poniedziałek, 19 października 2015

Reżyser – czarodziej sytuacji. Warsztaty teatralne w MOK


            Trochę jak sala doświadczania świata. Pytanie pani reżyser - Jak zagrać coś, czego nie ma? Dzieci pilnie słuchają, kiedy ich pani im czyta książkę. Dzieje się Czytanie literatury. - Co to jest NIC? O wielkim Czymś rozważania teoretyczne. I praktyczne. Taka jest Bajka. - Nic zmęczone swoją nicością zapragnęło towarzystwa Nikta. Jest cisza. Zabawa w rzeczywistość teatralną. Czaruje się z niczego w teatrze. W którym nie ma niezasłoniętego okna i  wtedy wyczarowuje się we wnętrzu Wielki Cień, który staje się w dodatku giętki w naszych rękach.
Izabela Spławska ma na koncie kilka dużych nagród za spektakle, które wyreżyserowała. Umie się bawić z dziećmi w teatr. Potrafi grupkę dzieciaków ciągu 2 godzin przekształcić w - prawie - zespół. Teraz wystarczy tylko (?) dobry scenariusz i kilka miesięcy pracy. Powstanie dzieło teatralne na  nadspodziewanie dobrym poziomie.
            Dzieciaki żywo reagują na rzucone na ścianie przez rzutnik czerwone światło. Na jego tle można zrobić rękami rybki, cień zwielokrotni odbicie. Dzieci patrzą jak zaczarowane. Potem z takich ćwiczeń powstają scenki teatralne. Uczmy się i powtarzajmy – Pamięć i powtarzanie jest wszystkim – od  czego zaczęliśmy, kim byliśmy… na tych zajęciach akurat. Na początku Kamieniem byliśmy. Jaki jest kamień. Wyobraźmy sobie naszą kamienność. Zwińmy się, wyraźmy ją ciałem, ruchem. I interakcje naszej kamienności z otoczeniem. Z deszczem, z ulewą na przykład. Jak bębnią krople. Dłonie – nasz instrument perkusyjny. Aktor dysponuje twarzą, a oprócz twarzy ma do dyspozycji całe ciało. Nadgarstki. I głos, który ma wielką moc. Ćwiczmy go.  Samogłoski dodają aktorowi powietrza. Są otwarte. Ćwiczenia koordynujące – bardzo ważne. Relaksujący śpiew ptaków towarzyszy bez przerwy.
Postukajmy palcami jak kroplami deszczu w podłogę, w drewno, dłonią zwiniętą w łódkę postukajmy. Hektolitry wody spadają na ziemię, dmie wichura, wszyscy ją słyszymy. Kamień może rozwinąć się w drzewo. Każdy (aktor) musi się wsłuchać w swój wewnętrzny rytm. Może mu w tym pomoże śpiew ptaków. Zrób swój ruch– wyraź go–powtórz go. Może to być czesanie włosów, jedzenie czegoś, cokolwiek – bycie; Aby było ZATRZYMANE. Wtedy staje się świadome…W sali lustrzanej możesz zobaczyć siebie. Dzieci stoją przodem do lustra. Jak wyglądam w teatrze moich ruchów?
Dźwięki są ciekawą rzeczą. Jak szeleści kartka papieru? Jak deszcz? Dzieci mają ogromną wyobraźnię, trzeba tylko jej sprostać… Delikatnie ująć ją w ręce i lekko popchnąć w zamierzonym kierunku. Zapraszając do Teatru. Z czego możemy go zrobić, ten teatr? Nie trzeba nam wielu rekwizytów. Najważniejsza jest zasłona, która odzieli teatr od nie-teatru, a raczej stworzy ten pierwszy. To długa czarna tkanina z rękawami już wykorzystywana w  jednej ze sztuk.
            Czy pójdziecie teraz do (prawdziwego) teatru? Pyta pani Spławska. - Tak.
Co przedtem? Gimnastyka na rozruszanie. Grupowe. Zapisuję – w teatrze można wiele rzeczy przekraczać, ale druga osoba musi na to pozwolić. Nie  tylko w teatrze, myślę…  Teatr to zespół. To się egzekwuje na zajęciach z panią Spławską. Gdzie nie może być szkodliwej maniery gwiazdorstwa.
2. grupy dzisiaj mają zajęcia teatralne. Pierwsza jest niezbyt liczna, to dobrze. Każde dziecko – jak mówi pani Izabela – musi być zajęte, musi mieć tam  Miejsce. Druga grupa ma 17 osób. To dużo. Wszystkich trzeba przyjąć, bo zajęcia są tylko w pierwszy dzień ferii, a dzieciaki takie rozochocone…
Ich uśmiechy – zabawa wciąga... Chowają się w tkaninę. Są pełzającym wężem. Udaje im się zgrać w zespół. Wiedzą to.
            Wszystko zasadza się na Bajce i Bajkopisarstwie. Dziecięcych zabawach i wyliczankach. Na ich ogromnej wyobraźni – wielkim teatrum. Dziewczynki już grają swoje Stanie na Scenie, stworzyliśmy scenę. Na ścianie w świetle rzutnika Wielkie Kule z kropel oliwy dolanej do pojemnika z  wodą - ziarnista przestrzeń zafascynowania i zasłuchania w czary pani reżyser. Faluje wszechświat światłem na ścianie, jesteśmy z nim też tymi przepływającymi, to dodaje nam stabilności. Wpisujemy się w sytuację.
Teatr może być koncepcją na nudę. Wykład o teatrze w prostej formie – o treści niebanalnej. Warsztaty teatralne w czasie ferii w MOK. Reżyser – Izabela Spławska.


