piątek, 14 sierpnia 2015

Przedsionek Raju w Międzyrzeczu


            Cykl kilkunastu koncertów, w ramach cyklu poprzedzającego paradyską „Muzykę w Raju”, zakończył występ wiolonczelistki Eleny Andrejew w  kościele św. Jana Chrzciciela w Międzyrzeczu. To czwarta edycja koncertowych „Przedsionków”. „Muzyka w Raju” jest jednym z najważniejszych w Polsce festiwali muzyki dawnej na instrumentach z epoki baroku. Od 13. lat ma miejsce w urokliwym pocysterskim klasztorze. Od czterech lat koncerty główne poprzedzają występy muzyków w różnych miejscach, w tym roku mieliśmy 27 koncertów w 25. salach koncertowych.
            E. Adrejew  po raz trzeci występuje na koncertach z cyklu „Przesionek Raju” na Ziemi Lubuskiej. Studiowała grę na wiolonczeli i kameralistykę w  Paryżu i Moskwie. Jest w trakcie realizacji nagrania kompletu suit wiolonczelowych Jana Sebastiana Bacha. W gotyckiej wysoko wysklepionej katedrze kościoła św. Jana usłyszeliśmy „Suitę c-moll nr 5” na wiolonczelę solo, BWV 1011: Prelude, Allemande, Courante, Sarabande, Gavotte I & II, Gigue, a po  przerwie, po zmianie instrumentu na 4. strunowy: „Suitę D-dur nr 6” na wiolonczelę solo, BWV 102: Prelude, Allemande, Courane, Sarabande, Gavotte I  & II, Gigue.
            Nasz najstarszy obecnie kościół ma również, podobnie jak świątynia w Paradyżu, dzisiaj Wyższe Seminarium Duchowne w Gościkowie-Paradyżu, swój niepowtarzalny muzyczny mikroklimat rozpoznawalny przez słuchaczy już po pierwszych dźwiękach. Dzięki gościnności proboszcza ks. Marka Walczaka, znanego z propagowania muzyki i kultury w kościele św. Jana, naszej ważnej stale obecnej w kulturalnych krajobrazie miasta sali koncertowej o  wspaniałej akustyce, mieliśmy niewątpliwą przyjemność wysłuchania pięknych suit J.S. Bacha, mistrzowsko wykonanych. Podziękowania złożono też  burmistrzowi Remigiuszowi Lorenzowi. Suity Bachowskie to utwory ciepłe, i lotne w naszym odbiorze, jak muśnięcie strun smyczkiem, w półcieniu swego wyistnienia, mimochodem dotknięte, w tańcu nut. Dworski zwiewny smutek w wesołości czy wesołość w smutku, subtelność ich przekazu czyli kunszt muzyczny Eleny Andreyev. Wsłuchani w poetykę jej wykonań zanurzyliśmy się na ponad godzinę w świat bachowskich dźwięków, tego króla muzyki nowożytnej, od którego, jak mówią, zaczęło się wszystko, co piękne w muzyce.
            Koncerty w Paradyżu rozpoczną się od 16.08. 2015 r. i będą trwały do 23.08.2015 r. To święto melomanów z całej Polski. Co roku zjeżdżają na  koncerty wielbiciele muzyki barokowej wykupując karnety na wszystkie koncerty.
            Klasztor paradyski jest jednym z najciekawszych zespołów zabytkowych Ziemi Lubuskiej. Od połowy XIII wieku był ważnym ośrodkiem życia religijnego i intelektualnego, promieniując swoimi wpływami na ziemie Wielkopolski, Śląska i zachodniej Europy. To wyjątkowej urody kościół, z bogato polichromowanymi krużgankami i refektarzem, reprezentacyjne pomieszczenia opackie czy zakonne zbiory biblioteczne należały w późnych wiekach średnich i w okresie baroku do najbogatszych w tej części Polski i Europy. Jak wiemy z historii cystersów z położonego w Brandenburgii Lehnina sprowadził do Gościkowa, za zgodą księcia wielkopolskiego Władysława Odonica i biskupa poznańskiego Pawła, wojewoda poznański Bronisz z rodu Doliwów, który w 1230 r. wystawił dokument fundacyjny, w którym określono miejsce powstania przyszłego opactwa – wieś Gastecove (Gościkowo). Bronisz nadał cystersom dziewięć wsi ze swoich dóbr rodowych. W 1236 r. nastąpiło uroczyste poświęcenie fundacji i wprowadzenie zakonników do nowego klasztoru.

