Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klub Muzyczny Kwinto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klub Muzyczny Kwinto. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 czerwca 2017

Patrycja Kosiarkiewicz. O miłości trzeba głośno

            „Kwinto” piątkowe. W Klubie Muzycznym „Kwinto” niekoniecznie zawsze - metal, chociaż i na ten rodzaj muzyki przychodzą tu ludzie, w różnym zresztą wieku...
Patrycja Kosiarkiewicz i „Effortless”, formacja śpiewająca piosenki, które lubi także pokolenie w średnim wieku i starsze. I tacy tu są. Bawią się świetnie.       Rock na pograniczu piosenki poetyckiej. Muzycznie ciekawy. Melodyjny. Impresje muzyczne i słowne. Niepojący rytm, różny. Impresje o miłości - jak mozaika, rozbite szkło, lustro emocji związanych z tym najważniejszym dla nas obszarem.
Impresje muzyczne. Piosenki tak są zbudowane, że tekst i muzyka są równoważne. Równoprawne. Dopowiadają się. Czy muzyką jest/ma być jak tekst a słowa bywają dźwiękonaśladowcze - to kwestia techniki śpiewania, w dużej mierze.
            O miłości jeszcze, mamy Dzień Kobiet, co by o nim nie powiedzieć, jest to miłe święto, a takie uroczystości należy świętować. Na kilku poziomach się żyje mając lat 20, 50 - i kiedy się jest bez wieku... Zwłaszcza jeśli (nieustannie) się żyje w miłości, jest się tym i owym, niewinnym i naiwnym, dojrzałym i zgorzkniałym jednocześnie, w następujących po sobie fazach. Poezja, jeżeli się ją śpiewa, może brzmieć zupełnie inaczej, jeżeli jest z nią perkusja, która nadaje jej rytm. Wtłacza ją w rytm, przytula w tym rytmie i warunkuje przez niego. Gra nam wibrująco. Jest stanem afirmacji bycia w ogóle, jako takim.
            MÓJ JEZUS NIE PIJA COLI… Czym zatem zajmuje się (jej) Jezus?.. Może – miłością?
Zawsze o miłości. Temat wystarczająco obszerny. O miłości trzeba głośno. Nie zawsze tylko szeptem. To wystarczająco poważny temat. To poezja z muzyką do wielokrotnego słuchania.
Na bis – utwór powtórnie „Galaktyki i atomy” . W wirowaniu kosmosu, w miłości dotykaj, oddychaj ze mną, spotkamy się w oddechu, we wspólnej przestrzeni, z pneumy - to wyjdzie. Reszta tego oddychania jest muzyką i seksem. Partycja Kosiarkiewicz i „Effortless” w Klubie Muzycznym „Kwinto”.


Iwona Wróblak
maj 2015

czwartek, 16 czerwca 2016

Artrosis. Muzyka jak jedna struna

            „Kwinto” pod znakiem gotyckiego, szlachetnego, jak mówi mi wokalistka, rocka. Muzyka jak jedna struna na teorbie, wielostrunnym medium. Jednostajny rytm w mrocznym nastroju. Tworzy się przestrzeń gotycka niewątpliwie. Wszyscy pod sceną.
Asocjacje dynamiczne w wielkiej przestrzeni. To tylko kilka wybranych klawiszy naciskanych w odpowiednim momencie, jak mówią mi akustycy nagłaśniający koncert, a jednak… Ulegamy czarowi Barwy gotyku. Zwłaszcza że jest konsekwentna u „Artrosis”.
Na przestrzeni historii przedwiecznej, gdzie rzeczy i słowa są wielkie jak herosi – i dzieją się zawsze splątane i wprzęgnięte w Wieczne Teraz.
            Gotyckość w pogłosie. Namiętności i pożądania ludzkie są odwiecznie takie same. Obfitość wątków i tematów opowieści o człowieku i jego miejscu, żywa, dotykająca każdego impulsu jego istnienia w danej chwili – historycznej, własnej-osobistej.
Gotyk zawsze był muzycznie, literacko i plastycznie inspirujący. Konglomerat prawdopodobieństw ludzkich losów, współczesnych nam w swym uniwersalnym wymiarze. Powtórzenia fraz jak ciągle ta sama sytuacja personalna, umoszczenie w tym wiecznym Gotyckim uniwersum. Czarowne i  fascynujące. Stulecia balansu pomiędzy naturą a boskością – czyli o Człowieku prawie wszystko.
Klimaty jak z baśni archetypicznych, opowieści bardów i bajarzy, trubadurów ze swymi mandolinami zagubionych w donkiszotowej wędrówce. Wszystko w formie stylizującej rocka, co jest bardzo ciekawe…
            Głęboki, by nie powiedzieć głębinowy wokal (Magdalena Stupkiewicz). Głos Kobiet(y) jak żeńskiej Strony Mocy. Przypowieści Historii. Wielokrotny głos, który jakby nagle nabrał podobieństw i rezonansów w otchłani wszystkich ich, kobiet(y), gotyckiego, czyli wielorakiego widzenia. Muzyka jak jedna struna na teorbie. Uspokaja niczym ocean, który pieści w sobie wiele fal, kłębiących się w jego wnętrzu.
W arabskich klimatach, pogłosach pustynnych pierwszych zaobserwowanych wielkich Boga, jako odnośni, przestrzeniach, narodziły się tam największe idee. Przesunięcia puli dźwięków jak fale, wlewające się do określonej zawartości pamięci, wracające zaraz jak odpływ - do macierzy.
            Najnowsza płyta zespołu to więcej rocka, ale z zachowaniem pulsu mroczności, ciemniejszych odcieni swego dominującego kolorytu, wzorzystych tematów neogotyckiego widzenia sztuki. Ta sama namiętność we wszystkich kompozycjach. Puls ciała i uczucia. Poezja dotykająca ich miąższości. Jej  smutne postromantyczne piękno.
Stare zabytkowe mury „Kwinto” świętują 20 lat urodzin formacji „Artrosis”.