Iwona Wróblak
marzec 2014  

niedziela, 18 października 2015

Dawno temu w Pszczewie…


            Bardzo ciekawa książeczka wydana dzięki Urzędowi Gminy i Domowi Kultury w Pszczewie. To już jej drugie wydanie, poszerzone o cztery opowiadania o losach kobiet z Pszczewa i okolic. Książka łączy zalety typowego wydawnictwa regionalnego z powieścią beletrystyczną. Spełnia swoje cele jako wydawnictwo historyczno – edukacyjne, bo nic tak nie ilustruje czasów, jak dzieje osobiste ludzi uwikłanych w historię.
Zaczyna się bajkowo: „Dnia 22. listopada 1882 r. mój ojciec Józef Golz, lat 24, poślubił 26. letnią Matyldę z domu Bury…”. Dalej ciągnie się rodzinna epopeja o konwencji biografii osobistej. Sto kilkadziesiąt stron pasjonującej, ciekawej lektury. Ojciec Golza, z zawodu kołodziej, żył w czasach, kiedy do  Pszczewa dopiero miały dotrzeć zawieruchy wojen i życie małego miasta toczyło się jak na sielankowym obrazie. Żyli obok siebie spokojnie po sąsiedzku Polacy, Niemcy i Żydzi.
 „Dawno temu w Pszczewie. Wspomnienia Franciszka Golza i innych świadków epoki opracowane i uzupełnione przez Wandę Stróżczyńską i Ewę  Stróżczyńską – Wille.”
            Rozdział pierwszy, o pięknym wstępnym akapicie: „Gdy gęsi dziobami stukały w szyby…” . Są w nim wspomnienia, zasłyszane opowieści domowników z dawnych czasów (napoleońskich),  ilustrowane rodzinnymi fotografiami, tak cennymi dzisiaj ze względu na ich wartość dokumentalną. Dużo ciekawych szczegółów – wnętrze XIX w. mieszczańskiego domu, nasiąknięte panujących w nim obyczajami i zwyczajami; jest i o święcie cesarza Wilhelma (27. stycznia), o podwórkowych kataryniarzach, Wielkim Piątku, świniobiciu. Codzienność na uboczu wielkiej historii, która – jak się okazuje – niekoniecznie musiała jeszcze wtedy natarczywie pukać do drzwi. Pszczewski dzień powszedni widziany oczami czującego się w nim bezpiecznie dziecka, które ma bardzo dobrą (literacką) pamięć i zanotowało wszystko, co będzie w XXI w. interesować dorosłych czytających.
            Obrazki z pszczewskiego wesela i ciekawe postaci pszczewskiego życia towarzyskiego. Kronika miasta. Życie szkolne dzieci. Dowiadujemy się  także o pszczewskich Polakach patriotach, którzy opierali się pruskiej polityce Kulturkampfu. I znowu charaktery ludzkie, a nie przynależność etniczna czy religijna decydowała o postawie człowieka i jego lojalności wobec uniwersalnych zasad etycznych – stara prawda, która dotyczy wszystkich czasów, nawet tych bardzo okrutnych.
            Kołodziej, zawód ojca Golza, to trudna profesja. Wymaga wysiłku fizycznego. Mamy przegląd zajęć i zawodów, jakimi zajmowali się w ubiegłym wieku pszczewianie. Ludzie pracowici i bogobojni, przestrzegający świąt kościelnych i państwowych. Protestancki etos pracy został Golzowi wpojony od  dzieciństwa. Miasto dobrze się rozwijało, na początku XX w. pojawiały się pierwsze samochody, kwitła gospodarka wolnorynkowa, bankowość i  pierwsze manufaktury. Przełomem był rok 1918, klęska Niemiec i abdykacja cesarza, mały pszczewski świat się zawalił, zwłaszcza kiedy miasto, w myśl postanowień Traktatu Wersalskiego z 28. września 1919 r., nie zostało przyłączone do II Rzeczpospolitej - mimo starań dużej części jego mieszkańców. Zmieniły się też stosunki narodowościowe, nowo przybyła niemiecka ludność źle odnosiła się do mieszkających tu od wieków Polaków. Po objęciu władzy przez Hitlera początkowo, zdawało się, nic nie zapowiadało hekatomby, bezrobocie zmalało, sytuacja ludzi najbiedniejszych się poprawiła. Pojawiały się jednak w mieście bojówki młodzieży hitlerowskiej z agresywnymi hasłami zwalczającymi Polaków i Żydów. Pokojowe współistnienie nacji mieszkających obok siebie przez stulecia przestało istnieć… Wojna stanęła u wrót Pszczewa, wielu Polaków przymusowo zmobilizowano do niemieckiej armii, kilku działaczy polskich aresztowano i wywieziono do obozów koncentracyjnych. Zbliżała się Armia Czerwona i jej straszni sołdaci o azjatyckich rysach twarzy.
            Codzienność mieszkańców w czasie działania powojennej komendantury radzieckiej. Walka o byt i strach, wywózki do Rosji. Autorzy książki nie  epatują jednak obrazami okrucieństw wojennych, które na pewno miały miejsce. Są to wyważone relacje, wolne od zaczadzenia osobistymi dramatami, z  pewnością wielkimi dla jednostek, i całych społeczności, narodów. Dlatego też ta książka jest ciekawa – nie epatuje zbrodnią, opowiada o ludziach, którzy przeżyli zarówno dobre jak i złe chwile w trudnych czasach, udało im się przeżyć i zachowali ludzki wymiar swojego patrzenia na otoczenie, na  zmiany, z którymi  – nie mogąc im zapobiec – pogodzili się. Ustrzegli się choroby dozgonnej nienawiści, częstej przypadłości ludzi czasów wojny, i nie  tylko wojny. 
            Osobnym rozdziałem jest proces integracji ludności autochtonicznej z ludźmi, którzy przyjechali do Pszczewa po wojnie ze wschodu i Polski centralnej. Stało się tak poprzez małżeństwa i rozwój turystyki, myślę, że także za sprawą upływającego czasu, który zabliźniał rany. Osobom dojrzałym, z  wpojonymi od dzieciństwa zasadami etycznymi (także religijnymi), osobom w nich, w tych zasadach, zakorzenionym – mimo zmiany miejsca zamieszkania, krajobrazu kultury, pozwalał z czasem zaakceptować nową rzeczywistość i poczuć się w miarę bezpiecznymi, w gronie rodziny i bliskich sąsiadów. Zrozumieć, przyjąć do wiadomości, że pojęcie małej pszczewskiej ojczyzny jest bliskie także Niemcom, którzy musieli stąd wyjechać na mocy międzynarodowych traktatów.
            Pszczewska ziemia jest tematem książki. ONA gości na swym terenie ludzi, którzy pracują dla jej dobra, pomnażają swe majątki, przeżywają na  niej swe troski i radości. Mają swoje rodzinne historie, które dzieją się w Pszczewskim majątku (1288 – 1945 r.). Zarządzają nim osoby – pszczewianie – o  narodowości tutejszej. Majątek ziemski jest kawałkiem lokalnej historii gospodarczo-społecznej, wzrasta miłością ludzi, którzy poświęcili mu kilkadziesiąt lat swego życia – po latach Bernhard, syn Wilhelma zu Dohna, byłego właściciela majątku, ze swoją żoną, z nostalgią będą odwiedzać nasz polski dzisiaj Pszczew, dom jego rodziców, dziadków i pradziadków. Dzisiaj Pszczewski Folwark kochają Łukasz i Żaneta Robakowie, odnowili posesję, prowadzą tam hotel z atrakcjami dla turystów.
            Najbardziej wzruszająca ostatnia część książki. Historia (pszczewska) widziana oczami kobiet, ich miłościami do swoich mężczyzn, których kochały nie bacząc na narodowość czy wyznanie. Miłość kobiet (i pewnie odwrotnie - mężczyzn) potrafi zasypać głębokie rowy narodowej niechęci i żalu. Najlepiej, kiedy rodzi się w codzienności wspólnego zamieszkania w jednym domu, wspólnej pracy, zwykłych wzajemnych uprzejmości, które są  konieczne do egzystowania w najtrudniejszych czasach. Rodzi się miłość, a najpierw przyjaźń – ta jest jeszcze cenniejsza, bo stwarza ciepło tak nam  potrzebne, kiedy wielka Historia chłodzi i stwardnia serca zwykłych ludzi.