Iwona Wróblak
lipiec 2015




czwartek, 13 sierpnia 2015

Wowa w Kwinto czyli - My Słowianie przyjaźnimy się muzycznie, mentalnie i kulturowo…

            Właściciel Klubu Muzycznego „Kwinto” Krzysztof Pawłowski ma talent do wyszukiwania osobowości muzycznych… Przekonaliśmy się o tym  nie raz. Jak to robi? Mówi, że słucha You Tube… No tak, ale jeszcze trzeba umieć wybrać z tysięcy propozycji…
Wowa z miasta Charkowa. Tam – Waldemar Bajak czyli Wowa - mieszkał długo. Urodził się Czechach. Ale czuje się po prostu Słowianinem…Co to  znaczy? W kręgu naszej kultury uczymy się szybko naszych języków (są podobne) i – jak mówi Wowa – przyjaźnimy się mentalnie i kulturowo…
            Wysockiego nie ma Wowa napisanego wielkimi literami na plakatach. Śpiewa jego pieśni – songi o wolności, wielkiej wolności osobistej Rosjanina… Czuje tą wolność Wysockiego, Wowa też JEST osobowością, będzie nią na scenach (mam nadzieję…)
Rytmy i nuty Władimira Wysockiego. Chrypa i mentalność tamtego (rosyjskiego) czasu i poetyki słynnego barda. Po rosyjsku oczywiście, trzeba rozumieć język poety, oryginalny, jego namiętność do życia, determinizm TRWANIA i walki o siebie i swoją wolność - na przekór, nie zauważając, a może raczej – nie bojąc się… Mimo totalitaryzmu, rosyjski znaczy również, często – nieuległy. Słyszymy o tym w którymś refrenie – tą „niepojętą tęsknotę i żal…”
            Akustycznie jest i na żywo w „Kwinto” dzisiaj, tak jak ma to rasowy Klub muzyczny w programie. Słowo z muzyką na żywo, alternatywne wobec np. hip-hopu, który też jest tu obecny. Bo różne są gusty.
Wowa gra i śpiewa piosenkę podwórkową, poetycką i balladową, poezję szczegółu, wszystko przeniknięte Wową… I mądrością ponadczasową rosyjską. Autentyzmem tego człowieka wyrosłego z wielowiekowej kultury wschodniej Europy, z jej oryginalnym rysem, czytelnym zwłaszcza w muzyce. Osiadły w sobie spokój i dystans Wowy wobec świata – cokolwiek on, ten świat, sobą reprezentuje. Mamy wszyscy słowiańskie dusze – mówi Wowa – rozumiemy, czytamy (czytaliśmy) Puszkina, czytaliśmy Lermontowa, mamy w pamięci klimaty wielkiej rosyjskiej literatury, jej podglebie nam prześwituje w osobie pieśniarza.
            Romantyczne i romansowe nuty – jakżeby inaczej? Teraz współcześnie interpretowane, w tym co w nich najbardziej żywe kulturowo. Ich topos. Wszystko co romantyczne i słowiańskie wybrzmiewa w „Kwinto”. Tragizm rosyjski, jak szamotanie się i krzyk Wysockiego, ochrypły i wysoki. Jest może nie do zrozumienia przez obcą mentalność – jak można wytrzymać tyle dziesięcioleci totalnego niewolenia…
Pytanie Wowy – kogo lubisz, z kultowej kreskówki: Wilka czy Zająca? Zdecydowanie Wilka… Poezja szczególiku.
Wowa swobodnie posługuje się własnym głosem, i gitarą. Jest z wykształcenia pianistą, ja tropię w nim zafascynowania np. Mozartem, to słychać, chociaż Wowa nie uznaje za konieczne to uwypuklać czy podkreślać. Ale naciskany przyznaje, że przez jakiś pułap trzeba przejść. A potem grać muzykę rozrywkową, co zawsze lubił.
            Jest w koncercie „Podmoskownyje wieczera”, pieśń wykonana w sposób, który skłania do szacunku do tego starego przeboju, wyzwala uśmiech i  akceptację dla naszej wschodniej sąsiadującej z nami kultury. Nawet radziecka „Kalinka” w wykonaniu naszego gościa brzmi znośnie…
            Nie wszystko jest takie piękne, znamy się jak sąsiedzi zza miedzy. Wiemy o zjawisku tzw. noworuskich, ludzi lat 80. ubiegłego wieku okresu tzw.  demokratyzacji, mniejszej czy większej, nagle wzbogaconych przez korupcje i przestępstwa, powiązania z polityką. Powstały o nich setki dowcipów. To  rzecz znana, Wowa tego nie kryje.   
            Wowie towarzyszy Maksymilian Sulżyński, sprawny gitarzysta. Razem tworzą zgrabny i zgrany duet. Na co dzień pracują w innych zawodach – z  muzyki (oni na razie) nie żyją – dodam od siebie – że muzyką się ŻYJE, jak to często widywaliśmy w „Kwinto”, u młodych ambitnych wykonawców już  wiele sobą artystycznie reprezentujących. Życzymy im powodzenia.


