Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klub Garnizonowy w Miedzyrzeczu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klub Garnizonowy w Miedzyrzeczu. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 kwietnia 2017

Podróż Teo


            Biblioteki mają to do siebie, że w swoich zbiorach posiadają niesamowite bibliofilskie smaczki.
Nie wierzę w przypadki. Dotykając grzbietów książek całkiem często udaje mi się znaleźć tę jedyną, związaną z moim aktualnym nastrojem, przemyśleniami, potrzebami. One to oddziałują na mnie w danej chwili w sposób niejako poza kontrolą, zwracając uwagę w ściśle określonym kierunku. Taką książką w dniu którymś była „Podróż Teo” Clement C.
            O czym ona jest? O podróży. Magiczna książka o drzewie wiadomości, po którym wspina się nasza dojrzałość. O Domu wrastającym w to  drzewo. O naszym umiejscowieniu w swojej rzeczywistości, w realnym świecie bytu. Poznać, posmakować, dotknąć – palcem, rozumem, uczuciem, emocjami. By - może wybrać daną drogę, a może tylko zrozumieć wybór dokonany. Cokolwiek potem, po tym fakcie, po przeczytaniu tej książki - zrobimy, zostanie nam satysfakcjonujące uczucie domknięcia, wtulenia się, na krótki chociaż okres, w ramiona mądrego nauczyciela, jakby przez ten  uścisk matczyny świat stanie się bardziej nasz, zagospodarowany, przez nas - udomowiony. Mężczyzna powinien posadzić w swoim życiu drzewo... to  męskie w nas zadanie, zdecydowanie - ekspansywność, eksploracja w drzewnym tworzywie, w jego magicznym znaczeniu przestrzeni sakralnej wokół nas... niekoniecznie poza nasza osobą...
            Więc o czym jest ta książka? O wszystkich sposobach znajdowania siebie wobec przestrzeni kosmosu, jakkolwiek ją pojmujemy. Czy  personalistycznie nazwiemy ją Stwórcą czy Jehową. Jakkolwiek na to nazewnictwo oddziaływać będzie geografia miejsca, gdzie się wychowaliśmy, pamiętać możemy, że ona nas być może uzdrowi, jak chłopca imieniem Teo. Uzdrowi w wielu znaczeniach. Zorganizowana materia jest czymś przemijającym - co jest przez nas posiadane warunkowo... Nie jest tym, co nas posiada, wiedzą o tym mistycy wszystkich religii. Dalecy od izmów, od  doktryn, przykładania znaczenia naszemu ego, które ma, owszem, ogromną rolę organizowania naszej euklidesowej przestrzeni, ale przez swoją ignorancję może wykluczyć istnienie innych wymiarów. Spójrzmy oczami autora na obraz, na byt, jaki tworzą zapisane strony tej książki, na sposób, w jaki można dorastać w DEZIDERATE, a może wyniesiemy z tego okruch dla siebie.
            Książkę świetnie się czyta, jest wspaniałą encyklopedią po świecie religii, napisana jest w bardzo przystępnej zbeletryzowanej formie sokratejskiego dialogu.


Iwona Wróblak
listopad 2000

niedziela, 19 marca 2017

Międzyrzeckie klimaty w fotografiach Tadeusza Świdra

            W Klubie Garnizonowym kolejna wystawa fotograficzna autorstwa naszych regionalnych artystów. Tadeusz Świder mówi, że fotografowanie stało się jego nałogiem, pasją, obok zainteresowań turystyką i wojennymi fortyfikacjami. Na zdjęciach widzimy wiele ujęć Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego, malownicze kopuły wież strzelniczych, bunkrów i umocnień. Pan Świder fotografuje od 1975 r., jego zdjęcia zamieszczane były na łamach lokalnych gazet, w książkach o tematyce turystycznej, folderach. Są na nich znajomi, sąsiedzi, w trakcie uroczystości lokalnych, a także bez okazji, pochwyceni teleobiektywem niespodziewanie, w momentach zamyślenia, jakby niepewnych swojego miejsca wobec świata i sytuacji, w jakiej zastał ich  fotograf. Ujęci w grupie stwarzają swoisty mikroklimat, jak orkiestra wojskowa - w przerwie między występami, ktoś z grających ociera czoło – podpis pod zdjęciem: „Dajcie znać, kiedy grać”.
            Dla fotografa nie ma nieciekawych okazji. Dywan parasoli na fotografii: ”Deszczowe święta” i chłopiec moknący bez nakrycia głowy, na bruku, w  półobrocie, spoglądający na przestrzeń pustą wokół siebie – będący w niejakim oddaleniu od morza niesłychanie kolorowych parasoli. Jest też kilka reportaży, grupowe zdjęcia młodzieży wykonane z wieży widokowej, i wdzięczne artystycznie aleje w zamkowym parku. Ogromne parkowe platany i  słońce wśród ich koron, temat, któremu trudno się oprzeć. Pięknie pozowały panu Tadeuszowi na małej wysepce  kaczki „Przy porannej toalecie”, każdy z  ptaków inaczej nad lustrem wody pochylony, z własnym w niej odbiciem.


Iwona Wróblak
czerwiec 2002

środa, 15 marca 2017

Łagowskie Impresje

            W Klubie Garnizonowym wystawa fotograficzna Juliusza Ordowskiego. Z wykształcenia technik – chemik, prowadzi w Łagowie firmę usług fotograficznych. Zajmuje się też wydawaniem widokówek z okolic Łagowa, jego zdjęcia są na folderach reklamowych, kalendarzach. Prezentowane fotografie pochodzą z okresu od lat 70. do dzisiaj. Jak sam mówi: Zacząłem szukać czegoś nowego, innego. Spacer po Łagowie z aparatem na szyi otworzył mi oczy. Zrozumiałem, że muszę to utrwalić. Po tylu latach spędzonych w Łagowie wreszcie zacząłem dostrzegać otaczające mnie piękno.
            To znamienne, że coraz więcej artystów szuka inspiracji na terenie swojego zamieszkania, w zaułkach swojego miasta, w sąsiedztwie domu. Przygląda się rosnącym na skarpie drzewom, ich malowniczemu odbiciu w stawie. Dla pana Ordowskiego jako fotografa tworzywem jest światło, to ono  komponuje jego dzieła. Każda z nich jest wyrazistym aktem impresji artystycznej. Piękno architektury, powab detali codziennie mijanych w drodze. Oświetlone słońcem stare budynki zachęcają do wejścia do środka. Pan Ordowski nie używa filtrów innych jak swoje fotograficzne widzenie. Odbicie czegoś w wodzie jest dla niego materiałem, z którego formuje szczególny nastrój lustrzanych negatywów jesieni, od zieleni po brąz. Biel śniegu w ostrym świetle zimowego słońca, w tle miejska zabudowa - to jeden z obrazów, uporządkowany według własnego wzoru fotograficzny świat, jaki oferuje oglądającym. Fotografik chętnie mówi o swojej „kuchni” artystycznej, a jego żarliwość tworzenia może być świetną zachętą dla każdego, kto sam miałby ochotę, poprzez obiektyw, spróbować uwiecznić coś na stałe.
           

Iwona Wróblak
wrzesień 2002

środa, 25 stycznia 2017

Wieczór z Kabaretem SZUM

            Impreza w Klubie Garnizonowym. Nieodłączne świece na stolikach. Jest pełna sala. Kabarety zawsze ściągają publiczność. Jest popyt na dobrą rozrywkę, na chwilę odprężenia, odpoczynku.
Co nam pokaże zielonogórski kabaret?
            Cztery przystojne dziewczyny, śpiewają: „dziewczyny drobne są - ...a kto w to nie wierzy, ja walę w ryj”. Temperamentu na pewno wykonawczynie mają dużo. To młody narybek „SZUMU”. Mówią otwarcie o słabostkach kobiet, mają dystans do tematu. Dialogi są na dobrym poziomie artystycznym. Niewątpliwe talenty aktorskie. Siedzący za mną młody człowiek komentuje wyczyny kabarecistek – „dobre, dobre...” Kobiety, te  ciepłe, mądre istoty mają swoje sposoby na życie, na wychowanie dzieci, na męża. Wbrew moim oczekiwaniom nie było zbyt „wojowniczo”, było zabawnie. Śmiech był na sali zdrowy, z pełnej piersi.
            Teksty dziewczyny piszą same. Tematy nieśmiertelne, babskie (czy tylko...) – ploteczki, ploteczki, o sąsiadce, lifting twarzy, scenki z poczekalni w  przychodni lekarskiej, realia polskiego życia domowego przy niskiej pensji, ciepły ludzki humor rodem z Haszka. Może lepszy niż ten z telewizji, na żywo. Były także znane już, starsze numery Kabaretu, ale również nowe skecze. A na koniec – przepiękna ballada o Zabawkach, które proszą, żeby je przytulać. Upchnięte na strychach, niepotrzebne, nieużywane, jak powroty do archetypu dziecięcego, do emocji, do etapu, który nie może umknąć żadnemu dziecku (nawet temu dorosłemu). Bis musiał być.
            O psychice kobiecej, ludzkiej na wesoło, żeby tak kiedyś męski kabaret o mężczyznach...