Iwona Wróblak
maj 2015

środa, 9 września 2015

JUZEK nieuczesany czyli Horda

            Klub Muzyczny „Kwinto” jak zwykle pełen dynamiki. Nasza międzyrzecka Horda i JUZEK (pięknie) nieuczesany czyli dredowaty, lokalny-swój (mamy nadzieję, wszyscy, że wkrótce wypłyną dalej poza nasze opłotki, chociaż ich tu kochamy. Za co? Za talent…)
Mówią to zgodnie ludzie gratulujący im po występie. Podchodzą do stolika i mówią – jesteś… – tu różne sformułowania… ale wyrażają zadowolenie. Kim są ci gratulujący? Nie tylko młodzi i bardzo młodzi, także ci trochę, odrobinę, starsi, członkowie zespołu mówią o sobie – rap i metal- rap. Ma w sobie coś Józek i Horda-Józkowa, że wzbudza szacunek dla swojej całości artystycznej jako takiej. Historie muzyczne można opowiadać, ale zależy, w jaki sposób to się robi. Najpierw, jak mi mówi Józek, powstaje podkład muzyczny, potem pisze do niego tekst. Czyli muzyka na początku i przede wszystkim, i muzycy zespołowi. Zgrana ekipa, całość scenicznie dopracowana, łącznie z choreografią – bardzo ważną rzeczą. Nie jest tajemnicą, że Józek pięknie się rusza na scenie, jak mi powiedział ktoś z widzów, „tańczy”, jest medialny, dlatego Horda zbiera tyle nagród i pochwał. Dla mnie ważne, że ma też coś, chodzi o formę, do powiedzenia.
Horda zapełnia sobą przestrzeń nie tylko na samej scenie. JUZEK nie waha się zejść ze sceny i być w bliskim sąsiedztwie ludzi, dla których grają i śpiewają. Czasami się splączą z kablami, ale cóż, to trzeba jeszcze wyćwiczyć… Poza tym jest dobrze. Przekaz na co najmniej kilku poziomach.
Jak mi się napisało: Hordę trzeba zobaczyć/Hordę trzeba usłyszeć/Hordę trzeba zatańczyć/I JUZKA. To pulsująca energia, tym bardziej, że międzyrzecka. Rzecz jest też w tekstach, doskonale mieszczących się w konwencji gatunku. Józek je pisze, jak mi mówi – oczywiście, że sam!, ma doświadczenia (życiowe), jak każdy, i wystarczający zasób słów, żeby je przekazać w formie dostosowanej do muzyki, jaką gra Horda, co już nie jest takie proste. Jest u niego w tych tekstach powiedziane, co być musi powiedziane, i to głośno, żebyśmy się zrozumieli, wymienili doświadczeniami, skonstatowali TO CO JEST, czyli rzeczywistość (społeczną), jaka jest naszym udziałem. Ludzie się z takim obrazem identyfikują, i formą artystyczną (myślę, przede wszystkim), mocną, dosadną — ale w normie… Wobec tej dynamiki wszyscy, początkowo, stoją zasłuchani. Józek nie da SIĘ UCZESAĆ (mamy nadzieję), bynajmniej nie chodzi – tylko - o te długie dredy. To konstatacja – chodzi o moc decybeli, nie tylko dźwiękowych, o moc energii, full dźwięków. Może rozszyfrujemy nazwę Zespołu? Można się pokusić o jakieś dywagacje, byłoby ciekawe poznawczo, ale po co? Mają coś w sobie – znowu mu ktoś szepce do ucha. Co niekoniecznie musi być definiowane… No ale ja jestem od pisania…
            JUZEK – co śpiewasz? – JUZEK – przecież ja w ogóle nie śpiewam. Ujeżdżam mustangi. Ja się bawię. Gramy swoją muzę i to właśnie nas bawi. Wszyscy chcą, żeby definiować. Najważniejsze jest, żeby mieć obróconą do tyłu czapkę. Grają do wokalu. Najpierw jest podkład dźwiękowy. Jak mówią międzyrzeccy fani Hordy – to jest coś, czego nam potrzeba. W Kwinto – dodam, bo tu jest na to w miejsce w Międzyrzeczu.
            Ochłonęliśmy nieco po charyzmatycznej Hordzie, a to nie był koniec. Właściciele Kwinto przewidzieli tego dnia jeszcze Muzzollę. Ciekawy zespół łączący w swych kompozycjach różne tonacje i rytmy, które, być może, dla osób klasycznie wykształconych byłyby zaskoczeniem. Muzzolla nie bała się eksperymentów. Warto było posłuchać ich wyników. Pobrzmiewał mi czasami reggae, na tyle, ile to było muzykom potrzebne. Dobre partie na saksofon. Nie gorszy bas, perkusja i gitara… klasyczna! Umieć połączyć brzmienia instrumentów, ich możliwości, to sztuka, która wymaga szacunku. I odwagi. Życie (muzyczne) na pograniczu stylów i gatunków jest szalenie ciekawe, opłaca się poświęcić mu uwagę i czas. Teksty na pograniczu postegzystencjalnym dobrze interpretowane i zaśpiewane. Czysta – słowem – muzyka na żywo – jak tradycja Kwinto niesie! Utwory ładnie wykończone solówkami, mi się podobał saksofon. Jeżeli metal – czy co innego – to z tych dobrych, uważam, z elementami pastiszu gatunku, czyli luz i swoboda wynikająca z opanowania tematu. Gratulacje. Wieczór w Kwinto udany – nie pierwszy raz.


Iwona Wróblak
wrzesień 2014

wtorek, 8 września 2015

Tesla Power w Klubie Kwinto

Muzyka to sztuka. Sztuka wyszukania dźwięków (w harmonii świata) i ułożenia ich w całość.
            Kolejny koncert w Klubie Muzycznym „Kwinto” z gatunku niebanalnych. Tesla Power. Pytam muzyków – skąd ta nazwa? Moc energii odnawialnej słynnego inżyniera i wynalazcy? -- to tylko punkt odbicia. Trzeba startować z wysoka.
Ma w sobie coś Power Tesla z inżynierskiej rzetelności (jeden z muzyków jest z zawodu inżynierem bardzo „przyziemnej” specjalności),  ale też i sztuki.            Tesla to – duch opiekuńczy… Intuicja w nauce znaczy bardzo wiele – i być może, na pewno, ma wiele ze sztuki. Połączenie tych dziedzin, czy jest  tak odległe? Zdarza się, że zdumiewa mnie matematyczne zgoła piękno niektórych napotkanych (przypadkiem?) kompozycji, wiadomo, że sami matematycy uwielbiają elegancję w swoich wzorach, i się nie mylą, kiedy taką tam zobaczą. Na styku matematyki i muzyki – to mogłabym kiedyś usłyszeć na płytce w wykonaniu Tesla Power, jestem przekonana, że wystarczy tylko trochę poczekać…
            Przestrzeń cyfrowa… Używa się elektroniki, czerpie z niej w sposób dla mnie, profanki, niesamowity, z milionów nutek i brzmień, jakie muzycy wydobywają z różnych moogów, klawiatur, którymi obstawiają się na koncertach. Tesla Power dokłada do tego jeszcze instrumenty żywe – dlaczego? – bo w nich jest moc i energia (Teslowa…); ja tak chciałam wierzyć w nowoczesność, w potrzebność używania tradycyjnych instrumentów, dziękuję wam, chłopaki…
            Upieram się, że w muzyce zespołu są dwa (przynajmniej) poziomy. Ten pierwszy to jak tło (kosmiczne, jak promieniowanie Tła – pogłos wielkiego bumu), i na jego ściółce jest Człowiek i jego krzyk, dźwięk, Słowo, wspomniane instrumenty elektroniczne – jego wytwór, działalność kulturalna, Jego Aktywność jako elementu kosmosu. On zaistniał - a może zawsze był, jako forma niekoniecznie ludzka (w dzisiejszym rozumieniu – mam pozwolenie na  pisanie o tej muzyce od członków Zespołu – moja interpretacja, moja wizja – ich -Muzyka…).
            Każdy słyszy, co chce. Rejestruje i absorbuje. Jeżeli absolutnie nie jest przykre-uciążliwe dla ucha, i jest piękne. To tło kosmiczne mnie urzeka. Jak  moszczenie się w kołysce ziemskiej naszej planety. Ona jest przyjacielem, domem. To uporządkowanie, siatka pola magnetycznego, czterech głównych sił  natury, fizycznych praw naszego zakątka Drogi Mlecznej, nam przyjaznego, które nas wychowało. Nasze miejsce jest nam przynależne, (jeśli) nie  dokładamy chaosu do entropii świata. Czynimy człowieka pełnoprawnym, który ma prawo BYĆ, jak w Dezideracie, i jego głos jest potężny (jeżeli umie – on jednostkowy – go, ten głos, wydobyć).
            Tesla Power. Świat dziwnych dźwięków powtarzanych po wielokroć, echem polifoniczności kosmosu, w które człowiek się wprzęga. Świat doskonale uporządkowany (jeśli go tak postrzegamy) – czekający na rozpoznanie. Pełen (dla nas) tajemnic, które takimi są dla nas NA RAZIE. Tesla Power – jeden z tych Kwintowych koncertów, gdzie muzyki jest dosyć, by słuchać jej nie tylko uszami, by przyjmować ją SOBĄ. Kwinto – miejsce swobodnej (twórczej) ekspresji i spełnionych oczekiwań artystycznych tych, którzy oczekują muzyki różnej. Słuchacz może jej przydać wiele znaczeń, niekoniecznie werbalnych – dźwięk nie lubi nadmiernego definiowania. Naśladujący dźwięk Natury (ale w sposób przyswajalny dla ludzkiego ucha) i jej  emanacji falowych funkcji, widm kolorowych, które są tu przełożone na dźwięk, przekształcony na sztukę jego uważnego słuchania. Jeśli nie każde ucho  istot czujących je rozpozna – przetłumaczy je Tesla Power, z krzywych i rzędnych wykresów, z rozbłysków supernowych, źródła materii, z której pochodzimy.
            Pod sceną wierni fani Kwinto, niebanalnej muzyki, rytmu jej, kulturowego. Wektorów, które nas spowijają na kształt giętkiej sieci, wektory przestrzeni i czasu – jeszcze jeden wymiar do nich dodam – muzyki. W elipsoidalnym wszechświecie, heisenbergowskim, w tym sensie mieniącym się,  drganiach jednego z nich, naszego. Przysposabiamy go poprzez sztukę i muzykę – jako precyzyjnie i subtelnie utkana jedność, pieści nasze ucho jak  klasyka. Jest nią w sposób oczywisty. Współgra i przemienia się strumieniami energii, świat w naszych Głowach i umysłach, w granicach ich podobno – opartego na biologii, odbioru, zakres jego jesteśmy w stanie, być może, poszerzyć...
            Nicola Tesla to tylko pretekst – myślę. Nieznany geniusz wyprzedzający czas, współczesny wszystkim epokom, poprzez odwagę myślenia i  sięgania w głąb swego umysłu, potężnej wiary w intuicję człowieka myślącego. Współczesny nam od zawsze poprzez potęgę i sprawność dedukcyjną, ona  ma możliwość budowania zupełnie nowych połączeń w neuronach mózgu – wielkiego naszego kosmosu. Wystarczy zaufać ich porządkowi i poddać się  słuchaniu, być wewnątrz, na stale umocowanym (czyli nie wierzyć w rozpadnięcie – pytanie- co się rozpadnie, a co na pewno nie…). Jeżeli niepokoi ten  rytm, to tylko w tym sensie, czy NADĄŻYMY ze zrozumieniem, za Teslą i jemu podobnymi. Muzyka Tesla Power, mimo pozornych dysonansów, układa się w melodie, jako próby dostrojenia się do wszechświatów (jesteśmy nimi).
            Przenikają się sfery szumu pierwotnego – można je usłyszeć w szeleście spadających meteorytów. Chwilami brzmi jak brązowy gong wykonany/wykuty specjalnie do medytacji, rozumianej jako zjednoczenie/czy próba zjednoczenia… Jak się je zrozumie, może powstać jeden wielki glos/krzyk, bardzo głośny, równoważny materii, o której śpiewa. Równie jak ona istotny. To podobno nazywa się transhumanizm, symbioza i osmoza – współprzenikanie, źródło mocy twórczej. Tę muzykę tworzą: Tomek Pas, Mateusz Siemion i Marcin Krawiec. Mówią mi, że w mocnym „metalu” zabrakło im przestrzeni i stąd pomysł na tę muzykę… Potrzebę tworzenia konkretnego (dla ucha człowieka) utworu muzycznego. Elektronika to tylko aspekt… jedna z wielu twarzy bóstwa sztuki, w które człowiek zawsze wierzy…
Wrażenie (dobrego) umoszczenia się w świecie zostało mi na stałe jako pamiątka po tym koncercie…