Iwona Wróblak
sierpień 2015



środa, 12 sierpnia 2015

„Dolna Wilda” Edwarda Pasewicza

            Zadzwoniłam wtedy do Poznania: Edek, jak tam książka? Kiedy będzie? W słuchawce – wiesz, Iwona, jak wydawcy mówią, że ukaże się za trzy tygodnie, to należy rozumieć, że to potrwa tak... ze dwa miesiące... Trwało krócej.
            „Dolna Wilda”. Równie dobrze mogła się nazywać „Krótka” czy „Długa”. Tam zaczął pisać tę książkę, bo tam mieszkał, na tej ulicy.
Pisał od zawsze, zawsze chciał to robić. Najpierw wielosetstronicowe dzienniki. Pisał systematycznie, prawie codziennie, świadomie ćwicząc swój warsztat pisarski. Kiedyś rozmawialiśmy o pomyśle na nowelę, w której autobiografista nosi ze sobą, na własnych plecach, ciężką maszynę do pisania. Każdy pisarz ma w sobie coś ze śmieszności – i z wielkości dramy autobiografii. Edek bezsprzecznie stąpa wzdłuż tej granicy, a trakt jest na tyle szeroki, że artystycznie nie grozi mu upadek w potencjalną skrajność. To jedna z przyczyn sporego zainteresowania jego debiutem ze strony krytyków (Andrzeja Sosnowskiego, Piotra Sommera, Tadeusza Pióro, Zdzisława Jaskóły, Piotra Śliwińskiego), którzy w jednym są zgodni – jest to poezja unikalna na tle  dzisiejszej panoramy młodej twórczości.
            W słowie zapisanym splata się naszymi oczami postrzegana rzeczywistość – z tym obrazem, w jaki chcemy ją, poprzez twórczość, zmieniać. Notować zdarzenia, też i te na wpół wymyślone. W tych kawałkach prozy były fragmenty lepsze i wprawki literackie. I stosy wierszy. Niedebilne – mówiłam mu o najlepszych. Czytałam wiele z nich. Nazywały rzeczy, dotykały przedmioty, przeczucia, skojarzenia. Cieszyły mnie słowa, że się znalazły, poszczególne wersety, lubiłam wielogodzinne z Edkiem rozmowy. Starałam się znaleźć w nich nie tyle braki techniczne (chociaż już wtedy Edek pisał na  tak wysokim poziomie, że można było mu o nich powiedzieć bez obawy, że przyjmie to jako atak na własną osobę), ile same tematy – przyczyny zaistnienia tekstu na papierze. Były ważne i ciekawe, otwierały dla mnie nowy świat drugiego człowieka. Niektóre wiersze wydały mi się bardzo dobre, potem ku swojej uciesze dowiedziałam się, że zdobywały nagrody na konkursach (nagrodę główną VII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina – Łódź 2001, w postaci omawianej edycji wydawniczej).
            Jaki jest Edek. To poeta. Czytając poetę, słuchając człowieka warto, trzeba, dojść do spokojnej, pełnej zaufania akceptacji Edka całego, takiego, jaki jest. Jego poezja jest tego warta, on w niej istniejący i ten świat, który w niej stwarza. Z tej przyczyny np., że taka przygoda z człowiekiem drugim, innym od nas, nam się zwyczajnie, w dłuższej perspektywie, opłaci... Edek – poeta to taki, zmagający się z rzeczywistością i swoją prawdą o niej, człowiek – gdy tylu innych pasuje w tych zapasach... rzeczywisty. Jako człowiek, jako mężczyzna. Nie zawsze wygrywający dla siebie.
             Kiedyś, drocząc się z nim, napisałam: Wczoraj spotkałam poetę, miał wielki łeb i łatwość formułowania zbitek słownych. Twórczość może nam  pomóc odkryć, że... trzeba lubić człowieka, i że my sami... jesteśmy tymi ludźmi dla nas samych, których należy darzyć sympatią. Bez afektacji. To trudna filozofia. Lubię szukać w poezji Edka jej śladów, tego braku małostkowej pamiętliwości, zawziętości i mimo wszystko – ciągłej gotowości do uczuć. Zbieram słowa po kilka, wersety, żeby nie wymknęło mi się ich znaczenie, potem jeszcze raz czytam, cały wiersz. Mówił mi nieraz – czy ty musisz to tak  wałkować? Odpowiadałam może nie całkiem na temat: lubię, owszem. A potem dodawałam – tu w tych trzech linijkach jest ciekawie, bo pueta zostawiona dla czytelnika, i zupełnie nie ma tendencji. Teraz słuchamy się z nim rzadziej. Od