Iwona Wróblak
grudzień 2004

czwartek, 3 listopada 2016

W gościnie u Malwinek

            Sala Klubu Garnizonowego. Jedna z prób Zespołu „Malwinki”, prób przed berlińskim występem w Święto Narodów Świata, planowane na  pierwszy tydzień lipca bieżącego roku. Pani Henryka Janas – szefowa „Malwinek”: - Zespoły folklorystyczne prezentują tam kulturę swojego regionu czy  kraju, swoje korzenie, przyjeżdżają z całego świata, taka jest idea tego corocznego koncertu. Nasze polskie, i międzyrzeckie, „Malwinki” są zaproszone już  po raz czwarty. Są delegowani przez nasz międzyrzecki MOK.
             Kinga Niedziela jest w „Malwinkach” piąty rok, od początku, „średnie” „Malwinki” na dzisiejszej próbie to, oprócz Kingi, Ewa Radomska, Ola  Matuszna, Beata Janowicz, Adrian Sternik, Marta Plewa. W sali tanecznej Klubu Garnizonowego pani Henia zasiada do pianina. Swoim mocnym, dobrze ułożonym głosem intonuje: „Wyleciała jaskółeczka...”
             Słyszę z odtwarzacza „Oratorium” Piotra Rubika. – Adrian... ( pani Henia) – głośniej, żeby ciebie było słychać, przecież masz głos jak  dzwoneczek, daj to z siebie....
 To na prośbę dziewczynek utwór Rubika został włączony do berlińskiego repertuaru.
 - Chciałyśmy to śpiewać, podobało nam się – mówi Ewa. Własna inicjatywa w zespole jest dobrze widziana, pani Janas dba tylko, aby rytm trudnej kompozycji był równo wykonany i było czysto zaśpiewane.
            W tym roku „Malwinki” zaśpiewają jedną z piosenek także po niemiecku. O czym będzie? Pani Henia: - To będzie piosenka o dzieciach przedszkolnych, które grają na różnych instrumentach. I ludowe polskie piosenki w układach tanecznych z okolic Śląska. Pani Henia jest tu wszystkim – reżyserem, choreografem, muzykiem. Szefem i duszą zespołu. Teraz kupują nowe stroje. W związku z tym na dzisiejszym spotkaniu trzeba zrobić listę, powziąć ostateczną decyzję – które dziecko chce jechać do Berlina? Mamy muszą się zdeklarować. Dla najmłodszych kilkuletnich Malwineczek to  ogromna przygoda. Pani Henia mówi o nich, że to ozdoby, klejnociki Zespołu. Zagraniczni goście, nie tylko zagraniczni, ze szczególnym wzruszeniem podziwiają w czasie występów maleńkie tancerki w ludowych strojach, ich niezaprzeczalny dziecięcy urok.
            Najmłodsze są mi właśnie przedstawiane: Martynka Górna (3 lata), Julcia Gandurska (4 lata), Madzia Kozłowska ( 4 lata). Proste układy dzielnie ćwiczą razem ze starszymi dziećmi, maleńka Martynka też stara się – rączki w bok, potem w górę – klask!, i na biodra ręce. Krakowiaczek dzieje się.  Starsze dzieci – w parach – pomagają młodszym. Dziewczynki starają się naśladować ruchy pani Heni, umieją piosenkę „Siwy konik, siwy”. Niektóre dzieci są pierwszy raz, jeszcze nie wiedzą do końca, czy wyjść z objęć mamy i przyłączyć się do koła...Pani Henia ma w sobie ocean cierpliwości i  uśmiechu, umie rozmawiać z dziećmi w każdym wieku, ale szczególnie kocha jednak chyba te najmłodsze...Mówi mi, że jej nie jest za głośno, ją nie  męczy hałas z czterdziestu dziecięcych gardeł...
„Czy duża czy mała, lubuszanka zgrabna...”. Słuchamy piosenki. Pani Henia – teraz ukłon w stronę widowni – czyli nas. Starsze „Malwinki” dopingują. Kiedy one z kolei występują, tańczą wszyscy, spontanicznie, skoczne melodie zachęcają. Kończy się wspólnym śpiewaniem. Mimo całej powagi, letniej perspektywy międzynarodowego koncertu, próba to świetna zabawa, każdy może zatańczyć i zaśpiewać.


Iwona Wróblak
maj 2007

środa, 5 października 2016

Rytm flamenco…

           
            Maciej Mustafa Giżejewski – bongosy (bębenki), Anna Patkiewicz - taniec, Marcin Pawlik – saksofon, flet, bracia Michał i Sławek Dolata – gitary klasyczne, czyli flamenco w Klubie Garnizonowym. Rumba, samba, seviliana, bulerias, tangos – to w rytmice egipsko – arabskiej. Bracia Dolata czyli własna wizja mixu muzycznego, który znamy pod ogólną nazwą flamenco. Kompozycje Sławomira Dolaty inspirowane muzyką hiszpańską z Andaluzji, ale przecież nie tylko. Także wpływy latynoskiej muzyki ludowej, wpływy cygańskie, z Kuby, religijnej muzyki afrykańskiej, rytmów świata muzułmańskiego, arabskiego. Muzyki pakistańskiej, hinduskiej, wzbogaconej harmoniką twórców i wykonawców europejskich.
            Wszystko to było słychać w recitalu zespołu, który gościł Klub Garnizonowy. Wszechobecny rytm, w różnych metrach, jak trans. Pierwotna muzyka, klaskanie otwartą dłonią, przytupywanie. Piosenki hiszpańskie, z kręgu kultury hiszpańskojęzycznej, o miłości przede wszystkim, miłości w  różnym wydaniu, namiętnej w wielkim procencie, nawet lubieżnej, i o samotności – drugim biegunie ludzkiego istnienia, braku tej pierwszej aktywności,  tęskne rytmy rozpoznawalne uchem bez znajomości języka. Mieszanka obyczajowości i kultury ludów, z którymi zetknęli się Hiszpanie i mieszkańcy półwyspu pirenejskiego w ciągu ostatnich kilkuset lat. Żywa, bardzo dźwięczna kronika wzajemnych wpływów i fascynacji kulturowych, wspólne obszary kontaktów międzyrasowych, międzykontynentalnych.
            Dla wrażliwych muzyków do pretekst czerpania z zasobnego źródła inspiracji artystycznych. Uwolnienia własnych pomysłów na kompozycje. Na  bazie bogatej spuścizny tradycji zwanej muzyką flamenco. Dla widzów – okazja do otwarcia się na gorące rytmy. Ole! Tancerka w chuście z frędzlami w  pełnych żaru układach tanecznych, Sławek unosi wyżej swą gitarę. Kolej na kolejnego improwizatora, bongosy i klarnet z jedną z gitar. Klamrą aranżacji jest osobowość kompozytora, jego pomysły na własne flamenco, które w tzw. czystej formie podobno nie istnieje... Tancerka z fioletowo – niebieskim wachlarzem jak motylem, upięte w kok włosy i szeroka u spodu tańcząca suknia. I rytm, pozornie nieskomplikowany, a naprawdę tak szczelnie wypełniający przeznaczoną mu przestrzeń w kompozycji, że zdaje się naturalnie wypływać z oczekiwań słuchaczy... Dajemy się wszyscy zahipnotyzować temu rytmowi, prosimy o jeszcze, o słynne„Bamboleo”, które, jak mi tłumaczy potem Maciej, z kubańskiego znaczy po prostu bujanie się w rytm muzyki.
Fiesta w Klubie Garnizonowym.

Iwona Wróblak
grudzień 2007 

poniedziałek, 3 października 2016

Gałczyński i Teatr Pchła

            K. I. Gałczyński to oporny dla literaturoznawców pisarz. Nigdy nie dał się wepchnąć w ramy konwencji epoki, w której pisał, dlatego twórczość jego jest tak wdzięcznym tworzywem dla sceny i teatru. Teatr „Pchła” pani Jolanty Glury z powodzeniem zmierzył się z ponadczasową twórczością tego może nieco lekceważonego poety. Zasadniczą sprawą było dokonanie takiego wyboru tekstów, by całość brzmiała aktualnie i współcześnie. Sięgając do  nieśmiertelnego zasobu pt. „Teatrzyk „Zielona Gęś” ma zaszczyt przedstawić...” udało się tego dokonać.
            Pełnokrwisty dojrzały teatr ujrzeliśmy w wykonaniu Teatru „Pchła”. Młodzi aktorzy – Kacper Wesołowski, Michalina i Magda Ślusarek, Aleksandra Matacz, Basia i Maciek Przywoźny, Dagmara Gąska (plus fotograf Radek Zieja). Tytuł spektaklu: „W oparach absurdu”. Inteligentne, skrzące się humorem scenki i dialogi, Gałczyński dystansujący się, uważny obserwator obyczajowości. Humor i satyra, cięte, oszczędne w słowach kuplety bardzo dobrze zaprezentowane przez młodych aktorów. Bardzo staranna dykcja. Dbałość o słowo. Rozumienie tekstu. Opracowana w  szczegółach mimika. Swoboda poruszania się na scenie. Gra aktorska wpleciona w tworzywo tekstu. W oparach – „gałczyńskiego absurdu”, czyli np.  cienka granica między awangardą a początkującym... bezsensem. Na czym polega klasyka poety, tak widoczna w tych tekstach, w ich zaprezentowaniu, poety, który nigdy nie dał się do końca zaklasyfikować? Którą to klasyczność, godną pierwowzorów, tak dobrze wyeksponował zespół teatralny pani Glury.
            Może na szacunku dla autora, uważnym czytaniu jego tekstów, absolutnej wierności semantycznym znaczeniom. Wydobyciu z nich nieoczekiwanych sensów, relatywizujących świat tych, którzy mają na wszystko absolutną odpowiedź, kategoryczną ocenę. Przyjrzenie się relacjom międzyludzkim, towarzyszącym im schematom, w wielu wymiarach, pod kątem ich powtarzalności. Stereotypy, skostniałe formy, także w literaturze i  poezji. Grafologia w poezji futuryzującej... czy... grafomania? Autotemat... Odwaga zadawania pytań, na wszystkie tematy, nie oszczędzające własnego środowiska literackiego. Na tej przestrzeni sceny, gdzie tak dobrze czuje się młoda wykonawczyni Basia Przywoźna, która szczególnie dobrze wcieliła się w kilka postaci w wierszach poety. W tekstach, starannie przez panią Glurę wybranych, dających wiele możliwości wyrazistych interpretacji. Basia, która równie dobrze śpiewa jak i recytuje, razem z akompaniującym jej bratem Maćkiem, w swoich autorskich tekstach i kompozycjach dodała własne rozumienie klasyki i awangardy, skomplikowanych relacji między nimi. W ciekawej muzycznej formie.
            Spektakl podzielony był na kilka odsłon, w oszczędnych ale ciekawych dekoracjach. Wyszliśmy z przedstawienia pełni niedosytu, gotowi słuchać dalej, pod wrażeniem dobrej aktorskiej gry, w niecierpliwym oczekiwaniu na następne premiery, już przez panią Glurę zapowiadane.


