Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamek w Międzyrzeczu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamek w Międzyrzeczu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 sierpnia 2016

Drugi Jarmark albo Turniej Rycerski

             - Za honor miasta i burmistrza, i Rady Miejskiej, walczymy – mówią nasi dzielni rycerze z Bractwa Rycerzy Ziemi Międzyrzeckiej. Walki na ostre rycerstwa z Królestwa, Pomorza, Śląska, Brandenburgii i Meklemburgii.
            Podejdą pod mury miasta Węgrzy Macieja Korwina, by oblegać gród nasz. Jak informuje dobitnie jeden z brodatych rycerzy naszych, dzierżąc puchar z kobylim mlekiem – wszem i wobec powtarzam waści; najpierw gwałcimy, potem palimy... Przedtem jednakże Turniej będzie rycerski Pas d’Arm, turniej na moście o Szarfę Pani Jeziora.
            Rycerzy przeróżnych, herbowych rzecz jasna, z giermkami, niewiastami i dziećmi, zebrała się setka, przybyłych też z pobliskich landów niemieckich. Oprócz naszych jest Najemna Rota Strzelcza i Chorągiew Św. Łazarza. Dzielnie sekundują walczącym o Różę od swojej damy. – W imieniu kasztelana Zamku Międzyrzeckiego, mam zaszczyt otworzyć Turniej. Walka tylko na ostre... – to główny sędzia turniejowy. Błyszczący w słońcu hełm zakłada rycerzowi jego wierny giermek, przedtem został dopełniony rycerski rytuał prezentacji nadobnych ( w tym celu zdjęli hełmy) lic wojów starających się o aprobatę swych dam serca. Kwiaty z murów zrzucają damy zamkowe, pod stopy swych bohaterów. Emil z Gostynia herbu Wezenburg pierwszy stanie... Strzał z hakownicy obwieszcza rozpoczęcie wielkich turniejów. Prezentują się nam obaj mający zamiar walczyć wielmoże, w zbroje ciężkie (ok. 30 kg) zakuci do stóp samych, z tarczami noszącymi ślady walk uprzednich, doświadczeni to wojownicy grunwaldowi. Wśród publiczności zakłady, który z nich wygra, jako że jeden chyba niewiastą jest, bo smukły ( w dzisiejszych Bractwach Rycerskich dobrze sobie radę dają również dziewczyny). Przyłbicę opuszczają, kłaniają się publiczności i zacięte walki rozpoczną. Szczęk oręża o kolczugi i zbroje, okrzyki bojowe i słowne potyczki. Czuwa dyskretnie kowal, ciężkie miecze oburęczne, mimo że oczywiście stępione, skutecznie potrafią pogiąć elementy uzbrojenia. Sędzia czuwa nad bezpieczeństwem walczących. Zdarza się, że hełm spada, nagły kontakt ciała z żelazem zawsze nie jest bezpieczny, walka jest natychmiast przerywana. Na porządku dziennym są drobne, lecz bolesne kontuzje. Walki wymagają ćwiczeń i dobrej kondycji fizycznej, po kilkuminutowym starciu widoczne na  twarzach zmęczenie – ale i satysfakcja, zwłaszcza kiedy można kwiat, przyklęknąwszy, dąć wybrance swojej... (co obserwujemy). Przedtem są regularne ćwiczenia adeptów sztuki rycerskiej na tzw. maszynach Pagińskiego, specjalnych konstrukcjach drewnianych, na których można nauczyć się bezpiecznego dla siebie i innych władania mieczem.
            Pokaz uzbrojenia rycerskiego przed mostkiem na dziedzińcu Muzeum. To popularne hobby fascynacji kulturą średniowiecza stworzyło dobrze funkcjonujący rynek, na którym można zaopatrzyć się w wełniane stroje z epoki, broń u kowali, u garncarzy gliniane garnki i przedmioty z gospodarstwa domowego. Jak mówi jedna z białogłów, tylko buty trzeba uszyć samemu, bo o skórę trudno... Jednak wszyscy przybyli na dzisiejszą rycerską imprezę wyposażeni są od stóp do głów w odpowiednie stroje i elementy odzieży. Nawet trunek rycerski wyborny, miód pitny, można dzisiaj nabyć, by popić trud walki...
