik – Przyrzeczenie składałam na kursie dla zastępowych, na całe życie je składałam... Hm Gert Matysik – u mnie to był rok 1956, biwak harcerski, bo długim marszu, obudzono nas w nocy. Potem nie mogliśmy z wrażenia zasnąć...
Następuje komenda: Na baczność! Zuchy zakładają berety – paluszki skierujcie w kierunku ognia: Mam szczerą wolę całym życiem... pełnić służbę Bogu i  Polsce...  Nowe pełnoprawne zuchy i harcerze, od tej chwili członkowie Związku Harcerstwa Polskiego.
            Hymn harcerski, pieśni harcerskie, z towarzyszeniem gitary (Suzana Furede), „Słoneczko nasze rozchmurz pyska, bo nie do twarzy ci w chmurzyskach...” Wpatrzeni w trzaskające ognisko, centralny punkt kręgu na placu przy Szkole Podstawowej nr 2, imienia „Szarych Szeregów”, podajemy sobie zwyczajem harcerskim ręce, przeplatamy je, harcmistrz gestem podaje „iskierkę przyjaźni”, która krąży przez nasze uściśnięte dłonie, i  wraca. Zapleciona zostaje między nami, harcerzami, zuchami, rodzicami ich, druhnami i opiekunami, paniami Hanną Barczewską i Marią Sobczak – Siutą. Druhny pojadą z dziećmi na wakacyjny obóz harcerski w Pobierowie, kwatermistrz hm Gert wstępnie informuje o warunkach i programie pobytu na  obozie harcerskim. Spanie w namiotach na polowych łóżkach, ogniska, mini festiwale piosenek, zawody sprawnościowe i sportowe, na których można się  sprawdzić, jeszcze bardziej uwierzyć w siebie (tej wiary nigdy nie za dużo), słowem - harcerskie życie...

Iwona Wróblak
czerwiec 2008

piątek, 9 września 2016

Madeinchina i real…


            Długi majowy weekend, jego początek, w Klubie Garnizonowym – na wesoło. Już drugi raz organizatorzy goszczą u siebie kabaret z tak zwanego zielonogórskiego zagłębia kabaretowego. Po świetnej niezapomnianej „PACE” tym razem zobaczymy kabaret „MADEINCHINA”.
             Kultura pop musi znaleźć swój artystyczny odpowiednik. Na miarę czasów i przede wszystkim realiów społeczno – obyczajowych. Stąd – myślę –  nazwa kabaretu. Tak zwany real i my postawieni naprzeciw sytuacjom z życia wziętym. Pomysły na skecze artyści obficie czerpali z podpatrzonych scenek codzienności. Człowiek płacący należny życiu haracz, z uśmiechem i humorem konstatujący ten fakt. Dobre aktorstwo, budzące sympatie postacie, niektórym z prawdopodobieństwem bliskim pewności możemy przypisać znane nazwiska. Inne obrazują pewne typy zachowań ludzkich, w sytuacjach wyjątkowych, ceremoniału. Kabaret raczej apolityczny, zajmujący się polską i globalną obyczajowością. Talenty aktorów naśladujących głosy zwierząt, zbliżających nas do naszych braci mniejszych czyli odrobina romantyczności z przyrodą w tle, jak mówią nam w zapowiedzi.. Dzięki temu znany dramat Szekspira „Romeo i Julia” jest readaptowany na nowo, myślę, że w zgodzie z najgłębszymi intencjami dramaturga. Oddaje ducha czasu epoki szekspirowskiej, jej realizmowi i zarazem ponadczasowości. Bliższy nam, zrzucony z koturnu ubrązowionej klasyki, przez to uważniej jest słuchany i  bardziej rozumiany.
            Takie są skecze „MADEINCHINA”. Wystarczająco subtelne, by zainteresować bardziej wymagającego widza i czytelne w przekazie, by każdy, bez względu na gust, mógł się dobrze bawić. Ostatnio modny i nośny jest temat odwrócenia ról w patriarchalnej dominacji w przeciwnym kierunku. Potencjał żywotny kobiet wobec drugiej części społeczeństwa, tej męskiej – która płeć rzeczywiście w zmieniających się szybko uwarunkowaniach społecznych „nosi” przysłowiowe spodnie... Jeśli agresja jest wyznacznikiem zachowań dominanta, to kobiety mają w sobie ten również potencjał... Zabawne gagi i komiczne sytuacje, para młoda przed księdzem, który w nietypowej dla siebie roli raczej zniechęca oblubieńców do zawarcia związku. Zwierzenia intymne między mężczyznami – o czym plotkują i, co zabawne, w jaki sposób... Szalony instruktor w czasie kursu prawa jazdy. Świetna kreacja jednego z aktorów. Także jego rola w skeczu o mężu wracającym w stanie tzw. wskazującym, każdą postać, w która się wciela, czyni nam  sympatyczną samą przez się.