Iwona Wróblak
grudzień 2007

niedziela, 2 października 2016

Oto Ja - Pchła


             Spektakl Teatru „Pchła” pani Jolanty Glury, na podstawie tekstów Ireny Zielińskiej. Za parawanem, za parawanami - JESTEM, OTO JA – osoba, oto ja kobieta, oto ja człowiek, oto ja człowiek egzystencjalny. Za parawanami, w suknię białą ubrana, ja wielopostaciowa, pod Maskami Teatru,  wewnętrznego, zewnętrznego... Narrator w tle, z taśmy, nieco po dziennikarsku, agresywnie, przepytuje ludzi o poezję. Jakie miejsce znajduje ta królowa sztuk w ich życiu ... i dlaczego tak mało... W ich życiu codziennym, domowym. Przepytuje w gruncie rzeczy o ich tęsknoty, o młodzieńcze marzenia, o  bardzo intymny odbiór spisanych myśli i zwierzeń innych ludzi. O granicę między sztuką a nie – sztuką, uczestnictwem a pozorowaniem tegoż...
            I my – słuchamy fragmentów z twórczości Ireny Zielińskiej, w wykonaniu Dagmary Gąski, Magdaleny Ślusarek, Magdaleny Strzemieckiej, Michaliny Ślusarek, Elizy Filus i Dominiki Nestorowskiej. W wyrazistym przekazie spektaklu „Pchła”. Jak wiele rzeczy można pokazać na scenie, truizmem jest to mówić, wiele rzeczy nieuchwytnych w czytaniu tak zwanym nieteatralnym, poezji, nawet wielokrotnym czytaniu. Przy starannie dobranym podkładzie muzycznym, tutaj klasycznym menuecie (czemu klasycznym? – może poprzez egzystencjalną tematykę miejsca i samotności Człowieka w świecie?). Akompaniamencie do statycznego Teatru Masek (Teatru Lęku Ontologicznego?, Teatru Lęku przed Ciszą?, Teatru Lęku przed Ciszą Absolutną?) zagranym nieco też do tańca (ten taniec – na Parkiecie, jakim się staje tu scena, na Balu, na który... czy zapraszają?... I który Co  symbolizuje?...) Tańca postaci biało ubranych, menuecie przetykanym transowym brzmieniem szumu potężnych morskich fal, jak oceanu zdarzeń przepływających przez nas – słuchających, tym samym współtworzących, i zdarzeń, sytuacji – płynących przez autorkę tekstów, osobę wrażliwą - piszącą, ofiarującą nam przez to pisanie siebie samą. Postaci biało ubrane wyłaniają się – dla nas, dla widowni - zza parawanów, może są Jedną o Wielu Twarzach?
            Na pewno Są. Wielorakie Twarze Wierszy, naiwne i dobre z początków lat odnajdywania się, pierwocin spojrzeń na świat, etapy stawania się -  kobiety, człowieka przede wszystkim, tak to odczytuję, egzystencjalnego. Role, twarze Kobiety, jak okna otwierane jej spojrzeniami na zdarzenia przez nią doświadczane. A może tylko uprzędzone przez słowa pajęczyny znaczeń nas wplątujących we własne wyobrażenia o sobie?... Głęboko przez autorkę odczuwany egzystencjalny sens pisania, porównywalny z grawerowaniem słów na własnej żywej tkance - jak ekspozycja własnego istnienia.
            Taniec – świetny pomysł pani Glury, Taniec na Parkiecie. Ilustracja pomysłu na zrobienie spektaklu o poezji, w klasycystycznej formie. Z rytuału na poły religijnego wyrosłej, statycznej jak wielkie tragedie starożytne, nasza małość wobec Wyroków... Nasze niebezpieczne niekiedy zanurzanie się we  własne sacrum, czy wielkie czy mniejsze, nie nam oceniać... Warte uwagi, warte wysłuchania. O prawdzie wiedzą tylko ofiary – dowiadujemy się w  jednym z wierszy. Ale dusza, wspina się na palce i tańczy w słońcu, niepomna na ogień, który może spopielić. Mówi postać w bieli do swoich lustrzanych odbić – wierszu, wyrządź mi krzywdę/bądź jak stalowa świątynia, pamiętaj, że odejdę, ale nie na zawsze,/bo zostawię po sobie zimne spojrzenie satyra. Jaki wielki ból, jakie zmaganie się, dramaturgia losu pojedynczego człowieka...


Iwona Wróblak
styczeń 2008

sobota, 1 października 2016

Wschodniosłowiańskie kolędy i pastorałki


            Koncert łemkowskich kolęd i pastorałek, w fachowym wykonaniu śpiewaczki operowej i etnomuzykolog, adiunkta w Instytucie Kultury i Sztuki Muzycznej Uniwersytetu Zielonogórskiego - pani Bugumiły Tarasiewicz i towarzyszącego jej pianisty Juliana Tatarynowicza. W języku Łemków, piękne pieśni, kołysanki. Między kolędami ciekawy wykład, informacje o obrzędowości tej unikalnej tradycyjnej kultury.
            Bogumiła Tarasiewicz jako muzykolog zajmuje się badaniem kultury Łemków. Brała udział w trzech kolejnych Międzynarodowych Sympozjach Muzykologicznych „Muzyka Kresów”. Jest autorką artykułów: „Tradycja a współczesność obrzędowości łemkowskiej w diasporze”( w: „Dziedzictwo europejskie a polska kultura muzyczna w dobie przemian” , „Praktyka wykonawcza łemkowskiej wokalnej muzyki ludowej”. Do Międzyrzecza przyjechała na zaproszenie naszej społeczności łemkowskiej. Jak powiedziała na wstępie kier. Klubu Garnizonowego Wiesława Murawska, nasza mała lubuska ojczyzna to fascynujący obszar stykania się różnych kultur, religii, osób i grup społecznych przybyłych tu w okresie powojennym, mozaika bardzo bogata i  ciekawa kulturowo.
            Bogusława Tarasiewicz (mezzosopran) prowadzi bardzo ożywioną działalność koncertową. W kręgu jej zainteresowań artystycznych znajduje się  głównie repertuar oratoryjno-kantatowy, pieśni i kameralistyka. Występowała m.in. Niemczech, Francji, Szwajcarii, Włoszech, Watykanie, na Litwie, w  Czechach i Austrii. Posiada nagrania radiowe, telewizyjne i płytowe. Od 1998 roku jest solistką i kierownikiem artystycznym zespołu kameralnego Quodlibet Orchestra. Ponadto jako solistka współpracuje z chórami macierzystego Instytutu Kultury i Sztuki Muzycznej. Jest autorką podręcznika akademickiego do nauki emisji głosu pt.: „Mówię i śpiewam świadomie”( Kraków 2003). Te nieznane nam oryginalne pieśni łemkowskie usłyszeliśmy więc w przednim wykonaniu.
            Kolęda oznacza życzenie, winszowanie, związana jest z tradycyjną kulturą i muzyką ludową. Tekst i muzykę do kolęd ludzie układali przez wieki, przekazując w ten sposób ważne dla społeczności treści. Refleksyjne, symboliczne, pełne alegorii. Niektóre z utworów mają po kilkaset lat, niczym wykopaliska są świadkami obyczajowości dawnych pokoleń. Pastorałka to świecka odmiana kolędy, śpiewana w domach, o charakterze zabawnym, nawet rubasznym. Dzisiejszy koncert był ekumeniczny, śpiewaliśmy także polskie kolędy. Zwyczaje bożonarodzeniowe są podobne na całej słowiańszczyźnie, korzeniami sięgają czasów przedchrześcijańskich. Pozorna wędrówka tarczy słonecznej na horyzoncie, ubywanie dnia zawsze skłaniało ludzi do refleksji. Chrześcijański czas Adwentu był okresem układania pieśni.
            Łemkowska choinka była zawieszona pod sufitem. Pani Tarasiewicz opowiedziała nam pokrótce o zwyczajach, zachowaniach, potrawach świątecznych na wschodzie. O kulturze muzycznej regionów, jej wariantach i odmianach. O olbrzymim bogactwie, które nie powinno zaginąć, wzajemnych wpływach, i powiązaniach, kultury ludowej polskiej, ukraińskiej, łemkowskiej, innych (znana kolęda „Cicha noc” jest pochodzenia niemieckiego). O równoprawności tych kultur, żywym świadectwie historii – politycznej, kulturalnej, muzycznej, ekonomicznej. W tradycji starocerkiewnej, ukraińskiej, łemkowskiej kolędy śpiewane były na głosy (podobnie u nas w górach, gdzie echo odpowiadało śpiewającym), w kulturze łacińskiej – z towarzyszeniem organów lub, w salonie, fortepianu.
            Bardzo ciekawy muzycznie wieczór. Wspaniała osoba pani Tarasiewicz, z jej ogromem wiedzy z etnografii i muzykologii, którą tak chętnie się  dzieliła. Unikalny koncert…