Iwona Wróblak
październik 2015

sobota, 17 października 2015

W cieniu wydarzeń kijowskich - Sesja  historyczna w Muzeum


            Przed rozpoczęciem sesji ładny gest – minuta ciszy dla tych, którzy zginęli na kijowskim Majdanie. Za swoją wolność, i niepodległość… Minuta ciszy i szacunku dla Ukraińców – naszych sąsiadów za wschodniej granicy. Jest w holu międzyrzeckiego Muzeum kolorowy plakat – fotomontaż zdjęć, które zrobili reporterzy w czasie najgorętszych walk, podczas których lała się krew. Dzisiaj, od tego czasu, solidaryzujemy się z Ukraińcami.
            Stefania Jawornicka – Zarządu Oddziału Lubuskiego Związku Lubuskiego Związku Ukraińców w Polsce, Kierownik Biura Konsulatu, Konsultant Honorowy Ukrainy w Zielonej Górze. Jeszcze się sesja nie zaczęła, korzystając z chwili przysiadam się do niej, pytam: Czy Ukraińcy przeprowadzą konieczne reformy? Wiemy z naszych doświadczeń z czasów transformacji ustrojowej, że są one bolesne. To jest warunek pomocy Unii Europejskiej. Pani Jawornicka: Nie ma innego wyjścia, niż przyjęcie tych koniecznych reform. Ukraińcy wiele przeszli, od Wielkiego Głodu w latach 30. ubiegłego wieku po doświadczenia powojenne, mają ogromne doświadczenia wyrzeczeń.
            Oni wolność mają już w sercach, wywalczyli ją niedawno na bruku Kijowskiego Majdanu. Teraz trzeba innych poświęceń. Obywatele Ukrainy chcieliby pracować uczciwie. Dotąd było zwyczajne okradanie narodu. Konstytuuje się nowy rząd ukraiński, zwalczą korupcję, pani Jawornicka jest dobrej myśli. Strategiczne stanowiska zostały obsadzone. Nie wierzy w możliwość rozpadu Ukrainy. A Rosja, jak się zachowa Putin?? Naród rosyjski jest w podobnej sytuacji, daje wyraz swojemu niezadowoleniu. Oby już nie miały miejsca krwawe incydenty. Putin, myśli pani Jawornicka, zachowa pozory, taka jest dyplomatyczna arytmetyka. Pilnują tego europejscy dyplomaci, nasz minister spraw zagranicznych R. Sikorski, który calutką Czwartkową noc negocjował… Modlimy się za to, każdy w swojej religii, jakakolwiek jest, by pomogła… 
Życzymy dobrze Ukraińcom.
            Sesja. Przygotowana została już dawno. Teraz nabiera nowego znaczenia. Tematem są „Stosunki  polsko – ukraińskie w I. połowie XX. wieku”. Na sali obecni są słuchacze Uniwersytetu Trzeciego Wieku, w dużej liczbie. Starsi ludzie,  zostali tu po wojnie przymusowo przesiedleni także np. z Wołynia, miejsca, gdzie działy się w 1942 roku straszne rzeczy. Dokumenty rodzinne z tamtego okresu są na wystawie muzealnej, udostępnił je pan Wacław Nycz. Będzie mówił m.in. o nich, o tych wydarzeniach,  historyk z Muzeum Ziemi Lubuskiej pan Grzegorz Wanatko, omawiał je od – strony ukraińskiej – co jest bardzo ciekawe, nie do poznania w naszej szkolnej edukacji, niestety… Wiedza naukowa. Jest konsensus między historykami polskimi i ukraińskimi, bo są coraz bardziej dostępne do badań źródła, dokumenty. Pan Sławomir Palicki z Instytutu Pamięci Narodowej w Gorzowie przedstawia najnowszą historię stosunków polsko – ukraińskich w wcale tak bardzo nie różny od wykładu pana Wanatko sposób. Analizowane są rzetelnie różne aspekty tych bolesnych naszych wspólnych doświadczeń, o tych dobrych - związkach kulturalnych, gospodarczych wszyscy wiemy, mówią o tym tomy literatury. Długie wyczerpujące wykłady – ku mojej ogromnej satysfakcji. Ja nawet chciałabym jeszcze więcej, ale ufam, że powiedzieli rzeczy najistotniejsze, żebyśmy mogli  z r o z u m i e ć. Przebaczyć, chociaż może nie ci, którzy osobiście doznali wzajemnych krzywd, śmierć bliskich trudno jest zapomnieć. Ale jest młodzież ze szkół ponad gimnazjalnych, z Zespołu Szkół Ekonomicznych i Zespołu Szkół Budowlanych ze swoimi opiekunami, to dla nich wyśmienita lekcja historii. I dla mnie też, dla wszystkich, którzy chcą słuchać.
            Pojednanie, w dobie pomajdanowskiej, jest naturalne. Wikariusz biskupi ks. Eugeniusz Jankiewicz. Pierwszy słynny list od polskich biskupów o treści: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie” posłany został do strony niemieckiej w 1965 r. Drugie pojednanie dotyczy Polaków i Ukraińców, jest z roku 2005. Wielostronny proces budowania mostów w oparciu o religię.
Poznanie i dialog są konieczne. Może wyszliśmy z dyskusją już poza gremia historyków, dojrzeliśmy? Nie wiem. Żyją ludzie, którzy doświadczyli wojny polsko-ukraińskiej na Wołyniu. Trzeba uszanować ich wspomnienia. Ale młodzi powinni wysłuchać drugiej strony. Pójść na lekcję historii powszechnej, nie tylko polskiej. Pan Grzegorz Wanatko jest Łemkiem. Pracuje w Muzeum Ziemi Lubuskiej. Ma odwagę być Łemkiem. To dobrze wróży polskiej demokracji. Stosunki między Polakami i mniejszościami religijnymi w naszym kraju bywały napięte, to normalne, europejskie, powiedziałabym. Interesy narodowe były różne a trzeba było żyć we wspólnej wielonarodowej Rzeczpospolitej. Okres 1918-1919 to okres wojny polsko – ukraińskiej. Może nadszedł czas, żeby mówić o tym spokojnie… Zawieraliśmy koalicje w obliczu wspólnego wroga, jakim była Rosja Sowiecka. W II Rzeczpospolitej             Ukraińcy stanowili 14 % ludności, około 4 mln. To nie jest zaniedbywalna liczba. Naturalnym jest pytanie, jak się czuli w naszym kraju, czy nie były ranione ich uczucia narodowe, czy mieli dostęp do oświaty w swoim języku narodowym. Istniały takie zjawiska jak nacjonalizmy, zarówno polski jak i ukraiński, niekiedy bardzo skrajne. Była praktyka polonizacji, i dominacji wyznania rzymsko – katolickiego, nie spotykała się z akceptacją u Ukraińców. Nadawanie ziemi wyłącznie Polakom, osadnictwo wojskowe na nieszczęsnym Wołyniu, który potem spłynie krwią a Polacy zostaną wywiezieni do Rosji. Niezręczności powodujące wzrost napięcia między narodami polskim i ukraińskim – skwapliwie wykorzystywane przez Rosjan, potem Niemców. Niestety nie wypracowaliśmy wtedy kompromisu. Mieliśmy dobrą Konstytucję z roku 1921, niestety, w praktyce nie do końca realizowaną. Po wykładzie pytałam panią Jawornicką o tę praktykę dzisiaj – prawo jest dobre, Unia Europejska też tego pilnuje, ale na szczeblu lokalnym różnie to bywa… Co nie znaczy, że zawsze źle. W obopólnej historii dochodziło do porozumień, sojuszy między AK i UPA, także do walk… Historia jest skomplikowana, taką naukę warto wynieść z tej sesji.
            Gorące nastroje, które już zaczynały wrzeć w sali starościńskiej, spacyfikował Sławomir Palicki z Instytutu Pamięci Narodowej. Nie przez to, że mówił rzeczy sprzeczne z stanem wiedzy historycznej prezentowanym przez pana Wanatko. To dobrze, że także polski historyk został zaproszony do wygłoszenia wykładu. Czasami trzeba usłyszeć coś dwa razy, żeby uwierzyć, zwłaszcza kiedy ta wiedza jest nowa, a taka jest dla większości Polaków. Umości się ona w psychice, w świadomości narodowej, pozwoli nasze stosunki z Ukraińcami – mam nadzieję – ułożyć na nowo. Mówi o meandrach interesów narodów, o polityce, o osobowościach przywódców, emocjach ludzi. Nie o samobiczowanie tu chodzi, ale o wiedzę historyczną. Od początku – od Rusi Halickiej za Kazimierza Wielkiego, poprzez Kozacczyznę w XVII w., wojny, które osłabiły obydwie strony. XIX wiek to ruchy narodowe, radykalne ich odłamy torpedowały próby kompromisów. Ukraińska autonomia to wartość, której nie było, nie wprowadzono jej w życie. W rezultacie Polska prowadziła politykę nie federacyjną a inkorporacji. Naszą niełatwą koegzystencję z Ukraińcami dodatkowo komplikował radykalizm wielu nurtów politycznych u drugiej strony. Zanotowano wiele błędów w naszej polityce w tym czasie, nieumiejętność przeciwstawiania się opisanym zjawiskom. To może odpowiedź na pytanie, jakie zadał pan Palicki – jak to się stało, że doszło w 1942 roku do wojny polsko – ukraińskiej. Przyczyny są dzisiaj znane i było ich wiele, bardzo złożonych. Skutkiem było okrucieństwo, które miało przerazić Polaków, spowodować czystkę etniczną. Powojenna Akcja „Wisła” miała za zadanie sowieckie rozwiązanie „problemu ukraińskiego” i polonizację przesiedlonej na ziemie zachodnie i północne tej mniejszości narodowej.
Jak skomentował wykład dr hab. Paweł Leszczyński, prawną przyczyną konfliktów narodowych między Polakami i Ukraińcami w II RP było to, że nie udało się stworzyć samorządu narodowościowego, zapewnić konstytucyjnej autonomii kulturalnej i oświatowej. Za największy błąd uważa w tym czasie brak ukraińskiego uniwersytetu. W 2005 roku podpisano ustawę o mniejszościach narodowych, podobną uchwalono w 1919 r… Może teraz dobre pomysły będą realizowane. Wtedy nastąpi rzeczywiste pojednanie.
            Pani Stefania Jawornicka mówiła o historii powojennej naszych polsko – ukraińskich stosunków. Na ziemie północne i zachodnie przesiedlono przymusowo 147 tys. Ukraińców. W 1956 r. powstało Ukraińskie Towarzystwo Społeczno – Kulturalne, realizowano spektakle teatralne, były zespoły taneczne, powołano tygodnik „Nasze Słowo”. W 1989 r. powstał Związek Ukraińców Polskich, Stowarzyszenie Łemków, Towarzystwo Miłośników Kultury Łemkowskiej. Pani Jawornicka uczy języka ukraińskiego od 1972 r. , współpracuje z instytucjami kulturalnymi. W Sejmie obecnie mamy reprezentanta mniejszości ukraińskiej. Do Polski przyjeżdżają Ukraińcy, razem ze swoimi rodzinami. Wzajemnie się coraz bardziej poznajemy. Prowadzone są warsztaty ukrainoznawcze, organizowane obozy dla młodzieży z obydwu kultur, także Polacy chcą się uczyć języka ukraińskiego i poznawać tą kulturę.
            Gorący intelektualnie dzień zakończyła degustacja pierogów i barszczu przygotowanego przez panie z Koła Gospodyń Wiejskich w Nietoperku ( Barbara Dobrowolska, Helena Nycz, Maria Serkis, Danuta Wojciechowska i Leokadia Wybudowska).