dłuższego czasu mieszkał w Poznaniu, teraz w Krakowie. Ale jest książka, kilkadziesiąt wierszy. Zapis krajobrazu sfery mitycznej, przestrzeni słowo–myśli wspólnej z autorem, którą ja osobiście lubię. Gdzie czuję się  intelektualnie usatysfakcjonowana i wiem, że świat poetycki Edka będzie podlegał dalszej ewolucji. Równy, wysoki poziom tych wierszy sprawia, że  moje zaufanie do Edka – poety, niezależnie od tego, o czym będzie pisał, jest coraz większe. Sądzę, że również inni – koneserzy dobrej poezji znajdą tam  swoich „bogów”, światy przyległe do własnej wyobraźni, u Edka wydobywanej z głębi dźwiękami słów, nimi urzeczywistnionej.
            Często mówiłam mu (niekiedy się o to złościł), że te wiersze są klasyczne. Miałam na myśli ich stronę logiczną, wewnętrznie spójną, przy odrobinie dobrej woli czytającego – semantycznie przejrzystą. Klasyczne, jak może być antyk taki dla wyznawców, biorców tej samej kultury nad brzegiem morza. I  tworzących jej pokłosie. Oczywiście Edek bywa awangardowy, poszukujący nowych środków wyrazu (niepotrzebnie się złościł…). Awangarda może polega na nieustannych dostawach dla siebie porcji wolności wewnętrznych i odwagi, z jaką oferujemy sobie tę wolność. Edek nie chce dać się zamknąć w ramach ani tych stworzonych przez siebie, ani narzuconych przez innych. Wolność ta jest człowiekowi, poecie, mężczyźnie, niezbędna, i on nie prosi – nikogo, nie ma zamiaru, o pozwolenie  bycia wolnym. Jest dojrzały jako pisarz, jako poeta. Ma przy tym doskonały warsztat, giętkie, bogate słownictwo, nie musi udziwniać, epatować poetycznością.
            Jednym z kluczy do zrozumienia tej książki jest filozofia buddyzmu. I nie chodzi o używanie słów „Budda”, „Amitabha”. Buddyzm, potężne źródło wielkiej rzeki dorobku myśli wschodniej przesącza się weń powoli, osiada, skłaniając do dystansu, oswaja z pytaniami zasadniczymi, proponuje na  nie odpowiedzi. Wzbogaca. Przeciera dalszy szlak, jakim Edek jako człowiek i pisarz będzie szedł.
            Dobór wierszy. Tom składa się z prywatnych wierszy... On jest w ogóle prywatny. Świadomie apolityczny, nie rości pretensji do wszechwiedzy. Wiersze są ciepłe, trochę smutne, ale nie za bardzo. Pełne dobrej, wobec ludzi, woli okazywania uczuć. Ta poezja to tkanka żywa, delikatna, miękka i  sprężysta.
Kilka notatek o poszczególnych utworach:
            W utworze „Malta” jak prawdziwa mantra, tyle że w fabułę wpleciona, brzmi spostrzeżenie: jest tylko rzeczywistość i właśnie jej nie ma. Mantra to  zespół ważnych dźwięków, to credo, to przestroga, to wskazówka. I potęga detali tej rzeczywistości, naczynia – jakimi jesteśmy i z których korzystamy, bogactwo dostrzeganych przez Edka rzeczy i uważność, z jaką się im przygląda. Pisze gdzie indziej: („Małe liturgie”) Nie kojarzę tych cieni z niczym, są  własne. Kursywą zauważa w sobie, komunikuje innym: Jestem człowiekiem do tego stopnia żywym, że doskonałym. Może być ta gromada nasza człowiecza – jak wredne stworki, które tworzą czarną plamę i dokładają do ognia, żeby czerń była jeszcze czarniejsza. Edek – obserwator unosi się nad  tym nie za wysoko, tylko w celu nabrania dystansu, nie zrywając kontaktu ze stworkami, bowiem sam też poczuwa się do pokrewieństwa…
            Jest w książce kilka „muzycznych” wierszy. Autor sam trochę komponował, słucha każdej muzyki, od klasyki po hip hop (próbował też sił jako wokalista). W wierszu „Opera” mówi na temat rytmu, że: prosty zbiór dźwięków jest powtarzany bez końca, tak pięknie.