Iwona Wróblak
luty 2008

poniedziałek, 26 września 2016

Beta Band czyli wieczór jazzowy


            - To będzie jazz klasyczny, nie żaden eksperyment – mówi przed występem jeden z muzyków.
Zaciekawieni zajmujemy miejsca przy stolikach na parterze Klubu Garnizonowego. Smakowity kawałek dobrej muzyki nam się zapowiada.
            Panie: kierownik Klubu Wiesława Murawska i Jolanta Glura zapraszają do pierwszego eksperymentalnego wieczoru jazzowego. Co komu w duszy gra...
Saksofon tenorowy – Łukasz Matuszewski, Damian Beta – klawisze, Artur Roguski – gitara basowa, multiinstrumentalista – student UZ oraz uczeń PSM  II Stopnia w Zielonej Górze. Konrad Grzegrzółka – menadżer zespołu i perkusista – absolwent PSM I Stopnia w Z. G, student UZ i UW oraz uczeń PSM  II Stopnia w Z. G. Monika Kręt – śpiew. Nazwa Beta Band pochodzi od nazwiska inicjatora, Romana Bety – puzonisty, który obecnie studiuje na  Akademii Muzycznej w Poznaniu. Wszystkich łączy jedno – jazz. Od listopada 2006, regularnie w piątki pod koniec każdego miesiąca Beta Band gra w  klubie „4 Róże dla Lucienne” w Zielonej Górze i prowadzi jazzowe jam session. W repertuarze Beta Band są między innymi takie utwory jak: Work Song,  Mercy Mercy Misty, The Girl From Ipanema i wiele innych.
            Jazz środka – tak to określają. Muzyka rzeczywiście klasyczna, miła dla ucha, można też pewnie tańczyć. Jazz bardzo dobry gatunkowo. Czytelna linia melodyczna. Improwizacje starannie wyreżyserowane, z partiami solowymi dla każdego instrumentu. Z dużą ilością saksofonu.
Słuchamy samby i bluesa. Wokalistka wkomponowuje się w instrumenty, jest piątym z nich. Pani Monika mimo młodego wieku czuje ten gatunek muzyki. Dobra dykcja. Widać (i słychać), że muzycy czerpią wzory i inspiracje z pierwszych nazwisk słynnych światowych jazzmanów, i - cieszą się swoim graniem, wsłuchani w siebie, w swoją muzykę, my także – widzowie – mamy ogromną przyjemność tego wieczoru, satysfakcję bycia na żywo z wartkim nurtem pulsujących jazzowych rytmów.
             Jazz jest rodzajem muzyki powstałej w USA na przełomie XIX i XX wieku. Narodził się w wyniku połączenia elementów wiejskiego i miejskiego folkloru Murzynów amerykańskich z europejską tradycją muzyczną, z której wywodzi się instrumentarium, melodyka i harmonia jazzu, a także metryka języka angielskiego w utworach wokalnych. Natomiast specyficznie murzyński (czyli negro - amerykański ) jest swing - owa rytmiczna intensywność sprawiająca wrażenie kołysania z charakterystycznym dla jazzu synkopowaniem, czyli przesuwaniem akcentu z mocnej części taktu na słabą. Kształtowanie dźwięku wywodzące się z murzyńskiej praktyki wykonawczej miejskiego proletariatu oraz frazowanie, mające swoje źródło w wiejskim folklorze Murzynów amerykańskich. Spontaniczność, żywiołowość i żarliwość jazzowej improwizacji. Najstarszymi przejawami folkloru muzyki afrykańskiej były pieśni pracy (work songs), zawierające najprostsze motywy oparte na skali trzydźwiękowej, z nich wywodził się blues, forma leżąca u  podstaw jazzu. Poszczególne motywy i pauzy w tych pieśniach odpowiadają ściśle czasowi użytecznych ruchów ciała ludzkiego przy pracy i chwilom odpoczynku między tymi ruchami. Stanowią one wyraz biologicznej korelacji ruchu z głosem ludzkim i czasem muzycznym pieśni, a także wskazują na  psychiczny moment wyładowania zmęczenia lub przeciwdziałania zmęczeniu. Te funkcje biologiczno - psychiczno - muzyczne pieśni pracy, jak i dźwięki work songs, wyrażające psychiczny nastrój, który towarzyszył pracy niewolniczej, zasadniczo różnią je od charakteru beztroskich pieśni afrykańskich myśliwych, pasterzy i rolników.
            Funkcja ekstatyczna jazzu wywodzi się z religijnego charakteru zachodnioafrykańskich tańców obrzędowych i zaznacza się w jazzie przede wszystkim w trakcie tzw. jam sessions, improwizowanych koncertów. Improwizacja i wzajemna inspiracja muzyków prowadzi do czynnego zaangażowania słuchaczy, wyrażającego się w aplauzie, okrzykach, oklaskach itp. Kod indywidualny jazzu to identyfikujący wykonawcę sposób komunikacji między nim a słuchaczem, przejawiający się w kreacji melodii, vibrato, ostrości i zmianach natężenia dźwięku, zaniku dźwięku itp.
Historię jazzu na ogół dzieli się na następujące okresy: Do ok. 1900, kiedy rozwijały się formy, z których jazz czerpał swoje źródła m.in. niewolnicze pieśni pracy (work songs), murzyńskie śpiewy religijne (negro spirituals), ballady i hymny białych osadników z Europy, tańce minstreli (cake - walks), marsze i  fortepianowe ragtimy. Okres formowania się jazzu (ok. 1900 - 1920) w południowych stanach USA, zwanych Dixieland, gdzie w dużych miastach (Nowy Orlean, St. Louis, Memhis, Baltimore i in.), w dzielnicach murzyńskich anglojęzycznych, powstawały pierwsze zespoły jazzu tradycyjnego (klasycznego). Składały się głównie z klarnetu, kornetu i puzonu jako instrumentów melodycznych oraz bębnów, fortepianu i kontrabasu (gitary basowej) jako perkusyjnych - co było wynikiem zetknięcia się praktyki wykonawczej murzyńskich orkiestr marszowych z fortepianową muzyką ragtimową. W tym czasie pojawiła się też nazwa - „ jass”, „ jazz”, oznaczająca zgiełk, hałas, początkowo używana złośliwie do ośmieszenia nowoorleańskiego zespołu T.  Browna i innych grup wykonujących tego typu muzykę. Okres klasyczny, tradycyjny, nowoorleański (ok.1920 - 35), rozpoczynający się po nagraniu w  1917 roku w Nowym Jorku pierwszych w historii jazzu płyt przez zespół Orginal Dixieland Jazz Band, ugruntował klasyczną dla jazzu formację instrumentalną i jazzowe gatunki muzyczne. W tym czasie, oprócz Nowego Orleanu i innych miast Południa (USA), powstały dwa nowe centra muzyki jazzowej: w Chicago i Nowym Jorku. Główni przedstawiciele okresu klasycznego, to m.in.: King Oliver, Louis Amstrong, Jelly Roli Morton, murzyński zespół Creole Jazz Band i zespół białych jazzmanów New Orleans Rythm, Kings. Okres swingu (1935 - 45 ) to dominacja jazzu orkiestrowego. Swingowe big bandy (Counta Basiego, Duke’a Ellingtona, Benny Goodmana) stały się wzorcem dla całej ówczesnej muzyki tanecznej. Okres jazzu nowoczesnego (modem jazz ) rozpoczął się po 1945 stylem be bop ( Charles Parker, Dizzy Gillespie ) i nieco późniejszym jazzem cool (Miles Davies, Stan Getz, Modem Jazz Quarter). Ów cool jazz, łącząc się potem z elementami awangardowej muzyki europejskiej, został nazwany Trzecim Nurtem. Natomiast w latach 50. z  be bopu 5, nawiązującego do tradycji murzyńskiej muzyki religijnej (gospels, soul musie), powstał hard bop (John Coltrane, Jazz Messengers). Zapoczątkowany w latach 60. przez Omette Colemana freejazz („ wolny ”, czyli wychodzący w sferze harmoniki poza system tonalny), koegzystował z  kierunkiem jazz - rock ( ftision ), który rozwijał się do lat 80.
            W całej historii jazzu kolejno powstające style i nurty rozwijały się w koegzystencji (z przewagą stylu aktualnie modnego i dominującego), co  sprawia, że muzyka ta stale sumuje doświadczenia poszczególnych swoich okresów stylistycznych. W Europie jazz zaczął się rozwijać po 1920 roku, w  Polsce od drugiej połowy lat 50.

Iwona Wróblak
marzec 2008

czwartek, 22 września 2016

Batteria z Pszczewa 


            Klub Garnizonowy. W planie dzisiaj przedstawienie próbki twórczości fotograficznej młodego artysty Tomasz Nowaka i niszowy koncert ciekawego muzycznie zespołu „Bateria” z Pszczewa.
            Malarskie fotografie miasta. Wykonane techniką cyfrową, na zwykłej drukarce. Autor robił je z Ratusza. To spełnienie zamierzenia, z którym nosił się od dawna. Teleobiektywem wybierał fragmenty panoramy miasta i fotografował z wieży ratuszowej. Bryła budynku sądu, częściowo przysłonięta drzewami. Czerwone szeregi dachów domków jednorodzinnych. Panorama bloków, w tle widoczna Bazylika 5 Braci Międzyrzeckich. W technice otworkowej – bez teleobiektywu, próby artystycznej wizji, jak wyraziła to kier. Klubu Wiesława Murawska - Międzyrzecza autorstwa Tomasza Nowaka. Bardzo ciekawego spojrzenia. Widziane nieco nieostro, za mgłą. Jest ten nasz spalony Dworzec Kolejowy – ładny sam w sobie budynek – jak mówi Tomasz Nowak... -  odbiór fotografii jest rzeczą osobistą... Łuk mostku do zamku, widziany z rzeczno – wodnej bocznej perspektywy. Inne fotografie – „Obrazki z miasta”, wydrukowane dzięki uprzejmości firmy BK Biuro Planowania i Kreśleń Technicznych S. A. Polecamy wizytę w Klubie Garnizonowym w celu obejrzenia kolekcji.
            „Batteria” z Pszczewa. Nie mylić z bateriami czy bakteriami... Zespół wykonuje muzykę określaną jako etniczna, powstał w Pszczewie w 2000 r.  Nazwa oznacza grupę bębniarzy. Zagrają muzykę źródeł. Oprócz gitary klasycznej i fletów etniczne instrumenty, wyglądają jak wielkie wydrążone w  środku rury. Rozpoznajemy bębenki - conga i bongosy. Będą grać i śpiewać: Krystian Grabowski – gitara, djembe, Dominik Wilczyński – conga, bongosy, djembe, darabuka, flet, didgeridoo, drumla, śpiew, Rafał Lemański – flet, cornamuse, kij deszczowy, didgeridoo, djembe, śpiew, Tomasz Chruszcz – djembe, bongosy, kij deszczowy, rekureku, przeszkadzaje, didgeridoo, Marcin Wamberski – djembe, conga, temburyn, Kasia Buchert – śpiew.
            Gitara zaczyna motyw akompaniamentowy. Do tła dołączają kolejno flet i instrumenty perkusyjne. Rytmiczne kompozycje, improwizacje oparte na wzajemnym uważnym słuchaniu się muzyków. Bardzo się podoba kwintet conga, narastający rytm przedwiecznych dźwięków, transowych, o  zwiększającej się dynamice, odwołują się do archaicznych wspomnień naszego ludzkiego gatunku, gromad ludzkich tańczących przy ogniskach na  przestrzeniach tysiącleci. Jak odwieczne mantry brzmią dźwięki wydobywane z wielkich rur – pustych w środku, to coś pośredniego między modlitwą, medytacją a słyszeniem przyrody w pierwotnym buszu. Brzmią bardzo strawnie dla naszego nowoczesnego ucha, te subtelne kulminacje, wtrącenia wątków, rozwinięcia i nagłe wyciszenia. Muzyka „Batterii” czerpie inspiracje z dorobku kulturowego wielu kontynentów naszej planety, afrykańskie djemby, aborygeńskie didgeridoo, kubańskie i latynoamerykanskie bongosy. Arabskie śpiewne nuty modlitw muezzinów i gardłowe mantry Dalekiego Wschodu. Europejskie, hiszpańskie, jazzujące motywy na gitarę i onomatopeiczne popisy flecisty wzajemnie się uzupełniają. Do tego słyszymy przesypywanie piasku, dźwięk kojący jednocześnie i zwiększający ostrość widzenia, słyszenia i odczuwania – odbioru rzeczywistości, wydobywany z  instrumentu w kształcie rurki, wszystko bardzo ciekawe i – przyjemne w odbiorze.


Iwona Wróblak
marzec 2008

wtorek, 20 września 2016

PAKA czyli kto się śmieje nie błądzi


            Jeleniogórski znakomity kabaret „PAKA” mieliśmy okazję gościć w Klubie Garnizonowym. Takiej uczty wielbiciele inteligentnego dowcipu długo nie zapomną.
Gagi ze świetnym tekstem i wspaniałym aktorskim wykonaniem przykuwały uwagę widzów, ani na chwilę nie pozwalały zająć myśli czymś innym. Nieprzerwany potok dowcipów, czas przeznaczony na występ artyści wykorzystali co do sekundy, eksplozje zdrowego śmiechu i oklaski nieustannie nagradzały wspaniały warsztat kabaretowy „PAKI”.
            „PAKA” jest grupą kabaretową z najwyższej półki, znamy go z TV, ale czym innym jest uczestniczenie w artystycznym widowisku na żywo. Przede wszystkim inteligentne teksty, bardzo aktualne, nawet najbardziej wybredni słuchacze mogli czuć się usatysfakcjonowani. Komiczne talenty wykonawców, którzy potrafili w sekundzie wcielić się w najprzeróżniejsze postacie.
            Kto się śmieje, nie błądzi. Zagrajmy kabaret na dni całkiem szare. Śmiechoterapia – w Służbie Zdrowia.... Obyczajowe scenki domowe, nieśmiertelny temat relacji małżeńskich, tutaj z punktu widzenia gnębionego przez żonę mężczyzny. Lekkie w formie, zabawne i nie głupie. Irak wszedł na  sceny kabaretowe, to dobrze, śmiechoterapia nie zna tabu. Ambasador przemawia tzw. ludzkim głosem. Zabawne tłumaczenie z ponoć arabskiego języka. Rozumiemy wszystko, a dzięki tłumaczowi rozumiemy jeszcze więcej. Emigracja irlandzka, bardzo aktualna sprawa. Słuchamy przezabawnego „Hymnu młodej emigracji”. Artyści trawestują utwory Beatlesów.
            Co w prasie krajowej, o czym dziennikarze piszą? Językowe nieporadności są wspaniałym materiałem na tekst do kabaretu. O polskim patriotyzmie przechodzącym często w symbologię. O oscypku i moście grunwaldzkim. I oczywiście – Moher Boy’s, tego tematu żaden szanujący się kabaret nie  przepuści. Wokalne umiejętności też nasi goście mają niemałe. Świetnie naśladują rosyjski wojskowy Chór Aleksandrowa. I innych śpiewaków. W  „Hymnie alkoholika” znajdujemy inspiracje utworami znanej grupy „Ich Troje”.
            Wieczór z „PAKĄ” długo będzie wspominany w Międzyrzeczu. Smakowite kuplety, i nic z wulgarności i płaskiego dowcipu. Gratulujemy pani Wiesławie Murawskiej, kierowniczce Klubu Garnizonowego, pomysłu obdarowania międzyrzeczan wspaniałą rozrywką, jednocześnie zabawną i  skłaniającą do refleksji.