Iwona Wróblak
kwiecień 2014

piątek, 16 października 2015

BEL CANTO pani Donaty Marzec – Pawłowskiej ma jubileusz

            Pani Donata Marzec – Pawłowska w Międzyrzeczu uczyła muzyki chyba prawie wszystkich… Studia muzyczne skończyła w 1976 r. Długo pracowała w Pszczewie, teraz też łączą ją z tym miejscem żywe związki. To tam ćwiczy „Bel Canto”, jej Zespół Śpiewaczy z udziałem 8. pań – nauczycielek różnych specjalności, pracujących w gminie Pszczew, które uległy pasji zespołowego śpiewania. I tam też, w sali widowiskowej Gminnego Ośrodka Kultury, którego kierownikiem jest Wanda Żaguń, był jubileusz 5. lecia istnienia Zespołu połączony z uroczystym wręczeniem dyplomów i  upominków lokalnym działaczom społecznym i kulturalnym.
            W pszczewskim Gminnym Ośrodku Kultury, jak zauważyłam, jest szczególna życzliwa atmosfera dla działaczy społecznych i stowarzyszeń. Są  docenieni, uważnie słuchani. Panią Wandę Żaguń wspierają mocno władze samorządowe. Waldemar Górczyński, wójt Pszczewa, w towarzystwie radnych, sołtysów Gminy,  podziękował przybyłym za pracę na rzecz środowiska lokalnego; jak powiedział, obowiązkiem samorządowca jest służyć danej społeczności. Z okazji jubileuszu Zespołowi „Bel Canto” złożył szczególne podziękowania. W akustycznej, pięknie wysklepionej sali GOK Zespół wystąpił z godzinnym koncertem, któremu akompaniowała pani Donata Marzec – Pawłowska. Każda z pań śpiewających otrzymała od wójta piękny wielki kwiat i prezent w postaci wydawnictw promujących gminę. Skład zespołu „Bel Canto”: Zofia Michoń, Irena Poszwald, Hanna Ciążyńska, Anna Cyranik, Gabriela Krystkowiak, Ewa Łazarska, Elżbieta Fryza, Anna Kochman i Grażyna Tupalska.
            Pani Donata Marzec – Pawłowska nie tylko ciągle uczy muzyki, także komponuje. Fascynujące jest to, że dokładnie potrafi dźwiękami oddać treść wiersza czy tekstu, do którego komponuje muzykę, a nie cofa się przed takimi tytanami literatury jak C.K. Norwid, A. Mickiewicz i inni. Nie ma dla niej  trudnych – do opracowania muzycznego – tekstów. W jaki sposób to robi?  Na pewno wielkie znaczenie ma gruntowne przygotowanie zawodowe, znajomość teorii muzyki – ale jest też i coś więcej!!! Wrażliwość na literaturę, ściślej mówiąc, powiedziałabym – na sztukę jako taką. Zachęcam do  uważnego wsłuchania się w kompozycje pani Donaty, do smakowania ich – zasługują na to.  
            Pani Donata żyje muzyką. Jak mówi mi, nie potrzebuje panina, by ją pisać. Wystarczy ołówek i papier nutowy. Ma ich w domu koło instrumentu całe stosy, także korektorów, nieustannie poprawia swoje kompozycje, nutki krążą w jej umyśle, wślizgują jej się do uszu nawet w nocy, wtedy skwapliwie notuje i rankiem upewnia się, że brzmią lepiej niż w poprzedniej wersji. Wiele kompozycji jest zarejestrowanych w ZAIKSie, są wydane drukiem. To gotowa muzyka dla zespołów śpiewaczych i chórów, różnorodna, od pieśni biesiadnych po utwory poważniejsze, religijne. 
            Byłam pod wrażeniem kunsztu wokalnego solistki „Bel Canto” pani Zofii Michoń. Brylantowy sopran wyćwiczony przez jej nauczycielkę panią Marzec. Na pewno pani Michoń ma naturalne predyspozycje wokalne, ale nabyta w dużej mierze przez trzy lata śpiewania w „Bel Canto” potencjalna zdolność do wykonywania arii operowych (śpiewała „Życzenie” do muzyki F. Chopina), tak sądzę, to też świadectwo umiejętności pani Donaty. Pani Michoń nie kończyła żadnej szkoły muzycznej. Pani Marzec – Pawłowska tłumaczyła mi, że niekoniecznie trzeba znać dobrze nuty, żeby śpiewać je ze  śpiewnika.
            Pani Marzec ma pasje społecznika. Chce się dzielić swoją muzyką. Tworzyć  muzyczną kulturę lokalną. Organizować koncerty, w dalszym ciągu – jest przecież na emeryturze – uczyć śpiewać. Jej utwory, mimo całej swojej niewątpliwej różnorodności, plasują się w konwencji radości z uczestnictwa w  życiu swoim tako takim, afirmują je. Dotyczy to także tych o nutce nostalgicznej czy refleksyjnej, wszystkie bez wyjątku są wyrazem niespożytej siły i  energii twórczej, jaka tkwi w pani Donacie Marzec – Pawłowskiej.