Iwona Wróblak
wrzesień 2014

poniedziałek, 7 września 2015

Collage w Kwinto. Dźwięki dotknięte po ich obrzeżach

            Od pierwszych nut została w nas zbudowana przestrzeń. Mówię do muzyków, do Karola - wokalisty, to medytacyjne… Nie pozwala na gonitwę myśli, wyczyszcza szumy codzienności, tworzy potencjał, który OTWIERA. Odpoczywa w nas przestrzeń zbudowana, jesteśmy odpoczynkiem… Długo jeszcze po koncercie ten spokój pozostał, na weekend, na niedzielę, przynajmniej we mnie. Collage mi się kojarzy z uspokojeniem.
Mimo rytmu. To rock progresywny. Art rock, jak mówi Karol. Rock artystyczny… Przepiękny blues, jak bym tak nazwała tę kompozycję, co jest  filozofią-symfonią bluesa, poezją bluesa, ontologią bluesa i wrażeń artystycznych-uczuć ludzi, którzy słuchają tego gatunku.
            Spora grupa fanów w Klubie Muzycznym. Fanów naprawdę dobrej muzyki, kultowy Collage, w którym zakochać się można od pierwszego słyszenia. I są tacy. Dwa pokolenia, do siwych skroni włącznie. Jeden z tych koncertów w Kwinto, na który chodzi więcej niż jedno pokolenie.
Nuty wymalowane na ścianach Kwinto snują się zawile…
             Muzycy zapraszają pod scenę. Mogę tej muzyki słuchać dowolnie głośno, nie razi moich uszu decybelami. Daleka krewność w tuzami scen lat 70. i 80. Dla mnie finkfloydowata, chodzi mi o symfoniczność, pytam potem po koncercie Wojtka o jego upodobania w muzyce klasycznej, od razu przyznaje się do Vivaldiego, Griega, kompozytorów rosyjskich – Musorgskiego, Strawińskiego. Perełeczki znane z tej szuflady, kilka rozpoznawalnych nutek, gdzież ja to słyszałam? Ano tak, w klasyce, progrock to inspiracje klasyczne, to łączenie i czerpanie, subtelne z czułością i garściami. Skupienie na twarzy klawiszowca zespołu, to on stwarza ten nastrój, klimat. Przestrzeń świata Collage.
            Wspaniały wokal Karola. Już w czasie próby Zespołu zwraca uwagę swoim głosem. Collage to osobowości. Nie ma przypadkowej nuty w ich  kompozycjach, wszystko jest matematyczne, jak to w muzyce z dużych liter.
Znajoma zostawiła w domu swe dorosłe już dzieci i przyszła, głównie po to, żeby kupić szóstą płytę zespołu. No i posłuchać na żywo, rzecz jasna… Widzę ją, jak stoi blisko sceny. Ma bardzo szacowny zawód w kurzu bibliotecznych woluminów… Pytam z ciekawości, co grają, jak ona to odbiera. Ciągle to samo, mówi, tylko zmienili wokalistę. I ciągle „tego samego” nie może się dość nasłuchać, rozumiem ją.
            Pod sceną ludzie kiwają się w rytm, każdy inaczej, bo te rytmy są różne. Jest w nim, w jednym Rytmie, co się zwie Collage, mnóstwo pokrewnych rozwiązań, wiązek światła w jednej jednorodnej przestrzeni potencjalności i próżni (pradżni), one nie niepokoją nikogo… Mówi mi Wojtek po koncercie, że muzyk to człowiek z dostępem do muzyki, która już istnieje. Jak świat, który nie znikł i nie powstał nigdy. Był i jest, muzyka jest jednym z jego imion.
            Improwizacje, albo raczej impresje, takie malarskie, osnute wokół każdej bez mała frazy, a wszystko jest Melodią, jako gatunkiem istnienia we wszechświecie. Jest w niej tyle rytmów, że każdy może się kiwać jak chce, zanurzony w swoim słuchaniu. Symfoniczność tu to coś więcej niż utwór na  wiele instrumentów. Co piękniejsze formy są z czułością wyjęte z klasyki neoromantycznej. Dźwięki pozyskane z nasłuchu natury, brzmią mi też celtyckie nutki, czy je tylko takimi chcę słyszeć? Starannie bardzo wybrane, czyściutkie. Struny drgające – fale elektromagnetyczne koherentne. Rock progresywny onieśmiela swoim potencjałem. Mnie skłania to onieśmielenie do uważności i do wyciszenia zupełnego. Które nie ma prawa męczyć. Collage ten czar  absolutny sam w sobie.
Pod scenę już się nie można dopchać. Świetna gitara. Aż musiałam nieco podskoczyć, żeby sprawdzić, czy to istotnie z niej te dźwięki. Mistrzostwo dokumentne. Nachyla się gitarzysta nad instrumentem, jest między-nutkami, nie ma uderzeń w progi, są wyciszone. Collage można słuchać w skupieniu, można też i tańczyć. Medytacyjnie wygładza naskórek wewnątrz naszych poszarpanych wnętrz, wymoszcza spokojem. Wspólność muzyki. Nawet dramaturgia jest tu przepojona tym ukojeniem, ona jest wewnątrz, nie przebija ścian, nie rani.  Dźwięki wybrane do końca ich głębokości, delikatnie, przysysają się, przylegają do palców, posłuszne. Dotknięte po ich obrzeżach wewnątrz. Jak krople deszczu i ich napięcie powierzchniowe. Rytm serca, pojętego nie tylko jako mięsień i pompa ssąco-tłocząca, lecz też w tym jego symbolicznym poetyckim znaczeniu, bardzo uniwersalnym, znanym z poezji.
Sfera niskich dźwięków jak tło – to na koniec, żeby może nie było wrażenia, że słodko. Jeżeli spokój nie jest kwaśny, to mi to nie przeszkadza. I cisza na  końcu – piękny akord, wkomponowany. Jak można ciszę wkomponować w utwór, taką większą?? Ano tak. Ona zawsze pewnie była w tych utworach jako pierwsza przyczyna, potencjał który się mieni rytmami, grą świateł i iluminacjami. Przemycić do rocka filozofię gatunku muzycznego, symfoidalność, orkiestrę Muzyki jako natury istniejącej… Poezja…