Iwona Wróblak
kwiecień 2008  

czwartek, 15 września 2016

Podwórko według Ananasa


            „Podwórko” to kolejny spektakl Teatru Szkolnego „Ananas” przy Szkole Podstawowej nr 2. Jesteśmy na premierze w gościnnym Klubie Garnizonowym. „Ananasy” zupełnie świeżego, jak mówią panie prowadzące Teatr: Hanna Barczewska i Maria Sobczak – Siuta, werbunku. Spektakl rozpoczyna się punktualnie.
            Tytułowe podwórko. Miejsce zabaw. Miejsce pierwszych kontaktów z rówieśnikami, pierwszych społecznych doświadczeń. Bardzo ważne miejsce dla dziecka.
Miejsce zabawy. Wiele napisano o tym, jak ważna w rozwoju dziecka jest zabawa. Jako metoda i ścieżka w rozwoju. Tą droga dostarcza się młodej psychice bodźców. Może ten spektakl jest nie tylko dla dzieci? Może ten spektakl jest o tym, że nuda w dziecięcym życiu jest czarną dziurą, która pochłania naturalną energię i witalność?... Może to spektakl dla systemów wychowawczych; domowych, szkolnych, o tym, że trzeba zapełnić treścią życie społeczne i emocjonalne dziecka, inspirować je, w subtelny sposób dawać przykład... w jaki sposób można się bawić.
            Podwórko. Wysyła się tam dziecko. Czyli gdzie się wysyła... Dekoracje przedstawiają nam typowe podwórko. Czyli majdan między kamienicami a płotem, gdzie jest jakaś skrzynka, a dalej - jest śmietnik. Przychodzą tu dzieci. Chłopiec (Michał – bardzo profesjonalny wyraz twarzy młodziutkiego aktora, wyrażający jednocześnie nudę i głęboki smutek) nie bardzo wie, jak, i czym, ma się bawić. Próbuje, ale nie ma pomysłu, zniechęcony i zły odchodzi. Dziewczynka, przez komórkę rozmawia z koleżanką – co robisz? Nic... – ta odpowiada. Stan frustracji werbalizują inne dzieci. - Może pogramy w gumę? Piłka? Skakanka? Ganiany? Nieee... Czują się – jakby nieco... winne, że nie umieją się bawić. Ktoś rzuca zaklęcie – wasze babcie lepiej by się  bawiły!
Czemu nie... „Babcie” zjawiają się na żądanie, z odsieczą. W ubiorach retro. - Nie zawsze miałyśmy po 70 lat – mówią. I rusza zabawa: Jawor, jawor, jaworowi ludzie, Uciekaj myszko do dziury, Koło młyńskie, za cztery reńskie...
            Dzieci na scenie bawią się, w antyczne dla nich, gry. Dobrze się bawią, same dla siebie. W zabawy z ubiegłego wieku. Publiczność klaszcze, podobają im się bawiące się dzieci. Bo są autentyczne, bo nie – grają. Bo są dziećmi...
Podziwiam kunsztowność zamysłu reżyserskiego. Przejrzystość scenariusza. Prostą i elegancką w swej prostocie formę. Po ty, by bez pedagogicznego żargonu, poprzez dzieci, przekazać istotne i uniwersalne rzeczy. Zostawić dorosłych widzów z przemyśleniami. Dlaczego dzisiaj sprawdzają się  wyliczanki sprzed lat? Są dobre, wspaniale, ale może czegoś dzisiejszym dziecięcym wzorcom zabawy brakuje?... Czy nie zbyt pochopnie odkładamy do  lamusa dziecięce zabawy naszych babć i dziadków? To wypracowany przez dziesiątki pokoleń dorobek, to czego te zabawy uczyły, a czego nie ma dziś, w dobie komórek i komputerów. Czy może tego uchwycenia się za ręce w kole, poczucia przynależenia do grupy, akceptacji... Długie retro spódnice, czy to konieczny kamuflaż, by przyznać „babciom”, czyli niektórym sprawdzonym aspektom wychowania, należne im ważne miejsce w tworzeniu giętkiego i  mocnego kręgosłupa w psychice dziecka. „Babcie” – w momencie, kiedy dzieci już „nauczyły” (?) się bawić, nagle znikają... Są widocznie niepotrzebne, bo np. dzieci na scenie, te współczesne, „zapomniały”, że grają w spektaklu. Tak dobrze się bawią. Czyli – nawiasem mówiąc, dobrze (naprawdę) grają w  spektaklu.

Iwona Wróblak
kwiecień 2008

niedziela, 11 września 2016

Biesiada u hrabiny Kotłubaj


            Teatr amatorski nie jest - z zasady - mniej wartościowy od tak zwanego zawodowego teatru. Jednym z kryterium zawodowstwa jest, moim zdaniem, przejrzystość intencji reżysera – i dobre wykonanie przestawienia. Powtórnie więc zajrzałam do oryginału, opowiadania Witolda Gombrowicza pt. „Biesiada u hrabiny Kotłubaj”.
            Jest duch Gombrowicza, klimat jego utworów, w spektaklu Teatru „Pchła” w spotkaniu wieczornym z Gombrowiczem w naszym Klubie Garnizonowym. W scenariuszu pani Jolanta Glura wypreparowała z tkanki powieściowej wszystko to, co powinno być w rasowym spektaklu teatralnym na motywach utworów Gombrowicza. Równorzędne ze sobą elementy jak ruch sceniczny, muzyka, oszczędny w słowa scenariusz, dekoracje i kostiumy, wszystko to miało posłużyć wydobyciu z tekstu socjologiczno – filozoficznego uniwersalizmu myśli wybitnego dramaturga i pisarza. W absolutnie doskonały, jak na warunki teatru amatorskiego, sposób udało się to zrobić pani Jolancie. Nie tylko ja, widzowie również, zachwyceni byli aktorskimi (zasługują na tę nazwę) kreacjami Basi Przywoźnej i Marka Jury. Powiem więcej, słuchacze jeszcze nie obeznani z geniuszem twórczości W.  Gombrowicza edukację w tym kierunku mogą – z powodzeniem – zacząć od oglądania spektakli pani Jolanty Glury.
            Gombrowicz jest od szablonów, jako pisarz z gruntu uczciwy zaczyna od swojego podwórka, od wiwisekcji arystokratyczno - mieszczańskiej mentalności swojego pokolenia. Do bólu przenikliwy, obnaża schematy, puste formy wielkopańskich manier, które nic już nie znaczą, a najmniej zaświadczają o jakiejś szlachecko – arystokratycznej „lepszości”. Zimna biel kostiumów aktorów, ich mocny lalkowaty makijaż, symbolizujących białe cienie  wspaniałej przeszłości, zastygłych duchów, które pod tiulem zdają się za chwilę rozwiać i zniknąć, jak zdałoby się, powinny, jak wszystko, co już  się zdarzyło – w czasie w zupełności dokonanym... Jednak nie. Muzyka (Rafała Gojdki bardzo dobra) stosownie do kontekstu odrealniona, ożywia ich,  odwijają się z białego tiulu jak z kokonu i jak z przeszłości romansowo dziewiętnastowiecznej przemawia panicz – poeta, czyli trzcina wiotka, acz  myśląca... (tak mu się wydaje). Jego zażyłość z hrabiną Kotłubaj jest... właśnie, jakiego rodzaju?... Gombrowicz nad tym się zastanawia, co jest  kuszącego, zniewalającego w degrengoladzie zapatrzonej w swoje ego kliki nazywającej siebie arystokracją? Dążącej do wywyższenia (może z powodu kompleksów), nie wahającej się niszczyć każdego, kto obnaży ich intelektualną małość i wulgarność. Budują sobie własne kody znaczeń, szyfry, by ich  małe kółko wtajemniczonych było absolutnie nie przekraczalne dla profanów a w ich światek nie wkradła się żadna doza życia, rozwoju, ewolucji. Są  manekinami, jak słusznie kazała im wyglądać w spektaklu pani Glura, zastygłymi formami obyczajowości polskiej, narodowo – katolickiej, tradycyjno –  kościelnej, dalekiej od prawdziwej duchowości i patriotyzmu. To parawan, za którą kryje się zaściankowość, obskurantyzm i nieuctwo – ukryte często za  fasadą wtrącania do swych niby uczonych tyrad - przy byle okazji - słów obco brzmiących. Nie ma tu nic z dojrzałości, subtelności otwartego stosunku do  świata i ludzi, wynikającej z wielusetletniej tradycji kształcenia i wychowania patriotycznego i światowego, duchowego rozwoju, którego efektem powinno być chociażby wyzbycie się z ograniczeń płaskiego egoizmu klasowego.
            Biały tiul okrywający aktorów pokrywa teraz stół, symbol zasiedzenia stanu szlacheckiego, upartego trzymania się jedynego miejsca, które znają (innych swoich potencjalnych ról w społeczeństwie może się... po prostu boją). Ta gęsta biała pajęcza sieć kurzu wieków pozostanie na nim do końca spektaklu. Ubogie horyzonty, ubogie dyskusje – kulinarne. Zebrali się, żeby zjeść Kalafiora, warzywo wegetariańskie (w tekście oryginalnym Kalafior to  także nazwisko wiejskiego chłopca, który umiera z zimna pod oknem biesiadujących). Bogata tytulatura uczestników biesiady, przerost formy nad treścią, baronowie, markizy, hrabiny - i maleńcy pogardzani służący oraz intelektualista poeta, którego chętnie druzgoczą pogardliwym uśmieszkiem, kiedy nie  dość błyskotliwie chwyta reguły ich gry. Posłuszeństwo wobec zasad musi być całkowite, inaczej zagraża ich światu, martwy świat nie znosi ruchu, najmniejszych zmian, bowiem wtedy kod znaczeń może się rozpaść...
            Po rozmowach o zupie z dyni litościwe ubolewania nad biednymi chudymi nauczycielkami, chorymi dziećmi i nieszczęśliwymi więźniami, to także część hipokryzji. Prawdziwym powodem zainteresowania bogatych biednymi bywa zadowolenie, że nie jest się na ich miejscu... Główny aktor Biesiady, kalafior ogromnych rozmiarów, zostaje nareszcie wniesiony (jest również szczelnie zawinięty w biały tiul). Zostaje pożarty ( muzyka – dźwięki żucia, mlaskania) przez mięsożernych (to ich ofiara na rzecz arystokratycznego Smaku). W spektaklu jest to zgrabnie pokazane w postaci piłki, z której powoli uchodzi powietrze). Pożarcie kalafiora uczestnicy biesiady tłumaczą brakiem (?) konwenansów, mówi Hrabina – lubię taplać się w błocku... Widzimy prawdziwy obraz zepsutego światka – luzactwo, rozprzężenie, brak norm dobrego wychowania, wulgarność, obojętność i okrucieństwo. Bóg, Piękno, Miłość poprzednio deklarowane są niczym, nikogo z obecnych naprawdę nie obchodzą, liczy się używanie życia, płytkie zadowolenie z chwili obecnej. Jakie to aktualne też i dzisiaj... Spektakl kończy się próbą (bardzo realistycznie to wygląda) zadźgania na stole widelcami nieszczęsnego poety intelektualisty.
            W spektaklu brali udział: Magdalena Ślusarek, Anna Lorenz, Michalina Ślusarek, Marek Jura, Kacper Wesołowski, Wiesława Murawska, Dominika Nestorowska, Basia Przywoźna, Jola Kaczorkowska, Maja Osińska i Magda Jędrzejczak.