Iwona Wróblak
kwiecień 2014




czwartek, 15 października 2015

Dikanda. Muzycy myślą dźwiękami


            Muzycy już tacy są. Pewne dźwięki im się podobają i używają ich. A potem słuchający dorabiają do nich filozofię…Uwielbiam to. Kiedy mogę do  muzyki dopisać słowa. Stworzyć z nich teatr, epos - mój, moją opowieść. Powędrować przez epoki i wymiary. Wyobrazić sobie.
Dikanda to podobno znaczy rodzina. Czyli wszystko to, co ma w sobie kobieta. Dla mnie muzyka „Dikandy” jest taka. Matriarchalna, do żywego ciała zgłębiająca, czy próbująca zgłębiać, byt. Jak ciało kobiety, duchowe i cielesne. Prehistoryczne statuetki. Najdawniejsze doświadczenia kulturowe ludzkości.
Muzycy nie pretendują do antropologicznych wyjaśnień i teorii. Muzycy słuchają po prostu tych dawnych – ciągle aktualnych, uniwersalnych dźwięków w sobie, tkwiących głęboko, obecnych od zawsze. Są one muzyczne, tonalne. Ale przecież z muzyki czerpie inspiracje kultura ta głębinowa, chtoniczna. Dlatego ludzie lubią słuchać „Dikandy”. Bo im coś przypomina, bo gra w nich, współgra z nutą wywodzącą się z zamierzchłych doświadczeń ich dalekich przodków, kultur najstarszych. Dlatego mówię, że to muzyka kobieca, matriarchalna. Śpiewają: Ania Witczak – też akordeon, Kasia Dziubak – pięknie brzmiące skrzypce i Kasia Bogusz - niepowtarzalny charakterystyczny przeponowy głos.
            Panie szybko dodają – też mężczyźni w ich zespole są ważni: Piotr Rejdak – gitara klasyczna, klimatyczne solówki, Grzegorz Kolbrecki - kontrabas – muzyczny tusz, jakby w cieniu, ale bardzo ważny, Daniel Kaczmarczyk – instrumenty perkusyjne – bez RYTMU nie byłoby nic, ona nadaje sens muzyce dźwięków, jak nazwałabym styl „Dikandy”. Dźwięków wszystkich na świecie. Prawie wszystkich.
            Przez pustynie arabskie, morze piasku i kamieni, pojawiające się na nich karawany nomadów, zawiązki pierwszych cywilizacji z ich jasno określonymi rolami przypisanymi płciom, jeszcze przed rozpęknięciem się, które spowodowała cywilizacja techniczna. Większa część naszej historii do  tego okresu należy i większa część doświadczeń. I nie o ilość czasu przeżytego w nich tu chodzi tylko o ich głębię, o kulturowy biologizm – ten wymiar - nierozerwalnie związany z pieśnią, muzyką, tańcem, potem z literaturą. Gardłowe kompozycje - pieśni, które nie potrzebują słów i słusznie zespół ich nie  używa. Zaciemniłyby istotę rzeczy, nazwały to, co nie musi i nie powinno nawet być nazwane, bo spłyci i zawęzi. Dlaczego tam we wschodniej kulturze szukają inspiracji?? Bo te dźwięki, stamtąd, im się podobają. Bo czujemy więź z nimi, z muzyką stamtąd, chce nam się tańczyć razem z tymi ludźmi, których dotyczą. Co jest wspólnego w muzyce z różnych kręgów kulturowych… Nie podejmuję się odpowiedzieć na to pytanie. Inaczej - dlaczego ludzie kochają muzykę? No może jeszcze inaczej – dlaczego mają jej nie kochać, skoro przynosi im tyle radości...
            RYTM wszechobecny, to lubimy najbardziej. Zawsze nas uwodzi, dobrze równo zagrany, powtarzający się. Wprowadza w trans niemalże. On jest najstarszy. Nie wiadomo jak stary, może tak jak Afryka, zanim jeszcze zdążyliśmy ją nazwać. Stepy i sawanny i rozlegle przestrzenie, na których jeszcze nie tak wielu było ludzi. Przywoływał ich do siebie dźwięk tam-tamów, informował – taki telegraf… I nasze serce bije też w RYTMIE. Słuchamy go od  niemowlęcia, czujemy się z nim bezpieczni. Te doświadczenia są bezcenne – dlatego może tak lubimy rytm, kiedy grają nam też w późniejszym pozaniemowlęcym okresie naszego życia. No i te ogniska pierwotne – dzisiaj też lubimy przy nich być – jasność jak rozpraszanie złowrogiego mroku, i  ciepło, kiedy widać innych ludzi przycupniętych przy nim… Nie było rzecz jasna ogniska w „Kwinto”, ale był afrykanizujący rytm, który grała „Dikanda”.
            Ludzie to bliskość, to kontakty – od przyjaźni po miłości wszelkiego rodzaju. Czyli sedno ludzkich potrzeb. Muzyka i miłość w kulturach różnych regionów obecne są od zawsze, one są przyczyną, kanwą i sposobem wyrazu. To obrazki uniwersalne; danego człowieka w jego miejscu w historii z jego emocjami, przeżyciami. Potrafimy go zrozumieć, nie potrzeba do tego języka, muzyka wystarczy…
            Muzyka powie wszystko. Jak kobieta. Jest subtelna i konkretna, delikatna jak skrzypce i dobitna jak rytm bonga. Jak kobiety śpiewające i  akompaniujący im mężczyźni. Doskonała rodzina jak Dikanda. Słowiańska, arabska i bałkańska, polska i żydowska, hardkorowa – jak mówiła Kasia – w  swym pulsie mocnym czasów, które nas osobiście dotyczą, bo jesteśmy w nich zanurzeni. Ruskie pieśni, w staroruskim, podobno przez to wikińskim klimacie – nasz polski sąsiad, na pewno wiele treści od nich zapożyczyliśmy. I na koniec nieco autentycznego ruchu – Kasia Dziubak w zmysłowym tańcu brzucha - (trochę mi się też kojarzy z derwiszowym tańcem – wirowaniem) – to z kolebki z kolei hinduskich kultur – także święto Kobiety, która, co tu  dużo mówić, mimo tej patriarchalnej z gruntu kultury także praktycznie rządziła najważniejszymi rzeczami.