Iwona Wróblak
październik 2014

czwartek, 20 sierpnia 2015

Janek Samołyk w Kwinto


Kwinto pod znakiem ambitnego rocka. Za tydzień zapowiadany jest następny taki koncert – dla koneserów… Bo w „Kwinto” jest dla każdego COŚ… Tym razem Janek Samołyk z zespołem (Piotr Wojniusz – bas, Marcin Wojtowicz – perkusja i Patrycja Stefanowska – skrzypce) zawitał do nas z  krótkim, niebanalnym recitalem.
            W repertuarze utwory Grzegorza Ciechowskiego i własne kompozycje i teksty. Refleksyjna poezja z ciekawą ścieżką dźwiękową. Rock – za  sprawą tekstów - na pograniczu poezji śpiewanej. Poezja w rockowej szacie muzycznej. Ciekawe partie na skrzypce (Patrycja Stefanowska) jako znak szczególny tego rocka, dodają utworom miąższości i barwy.
O czym mówią? Współczesna miłość i jej wzajemne relacje, w ornamentyce gadżetów typu telefon komórkowy. Nowe sposoby na życie… Teksty, które zasługują na to, by je czytać powtórnie. Muzyka do nich jako nastrojowa ilustracja. Zdarzenia i sytuacje liryczne. Historie o życiu we dwoje, jak  reporterskie migawki, obok rzeczy ważnych te mniej istotne, lecz doskonale malujące klimat wzajemnych relacji. Poezja jako kontakt z drugim człowiekiem i widownią. Rockowe nastrojowe ballady. Cechuje je dosłowność opisu naszego małego kawałeczka świata, niejako mimochodem i  niecelowo obserwowanego – z linii bocznej zaglądając do obiektu, przyglądając się mu kątem oka. Swingująco przy tym, tanecznie.
            Janek Samołyk to jeszcze jeden dowód na to, że jak „Kwinto” coś proponuje, to warto przyjść. Janek Samołyk – dobry głos i ambicje niebanalnego repertuaru. Życzymy artyście powodzenia.


Iwona Wróblak
maj 2015

czwartek, 13 sierpnia 2015

Wowa w Kwinto czyli - My Słowianie przyjaźnimy się muzycznie, mentalnie i kulturowo…

            Właściciel Klubu Muzycznego „Kwinto” Krzysztof Pawłowski ma talent do wyszukiwania osobowości muzycznych… Przekonaliśmy się o tym  nie raz. Jak to robi? Mówi, że słucha You Tube… No tak, ale jeszcze trzeba umieć wybrać z tysięcy propozycji…
Wowa z miasta Charkowa. Tam – Waldemar Bajak czyli Wowa - mieszkał długo. Urodził się Czechach. Ale czuje się po prostu Słowianinem…Co to  znaczy? W kręgu naszej kultury uczymy się szybko naszych języków (są podobne) i – jak mówi Wowa – przyjaźnimy się mentalnie i kulturowo…
            Wysockiego nie ma Wowa napisanego wielkimi literami na plakatach. Śpiewa jego pieśni – songi o wolności, wielkiej wolności osobistej Rosjanina… Czuje tą wolność Wysockiego, Wowa też JEST osobowością, będzie nią na scenach (mam nadzieję…)
Rytmy i nuty Władimira Wysockiego. Chrypa i mentalność tamtego (rosyjskiego) czasu i poetyki słynnego barda. Po rosyjsku oczywiście, trzeba rozumieć język poety, oryginalny, jego namiętność do życia, determinizm TRWANIA i walki o siebie i swoją wolność - na przekór, nie zauważając, a może raczej – nie bojąc się… Mimo totalitaryzmu, rosyjski znaczy również, często – nieuległy. Słyszymy o tym w którymś refrenie – tą „niepojętą tęsknotę i żal…”
            Akustycznie jest i na żywo w „Kwinto” dzisiaj, tak jak ma to rasowy Klub muzyczny w programie. Słowo z muzyką na żywo, alternatywne wobec np. hip-hopu, który też jest tu obecny. Bo różne są gusty.
Wowa gra i śpiewa piosenkę podwórkową, poetycką i balladową, poezję szczegółu, wszystko przeniknięte Wową… I mądrością ponadczasową rosyjską. Autentyzmem tego człowieka wyrosłego z wielowiekowej kultury wschodniej Europy, z jej oryginalnym rysem, czytelnym zwłaszcza w muzyce. Osiadły w sobie spokój i dystans Wowy wobec świata – cokolwiek on, ten świat, sobą reprezentuje. Mamy wszyscy słowiańskie dusze – mówi Wowa – rozumiemy, czytamy (czytaliśmy) Puszkina, czytaliśmy Lermontowa, mamy w pamięci klimaty wielkiej rosyjskiej literatury, jej podglebie nam prześwituje w osobie pieśniarza.
            Romantyczne i romansowe nuty – jakżeby inaczej? Teraz współcześnie interpretowane, w tym co w nich najbardziej żywe kulturowo. Ich topos. Wszystko co romantyczne i słowiańskie wybrzmiewa w „Kwinto”. Tragizm rosyjski, jak szamotanie się i krzyk Wysockiego, ochrypły i wysoki. Jest może nie do zrozumienia przez obcą mentalność – jak można wytrzymać tyle dziesięcioleci totalnego niewolenia…
Pytanie Wowy – kogo lubisz, z kultowej kreskówki: Wilka czy Zająca? Zdecydowanie Wilka… Poezja szczególiku.
Wowa swobodnie posługuje się własnym głosem, i gitarą. Jest z wykształcenia pianistą, ja tropię w nim zafascynowania np. Mozartem, to słychać, chociaż Wowa nie uznaje za konieczne to uwypuklać czy podkreślać. Ale naciskany przyznaje, że przez jakiś pułap trzeba przejść. A potem grać muzykę rozrywkową, co zawsze lubił.
            Jest w koncercie „Podmoskownyje wieczera”, pieśń wykonana w sposób, który skłania do szacunku do tego starego przeboju, wyzwala uśmiech i  akceptację dla naszej wschodniej sąsiadującej z nami kultury. Nawet radziecka „Kalinka” w wykonaniu naszego gościa brzmi znośnie…
            Nie wszystko jest takie piękne, znamy się jak sąsiedzi zza miedzy. Wiemy o zjawisku tzw. noworuskich, ludzi lat 80. ubiegłego wieku okresu tzw.  demokratyzacji, mniejszej czy większej, nagle wzbogaconych przez korupcje i przestępstwa, powiązania z polityką. Powstały o nich setki dowcipów. To  rzecz znana, Wowa tego nie kryje.   
            Wowie towarzyszy Maksymilian Sulżyński, sprawny gitarzysta. Razem tworzą zgrabny i zgrany duet. Na co dzień pracują w innych zawodach – z  muzyki (oni na razie) nie żyją – dodam od siebie – że muzyką się ŻYJE, jak to często widywaliśmy w „Kwinto”, u młodych ambitnych wykonawców już  wiele sobą artystycznie reprezentujących. Życzymy im powodzenia.