Iwona Wróblak
czerwiec 2008

czwartek, 8 września 2016

We współczesnej Europie młodzież jest wszędzie taka sama



             Tabea Witt, jeden z opiekunów grupy młodzieży z Berlina, mówi o swoim uznaniu wobec zaplecza w Polsce dla międzynarodowych organizacji propagujących integrację unijnej młodzieży, w postaci własnych inicjatyw szkół, nauczycieli i dyrekcji. W holu Gimnazjum nr 2 im. Adama Mickiewicza ostatnie spotkanie, dzisiaj goście jadą do domu.
            Klaudia – do pani Kozakiewicz – ja nie chcę, żeby oni odjeżdżali... Spotkanie młodzieży współfinansowane było ze środków Euroregionu „Pro  Europa Viadrina” – Jednostki Centralnej Polsko Niemieckiej Współpracy Młodzieży, kierowanej przez, obecną dzisiaj, Hannę Kontek. Pani Joanna Kozakiewicz, we współpracy z panią Beatą Stachurską, wykorzystała prywatne kontakty, by trzydniowe spotkanie młodzieży mogło dojść do skutku. Dagna Aftowicz, Kasia Antonowicz, Asia Baryła, Kinga Brzeziecka, Aleksandra Czerniewska, Kuba Janczyszyn, Paula Lamcha, Alina Witkowska,  Karolina Wawrzyszko, Klaudia Żuchowska – oni skorzystali najwięcej.
            Dyrektor Krzysztof Marzec – Kiedy rano usłyszałem, że chcecie zostać dłużej, bardzo się ucieszyłem. To początek naszej współpracy, być może długiej przyjaźni. Mam nadzieję, że będziemy się spotykać. Zapraszamy i liczymy na współpracę. Dziękujemy rodzicom za gościnę w domach. Upominki od  burmistrza Międzyrzecza, w postaci pięknych folderów miasta w dwóch językach – polskim i niemieckim wręczył dyrektor szkoły. Burmistrz Tadeusz Dubicki był jednym ze sponsorów imprezy, tak jak przedsiębiorcy Jacek Bełz i Janusz Iwiński. Dyrektor szkoły przekazał koszulkę sportową dla pana Wolfganga, który wstępnie zaprasza Polaków do Niemiec na Międzynarodowe Sportowe Lato Spotkań Młodzieży w Berlinie.
               Przysiadam się do gimnazjalistów, wyświetlane są zdjęcia - pamiątka wspólnych przeżyć. Śmiechy, głośne komentarze po polsku i niemiecku. Alina i Kuba – to bunkry w Pniewie, a to ognisko na Głębokim, graliśmy w siatkówkę – komary bardzo gryzły. O czym rozmawialiście? O muzyce... Była dyskoteka i konkurs karaoke! Uczyliśmy się tańców tureckich! Chciałabym powtarzać takie spotkania... I być taka otwarta jak oni. Nie mają problemów z  nawiązywaniem kontaktów, często się bawią... Trudny był pierwszy dzień. Mówią z akcentem, tureckim, innym. Nasz niemiecki bardzo się poprawił. Nie  martwiliśmy się, że mówimy nie gramatycznie, byleby tylko się dogadać.
            Czteroosobowe zespoły, po dwoje z każdej grupy, dostały zadanie - wykonać wspólny plakat w technice kolażu na temat „Klimat, Energia, Oszczędność”. Stoimy przed wystawą z okazji Dnia Ziemi. Alina – trzeba było znaleźć pomysł i potem wspólnie go wykonać.