Iwona Wróblak
kwiecień 2014

środa, 14 października 2015

NEONY czyli rytm szeroko ujęty


            NEONY na trasie koncertowej. Zagościły po drodze w międzyrzeckim Klubie Muzycznym „Kwinto”. Sobotni wieczór pod znakiem feerii dźwięków tego ciekawego zespołu. Bogata ścieżka muzyczna, dużo wątków, ich wariacje. Śledzę, jak się przekładają na teksty, subtelnie sobie wtórują obydwie ścieżki – muzyka i tekst – orbitują wokół siebie w skomplikowanym tańcu. 
            Mocny, głośny, a jednocześnie bogaty zestaw. Słucha się może nie tyle ściany, ale konstrukcji ścian dźwięku. Publiczność to młode i średnie pokolenie. Dzisiaj się słucha dobrej muzyki w szerszej przestrzeni wiekowej. NEONY grają również starsze swoje utwory, też ciekawe, całe zamknięte kompozycje misternie opracowane.
            Wątki muzyczne na podobieństwo rozgwiazd błysków świetlnych fajerwerków. Smutna – tytułowo – ballada na hardrockowo również, progresywnie można grać też hard.
Publiczność blisko przy wykonawcach, co jest cechą „Kwinto” – nie tylko z powodu szczupłości miejsca. Tu muzycy szybko się zaprzyjaźniają z  widownią. Jesteśmy tacy sami, czyli muzycznie pulsacyjni. Czuję wyraźnie, jak ściany „Kwinto” grają, odbijają fale, może to kubatura pomieszczeń z  cegieł??
            Mieszanka stylów i gatunków. Zawsze podziwiam, jak można z tego bogactwa inspiracji, jakiej pełno w przestrzeni internetowej i innej, złożyć zgrabny, wykończony do szczegółów kawałek. Czerpią z ogromnej ich podaży garściami, sprzęgają ze sobą, swoją osobistą wrażliwością i wizją, czy  przeczuciem – intuicją.
            Usłyszeliśmy tytułowe „Neony”. Refleksy światła wielkiego miasta. Informacja o nim. I impresja jednocześnie. Światło neonów i blichtr, dramaty z pytaniami nieustającymi i twórczy haj, przyspieszający bicie wielu wspólnych serc, kłębowisko rzeczy, podmiotów i przedmiotów – w zależności od  relacji, w jakiej się ustawią… Unisono wspólne jak jeden widok miasta nocą. Powidoki, które nie mogą brzmieć inaczej, myślę. Neony fal świetnych, różnej długości i koloru, trzeba wyartykułować dobitnie i nie-cicho. Ich konstrukcje matematyczne jak gongi, układają się zakończone niczym otwarte usta – olbrzymim znakiem zapytania.
Co znaczy – słoneczna piosenka? W blasku Słońca jak zagrać Słonce, gwiazdę świecącą milionami stopni? Wybuchłą, pozornie znienacka, zygzakami plazmy.
            Bardzo energetyczni wykonawcy. Jak wygląda według nich podróż do PRL, którego nie pamiętają. Refleksy wglądu w czas miniony. Nieco tajemnicy. Zabawa na placu zabaw raczej jak groteska. I absurd zabawny, mający ustalony schemat. PRL żyje w umysłach pokoleń, nawet tych, które nie  doświadczyły historycznego uwikłania. Sam fakt układanki – puzzli, pozornie pasujących do siebie (idei i obietnic) jest wart analizowania ciągle od nowa. Rozumienia może nie tyle procesów socjologicznych, ile ludzi, którym zdarza się tkwić w tym sposobie myślenia o sobie i świecie.
Do uważnego wsłuchania są „Neony”. Muzyka wielopoziomowa. Neurtiny w przestrzeni, pozorny bezład, szybki obieg wokół miejsc, których nie sposób uchwycić wzrokiem. Trzeba je brać zmysłami jako Całość. Słuchać lub/i tańczyć, i tyle brać, jaka akurat jest potrzeba i ochota.
            Każda muzyka, jako doświadczenie, jest syntezą, z elementów się składa, każdy z nich też jest niczym drzewko wyrosłe na wielu glebach, o  gałęziach biegnących każde w stronę swojego światła (czy jasnej pomroczności, jak powiedzieliby niektórzy). Będą inspiracjami, pojedynczymi lub w  grupach. Tutaj w stronę zrzucania fałszu z twarzy, skór i masek. Prawda oczyszcza. Samo oczyszczanie jest twórcze, bowiem ten pył/brud też jest  tworzywem… Jak wszystko w przyrodzie, wielkim garnku dźwięków.