Iwona Wróblak
sierpień 2015



wtorek, 11 sierpnia 2015

UFLY i support tego co progresywne w Kwintowej muzyce


            W Klubie Muzycznym „Kwinto” supporty się dobiera tematycznie… W klimacie wspomnianym w zapowiedziach – Pink Floyd, Depeche Mode, U2, Muse.. – w przestrzeni, ogromnej, muzyki jako takiej… Chciałam pytać wykonawców, jak ją się robi?? Pewnie usłyszałabym kilka branżowych terminów… Mnie by nic nie wyjaśniły, wolałam więc po prostu słuchać tej przestrzeni…
„Time to Express”. To ten support. Tematyczny. Zapraszamy pod scenę... Głęboki rytm. Rzeczywiście mieszanka wspomnianych muz. Wieloraki rytm. Jak  kontynuacja tego, co było w historii muzyki progresywne. Wszyscy stoją i słuchają. Nastrój i klimat, rozpływających się w nas, drgających fal, które wchłaniają w swoje orbity, magię wszechwładną, jeden z tych rodzajów muzyki, który wyczyszcza myśli.
Resztę wątków zbierze UFLY, na który wszyscy czekamy.
Nagle złamania rytmu. W ściśle określonym porządku. W Poetyce gatunku. Symfoniczne i wielomuzyczne. Trzy gitary i perkusja – razem: przestrzenność dźwięku. Na antynomii tematów być może zbudowana. Staram się, słuchając, znaleźć mianownik, jeżeli nie wspólny, to pokrewny. Na czym może polegać? Może na konstrukcji całości tej wzmiankowanej swoistej przestrzeni, jaką dały tradycje zespołów progresywnych? Na tkaniu jej bardzo gęstym, gdzie linie rozkładają się krystalicznie, w puli dźwięków zakątek ich każdy zagospodarowany, niektóre szczególnie zapętlone spiralami zwijającymi się jak  niezamknięte światy. Wokal jak klamra spajająca. Oliwa na morzu.
            Dobrze, że mam troje uszu wewnątrz słuchających, bo dźwięk otula mnie miękko i sugestywnie. Poe (Edgar Allan) był rockendrollowcem… posłuchamy, co niego przyswoił dla swoich potrzeb „Time to Express”… Tłumaczenie poezji według ich klucza nutowego. Jaka będzie ta mroczność? Jakiego rodzaju i kształtu???
Rytm, co brzmi. „Time…” chce rozwijać się w sposób progresywny. Wracać do inspiracji lat 80’ i tworzyć własną muzykę.
            Po wspaniałym supporcie - UFLY. Wyrafinowany. UFLY stylowe. Energetyczne – za sprawą wokalisty przede wszystkim, talent showmański niewątpliwy. Jeśli „Time to Express” był połączeniem, to UFLY jest przetworzeniem, jak skała metamorficzna. Delikatnym pulsowaniem rytmu. W nowej jakości sublimacją – do tańczenia ustawicznego. Po to zrobione zostało miejsce przed Sceną. UFLY potrafi rozognić. UFLY czyli dobra zabawa. W  przypadku Nich bliska odległość od sceny podkręca obydwie strony – wykonawców i fanów.

Jesteśmy w „Kwinto”, gdzie nawet supporty są też bardzo dobre. Stare zabytkowe mury „Kwinto” i tym razem się nie rozleciały…


Iwona Wróblak
marzec 2015

niedziela, 2 sierpnia 2015

Mariusz Rodziewicz. Roderyk czyli trawestacja.

            Klub Muzyczny „Kwinto”. Sympatycy i przyjaciele Mariusza Rodziewicza, jeszcze z czasów, kiedy był praktykującym rycerzem… I pamiętam, jak mówił mi, że się nie przebiera w niego, tylko UBIERA…
Teraz w Pieśni się ubiera. Bezczasowe. Niemające początku ani końca. Ich trwający mimośród, jak centrum wszechświata, ma osiadać nam głęboko we wnętrzu. Jak mówi Mariusz – zapodróżujemy przez kultury muzyczne. Tak się zapętla historię muzyki. Dawny koloryt kompozycjom nadaje flet i perkusja. Na początek udajemy się w stronę wschodu, jako wspólnego mianownika tej muzyki, któremu na imię (staro)dawność. Stylizacja w stronę tajemnic Wschodu (bo tam, podobno, narodziła się, wraz z człowiekiem, muzyka i folk?).
Mariusz odkłada flet, jeden z fletów (prostych i trzcinowych), których będzie używał, i sięga po mandolinę. Semicki bliski wschód na skrzypcach (Agnieszka Bączkowska). Mocny surowy wokal na przeponie, jarmarczny, bardzo dobrze brzmi. Staro hiszpańskie rytmy. Gitara klasyczna. Wsłuchujemy się, jak mogą brzmieć iberyjskie brzmienia w wykonaniu „Roderyka”. (Roderyk to jeden z wizygockich wodzów-królów, Mariusz jako były, czy istniejący ciągle, rycerz jest pasjonatem historii powszechnej).
Sitar – gitara bardzo wschodnia. Hindusko-perska. Ostro brzmiąca, jak dowiaduję się, chodzi tu o szeroki próg. W ogóle jest nieco inna niż  zwykłe, jest mi pozwolone dotknąć jej strun. Progi są ruchome, można je przyklejać w dowolnej odległości od siebie… Wyobrażam sobie multum, dzięki temu, jej możliwości muzycznych… Wysłuchalibyśmy (nie tylko ja) osobnego koncertu na tę gitarę… Perkusista sięga po djembe. Ciągle nam brzmi jednolity rytm, podobno charakterystyczny dla średniowiecznej muzyki… Nasze panie instruktorki z Zespołu Muzyki Dawnej „Antiquo More” przyszły dzisiaj specjalnie na koncert Rodziewicza, słuchają ciekawie, co może wyniknąć z inspiracji dawnością muzyki jako jej walorem samym w sobie, kiedy się  uruchamia wyobraźnię na temat kultury muzycznej epoki, o której siłą rzeczy niewiele wiemy z zapisów nutowych. Czytamy tylko o niej przekazy historyczne, oglądamy stroje, artefakty archeologiczne… No i słuchamy pieśni starych cegieł na przykład naszego Zamku…
Stylizacje na wszystkie możliwe dawności rodem z różnych stron geograficznych. Tybetańscy górale, wyobrażamy sobie ich religię boon  i  Himalaje, Wyżynę Tybetańską, tajemniczy płaskowyż. Wojowniczy niepokorny naród, posłuszny jednakże swoim lamom i nauczycielom. Szwedzką kulturę znamy z wykopalisk. Wędrowali dolinami naszych rzek. Są ich kurhany. Pochówki z bronią i szczątkami łodzi i koni. Misternie rzeźbionymi elementami uzbrojenia. Północne kultury. Przedwieczne. Legendarne przez swój wpływ na ziemie nasze i ruskie. Jak by brzmiały w swojej tkance muzycznej?? Możemy się pokusić o rekonstrukcję…
Mariusz Rodziewicz, Agnieszka Bączkowska, Tomasz Tomasik, Tomasz Orszulak. Cztery osobowości spowite czarem muzyki jedynej w swoim rodzaju. Ich osobistej jej wizji, kompozycjami autorskimi, wsłuchującymi się w pogłos minionych epok, tysiącleci i setek lat – motywów i harmonii tkwiących w nas, zdaje się jakby poprzez pośrednictwa medium, cieni historii naszych przodków, ich pieśni i eposów. Muzycy szukają instrumentów tradycyjnych o naturalnym brzmieniu, strojeniu.
Muzyka folkowa (taniec z muzyką). Forma wyrażania siebie poprzez swe zaistnienie w kulturach – myślę, jednoczesne we wszystkich regionach świata. Etniczna w najgłębszym znaczeniu. Jak mówią muzycy - burdanowa harmonia charakteryzowała wieki średnie. Jednostajny dźwięk; werbel żywotów naszych antenatów, obecnych, stojących o krok na nami. Nasze zaplecze i tożsamość z przodkami. Muzyczne i harmoniczne. Przewijają nam  się  przez wyobraźnię obrazy. Średniowieczne. To bardzo długi okres w historii. Ponad tysiąc lat, a może o wiele dłużej, sięgające jak każda epoka, wrosła korzeniami w tkankę dziejów, w przeszłość i przyszłość… Teraźniejsze, bo odpowiada na potrzeby ekspresji ludowej, etnologicznej naszej tęsknoty za  prawdami uniwersalnymi, za opowieściami przy ognisku ilustrowanymi muzyką i pieśnią opowiadającą o Czasie, który się bez przerwy DZIEJE, mocno i  intensywnie…