            Wolfgang Zeiser, z wykształcenia i z zawodu pedagog socjalny – Polska młodzież jest bardzo odpowiedzialna, spokojna, inteligentna. Wychowywana jest bardziej tradycyjnie, co jest wielką zaletą. Polacy wychowywani są nadal tradycyjnie, czego Niemcy mogą się tylko od nich uczyć. W  niektórych szkołach niemieckich tylko 5% uczniów to rodowici Niemcy. Pewne procesy socjologiczne przebiegają równolegle we wszystkich zakątkach Europy i są nieuniknione. Żeby się wzajemnie poznać, bardzo potrzebne są takie spotkania jak dzisiejsze, trzeba je powtarzać. Jest pod wrażeniem polskiej gościnności, tej prywatnej, w domach, gdzie dzieci nocowały. Wszystkie dostały na pamiątkę prezenty.
Nowoczesna Europa - goście przywieźli ją ze sobą w postaci wieloetnicznej reprezentacji młodzieży szkolnej. Przy wręczaniu pamiątkowych dyplomów i  upominków pojawiły się egzotycznie wciąż w Polsce brzmiące imiona: arabskie, tureckie, hinduskie, izraelskie – Abdu El-Khalaf, Isa Sezen, Debbie Liedtke, Sepideh Mohammad-Taghi, Milena Pasolini, Ghade Al-Wakeel, Alexander Gaan, Alexander Bernhardt, Mohammed Taha, Razwan Mohammed. Berlin to miasto w pełni kosmopolityczne. Klaudia bardzo ceni tę rozmaitość kultur i religii, możliwość poznania konkretnych ludzi, rozmowy z nimi, szukania tego, co wspólne i tego, co inne. Można w ten sposób uczyć się akceptować człowieka bez względu na kolor skóry i religię czy filozofię, komunikować się na poziomie werbalnym i empatycznym.
            Sepideh – mówię – to piękne imię. Jesteś w Polsce pierwszy raz? Spojrzenie ciemnych oczu – Tak – odpowiada – i wszystko mi się tutaj podoba. Ludzie są mili i przyjacielscy. I myślałam, że będzie gorzej. To znaczy jak? – To dla niej oczywiste - Mniej nowocześnie... Razwanowi podoba się to, że jest taniej niż w Berlinie. Ogólnie jest cool, co nie wymaga tłumaczenia... Isa mimo młodego wieku jest, odnoszę wrażenia, bardziej dorosły, może to tylko inna kultura. - Ludzie są ludźmi – mówi - nie ma żadnych różnic. W okolicy, gdzie mieszka, przyjaźni się z Polkami, bez akcentu wymienia ich imiona – Dorota, Agnieszka. Dużo zapamiętał z wycieczki do naszego muzeum. – Są tam cenne eksponaty – mówi - chociaż w Berlinie jest więcej muzeów i  większa różnorodność.
            Młodzież jest taka sama wszędzie, uważa pani Tabea. Są osoby nieśmiałe i są bardziej głośne, odważne. Podobnie jak pan Wolfgang uważa, że  polska młodzież jest nieco grzeczniejsza od niemieckiej, lepiej wychowana. Praca w wieloetnicznej szkole berlińskiej jest na pewno fascynująca. Berlin jest miastem specyficznym, rodowitych Niemców jest już mniejszość, niestety, z powodu małego przyrostu naturalnego.


Iwona Wróblak
czerwiec 2008