Iwona Wróblak
październik 2015

wtorek, 13 października 2015

Międzyrzecz - moje, nasze miasto - jest jak piękny stary obraz…


            Międzyrzecz jest jak stary piękny obraz. Nie można go zmieniać. Trzeba go konserwować. Zmieniać się winno jego ramy, na ładniejsze…Tak powiedział Alf Kowalski w 1986 r., pierwszy i długoletni dyrektor naszej perły międzyrzeckiej, Muzeum Ziemi Międzyrzeckiej im. Alfa Kowalskiego. Stworzył tą kulturalną placówkę z niczego, uratował wiele zabytków kultury….
            Dwa piękne woluminy składają się na „Kronikę siedemdziesięciolecia. Niedokończoną kronikę. Międzyrzecz w fotografii i dokumentach z lat 1945  – 1089” Ryszarda Patorskiego i dr Marcelego Tureczka. Fascynującą dla międzyrzeczanina, i nie tylko myślę, lekturę o jego mieście. To już któraś z kolei książka o regionalnej historii, którą pisze ten historyk – tym razem ze znanym międzyrzeckich regionalistą, długoletnim pracownikiem Muzeum, Ryszardem Patorskim. Mamy szczęście, że w naszej społeczności są osoby, które tak żywo angażują się w zachowanie pamięci wspólnej historii.
Książka bogato inkrustowana dokumentami, pomyślałam, że sam fakt wydania tak dużej ilości dokumentów na dobrym papierze, w książce o twardej oprawie, to już jest sukces. Są do dalszego opracowywania przez naukowców różnych dziedzin, a i teraz czytanie komentarza o nich daje ogromnie dużo satysfakcji.
            Jak pisze we wstępie Tureczek, niedokończoność tej Kroniki ma związek z budowaniem, jako procesem ciągłym i sięgającym w przyszłość, naszej wielorakiej tożsamości, tym razem mojeniem, nie tylko - zapisem chronologicznych - wydarzeń. Programowo subiektywnym, bo tylko takie jest  prawdziwe i nieskłamane. Nieuchronnym znajdowaniem się ludzi w powojennej społeczno-polityczno-kulturowo-gospodarczej rzeczywistości, z  otaczającą wokół spuścizną materialną, w atmosferze nasyconej przeszłością byłych niemieckich mieszkańców, z którą mierzymy się do chwili obecnej… Poboczność i codzienność, bardzo prywatna, jest tu jakby na planie jednym z pierwszych.
            Jest w tej książce także codzienność niemiecka, nie pomija się jej, mówi o repatriacjach-wypędzeniach Niemców, legalnych i na pół legalnych, także dzikich – dlatego warto jest czytać tę monografię. Jest niedokończona może w tym wypadku także o dzieje tych ludzi, dla których Międzyrzecz też  jest/był małą ojczyzną, przecież nie można im tego zabrać…? Mała ojczyzna może być wspólna, chociaż obszarowo mała, tą większą jest może ludzkość?? ? A może – jeszcze więcej???
            Publikacja ta to spojrzenie okiem historyka, dla którego wszystko, słowna relacja, resztki architektury, pożółkły świstek papieru, plakat, bilet kolejowy, fotografia itd., oraz ich wzajemne relacje – relacje rzeczy i ludzi do nich przynależących (nasz świat jest światem rzeczy, które mamy), każdy strzęp informacji jest dokumentem, źródłem wiedzy, którą się z nami czytelnikami dzieli. I dotyczy to naszego miasta, które staje się U-moje/one, czy  Moje Jeszcze Bardziej, bo ja w nim staję się poprzez to bardziej zakorzeniona – wiedzą wyniesioną z tej książki… A ta wiedza - pamiętajmy – to  soczewka historii naszego kraju. Naszej cywilizacji w końcu, jej garści naszej własnej, zbudowanej przez ojców i dziadków, sąsiadów – czyli prawie-rodziny (skoro mieszkamy obok siebie/razem 30 lat?). Dużo jest prywatnych fotografii, dokumentują te dwie ważne rzeczy-nasze miasto i NAS w naszym mieście. Na przestrzeni lat ostatnich siedemdziesięciu.
            Co wybrali autorzy, jakie daty – filary ich spojrzenia na historię? Rok 1945 – zakończenie II wojny światowej, rzecz oczywista, koniec hekatomby, rzezi, cierpień i nieszczęść dziesiątków milionów ludzi. Druga data – 1995 r.- odsłonięcie pomnika na byłym cmentarzu ewangelickim, przy obecności nieżyjącego już Konrada von Tempelhofa, ostatniego właściciela międzyrzeckiego zamku i przewodniczącego Heimatkreis Meseritz, organizacji byłych niemieckich mieszkańców Międzyrzecza, oraz ówczesnego burmistrza miasta Władysława Kubiaka, jako symbol otwarcia wrót wspólnej przeszłości, gest  stricte europejski. Trzecia cenzura to rok 1989, wielkie przemiany ustrojowe i polska najnowsza historia, w której wciąż życiorysami tkwimy, bynajmniej nie jednoznaczni w jej ocenie, bowiem ta książka jest o codzienności i poprzez codzienność przez nas postrzeganą – przez te fotografie prywatne, w tle  politycznych symboli i pochodów pierwszomajowych, dla wielu po prostu jest sentymentalnym wspomnieniem towarzyskich wydarzeń festynowych, podczas których być może poznali swe pierwsze miłości. Należy o tym wiedzieć, że ludzie nie byli nigdy papierowymi postaciami nawet na stalinowskich plakatach, przekazywać historię to mówić o kontekście ich istnienia jako pojedynczego życiorysu osoby w całym jego skomplikowaniu.
            Burmistrz Remigiusz Lorenz podczas promocji książki w Bibliotece Publicznej – 25. rocznica samorządnych wyborów, odrodzona samorządność to jeden z największych sukcesów przemian. Nie zawsze doceniana, nieuchwytna, jest wartością tak niewymierną, że walczyć o jej osobistą i gminną artykulację – myślę – trzeba każdego dnia. I świętować kolejne rocznice jej narodzin. Ryszard Patorski, współautor książki, podziękował Urzędowi Miasta i burmistrzowi za wspaniałą inicjatywę wydania „Kroniki..”. To dzięki aktualnemu Samorządowi – powiedział Tureczek – możemy obecnie jako pokolenia wymieniać się doświadczeniami. Przekazywać je sobie.  Z kart książek patrzą na nas oklejone plakatami wyborczymi słupy ogłoszeniowe z 4. Czerwca 1989 r.  
            Jednym z punktów milowych naszej samorządności były wolne media, jedna z pierwszych gazet międzyrzeckich, kultowy „Kurier Międzyrzecki” (miesięcznik niestety już nie wychodzący). Jako kronika aktywności obywatelskiej po roku 1989 został obecnie zdygitalizowany przez Bibliotekę Cyfrową Uniwersytetu Zielonogórskiego – dyrektor Ewa Adaszyńska. Prezentację projektu przedstawiły Małgorzata Kuncewicz i Joanna Buczkowska. Wszystkie numery pisma będą w zasobach biblioteki cyfrowej ZBC, która należy do Federacji Bibliotek Cyfrowych (około 100 bibliotek w kraju) i jest  dostępna na portalu dziedzictwa kulturowego Europy, w wirtualnej przestrzeni światowej.