Iwona Wróblak
styczeń 2015


sobota, 1 sierpnia 2015

W Kwinto Bordello a’capello

– madrygał bardzo współczesny

            Kwintowy koncert. Na początek support. Młodziutki, i bardzo ambitny, zespół „My”Musician/Band ze Swarzędza z Zuzą (Olszewską) – świetną wokalistką, której wróżymy dużą karierę. Pozostali muzycy to także osobowości, całość jako zespół skonsolidowana, buzująca pomysłami (Jakub Dolata - gitara, Jakub Rybak – bas, Szymon Czerniak – perkusja).
Nic z młodzieńczego zachłystywania się metalem czy popem, rock pretendujący do miana progresywnego. Balladowe rytmy, konstrukcje muzyczne zgrabne, dopracowane w szczegółach (talenty kompozytorskie Zuzy i członków zespołu, bo jak mówi – wszyscy tworzą repertuar), osnute wokół partii wokalnych. Wiele kawałków – myślę – mogłoby pretendować do lokalnych list przebojów. Ładne króciutkie solówki na gitarę, wyraźna konstrukcja utworów – z gatunku tych, co mają wiele rytmów i każdy z nich jest uprawniony do zaistnienia. Myślę, że „My” ma już swój styl.
            Tego wieczoru w Kwinto ten bardzo dobry support był preludium. Główną gwiazdą był "Bordello a’capello" – przewrotny tytuł dla niebanalnych, chociaż biesiadnych w formie treści. Dać CZŁOWIEKOWI wytchnienie i odpoczynek – stara jak świat idea tworzenia muzyki jako rozrywki dla ducha i  ciała. Nie wyklucza dobrego poziomu muzycznego i literackiego… Teksty mogą być nieskomplikowane, w (skondensowanej) formie, o uproszczonym słownictwie. Pisze je Marek Klimaszewski, śpiewa z Zespołem Michał Klimaszewski – bardzo dobrze śpiewa, aktorsko interpretuje, ma w tym duże doświadczenie. Madrygał bardzo współczesny – to gatunek literacko pełnoprawny jako środek wyrazu artystycznego. Pełni rolę zarówno terapeutyczną jak i stricte literacką. Wszyscy chcemy od czasu do czasu zachowywać się swobodnie, pośmiać, pożartować – poczuć się bohaterami fraszek niemalże czarnoleskich… Wszystko jest poezja… na pewno było nią to, co usłyszeliśmy w „Kwinto” – mocne teksty definiujące stany emocjonalne i intelektualne w formie trafiającej w istotę rzeczy (dlatego też się podobały…). Co nie znaczy, że do końca identyfikujemy się z pozornym nihilizmem – czasem musimy przecież wypić piwo jedno czy drugie i ujrzeć siebie w nie do końca wyprostowanym zwierciadle. Wszystko dla higieny psychicznej. Tej bardzo ważnej filozofii oczyszczającej – w roli przerywnika monotonii obrotu koła codziennego życia.
Bordello a’capello czyli afirmacja sama w sobie, nieco czasem libertyńska. Bordello prześmiewczy. Smutne teksty zaśpiewane wesoło – wszystko zależy od interpretacji. Michał w kilku wcieleniach – jako saksofonista, klarnecista, świetne wczucie się w stylistykę reggae. Każdy temat i zdarzenie warunkujące go potraktowane dobitnie i do dna (jak toast…). Filozofią samą w sobie jest miłość do każdego szczegółu w życiorysie, przeżywanie chwil uważne i dogłębne, NIE TRACENIE czasu, jaki jest nam dany. Zdarzenia w życiu są jak mgnienia, istotne poprzez swoją materialną ostrość i  wyrazistość.
            Pasuje Bordello a’capello do klimatu Klubu Muzycznego „Kwinto”, z jego swobodą i otwartością na radość samą w sobie, co bardzo lubią jego bywalcy – bezpośrednią, bez podtekstów, dosadną, przylegającą blisko do pulsu czasów. Kołyszącą się w jego rytmie. Doskonała recepta, jak odreagować  stresy i znaleźć siły na wyzwania, jakie są i będą naszym udziałem nieustannie. Rozrywka jest prawem człowieka, zdrowym odruchem, minuta śmiechu do  potężna dawka endorfiny, na przekór smutnym ludziom – cieszmy się i pijmy za nasze zdrowie (psychiczne i fizyczne)! Czyli Bordello a’capello. Rubaszna zabawa - bardzo istotna część życia, sposób na nie, mająca swe głębokie korzenie i uzasadnienie w kulturach wielu regionów w okresach ich  otwartości i tolerancji, przez to prężnych i twórczych.