Iwona Wróblak 
maj 2008 

piątek, 9 września 2016

Madeinchina i real…


            Długi majowy weekend, jego początek, w Klubie Garnizonowym – na wesoło. Już drugi raz organizatorzy goszczą u siebie kabaret z tak zwanego zielonogórskiego zagłębia kabaretowego. Po świetnej niezapomnianej „PACE” tym razem zobaczymy kabaret „MADEINCHINA”.
             Kultura pop musi znaleźć swój artystyczny odpowiednik. Na miarę czasów i przede wszystkim realiów społeczno – obyczajowych. Stąd – myślę –  nazwa kabaretu. Tak zwany real i my postawieni naprzeciw sytuacjom z życia wziętym. Pomysły na skecze artyści obficie czerpali z podpatrzonych scenek codzienności. Człowiek płacący należny życiu haracz, z uśmiechem i humorem konstatujący ten fakt. Dobre aktorstwo, budzące sympatie postacie, niektórym z prawdopodobieństwem bliskim pewności możemy przypisać znane nazwiska. Inne obrazują pewne typy zachowań ludzkich, w sytuacjach wyjątkowych, ceremoniału. Kabaret raczej apolityczny, zajmujący się polską i globalną obyczajowością. Talenty aktorów naśladujących głosy zwierząt, zbliżających nas do naszych braci mniejszych czyli odrobina romantyczności z przyrodą w tle, jak mówią nam w zapowiedzi.. Dzięki temu znany dramat Szekspira „Romeo i Julia” jest readaptowany na nowo, myślę, że w zgodzie z najgłębszymi intencjami dramaturga. Oddaje ducha czasu epoki szekspirowskiej, jej realizmowi i zarazem ponadczasowości. Bliższy nam, zrzucony z koturnu ubrązowionej klasyki, przez to uważniej jest słuchany i  bardziej rozumiany.
            Takie są skecze „MADEINCHINA”. Wystarczająco subtelne, by zainteresować bardziej wymagającego widza i czytelne w przekazie, by każdy, bez względu na gust, mógł się dobrze bawić. Ostatnio modny i nośny jest temat odwrócenia ról w patriarchalnej dominacji w przeciwnym kierunku. Potencjał żywotny kobiet wobec drugiej części społeczeństwa, tej męskiej – która płeć rzeczywiście w zmieniających się szybko uwarunkowaniach społecznych „nosi” przysłowiowe spodnie... Jeśli agresja jest wyznacznikiem zachowań dominanta, to kobiety mają w sobie ten również potencjał... Zabawne gagi i komiczne sytuacje, para młoda przed księdzem, który w nietypowej dla siebie roli raczej zniechęca oblubieńców do zawarcia związku. Zwierzenia intymne między mężczyznami – o czym plotkują i, co zabawne, w jaki sposób... Szalony instruktor w czasie kursu prawa jazdy. Świetna kreacja jednego z aktorów. Także jego rola w skeczu o mężu wracającym w stanie tzw. wskazującym, każdą postać, w która się wciela, czyni nam  sympatyczną samą przez się.


Iwona Wróblak
czerwiec 2008

poniedziałek, 5 września 2016

Koncerty w ramach VII Weekendu Gitarowego


            Maraton koncertów VII Weekendu Gitarowego rozpoczął się 26.maja w naszym otwartym na inicjatywy kulturalne Klubie Garnizonowym. Corocznych słuchaczy i miłośników muzyki gitarowej powitała kierowniczka Klubu pani Wiesława Murawska.
            Koncert pierwszy, czyli duo gitarowe Grzegorz i Andrzej Krawiec. Muzycy zdobywali nagrody na wielu koncertach w kraju i za granicą. W  programie dzisiejszego koncertu w pierwszej części transkrypcja utworów J. S. Bacha (własna) – II Suita francuska BWV 813:  Allemande, Courante, Sarabande, Air Menuet, Gigue i F. Chopina – Mazurki: F-dur op. 68 nr 3,  fis-moll op. 6 nr 1, C-dur op. 24 nr 2, C-dur op. 56 nr 2. Bracia Krawcowie występują na Weekendach już nie pierwszy raz, zawsze niecierpliwie oczekiwani i mile witani. Niezmiennie świetny warsztat muzyczny, mimo młodego wieku to dojrzali artyści, skromni i profesjonalni.
            Z dużą przyjemnością wysłuchaliśmy także w ich wykonaniu utworów Zdzisława Musiała, nauczyciela gry na gitarze w naszej międzyrzeckiej PSM i debiutującego kompozytora - „Tańce noworoczne: cztery utwory - Taniec, Rumba, Walczyk, Blues”. Pisane w celach dydaktycznych dla uczniów szkoły są zgrabnymi kompozycjami, nie pozbawionymi artystycznego wdzięku. Ich wydanie książkowe jest przygotowywane do druku.
            Drugą część występu duetu Krawców poprzedziły skromne obchody Dnia Matki – deklamowane przez Kacpra Wesołowskiego utwory K. I.  Gałczyńskiego oraz piosenki zespołu dziecięcego „Nutki” pani Pauliny Karpciw. Izabela Wojte, uczennica Z. Musiała zagrała na gitarze kompozycję „Małe romanse”.
            Smakowita druga część koncertu czyli ponownie duet gitar klasycznych Grzegorz i Andrzej Krawiec. Michaela Nicolasa Waltera - Der Narr  (Błazen), współczesna kompozycja wyrażająca bogactwo uczuć i emocji. Nowoczesne środki wyrazu i mistrzostwo w ich wykonaniu. Muzyczne obrazy znaczeń, symfonia dźwięków. Następne utwory to Sein Schalk (Jego kpina), Sein Klagen (Jego żale) i Sein Ende (Jego koniec). Potem jeszcze słuchamy utworów prof. Andrzeja Cwojdzińskiego - Suita stylizowanych tańców op. 55 na 2 gitary, dedykowanych Krzysztofowi Nieborakowi – Passamezzo, Saltarella, Mazurek, Kujawiak, (pan Krzysztof grał kilka części z tej Suity z kolegą nauczycielem gry na gitarze w Koszalinie. Całość Suity zagrali po raz  pierwszy i nagrali na płytę, która teraz powstaje w Kanadzie, właśnie bracia Krawcowie), Joaquin Rodrigo - Tonadilla: Allegro ma non troppo, Minueto pomposo, Allegro vivace. A na bis - Manuel de Falla - Pieśń rybaka z baletu „Miłość Czarodziejką” .
            Drugi koncert z cyklu VII Weekend Gitarowy miał miejsce w Państwowej Szkole Muzycznej I stopnia w Międzyrzeczu. Wystąpiło dwóch mistrzów gitary klasycznej, pedagogów uczących gry na tym instrumencie – mgr Adam Zalas i dr Marek Nosal: jurorzy dzisiejszego Makroregionalnego Szkolnego Konkursu Gitarowego „Stanisław Mroński in Memoriam” dla uczniów szkół muzycznych klas gitarowych. Adam Zalas
- pochodzi z Krakowa. Uczył się gry na gitarze u Czesława Droździewicza, Wandy Dubińskiej, Janusza Sochackiego (AM Karków). Laureat kilku konkursów gitarowych (m.in. w Strzelcach Krajeńskich, Zamościu, Krakowie). Po ukończeniu studiów poszerzał wiedzę i umiejętności u wielu znanych artystów i pedagogów (David Russell, Roberto Aussel, Alvaro Pierri). Od wielu lat zajmuje się działalnością koncertową i pedagogiczną. Występował niemal we wszystkich krajach Europy, a także na Bliskim Wschodzie i w Libanie. Obecnie jest nauczycielem PSM II st. w Krakowie oraz PSM I i II st. w  Nowym Sączu. Od 1996 roku pełni funkcje dyrektora artystycznego Międzynarodowego Festiwalu Gitarowego im. Czesława Droździewicza w Krynicy. Pan Zalas zagrał trzy kompozycje Z. Musiała; „Mały kaprys”, „Romantica” i „Pasjonata” oraz kilka utworów kompozytorów hiszpańskich. Pojedyncze nuty jak srebrzyste kropelki rosy w harmonii wpadające w nasze dusze. Czy nasi wykonawcy gitary mają tak wspaniałe czy to dziesięciolecia codziennych ćwiczeń... Umoszczeni w muzyce niczym w wygodnej przestrzeni oddaliśmy się słuchaniu muzyki gitarowej w najprzedniejszym wykonaniu.
            Z przyjemnością notujemy niezmiennie wysoki poziom artystyczny corocznych Weekendów Gitarowych, organizowanych przez niestrudzonych nauczycieli naszej Szkoły Muzycznej – Zdzisława Musiała i Krzysztofa Nieboraka.
            Marek Nosal. Studia w Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach w klasie prof. Aliny Gruszki ukończył z wyróżnieniem w roku 1993. Jest laureatem konkursów gitarowych w Zamościu i Tychach. Nagrywał dla radia i telewizji. W roku 2004 ukazała się płyta live z jego udziałem jako solisty w Koncercie podwójnym Astora Piazzolli. Obecnie jest adiunktem w Katedrze Gitary i Harfy Akademii Muzycznej im. K.  Szymanowskiego oraz nauczycielem w Państwowej Szkole Muzycznej I i II st. im. M. Karłowicza w Katowicach. Za osiągnięcia pedagogiczne otrzymał m.in. nagrodę Dyrektora Centrum Edukacji Artystycznej. Jego uczniowie i studenci wielokrotnie zdobywali laury na konkursach ogólnopolskich i  międzynarodowych. Zagrał nam utwory J. K. Merza i wiele innych. Mieszanka stylów, rytmy karaibskie, jazzowe, rockowe. Latynoamerykański krąg muzyki, tej lżejszej również. Muzyka do kontemplacji, w ciszy i skupieniu zanurzamy się znowu w mistrzostwie wykonawców, pedagogów szkół muzycznych, którzy wraz ze swoimi uczniami przybyli na szkolny konkurs makroregionalny muzyki gitarowej.
            Trzeci koncert miał zaszczyt gościć w akustycznym wnętrzu gotyckiego kościoła p. w. Św. Jana Chrzciciela. Gości powitał ks. proboszcz Marek Walczak. Jak powiedział, zapraszając do słuchania, – muzyka jest harmonią wszechświata... Koncert duetu głównych wykonawców: Sylwii Strugińskiej – sopran i Marka Ulańskiego – gitara klasyczna przedzielony był występami uczniów i absolwentów PSM w Międzyrzeczu: Katarzyny Ficner – Surdy (uczennica w klasie gitary K. Nieboraka, obecnie w PSM II st. w Gorzowie), Aleksandry Frankiewicz, tegorocznej dyplomantki PSM w Międzyrzeczu, uczennicy Z. Musiała oraz Sylwii Góranej, uczennicy międzyrzeckiej PSM w klasie skrzypiec Hanny Szurkało, tegorocznej dyplomantki, uczestniczki konkursu im. J. S. Bacha w Gorzowie, gdzie zajęła II miejsce. Katarzyna Ficner – Surdy zaprezentowała utwory: M. Drożdżowskiego „Stara baśń”, Gaspara Sanza „Canarios”, Juliana Arcasa „Bolero”, Juliana Kaspara Merza „Etiuda” i F. Terega „Etiuda e-moll”. Ola Frankiewicz i Kasia Ficner – Surdy w duecie skrzypcowo - gitarowym zagrały utwory N. Paganiniego „Polonez A-dur na skrzypce i gitarę” i Z. Musiała „Wiosenną Fantazję”.
            Sylwia Strugińska – sopran, jest ubiegłoroczna absolwentką Akademii Muzycznej w Łodzi w klasie śpiewu solowego. Młodziutka artystka ma w  swoim dorobku kilka ról scenicznych w Teatrze Muzycznym w Łodzi, współpracę z impresariatami artystycznymi Teatru i z Filharmonią rozpoczęła już na  trzecim roku studiów. Z Teatrem Muzycznym w 2006 r. odbyła turnee w Niemczech, Belgii. Bierze udział w koncertach kameralnych, wykonując utwory z repertuaru sakralnego, klasycznego, żydowskiego, kompozytorów latynoamerykańskich, także arie operowe i piosenki musicalowe. Z akompaniamentem Marka Ulańskiego usłyszeliśmy ją w utworach Johna Dowlanda „Come again”, Wladymira Wawiłowa - szczególnie piękny - „Ave Maria”, Franza Schuberta „Serenada”, Manuella de Falla - 7 popularnych pieśni hiszpańskich, Meitor Villa – Lobos „Bachanas brasilerias” nr 5 Aria Cantilena.
            Marek Ulański ukończył z wyróżnieniem studia u prof. A. Kowalczyka w Akademii Muzycznej w Łodzi. Jest laureatem licznych konkursów, uczestniczył w kursach mistrzowskich. Występuje jako solista i kameralista. Nagrywał dla Polskiego Radia i Telewizji. Koncertuje w kraju i za granicą.
            Organizatorem Weekendów Gitarowych jest PSM I. stopnia w Międzyrzeczu. Zamykając dzisiejszy koncert Zdzisław Musiał złożył podziękowania dla: burmistrza Międzyrzecza Tadeusza Dubickiego i pracowników Urzędu Miejskiego, Starosty Powiatu Międzyrzeckiego Grzegorza Gabryelskiego i pracowników Starostwa Powiatowego, Międzyrzeckiego Ośrodka Kultury, Klubu Garnizonowego w Międzyrzeczu, Promens Międzyrzecz sp. z o.o., INTERTON Gdynia, „Absonic” Wrocław, DUX Warszawa, Barbary Orłowskiej - Kwiaciarnia w Międzyrzeczu, ks. Marka Walczaka z parafii pw. Św. Jana Chrzciciela w Międzyrzeczu, Gminnego Ośrodka Kultury w Pszczewie, Andrzeja Luftmana - Sklep „Świat Dziecka” Babińskiej Międzyrzeczu, Marii Bobińskiej - Kantor wymiany walut w Międzyrzeczu, Mariana Gałkowskigo - szefowi Zajazdu ALMAREX.
Opieka medialna: PTV Gorzów Wlkp., Polskie Radio "Zachód".