            Spoczywają rycerze waleczni po turnieju, ja udaję się do ich obozu w obrębie murów zamkowych na dziedzińcu. Ponad dwadzieścia białych płóciennych namiotów, wydają się być stłoczone – refleksja – w XV w. na naszym Zamku ludzie mieszkali na takiej właśnie przestrzeni wewnątrz murów... Jak soczewki czasów mijają mnie żywi ludzie odziani w średniowieczne stroje, na chwile zastygli wzbudzają we mnie chwilowe zwątpienie, czy rzeczywiście tu i teraz żyję tylko w XXI w.? Dziwnie wyglądają z telefonami komórkowymi przy uchu, przez chwilę nie wierzę, że w namiotach mają „normalne” współczesne ubrania, a już na pewno nie w to, że przepaść między mentalnością tamtych czasów a dzisiejszą jest nie do zasypania. Fascynaci, i pasjonaci, hobbyści, którzy dużo inwestują swoich pieniędzy i czasu, by przebrać się i ubrać – w człowieka epoki i kultury średniowiecznej, praktycznie wczuć się, na trzy dni, w rolę rycerza, giermka czy białogłowy ze śnieżną nałęczką na głowie. Dużo czytają, dowiadują się, spotykają i rozmawiają, wymieniają doświadczenia, dla nich to ogromna przygoda. Nasi rycerze z Bractwa dziesięć lat pracowali na to, by w 2003 r. odbył się w Międzyrzeczu pierwszy turniej, żeby ruiny Zamku żyły. Wysiłek opłacił się, międzyrzeccy entuzjaści historii mają sporą grupę przyjaciół, która niecierpliwie co roku oczekuje zaproszenia na turnieje walk rycerskich... My widzowie, na turnieje takie jak ten, też tłumnie przychodzimy, zabieramy dzieci, by wizualnie uczyły się historii, tłumaczymy im, dlaczego hełm jest żelazny a rycerze honorowi.
            Szykowane są armatki, bombardy, celnie strzelające hakownice, broń drzewcowa w stosach stoi, buzdygany, topory. I zaczęło się. 1474 roku Pańskiego, wojska zaciężne Macieja Korwina podeszły pod Międzyrzecz, informuje nas o tym posłaniec królewski. Do obrony czas się sposobić! Huk armat (mimowolnie zatykamy uszy) i gęsty dym spowija gród nasz, do fosy spadają resztki armatnich kul. Las drzewców napastniczych podchodzi pod  bramę, obrońcy z góry zrzucają wrzątek, płonącą smołę i kamienie, z łuków nękają. Odpierane są wściekle ataki, a wycieczki czynione są na zewnątrz, by  spustoszenie i zamęt czynić w obcych szeregach. Bogurodzica zachęca do walki, bowiem w razie przegranej rzeź będzie okrutna, jak to na wstępie rycerz zapowiedział. Oglądamy potyczki rycerstwa, orły nasze na tarczach, sercem jesteśmy z nimi... Cóż jednak, trup ściele się gęsto, polec przyjdzie z  honorem... Pertraktacje - czy pomogą?
            Niestety, historia już się zdarzyła. Zwycięzców okrzyk gardłowy obwieszcza klęskę grodzian międzyrzeckich. Uderzają woje mieczami w swe tarcze, pieśni wojenne zwycięskie śpiewają. Pogrom obrońców się dokonuje, krzyki niewiast, i padli w boju rycerze - na murach, broniący do ostatka swego króla i kasztelana.
            Po walce, po bitwie. Po widowisku. Ale widzowie jeszcze nie chcą odchodzić. W ruch idą teraz aparaty fotograficzne i kamery. A wrodzy sobie dotąd wojownicy udadzą się na basztę zamkową na ucztę. Co w menu? Mój rycerz – przewodnik – mięso, miód pitny i wino. Owoce, chleb i ryby. Na  deser kiełbasa, kaszanka i smalec. – Obiecują sobie – spotkamy się jeszcze na turniejach nie raz i nie pięć razy.
            Sponsorzy zamkowej imprezy: Tomasz Bączkowski, Rajmund Jaroszek, Jacek Grondke, Kazimierz Kraczkowski, Bogusław Janczewski, Robert Wawryniuk, Bogusław i Małgorzata Przybysz, Sebastian Ratajczyk, Piotr Mardinus Kaczmarzyk.
Organizatorzy: Burmistrz Międzyrzecza, MOK, Bractwo Rycerzy Ziemi Międzyrzeckiej, Najemna Rota Strzelcza, Chorągiew Św. Łazarza.