Iwona Wróblak
listopad 2014

sobota, 25 lipca 2015

Limboski solo czyli kameralnie w Kwinto

Sobotnie Kwinto, nie zawsze głośne, jak wielu myśli. Bywają tu nieodkryte jeszcze gwiazdy. Krzysztof Pawłowski (właściciel Klubu) zna się na  muzykach i muzyce, która tutaj bywa różna, ale zawsze dobra w swoim gatunku.
Bardzo kameralny koncert w Klubie Muzycznym „Kwinto”, takie też bywają. Po Dasmoonowym Afterparty spokojnie w Klubie, niszowa muzyka. Na  razie z głośników klimatyczne reggae, czekamy koncert.
Wystąpi wschodząca gwiazda naszej sceny - być może, to niewykluczone, że tak będzie... Osobowość, charyzma i (bardzo) dobry głos. Zanotujemy po  latach, być może, że Limboski był u nas, w międzyrzeckim „Kwinto”, kiedy nie był jeszcze tak sławny.
Limboski zakłada struny na gitarę. Limboski śpiewa – „taki ze mnie fajny gość, bo piję jak nie muszę, ale czy ktoś zna moją duszę… Kiedy ją znajdę (moją duszę) będę wiedział, że już nic nie muszę”. Prosty, zdawałoby się tekst, ale jest w nim kawałek mądrości, Duży kawałek, o perpektywie odnalezienia istoty człowieka, ja powiedziałabym – przeczuciu spokoju wynikającego z – oświecenia…
Drugi z kolei, w ostatnich tygodniach, koncert pod tytułem: rockowa poezja, w tym przypadku – postawiłabym raczej na określenie: sama poezja z  muzyką rockującą...(przekaz niebanalnych treści). Rockowa poezja, za sprawą dobrych, i bardzo dobrych, wykonawców.
Frazy poezji z gatunku absolutnej – „za miastem aniołów/czy ktoś mieszka”. Absolutnej literatury śpiewanej do muzyki, ekspresja SIEBIE, swojego wyznania filozoficznego, mocno już wyraźnego. Czarowny wieczór w „Kwinto”, o co ten przybytek nie podejrzewają niektórzy zwący się koneserami poezji bardzo poważnej... (czy jest taka?). Trochę bluesa Limboskiego – czemu nie? Limboski-blues jest bardzo dobry, klimatyczny, taki Missisipi…
Filozofia radości codziennej – tak nazwałabym swoistą liturgię wewnętrzną poety-pieśniarza, jakim już jest Limboski (czyli Michał Augustyniak). Akceptacji i afirmacji – i odwagi jej akcentowania… O kobiecie piękna fraza: „jedyne, co powinnaś mieć, to do kochania chęć…” Proste. Bezpośrednie.
Bluesowate, w sensie klarowności przekazu, teksty, lekki melodramat, jak to określa pewnie sam autor mówiąc o sobie w Internecie, według mnie – wrażliwość i bardzo duże możliwości głosowe. Celebracja miłości, ale nie ta sentymentalna, lecz zwykła na co dzień (marzenie kobiety), męska (też taka istnieje – na pewno), bliskości i czułości wynikającej z nie-oddalenia od osoby, którą się darzy uczuciem. Limboski  śpiewa: „NIE – dla wolności bez miłości…” Co za manifest! Jaki może być teatr miłości między dwojgiem ludzi, jak bardzo urokliwy…Utkany z nut subtelnych, i nie pozbawiony namiętności z tego tytułu - bynajmniej. Małe czary-mary w „Kwinto”.
Balladowo także jest. To będzie gwiazda, nasz gość w „Kwinto”.
Od niechcenia, zdaje się, napisane teksty. Limboski ma lekkie pióro. Celna w wymowie poezja szczegółu. Dotykanie spraw i rzeczy posuwistym delikatnym smagnięciem. Stosunkowo rzadka umiejętność. Razem z muzyką gitarową – materiał na przeboje…
            Nowe elementy, których dotąd nie słyszałam. Melodyka medytacyjna mantr. Oparta o naturalne alikwoty. Każdy dźwięk zbudowany jest   z  16 alikwotów. Alikwoty są tonami składowymi danego dźwięku o uporządkowanych częstotliwościach. „Jeśli gra jest o to, kto zaśpiewa piękniej”… Jeśli jest, to piękna jest ta gra… Wzruszają mnie te frazy poezji. Świat to kwiat i lotos – jako miejsce dla siebie, dodam ode mnie. Szlachetna gra, jesteśmy  w  niej do wzięcia. Pewne dźwięki są uniwersalne, jak struny wszechświata. Wystarczy podzielić je na alikwoty i ułożyć od nowa według swojego projektu.
Limboski dzięki swoim niepospolitym zdolnościom głosowym jest w stanie zaśpiewać jak buddyjska wielogłosowa sanga. Filozofia radości codziennej.
Znowu o miłości. „Wolność we dwoje/miłość we dwoje…”.  Bluesa trzeba śpiewać wyraziście, tak jest to też czynione. Didgeridoo na ludzki głos…Na  struny głosowe. Śpiewa: „Nic nie MUSZĘ-WSZYSTKO CHCĘ…” Urokliwa i przekonująca do siebie poezja – „cóż jest lepszego na świecie? (niż dwoje na  jednej planecie” – trawestuje mnie autor) i w dodatku: „bez szans na powrót” – dodam – i bardzo dobrze, że bez szans…
Smutek i refleksja bez rozpaczy: „Zapamiętajmy siebie bez wad” – cudowne… Przecież o to chodzi na świecie – to już moje.
Nie walczyć ze światem, bo „Piękno NIE MUSI walczyć, a gdy idzie to tańczy…” prawda, że śliczne? Ono, piękno (słów i muzyki), jest przeźroczyste  i  klarowane, niezamącone u Limboskiego. Trzy i pół oktawy głosu. Mam wrażenie, że Limboski zgodził się na Świat zastany (co jest najmądrzejsze…)  i  tym samym NIE WALCZY z nim. Bezpośrednie inspiracje muzyką hinduską, modlitewne (alikwotowe w znaczeniu szacunku dla sakralności pierwotnej ludzi) czyli piękne swoją niepospolitością. Nie lada uczta muzyczna w „Kwinto” do północy. W niej koncert na dźwiękach pierwszych…