            Najciekawsze chwile w życiu bywają, kiedy: czas zdaje się lekko utykać. („Kantyczka pana Sommera”). Nie musi być on – ten czas – linearny, miarowy. Ścieżka nie musi być własna (są własne inne rzeczy i wartości...), powoli przestaje się potrzebować wielkiego Odniesienia. Może to być  przyczyna, a być może skutek (nie jest to tak ważne) tego, że człowiek się nie boi unicestwienia, śmierci, nie ma w nim przed nią lęku, tego podstawowego atawizmu rodzaju ludzkiego. Chodzi o to, by swoje życie uczynić rzeczywistym, uświęcić poprzez doświadczanie sacrum, osiągnięcie doskonałego opanowania samego siebie, które jest pierwszym krokiem ku magicznemu ogarnięciu świata. Pozwala to bardziej świadomie przeżyć własne życie, z mniejszą ilością złudzeń, zaciemnień, mieć większy wpływ na jakość tego życia. Nie ma strachu przed Opłatą za brak opieki, jest świadom, że  warto w ten sposób żyć. To nie znaczy, że cena go nie interesuje, ze spokojem pyta w wierszu „Estella” – czy myślisz (filozofie, kruszyno światła), że  któregoś snu utknę na zawsze, jarząc się przez chwilę jak brutalnie zalane ognisko(...) czy może zostanę jak popiół. Edek jest jak ocean, jak morze kropel, każda inna, mieniąca się, i taka ich ogromność, i tyle w czytaniu obfitości. Pisze: mógłbym stać się rybą, wazonem, sentencją (...) mógłbym powplatać się  w gobelin.
            To poezja wszystkoistna, obznajomiona z wszechtworzywem, nie boi się być również człowiekiem, nazywając tą właściwość, sposób spotykania się z rzeczami: ludzie lubią okrągłe, boją się płaskiego, no i szczelin. Edek jako ciekawe dziecko ochoczo zawsze wkładał tam głowę. Intensywność doznawania, przeżywania cząstek czasu. Wielkie święto każdego roku – jest dla Edka co dzień, jest religią – życie, sekundy w nim, ich waga, dostrzegane codzienne znaczenie. Nie są one jedynie tyknięciami wskazówek na zegarku ręcznym. Sacrum jest stale obecne „Dowód” – a w końcu gdzie dąży to  drgnienie, gdy wyjdzie już z ciała. Że dąży, Edek nie ma wątpliwości. O to – chodzi w końcu, żeby trafić na biel – w znaczeniu – jasnego sprzężenia w  świecie. Konotacje tego koloru są oczywiste. I drobiazgi, imponderabilia. Ulice, miejsca, mieszkania, ich znaczenie jako znaki, które czytamy, rozpoznajemy. To nasz język, porozumiewamy się w nim.  
            Wiersz „Mała medytacja” ma nie przypadkowy tytuł. Jest w nim zawarta mądra, urocza w swej prostocie teza: samego środka świata i wiedzy o  świecie. W świecie tym uważność, świadomość rzeczy i zjawisk towarzyszy nam przy każdej czynności. Mówi: idę wynieść to na dwór. Zużyta woda jest  pretekstem do powiedzenia o rzeczach, które nas otaczają. – coś, co nie żyło, choć może nie do końca (dlaczego coś żyje lub nie żyje?) i dalej: to mnie onieśmiela i delikatnie ją (materię – tu wodę) kładę. Onieśmiela, bo mogło być częścią czyjegoś ciała. Jesteśmy z wybuchu supernowych. Sprawa polega na doświadczeniu jednocześnie teorii i praktyki, połączeniu ich, byciu częścią i całością na raz, wiedzy o bólu i współczuciu, byciu tymi innymi (też  rzeczami) i współczuciu temu, które odczuwa ból.
            Jeszcze autotematyczny nurt w poezji Edka. „Drukarnia głodu” – pisze się głębokie, czarne litery – niczego nie oczekując. To jest wielka medytacja Mahajany – nie próbować niczego złapać. Nie próbować robić rzeczy niepotrzebnych. To wielka aktywność, kiedy się chce rozumieć (swoje ego), lubić go  i równocześnie wpływać na proces poznania własnego umysłu. Osiadając w sobie – przestać biec. Poeta posługuje się literami, są jak bruzdy. Samemu się  jest rozciągniętym, rozmazanym na obrzeżach, jest się ziemią zaoraną znakami graficznymi. Ani chwytać, ani złapać – pisze dalej – połowa mnie jest w  tobie, a druga odchodzi – ani pięknie, dodam, odchodzi, obryzgana błotem, to błoto jest ważniejsze od innych obrazów. To druga bliźniacza strona nirwany.
            Dzieje się czas, gęsta skondensowana rzeczywistość w wierszach Edka. Ma ona szczególny smak, kolor... to „Edkowy czas”, bajecznie mityczny, pełen znaczeń, kontekstów, wymiarów...