Iwona Wróblak
sierpień 2008

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Podziemia zamkowej bastei – wspaniałe miejsce na koncerty


            Ostatni akord tegorocznej XV edycji Lubuskich Weekendów Gitarowych, organizowanych przez Stowarzyszenie „Lubuski Weekend Gitarowy”. Koncert w podziemiach międzyrzeckiej zamkowej bastei. Architektonicznie prawie doskonała, półokrągła czasza piwnic jednej z dwóch bastei średniowiecznego zamczyska. Ta kameralna salka filharmoniczna zebrała już wiele pochlebnych recenzji od muzyków grających tu koncerty z okazji tzw.  Przedsionków Raju – koncertów lokalnych poprzedzających paradyski Festiwal „Muzyka w Raju”.
            Ostatni w tym roku koncert LWG. Króluje muzyka na gitary klasyczne. Odwiedził nas prof. Marek Zieliński, dyrektor Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej we Wrocławiu, razem ze swoimi dwiema uczennicami: Beatą Atłas i Karoliną Drozd, z których jedna jest tegoroczną absolwentką. Obie  dziewczyny, mimo młodego wieku, zdobyły już wiele nagród, wyróżnień, realizują stypendia artystyczne.
            Koncert gości zaczął się od występów uczniów naszej międzyrzeckiej Państwowej Szkoły Muzycznej I stopnia – Karoliny Środy, Weroniki Nakoniecznej i Tomka Rogali. Krótkie etiudy solo na gitarę, pokaz potencjału artystycznego naszego młodego pokolenia międzyrzeczan.
            Beata Atłas. Kompozycje włoskich współczesnych autorów. Mamy mały wgląd, co teraz się pisze w Europie na gitarę. Trudne warsztatowo utwory, z chwilami starannie zaplanowanej ciszy – ściszenia na owo „pomiędzy” – architektury wykonania utworu, momentami dotknięcia strun. Te  fragmenty ciszy między frazami są jak stopniowanie napięcia, by następnie wyniknąć z nich szmerem koralików zebranych z klejnotów nut. Wyeksponowany jest klimat kulturowej spuścizny łacińskiego kompozytora. Tradycja, wydaje mi się, trącająca o pieśni dawnych truwerów, śródziemnomorski świat gorącej przyrody i serc. Lekkość i gracja, fortepianowa gitara w kopule murów podziemi zamkowych. Zjawiska muzyczne jak  refleksy i pobłyski zdarzeń, motyw powracającego strumienia złożonego z subtelnych tańczących kroplistych strumyków.
            Karolina Drozd. Kompozycje węgierskie. Sonata. Oparta na improwizacjach inspirowanych przez różne gatunki muzyki. „Pieśń Koziorożca”. Abstrakcyjny węgierski teatr muzyczny. Potem improwizacje francuskie osnute na temacie kilku nut, my słuchamy wewnętrznych naszych skojarzeń. Utwór napisany był pierwotnie na fortepian, w takiej aranżacji też brzmi dobrze, a nawet – jak mówi prof. Zieliński, lepiej.
Duet Beata Atlas – Karolina Drozd. Dziewczyny grają ze sobą od jakiegoś czasu – widać tę współpracę między nimi, gitarzystki świetnie się uzupełniają. Mamy w Międzyrzeczu, dzięki działalności Stowarzyszenia „Lubuski Weekend Gitarowy”, wspaniały koncert bardzo młodych muzyków. Gitara to  najczarowniejszy z instrumentów – takie jest motto dnia dzisiejszego…
            Na koniec wysłuchaliśmy krótkiego koncertu w wykonaniu „Trio Fermata”, zespołu złożonego z muzyków – nauczycieli szkół muzycznych: na  gitarę, wiolonczelę i flet.