Iwona Wróblak
maj 2015

środa, 22 lipca 2015


pARTyzant. Gitarowe granie poza normami

        Czym może być Gitara – w rękach Krzysztofa Toczko (pARTyzanta)?: multiinstrumentem wykorzystywanym do grania gitarowego. Gitara jest orkiestrą, nawet jeśli nie bywa filharmoniczna. Może być miłością, symfoniczną partyturą, która najpierw brzmi w głowie artysty – tak jest ze sztuką. 
Amelodyczność.
          Odsuwam ciężkie stylowe krzesło w „Kwinto”. Patrzy na mnie z gestem pozdrowienia ze ściennej fotografii kasiarz z Vabanku.
Trawestacje „Sommertime”, przepiękne. Trochę Carlosowo – Santanowskie, jeśli mogę tak nazwać, klimaty, początki i zakończenia, pARTyzant się za to nie obrazi… za powinowactwo z tamtym wirtuozem gitary.
          Utworek, pastiszowy, bo to lubi artysta, „Różowe zwierzę na PY?...”Znane frazy muzyczne z filmu, które są pretekstem, i inspiracją. Muzyka filmowa jako źródło bogactwa dźwięków już ułożonych, wiemy o tym, że kompozycje filmowe bywają wybitne. A wszystko, żeby udowodnić, i cieszyć się z tego dowodu, jak wiele gitara może, a może bardzo wiele – jakby, myślę, nie było na świecie innych instrumentów… No jest jeszcze perkusja, na  której gra syn Krzysztofa pARTyzanta Mikołaj. Rodzinna orkiestra.
          Utwór „Chrząszcz”. Cóż może w nim być innego niż chitynowatość odnóży w odgłosach ocierania się o powietrze sektorów chrząszczowego pancerzyka? Szumów owadzich przebierań odnóżami w termitierach i na ścieżkach do nich prowadzących? Fascynacja – tu muzyczna/gitarowa - ROJEM jako organizacją społeczną z jego (groźnymi) konsekwencjami – czy dziedziczymy, być może, naszym kodem zwyczaje tego bardzo starego ewolucyjnie gatunku? A może sami wnosimy doń wkład swoimi – już bardzo ludzkimi (?) zwyczajami rodem z podmiejskich faweli… Tekst (niezły) też jest - do  piosenki, jak najbardziej usprawiedliwiający taką interpretację, ale mnie fascynuje muzyka… Chitynowa. Widziałam to obrazowane za pomocą tanecznych układów choreograficznych, to chyba było prostsze, a może nie??
Znowu transkrypcje na dwie gitary znanych standardów muzycznych. Wokal Janis Joplin w tle jako inspiracja do napisania kompozycji. Pytałam po koncercie Krzysztofa o powód takiego wyboru – Janis się spalała na scenie, była samym śpiewaniem, weszła do historii wykonań pieśni… Tak jak inni wokaliści. Myślę, że Krzysztof też się spala. Widziałam/słuchałam go na scenie, BYŁ dla swojej gitary/muzyki - i tylko dla niej.
           Perkusista mu towarzyszy. Po chwili odkłada pałeczki i gra rękami – narzędzia nie są mu potrzebne do gry. Krzysztof mi potem mówi, że sam – dotykając BEZPOŚREDNIO palcami strun ma z nimi kontakt bez sztucznych pośredników (inaczej niż klawisze fortepianu), jest z nimi połączony, powiedziałabym – nerwy, jakimi stają się struny, stają się przedłużeniem jego osobistych neuronów, dwa gryfy - dwa mózgi u Krzysztofa, jak ktoś powiedział, dwie (obydwie) być może lewe półkule mózgowe w stanie pobudzenia nieustannego. Twórcza energia ze sceny. Trzynaście strun (siedem plus sześć), ciekawe współbrzmienia – jak mówi Krzysztof - można dzięki temu osiągnąć. Jeszcze opowiada coś o bardzo specjalnych przystawkach,  jakie mają jego gitary, dla mnie - pARTyzantowe brzmienia… 
          Trawestacja bluesowa, najistotniejsze rzeczy z klimatu bluesa. Kompozycja do tekstu o nie-mówieniu słowa: dziękuję, na jego artykulację może zabraknąć czasu, zabierze go śmierć człowieka nieuleczalnie chorego. Opowieści ze stosownym subtelnym klimatem muzycznym. 
Teatr filmowy kina niemego i Charlie Chaplin – kolejna inspiracja. Ilustrujący fragment filmu i jego tragikomizmem/śmiesznością i mistrzostwem aktorstwa wybitnego komika. Krzysztof sam pisze muzykę, to uaktualnienie (muzyczne) historii światowej sztuki kinowej. Teatr i muzyka - dwie równoprawne części filmu niemego, mowy ciała i mowy nut – tu w hołdzie Chaplinowi służebnej, nie gorszej niż tamta pierwotna. Wehikuł czasu do  początku lat ubiegłego wieku? Integrowanie się ze sztuką jako taką.
Jeszcze o perkusji. Cajon to pierwotnie skrzynka zbita z cienkich desek, używana była to noszenia kawy na plantacjach, Indianie używali jej do  grania. Drewno ma swoje dźwięki, które można wykorzystać, trzeba tylko instrument (i perkusistę) odpowiednio wyeksponować (co się czyni), i bawić się rytmem, który jest w głowie młodego artysty. Drewnianość. Niemelodyczność brzmieniowa drewna. Melodia nie jest sztuką? Dźwięki nie są melodią? Czym są?... Emanacją, emocjami, czymś głębszym intencjonalnie niż psychologia, może psychomuzyką? artmuzyką, artsztuką. Twórczością.
          Jazzowe kawałki na gitarowo. Jest nawet zorba grecka (którą tańczą ludzie pod sceną). Gitara wykorzystywana jako cymbały i instrumenty klawiszowe przez rodzinny pARTyzancki tandem, Ona – Gitara i granie na gitarze w umysłach muzyków, i my słuchacze. Przed koncertem były warsztaty gitarowe, po koncercie jam session (też dobry), można grać na tym instrumencie nawet uderzając w struny ołówkiem, wystarczy sobie wyobrazić przekazywanie swoich osobistych dźwięków, podobnie jak z trafianiem strzałą do celu – kwestia wizualizacji – czy tak jest/bywa z muzyką? Reggae. Celebrowanie muzyki, celebrowanie gitary i teatru dźwięków w pięcioliniach. Wymyślanie sposobów użytkowania instrumentu.
Nie ma żadnych ram dla muzyki, żadnych izmów, podziałów na takie czy inne style. Muzyka jest jedna? Już to słyszałam…
Iwona Wróblak
październik 2015

wtorek, 21 lipca 2015

Andriej Kotin. Zamieszkam w głębi twoich snów

       Jeszcze jedno oblicze, poetyckie, Klubu Muzycznego „Kwinto”, w którym jest miejsce na każdą twórczość. Tym razem autorska piosenka. Poezja , gitara klasyczna i harmonijka ustna. Andriej Kotin - rosyjski bard, który co prawda przyznaje się do Boba Dylana, ale przecież jest w nim dużo tej  głębinowej rosyjskiej namiętności do sztuki, którą tak chętnie wyłuskujemy z recitali artystów z kręgu kulturowego naszego regionalnego.
Mówi mi, że pisząc swój doktorat – skończył germanistykę na Uniwersytecie Zielonogórskim – szukał różnic w literaturach rosyjskiej i niemieckiej, czy pewnie szerzej – germańskiej. Może raczej – niuansów…
       Zamieszkam w głębi twoich snów…. Eter jest od wieków ten sam, teraz snuje się pod sufitem „Kwinto”. Poezja jest jedna… Najistotniejsze rzeczy do powiedzenia ma zawsze poezja. Szuka dosłowności, skrótów i - zrozumienia u odbiorcy. Bo jak pisał C.K. Norwid, przecież - „ z rzeczy tego świata zostaną tylko dwie: Poezja i Dobroć, i więcej nic…” .
       Andriej śpiewa po polsku – prawie bez obcego akcentu, też po niemiecku i angielsku. Ale zanurzamy się w rosyjskiej, jednak, stylistyce. To w  moich ustach komplement oczywiście. Jego wiersze są jak obrazy, nieraz burzliwych, stanów emocjonalnych. Jak mgnienia przeżytych chwil uchwycone, fotografie ich wielowymiarowe bezpośrednie, nie pozbawione zdecydowanie zakreślonych konturów, dopowiedziane. Pełne namiętności przeżywania zdarzeń, i rozmów o nich, czasem niecierpliwych – krewką ręką rzuca je w adresata, w widownię, w czytelników i słuchaczy. 
       Kiedy się walczy o pokój, trzeba wojnie wypowiedzieć walkę. Lapidarność formy. Skrót zdania, które najszybciej dąży do kropki/puenty – jak to  bywa w poezji, co nie powinna być rozgadana. Spotkania ludzi są niekiedy niespodziewane, niemniej mają swój ciężar gatunkowy i konsekwencje dla  naszej filozofii określania siebie. Ważkie odnotowania. 
       W bluesowych klimatach także piosenki. W „Kwinto” dawka relaksującej muzyki i poezji. Andriej piewca poetyckiego szczegółu. W nim się szuka obrazu, frazy literackiej. Jest nieco, a nawet sporo, dekadencji, jak przystało na słowiańską mentalność, której się nie wykorzeni mnogością lektur i  inspiracji. Myślę, że to jest po prostu rodzaj uprawiania poezji. W efekcie smakowania jej. Te wiersze są o miłości. Kotin bardzo starannie dobiera słowa. Miłość - jak śpiewa - jest nieskażoną drogą…

Iwona Wróblak
styczeń 2015