Iwona Wróblak
wrzesień 2002


wtorek, 11 sierpnia 2015

UFLY i support tego co progresywne w Kwintowej muzyce


            W Klubie Muzycznym „Kwinto” supporty się dobiera tematycznie… W klimacie wspomnianym w zapowiedziach – Pink Floyd, Depeche Mode, U2, Muse.. – w przestrzeni, ogromnej, muzyki jako takiej… Chciałam pytać wykonawców, jak ją się robi?? Pewnie usłyszałabym kilka branżowych terminów… Mnie by nic nie wyjaśniły, wolałam więc po prostu słuchać tej przestrzeni…
„Time to Express”. To ten support. Tematyczny. Zapraszamy pod scenę... Głęboki rytm. Rzeczywiście mieszanka wspomnianych muz. Wieloraki rytm. Jak  kontynuacja tego, co było w historii muzyki progresywne. Wszyscy stoją i słuchają. Nastrój i klimat, rozpływających się w nas, drgających fal, które wchłaniają w swoje orbity, magię wszechwładną, jeden z tych rodzajów muzyki, który wyczyszcza myśli.
Resztę wątków zbierze UFLY, na który wszyscy czekamy.
Nagle złamania rytmu. W ściśle określonym porządku. W Poetyce gatunku. Symfoniczne i wielomuzyczne. Trzy gitary i perkusja – razem: przestrzenność dźwięku. Na antynomii tematów być może zbudowana. Staram się, słuchając, znaleźć mianownik, jeżeli nie wspólny, to pokrewny. Na czym może polegać? Może na konstrukcji całości tej wzmiankowanej swoistej przestrzeni, jaką dały tradycje zespołów progresywnych? Na tkaniu jej bardzo gęstym, gdzie linie rozkładają się krystalicznie, w puli dźwięków zakątek ich każdy zagospodarowany, niektóre szczególnie zapętlone spiralami zwijającymi się jak  niezamknięte światy. Wokal jak klamra spajająca. Oliwa na morzu.
            Dobrze, że mam troje uszu wewnątrz słuchających, bo dźwięk otula mnie miękko i sugestywnie. Poe (Edgar Allan) był rockendrollowcem… posłuchamy, co niego przyswoił dla swoich potrzeb „Time to Express”… Tłumaczenie poezji według ich klucza nutowego. Jaka będzie ta mroczność? Jakiego rodzaju i kształtu???
Rytm, co brzmi. „Time…” chce rozwijać się w sposób progresywny. Wracać do inspiracji lat 80’ i tworzyć własną muzykę.
            Po wspaniałym supporcie - UFLY. Wyrafinowany. UFLY stylowe. Energetyczne – za sprawą wokalisty przede wszystkim, talent showmański niewątpliwy. Jeśli „Time to Express” był połączeniem, to UFLY jest przetworzeniem, jak skała metamorficzna. Delikatnym pulsowaniem rytmu. W nowej jakości sublimacją – do tańczenia ustawicznego. Po to zrobione zostało miejsce przed Sceną. UFLY potrafi rozognić. UFLY czyli dobra zabawa. W  przypadku Nich bliska odległość od sceny podkręca obydwie strony – wykonawców i fanów.