Iwona Wróblak
lipiec 2008

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Monodram Ziuty Zającówny. O głupocie


            Kolejny niezwykły wieczór w Klubie Garnizonowym. Spotkanie z teatrem profesjonalnym, w wykonaniu krakowskiej aktorki Ziuty Zającówny. Monodram „Pochwała głupoty” na podstawie tekstu Erazma z Rotterdamu (tłumaczenie Erdwin Jędrkiewicz). Scenariusz, reżyseria i wykonanie; Ziuta Zającówna, muzyka: Marek Chołoniewski, Adrian Konarski, scenografia Małgorzata Zwolińska.
            Ziuta Zającówna – aktorka, reżyser, wykładowca PWST w Krakowie, laureatka festiwali teatrów jednego aktora („Manifest” wg Witkacego, 1994r. Wrocław, Toruń) i małych form teatralnych („Osmędeusze” M. Białoszewskiego 2004 r. Szczecin). Prowadzi teatr Proscenium. Ze swoimi spektaklami występowała w Szwecji, Niemczech, na Ukrainie, w USA.
            Jolanta Glura i kier. KG Wiesława Murawska – pani Zającówna przyjechała do nas, do młodzieży skupionej wokół Teatru „Pchła”, żeby uczyć, pokazać. Zagrać sztukę.
Stworzyła personifikowaną postać wyrażającą nurt filozoficznego myślenia. Głupota w opozycji do zbyt racjonalistycznego myślenia. Głupota sama o  sobie. O wadach oczywistych głupoty i o pewnych jej pozytywach. Skoro – jak udowadnia Erazm – ulegamy jej ustawicznie, może jest w niej coś ponadczasowego... A że głupota w języku polskim jest rodzaju żeńskiego, jest pretekstem do przydania jej kobiecego sposobu widzenia świata. Z  męskiego punktu widzenia – nieracjonalnego...
            Ubrana jest Tytułowa Głupota w damskie fatałaszki, nie jest jednowymiarową płaską osobowością na pewno. Wiele twarzy, szczypta szaleństwa i  nieco świadomości własnej niedoskonałej natury...  Wielka mądrość Głupoty na temat zagadnienia pokory. Cóż się bardziej godzi, niż głupota o swej chwale (...) Chwal mnie gębo moja! Do Twarzy, Gęby, nawiązywało po wielkim Erazmie wielu współczesnych filozofów i pisarzy. Temat nieśmiertelny, który dostrzegła również pani Zającówna, biorąc na swój aktorski warsztat właśnie ten tekst. Dostosowując 300. stronicowy tekst do wymagań sceny, by  i dziś, choć pełen retoryki, był współczesny i czytelny. To kunszt aktorski i inscenizacyjny aktorki. Jasne sprecyzowanie celu prezentowania tekstu i  określenie swojego miejsca wobec tekstu i widowni. Modelowe wykonanie.
            Głupota, mimo skojarzeń związanych ze swoim imieniem, tu na scenie nie do końca jest przez nas nie szanowana. Postać jest pełna autentyzmu,  wewnętrznej szczerości i braku zakłamania. Jako personifikacja trendu myślenia jest wielkim aktorskim osiągnięciem pani Zającówny. Głupota mówi o  sobie, że jej ojcem – bożkiem jest Bogactwo – przyjmujemy to w zadumie... I że wychowują ją Pijaczka i Prostaczka... Szeroko rozpościera się władza Glupoty... Wśród bogów i ludzi. Ale jest też Darem, iskrą zdaje się bezsensowną, pragnieniem trwania mimo cierpień, nieuniknionych, dopóki mamy ciało ulegające entropii, i potrafiące się cieszyć, szybko zapomnieć i wybaczać, w swej głupocie, ze swego, wśród cierpień, trwania... Czy wielu ludzi potrafiło wydobyć te głębokie myśli z pism Erazma? Nie sądzę...
Głupota nie jest pozbawiona rozsądku. Niczego nie znajdziesz szczęśliwego ani wesołego, co z Twego (Głupoty) nie pochodziło Daru – takie motto wyśpiewała nam aktorka, niczym refren greckiego chóru.
            Maski. Głupota zdaje się ich nie mieć. Ma stroje, czytelne, uczciwie je zakłada. Wszystkie są nazwane, z pięknym odautorskim dystansem nam je  pokazuje. Sensy świata, mnogość rzeczywistości, autoświadomość ról. Poddanie się tym nieuniknionym, zbiorowym, strukturalnym, zależnym od  Reżysera, jakkolwiek go nazwiemy... (to już moje, nie Erazma). Głupota ma tyle posągów, ilu ludzi. Wielość statuł powoduje pewne dowartościowanie...
Głupota jest jak nasz mądry wewnętrzny błazen.
Mądrością jest nie wypierać się swej głupoty.
Wyznawcy głupoty – moje zdrowie – pijcie, długo żyjcie...


Iwona Wróblak
sierpień 2008

czwartek, 18 sierpnia 2016

Magiczny wieczór młodych talentów


            Magią jest to, co wytwarza, generuje, ludzki mózg. Polega to na tym, że wyczarowuje się u znajomych ich twórcze ekspresje, to co im w duszy gra. Czym się chcą podzielić. Magię tą można zauważać lub nie, pomagamy w Klubie Garnizonowym widzieć rzeczy zwykle też i na takim poziomie. Jak  powiedziała kierowniczka Klubu Garnizonowego Wiesława Murawska, która jest animatorką kultury z prawdziwego zdarzenia – talenty się rodzą co  chwilę. Piszących, śpiewających, grających, tańczących amatorów i nie – amatorów Klub Garnizonowy zaprasza...
Kolejny wieczór młodych talentów w sali Klubu. Kilka stolików. Rząd krzeseł. Zaproszeni znajomi występujących, i ci zaciekawieni anonsem na słupach ogłoszeniowych.
Wystąpić przed widownią, zaśpiewać, zaprezentować swój wiersz – jak to jest?
Jako pierwsza czuje to Magda Ślusarek. Śpiewa znany przebój „Biały krzyż”.
Kolej na pierwszą z odsłon sekcji teatralnej pani Jolanty Glury przy Klubie Garnizonowym. Wiersze Krystiana Michałowskiego, Edyty Siwek i Hani Sccot – Pomesnej w inscenizacji.
Kartki z tekstami – są nimi najintymniejsze, pisane przez młodych twórców – życzenia/prośby/apele/krzyki – kartki te, cienkie, fruwające, pozornie bez  znaczenia, są rozrzucone między czytających a widownię gniewnym gestem. Aktorzy podnoszą je, przypadkowe, czytają. Zapisane sposoby patrzenia na  świat. Przeżycia. Eksplozje emocji.
            Po porcji poezji chwila z muzyką. Rockowy damski zespół w składzie: Kasia i Gosia Kmieciak, Karolina Wójcik i Karolina Antonowicz. Perkusja i  dwie gitary. Dziewczyny mają przygotowanie muzyczne. Klan rodzinny Kmieciak obdarzony jest też niebanalnymi głosami. Anglojęzyczne interpretacje. Kasia, okazuje się, umie grać nie tylko na skrzypcach.
            Wystąpi zaraz następny rodzinny zespół. Państwo Edyta i Andrzej Terejko. Już raz odważyli się zaśpiewać na pierwszym Klubowym wieczorze młodych talentów. Dzisiaj znowu zaśpiewają, każde osobno, kilka piosenek.
            Kwartet saksofonowy gra kilka muzycznych motywów. Walc klasyczny, utwór jazzowy i inne. Za pulpitem czuwa Przemysław Podębski.
            Następna scenka sekcji Teatru pani Glury. Przez ramię niejako, symbolicznie zagląda się młodemu piszącemu w jego serce. Ciekawy świat innego człowieka, ściśnięci w grupę aktorzy właśnie tak czytają następną turę tekstów poetyckich – czyichś pamiętników okresu dojrzewania. Te wołania – czy będą usłyszane? Jak to jest – stać się smugą we własnym obrazie? Wiersze są umiejętnie pogrupowane. Niedługie, nieprzegadane. Dające miejsce na  zastanowienie, na twórczy niedosyt.
Pani Edyta Terejko znowu raczy nas swoim ciepłym głosem. „Kocham cię, kochanie moje...”.
            Duet Maciek Przywoźny i Maciek Bartkowiak. Co – jak mówią – wytrenowali w piwnicznej izbie Klubu Garnizonowego w czasie prób? Dzisiaj jest ich podwójny debiut - kompozytorski i wykonawczy – na gitarę i perkusję. Utwory nasycone dźwiękami, gęste rytmem. Z widocznym wewnętrznym planem, prawie gotowe do słuchania... Rośnie nam kapela międzyrzecka.
           