            Andrzej Świder, były współwłaściciel miesięcznika, mówił o wyjątkowości K.M. Był prywatnym przedsięwzięciem, wolnym od nacisków politycznych i biznesowych, ukazywał się do 2014 r. Dla wielu lokalnych dziennikarzy był szkołą obywatelskiej odpowiedzialności za słowo pisane. Miesięcznik organizował zbiórki publiczne, koncerty, fundował stypendia. „Kurier M”. ogniskował się wokół głównej osoby: redaktor naczelnej Anny Kuźmińskiej – Świder oraz Danuty Sokołowskiej, już nieżyjącej.
            Jeszcze 8000 negatywów zdjęć spoczywa w prywatnych archiwach... jest w planie kontynuacja „Niedokończonej historii Międzyrzecza…”. Oglądając książkę, rozpoznając siebie na fotografiach czujemy niedosyt… Sami autorzy zachęcają obecnych do uzupełniania historii opowiedzianych obrazami, komentowania zdjęć, może zmiany podpisów pod nimi czy szczegółowych dat… Mimo wielu tematów – rozdziałów jest jeszcze kilka, które sama widziałabym tam dodatkowo… Każdy ma (swój) kawałek Międzyrzecza, przez co wcale Międzyrzeczowi miejsca nie ubywa…
            Pierwszy rozdział – jak sensacyjna historia. Nieznana bliżej postać Lucjana Brudły – międzyrzeckiego Pełnomocnika R.P. na Województwo Poznańskie (w nim wtedy mieszkali międzyrzeczanie). Boksowanie z radzieckimi komendantami wojennymi, w tle polityki walka o w miarę godne życie i  egzystencję mieszkańców, ich podstawowe potrzeby. Dokumenty z epoki, pewnie na papierze z poniemieckiego odzysku… Legitymacje, zezwolenia, pisma urzędowe, wiele jest o osobistych tarciach, układach – te są w każdej epoce… Plakaty propagandowe, konwencja socrealistyczna. Także Heimatgruss – czasopismo byłych mieszkańców Międzyrzecza z 1949 r. Teksty źródłowe z Archiwum Państwowego w Gorzowie Wlkp.
            Odsłona następna – życie religijne, ważna sfera aktywności ludzkiej. Ksiądz dr Henryk Hilchen – wybitna postać, też mało znana. Na fotografiach uroczystości Bożonarodzeniowe, Komunie Św. , w tle nasze międzyrzeckie kościoły.
            Materialna sfera życia – handel i rzemiosło. Odradzanie się gospodarcze. Kserokopie Rachunków i Kart rzemieślniczych, pieczęci, Statutów cechowych. Fotografie wnętrz sklepowych (jakże ubogo wyglądają w porównaniu z dzisiejszymi marketami…), witryny sklepów. Partyjne materiały sprawozdawczo-propagandowe o handlu i przedsiębiorczości. Banknoty polskie, z czasem denominowane.
            Niematerialna sfera życia (?) gospodarka centralnie planowana – czyli międzyrzeckie zakłady pracy (w których pracowała większość mieszkańców). Nieistniejąca Spółdzielnia Mleczarska od wewnątrz i ludzie pracy – przy pracy. Oficjele partyjni fotografowani za stołem, przy flagach, ściskający sobie dłonie, przecinający wstęgi.
            Największy międzyrzecki zakład pracy czyli 17 Pułk Piechoty (dzisiaj 17. Wielkopolska Brygada Zmechanizowana). Historia powstania jednostki, medale i odznaczenia wojenne, stare fotografie ze szlaku bitewnego, wizyty generałów, wojskowe uroczystości.
            Miejskie pierwszomajowe festyny. Pochody. Relacje prasowe. Manifestacje władzy na trybunach. W pochodach brały udział szkoły i zakłady pracy. Wielu międzyrzeczan się na tych zdjęciach rozpoznaje. Archiwalna pierwsza „Gazeta Międzyrzecka” – kronika codzienności w połowie lat 50. XX  wieku, nie lada gratka dzisiaj! – czytamy w niej – łączy nas wspólny cel – pokój i socjalizm. Są też inne czasopisma; „Gazeta Lubuska”, „Gazeta Zielonogórska”, „Tygodnik Demokratyczny”, „Nadodrze”. Na zdjęciach obszerne szpalty, wspaniały materiał dla historyków.   
            Rozdział o zmianach w krajobrazie międzyrzeckim. Zmianach urbanistycznych, pokazanych z lotu ptaka. Obrazy Alfa Kowalskiego ze zbiorów Muzeum Międzyrzeckiego, na nich perełki architektury w stylu impresji, charakterystycznym dla tego malarza. Fotografie z powojennego odgruzowywania centrum miasta. Budynki, których już nie ma, fragmenty nie istniejącego przedmieścia Brójeckiego (dzisiejsze Osiedle Centrum), budynek gimnazjum (ul. Świerczewskiego), niemiecki cmentarz ewangelicki, Rynek w 1957 r., niemieckie pomniki. Stopniowe powstawanie nowych budowli, osiedla Kasztelańskiego.  
            Międzyrzeckie szkoły i nauczyciele w nich uczący, fotografie zbiorowe z uczniami. Historia szpitala i jego rozbudowy, sylwetki lekarzy. Życie kulturalne miasta. Festyny i wystawy. Międzyrzeccy fotograficy – dokumentaliści: Marek Mich, Ryszard Patorski i Andrzej Niczewski. Klub Garnizonowy i Dom Kultury. Postać Alfa Kowalskiego, jego zasługi dla kultury i muzealnictwa, dla badań naukowych na terenie zamku – obszerny rozdział.
            Pamiętny debiut miasta w TV – Bank Miast, w którym konkurowaliśmy ze Śremem. Telewizja rezydowała w sali muzealnej. Słynne osobowości o  rodowodzie międzyrzeckim – Teresa Tutinas i Zenon Laskowik.
            Międzyrzecki sport i imprezy sportowe. Fotografie zawodników i legitymacji członkowskich. Klubów sportowych. Przez Międzyrzecz przejeżdżał „Wyścig dookoła Polski” i Ryszard Szurkowski. Historia międzyrzeckiej Straży Pożarnej. Historia komunikacji. Taksówki. Kartonowe bilety na pociąg. Cały rozdział o prywatności, dziecięce buzie na zdjęciach szkolnych. Paleta międzyrzeckich wydawnictw. Wreszcie kronika budowy elektrowni atomowych i obywatelski protest przeciwko pomysłowi składowania odpadów w podziemiach Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego, zakończony powodzeniem. 
            Kulminacja przemian i 4. Czerwca, czyli wkraczamy w drugi tom – pt. „Trudny czas przemian – Międzyrzecz w latach 1990-2015”. Tu także fotografie i dokumenty. Nasze miasto współczesne. Jego Herb i Hejnał (zapis nutowy), wzór pieczęci Gminy Międzyrzecz, jej flaga.
            Najnowsza historia gospodarcza – ciekawostka; reklamy międzyrzeckich firm w latach 90. ubiegłego wieku, obficie zacytowane… Wykaz dokumentów i przedmiotów umieszczonych w kuli wieży ratuszowej po zakończeniu jej remontu w dniu 25. października 1994 r. Opuszczenie przez  wojska radzieckie garnizonu w Kęszycy Leśnej i proces zasiedlania osady. Rocznice międzyrzeckich szkół. Remonty głównych budynków. Budowa Parku Przemysłowego, Komendy Powiatowej Policji, remont po katastrofie budowlanej Domu Kultury. Imprezy miejskie. Historia bogata. Odkrycie bezcennych renesansowych fresków w kościele św. Jana. Wiele wydarzeń, współpraca z miastami partnerskimi… Słowem zachęcam do lektury publikacji, będzie w naszych bibliotekach. Obiecuję, że będzie frapująca.


Iwona Wróblak
wrzesień 2015