Jesteśmy w „Kwinto”, gdzie nawet supporty są też bardzo dobre. Stare zabytkowe mury „Kwinto” i tym razem się nie rozleciały…


Iwona Wróblak
marzec 2015

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Międzyrzecki IX Festiwal Organowy

             Festiwal Organowy to tegoroczna edycja przez 9 lat organizowanych, przez „Stowarzyszenie „Lubuski Weekend Gitarowy”, koncertów muzyki klasycznej w Międzyrzeczu i okolicach. Wspaniała akustyka monumentalnego Sanktuarium Pierwszych Męczenników Polski, gdzie koncert miał miejsce, uświetniła to ważne wydarzenie kulturalne.
                Wystąpili trzej profesjonalni muzycy: Marek Paśko – bas, śpiewak operowy z Łagowa, studiował w Akademii Muzycznej w Poznaniu, Jolanta Helwig – nauczycielka klasy skrzypiec w Państwowej Szkole Muzycznej I. stopnia w Międzyrzeczu (gra też na skrzypcach w nagradzanym na festiwalach folklorystycznych Zespole Ludowym „Pod Gruszą”) i Izabela Kuzia – nauczycielka w klasie fortepianu PSM w Międzyrzeczu.
            Coroczne „Letnie Koncerty Organowe” są wspaniałą lekcją muzyki klasycznej na żywo. Zapraszani są muzycy z dorobkiem artystycznym, koncertujący pedagodzy uczący w szkołach muzycznych. Przeżyliśmy już w Międzyrzeczu i okolicach wiele wspaniałych koncertów z ich udziałem. Działalność kulturotwórcza Stowarzyszenia „Lubuski Weekend Gitarowy” na stałe wpisała się w dorobek artystyczny gminy Międzyrzecz.
            Jak przystało na koncerty organowe w programie tradycyjnie J.S.Bach, też inni kompozytorzy, także polscy.


Iwona Wróblak
czerwiec 2015

niedziela, 9 sierpnia 2015

Pszczewskie Abecadło czyli Pszczew i jego możliwości

            Na rynku księgarskim ukazała się schludnie wydana publikacja autorstwa Pawła Jakuba Sochackiego. Książka współfinansowana jest przez Unię  Europejską ze środków Europejskiego Funduszu Rybackiego (Lokalna Grupa Rybacka Obra – Warta).
            J.P. Sochacki pochodzi ze Stołunia. Ukończył PWSZ w Sulechowie i AWF we Wrocławiu. Od 16. roku życia publikuje artykuły w prasie lokalnej. Współautor książki „Miód w naturze i kulturze”. Od 2010 r.  felietonista zielonogórskiego miesięcznika „UZetka”. Paweł J. Sochacki nominowany jest do  nagrody dziennikarskiej „Pozytywne pióro”.
            W książce znajdziemy pokrótce nakreśloną historię Pszczewa, od legend po nowożytne dzieje zapisane, z przygraniczną mozaiką narodowości i  religii i aktualnymi informacjami o gminie pszczewskiej. Piękna przyroda okolic i jej ochrona, Pszczewski Park Krajobrazowy – 5 rezerwatów znajdujących się na jego terenie, uroki natury, fauny i flory, urokliwe jeziora, są wpisane w program promocji gminy.
            Pszczew pełen jest możliwości turystycznych i kulturalnych – dzięki ludziom kreującym dzisiaj jego wizerunek. Pszczewskie Abecadło dzisiaj to  bogata oferta rekreacyjno - kulturalna, inicjatywy Gminnego Ośrodka Kultury od lat współpracującego z lokalnymi stowarzyszeniami i organizacjami pozarządowymi, zespołami tańca i śpiewu, ludźmi angażującymi się w życie społeczności, działającymi w otoczeniu zabytków architektury i parków krajobrazowych, pasjonatami. Skorowidz nazwisk i miejsc. Ważnych terminów i pojęć na stałe wpisanych w projekty społeczne i kulturalne gminy. Echo zrozumienia przez władze samorządowe zadań wynikających z kreowania lokalnego wizerunku, spełniania potrzeb i oczekiwań obywateli gminy. Wspaniały przewodnik dla turysty i osób chcących poznać to miejsce – Pszczew, ziemię pszczewską pulsującą życiem współczesnym i historią, umiejącą łączyć spuściznę kulturową z oczekiwaniami i wyzwaniami dnia dzisiejszego. Publikacja to ważny przykład spełniających się marzeń o własnym (autora) uczestnictwie w projekcie realizowanym ze środków unijnych.
                Zaznaczone są w książce ważniejsze wydarzenia cykliczne, jak sławny i prestiżowy nie tylko w okolicy Jarmark Magdaleński, na który co roku zjeżdża coraz więcej ludzi. W centrum, pobliżu głównych atrakcji Jarmarku, na turystów czeka Muzeum „Dom Szewca” z II. poł. XVIII w.,  pielęgnowany zabytek lokalnego rzemiosła z historią rodziny Szewca – dom, jego warsztat pracy i sklep, wzbogacone o ekspozycję archeologiczną znalezisk z badań na terenie Pszczewa i Borowego Młyna, oraz inne pszczewskie zabytki architektury. Nietuzinkową atrakcją turystyczną jest prywatny skansen Pszczelarski Tadeusza Bryszkowskiego. Aktywnie działa dziecięcy Zespół Tańca Ludowego „Mali Pszczewiacy”, Zespół Wokalny „Bel Canto” mający w repertuarze klasyczną muzykę komponowaną przez dyrygent Donatę Marzec – Pawłowską, ambitna formacja „Batteria” grająca muzykę etniczną, inni artyści i koncerty chętnie zapraszane tutaj z okolic przez miejscowy GOK, plenery malarskie i rzeźbiarskie z wystawami. W tym roku także Sesja Historyczna organizowana przez Stowarzyszenie Regionalistów „Środkowe Nadodrze”, prestiżowa w środowisku akademickim Uniwersytetu Zielonogórskiego, z książkową publikacją referatów „Ziemia Międzyrzecka w przeszłości – tom XIII”, dostępna w dniu konferencji. W 2012 roku z  okazji 750. lecia powstania Pszczewa Towarzystwo Przyjaciół Pszczewa zorganizowało uroczyste obchody Rocznicy z konferencją naukową, koncertami i  licznymi atrakcjami dla mieszkańców. Wydarzenia realizowane są we współpracy Urzędu Gminy Pszczew, Zespołu Szkół w Pszczewie, przedszkola Samorządowego, Ośrodka Pomocy Społecznej, świetlic środowiskowych, sponsorów i pozostałych jednostek samorządowych.
            Z niektórych imprez sportowych - od 1983 r. corocznie, w pierwszą niedziele po trzecim dniu maja, organizowana jest „Pszczewska Dwudziestka – Półmaraton”, której biorą udział także biegacze z okolic Gminy. Na jeziorach organizowane są Mistrzostwa Sportów Wodnych. W Gminie wytyczone są  szlaki piesze, szlaki rowerowe i kajakowe.
Książka jest ciekawie napisana, o przejrzystym układzie tematycznym, bogata w informacje.