Iwona Wróblak
styczeń 2009 

środa, 17 sierpnia 2016

Anna Kowalska i Anton Birula


            Wiesława Murawska kierownik Klubu Garnizonowego – Witam na pierwszym koncercie z  zaplanowanego cyklu koncertów edukacji historyczno – artystycznej.
            Najdawniejsza historia lutni wiąże się z cywilizacją starożytnej Mezopotamii. Na przestrzeni wieków lutnia używana była obok gitary. 24 struny, 13 różnych dźwięków.
Warszawski duet lutniowy: Anna Kowalska i Anton Birula w godzinnym programie zagrali utwory romantyczne, renesansowe i wczesnobarokowe na  instrumenty niezwykle rzadkie: lutnię, gitarę barokową i teorbę. Mieliśmy szansę usłyszeć brzmienie instrumentów z epoki i przepiękną muzykę tamtych czasów, poznać nieco zapomniany repertuar przeznaczony dla lutni i innych podobnych instrumentów szarpanych dawnych epok.
            Jako Duet Lutniowy muzycy współpracowali z wieloma zespołami muzyki dawnej i  kameralnej oraz słynnymi solistami. Wielokrotnie brali udział w rozmaitych festiwalach muzyki dawnej i kameralnej w Holandii, Niemczech, Belgii, Bułgarii, Rosji, Polsce, Francji na Łotwie i Litwie. Wyjątkowe miejsce zajmuje stała współpraca artystów z Warszawską Operą Kameralną.
W duecie grają od 8 lat. Anna Kowalska studiowała grę na lutni u prof. Toyohiko Satoh (Japonia) w Królewskim Konserwatorium w Hadze i u Nigela Northa (Wielka Brytania) oraz gitarę klasyczną u prof. Anatolija Cwetkowa i Michaiła Radiukiewicza (Rosja) Takie rozległe wykształcenie umożliwia jej wykonywanie kompozycji od renesansu do współczesności. Anton Birula studiował grę na lutni u prof. Toyohiko Satoh (Japonia) w Hadze i u prof. Konrada Junghänela (Niemcy) w Kolonii. Występował jako solista i kameralista. Realizując na teorbie basso continuo koncertował z wieloma zespołami. Wielokrotnie uczestniczył w wykonaniu wszystkich oper Claudio Monteverdiego w Warszawskiej Operze Kameralnej.
            Pan Anton Birula prezentuje nam instrumenty. Opowiada o nich. Pierwszy utwór – barokowy, J. S. Bacha. Suita francuska, miękkie dźwięki. Pierwotnie napisana na klawesyn. Klasycznie romantyczna, spokojna i elegancka. Dialog dwóch lutni, rozmawianie ich ciche i naprzemienne. Trzy części, opowieści muzyczne, różne. Nie brzmiały mniej pięknie niż na klawesyn. Cisza nastała w sali Klubu Garnizonowego, słuchamy z przejęciem, mamy dzisiaj szczególny koncert.
            Teorba – lutnia basowa o wydłużonej szyi. Struny zrobione są z jelit, długie - nisko brzmią. Teorba zabrzmi nam w duecie z gitarą barokową. Ta jest prawie bez basów. Ma struny jelitowe i jedwabne owinięte srebrem. Bardzo dźwięczna. Późniejsze gitary tak zwane klasyczne są zupełnie inne. Nisko brzmiący temat i wtórujące wyższe dźwięki, jak ornamentacje. Słuchamy utworów włoskich kompozytorów, fantazji.
            Nie możemy się rozstać z artystami. Brawami bardzo gorącymi prosimy muzyków o bis. Obecna na widowni kierowniczka Zespołu Muzyki Dawnej pani Katarzyna Chmielewska, wraz z młodymi muzykami, dziękuje artystom za wieczór z lutnią – To niesamowite – mówi – że w  Międzyrzeczu mogą grać tacy artyści – na takich instrumentach... Myślę – czemu nie? Międzyrzecz ma prawo do nietuzinkowych koncertów. Nasze małe i większe sale koncertowe widziały ich już wiele.


Iwona Wróblak
luty 2009

środa, 10 sierpnia 2016

Pajęczyna. E. Ionesco i R. Popowa


            Po Eugene Ionesco i Rolanda Popowa sięgnęli, z panią Jolantą Glurą, tym razem młodzi aktorzy Teatru „Pchła”. Rasowy scenariusz, bardzo wdzięczny scenicznie tekst. Niełatwy na pewno. Ale ileż przyjemności i satysfakcji przyszło nam doznać oglądając premierę, pierwszą próbę, jak określiła to kierownik Klubu Garnizonowego Wiesława Murawska. Przed pokazaniem spektaklu na Ponoworocznych Konfrontacjach Teatralnych w Zielonej Górze.
            Pajęczyna ma gumiasto - powietrzny, wypełniający czasoprzestrzenny wymiar. Jest nazwaniem tak zwanego realu. Niekwestionowanego status quo świata według Ionesco. Obracamy się w pajęczynie tańcem przystosowań, wokół osi naszej grupy rodzinnej czy społecznej. Właściwie bez naszej woli, często w nieświadomości. Część wiedzy o tym przekazuje nam w sztuce autor. Plazma materii pajęczyny rozpuszcza słowa i całe frazy, jakimi komunikujemy się w sytuacjach. Stają się one dalekie i pozornie mało współgrające znaczeniami, dopiero sprężynująca lepkimi odnóżami pajęczyna, w  widowisku scenicznym, ona dystansuje nas, uwidaczniając swoją całość i komplementarność. Jako system językowych i innych, niejęzykowych znaków i  symboli, jakby Z Góry wymuszających dane podprogowe reakcje, zachowania.
            W sieć zaplatają się. Zaplatamy się. Jest Ona, wstążka gumowa, kolorowa, wyraźnie oddzielająca, wyodrębniająca określony kawałek sceny, aktorskiego świata, który jest nam przedstawiany. Zbudowana jest w trzech wymiarach. Na poziomach ruchu, tańca i mimiki. Akceptacji sytuacyjnej wewnętrznego aktora, jego kreatywnej potrzeby własnych drgań w oczkach tej sieci. Taniec – ruch trwa, społeczny, kulturowy. Wyznaczane są granice naszej przestrzeni, nasze indywidualne i zbiorowe.
            Pajęczyna oddziaływuje feromonami. Jak wędką – z banknotem - jak zanętą i przynętą. Jedna z odnóg Sieci... Znaczenia i Sensy utrwalane w  naszym systemie wartości, bardzo umownym... Gdzie są nagradzane określone zachowania. Proces ewolucji, z którego nie jesteśmy wyłączeni.
            Słowo – rdzeń obrosłe jest przedrostkami. One też tworzą Sieć. Język jako taki stworzył nam Pajęczynę, to też jedno z praw ewolucji, pozornie nie  do uniknięcia...
            Marketing naszego sprzedawania się. W społeczeństwie, w innej grupie – małej lub dużej. Moszczenie miejsca dla siebie. Towarem jesteśmy my czy samochód, który kupujemy w salonie sprzedaży? Ileż rzeczy komunikujemy osobie, z którą prowadzimy rozmowę tak zwaną handlową. Co tak  naprawdę chcemy jej powiedzieć, a co ona usłyszy, zrozumie, pojmie, na różnych poziomach pozawerbalnych. Rzeczy, nasza cywilizacja techniczna, nas  opętały, ujarzmiły. Bierzemy z nimi ślub bardziej niż z osobami ludzkimi, są... ważniejsze... Niestety. Czasem się nawet głośno do tego przyznajemy,  wtedy Pajęczyna, jej nici, przestają być dla nas zauważalne, i powstaje potrzeba napisania sztuki przez Ionesco... Gadżet, i słowo, które go nazywa, są w  Pajęczynie na dalekich krańcach. Zestawić ich może w widzialnej odległości tylko teatr absurdu. Zobaczone w punktach stycznych i płaszczyznach. Fragmentach skojarzeń, częściowych odpowiedziach i wymijających reakcjach, eksplodujących nagle namiętnościach i tabloidach reklam.
            Druga część spektaklu to pastisz znanego toposu o Trzech Życzeniach wróżki. Nie dostaniemy nic za darmo od złotych rybek. Nawet nasze myśli o takiej możliwości będą ukarane. Bajka nie istnieje. Są realia i ceny, które się płaci. Wygórowane – za naiwność. To spektakl o nieszczęściach, które wzajemnie się generują. O słabości, która prowokuje agresję. Świat nie jest przyjazny, wychodząc z nieprzyjaznego środowiska rodzinnego dobrej wróżki się nie napotka, bliskie zeru prawdopodobieństwo. Wróżka przyjmie postać wiedźmy – naciągaczki, przed którą nie obronią zajęci swoimi problemami domownicy. Sieć patologicznego środowiska rodzinnego jest wyjątkowo mocna.
Bardzo dobre kreacje aktorów, w konwencji kabaretu (Magda Ślusarek, Michalina Ślusarek, Kacper Wesołowski, Marek Jura, Hanna Scott – Pomesna, Anna Wierzbicka).
            W trzeciej części zostaje obalony mit, jakoby to zawsze kupujący zostaje ofiarą sprzedawcy. Komiwojażer trafia na panią psychiatrę. Oczyszczacz wody, który jej chce sprzedać, zimnym strumieniem opłukuje go (efekty dźwiękowe), a taśma sieci dodatkowo wiąże, dopóki delikwent nie wysłucha do  końca psychiatrycznej diagnozy. Po której, upokorzony, ucieka.


Iwona Wróblak
kwiecień 2009