Iwona Wróblak
lipiec 2015

sobota, 8 sierpnia 2015

Odkryto stare koryto rzeki Paklicy

            
            Dalszy ciąg prac przy przebudowie ulicy Świerczewskiego. Nadzór archeologiczny nad inwestycją prowadzi archeolog Agnieszka Indycka, pracownik Muzeum Ziemi Międzyrzeckiej im. Alfa Kowalskiego.
            Firma budowlana, mijając skrzyżowanie ulic Konstytucji 3 Maja i Świerczewskiego, wyszła już z pracami ziemnymi poza granicę średniowiecznego miasta lokacyjnego. Jego mury, widoczne na planie J. Harnischa z 1780 roku, i fosa miejska znajdowały się na północ od ulicy Konstytucji 3 Maja. Brak napotkanych podczas nadzoru artefaktów wcześniejszych niż późnonowożytne świadczy o tym, że ta część miasta powstała w  dopiero w XIX wieku.
            Na wysokości budynku Poczty Polskiej pracownicy firmy PRINŻ wbijają w grunt za pomocą urządzenia zwanego „młotem” tzw. larsseny, (model grodzicy, stalowa ściana służąca do zabezpieczania wykopów) czyli długie, tutaj sześciometrowe pale zaporowe z blachy ze stali nierdzewnej, odpornej na  korozję. Larsseny używane są przy tworzeniu zbiorników wodnych, wykopów ziemnych. Tworzą rodzaj szczelnej ściany oporowej, wykonanej poprzez wbijanie lub wciskanie naprzemiennie zazębiających się, kolejnych profili z blachy falistej. Obudują ściany wykopu w celu zapewnienia ich stateczności przy dalszych pracach, jako gródź.
            Wody gruntowe, podziemne źródła często towarzyszą pracom ziemnym. Dużo tej wody od początku towarzyszy inwestycji na ulicy Świerczewskiego. Może to bliskość rzeki Paklicy? Jej starorzecze zostało właśnie, na wysokości budynku byłego Ogniska Muzycznego, odkryte przy  drążeniu jednego z czterech wykopów wzdłuż w ciągu ulicy Świerczewskiego. Wyróżnia się ciemną barwą i rzecznym iłem. Rzeka meandrowała na przestrzeni lat, była też regulowana jeszcze przed wojną przez Niemców.

Iwona Wróblak
czerwiec 2015