Iwona Wróblak
czerwiec 2016






środa, 15 czerwca 2016

Roderyk – muzyczna celebracja


            Urokliwy dziedziniec we wnętrzu zabytkowych murów międzyrzeckiego Zamku. Na scenie Zespół „Roderyk” - Alcedo truvera, jak brzmi identyfikujący podtytuł, muzyczna celebracja starodawności. To ukłon, bardzo dworski, w stronę głębokiego średniowiecza pojętego jako kulturowe wtajemniczenie w dawność. Stylowa rytmika została nie zmieniona, jest pielęgnowana, eksponowana jako credo zespołu. Realizuje fragmenty muzycznej szaty historii o kulturze mitów i opowieści.
            Progresywnie rockowy „Roderyk”, aktualizacja. Rock gotyzujący. Formy muzyczne dawne jako inspiracja. Stygmat „Roderyka” to skrzypce (Agniewszka Bączkowska). Także wiolonczela (Katarzyna Krajewska). One nadają ton kompozycjom, który znamy tak bardzo dobrze z wykonań naszego Zespołu „Muzyki Dawnej „Antiquo More”. A  także flety, na których (na dwóch jednocześnie) gra Mariusz Rodziewicz.
Na początek północne skandynawskie sagi w muzycznej odsłonie. Gibka łódź Wikingów (podobny do niej zabytek znajduje się w Muzeum), przypływa nam, z szelestem wody na burtach, przybija abordem muzycznie w odwiedziny. Obca egzotyczna kultura, nomadów, zdobywców, także prężnych kupców – ludów, które zmieniły na dobre, tysiąc lat temu, historię Europy, podobno ustanawiając na tronach tutejszych stolic swoje dynastie… Dzisiaj oglądamy zabytki w postaci grobowców i ich wyposażenia, także resztek umocnień grodowych. W spadku kulturowym mamy stare pogańskie opowieści, tradycje, tak żywe jeszcze w średniowieczu. Dzisiaj pielęgnowane i odtwarzane.
            Krąg kulturowy espaniola, południe Europy i obie Ameryki ulegały temu wzorcowi, jest tropem, który na stale zapisał się w kulturze jako styl i  sposób odczuwania muzyki, styl tańca, i strofy romansowej poezji. Rozpoznawalny bezbłędnie po pierwszych taktach, elementach stroju i choreografii. Wiedźmińskie mityczne czasy, znane z filmowej inscenizacji książki pod tym tytułem. Postać Jaskra, barda, poety towarzyszącego Wiedźminowi, przywołana poprzez pieśń kojarzoną z dawnością etosu wojownika walczącego z chaosem natury, smoczymi stworami zamieszkującymi bagna i  chtoniczne obszary naszej jaźni… Brutalna i samotna walka o przeżycie, i polityka nieodłączna również tamtym, czyli wszelkim, czasom. Czasom herosów. Wszystko jest zatem mitem, lub nim będzie, co się zdarzyło lub zdarzy, bo z tego typu czasem mitycznym mamy do czynienia w Historii jako opowieści o człowieku. A muzyka grana przez „Roderyka” (postać historyczna) jest jego konstruktem.
            Był czas wielorybników, którzy na morzach i oceanach walczyli z tymi ogromnymi morskimi zwierzętami, czas ciężkiej pracy marynarza, której jeszcze wtedy tak nie wspomagała technika. Wielorybnicze szanty, powiew oceanicznej bryzy, okres tworzenia się wielkich fortun i… trzebienia tego gatunku. Zostały po nim morskie pieśni twardych ludzi z ubiegłego stulecia, pionierów zdobywania akwenów morskich.
            Bazczasowa jest zawsze natura. Świat ptasiego gatunku zimorodka. Urokliwy utwór jak barwne ptasie pióra, piękno samoistne i niczemu nie służące. Dawne dzieje Bolesławowego naszego kraju królewskiego – te mury są naocznymi świadkami. Jedna z pieśni bojowych – jak ją sobie wyobrażamy. Krzywousty był nieulękłym wojem, zaprawionym w bitwach, w których brał udział osobiście – taka była średniowieczna konwencja. Słuchajmy, jak mogła brzmieć w ustach wojów Bolesławowych, śpiewających o swej piastowskiej chwale, o łupach i spodziewanym zwycięstwie, w  ofensywie królewskiej na północ. To czasy świetności naszego kraju, wtedy europejskiego prawie mocarstwa, z którym liczył się cesarz niemiecki.
            Anglosaskie motywy na podstawie znanego serialu o lasach Sherwood i szlachcicu Robin Hoodzie. Klimat średniowiecznej Anglii i walk o  sukcesje dynastyczne. Podwójne skojarzenie, bo mamy ten nasz Sherwood, muzyczny… regionalna międzyrzecka historia pokoleniowa o muzycznych fascynacjach grupy ludzi grających dla swoich przyjaciół. Wzorowali (półserio) się na tym etosie samotniczej walki z siłami komunistycznego wtedy bezwładu kulturalnego (także). Sherwoodowy romantyzm jest wspólny, tylko nasz - bliższy, i regionalny. Emeralda jest utworem o miłości – to język uniwersalny, przez to także wpisuje się w ars poetykę „Roderyka”. Wsłuchuję się w tę muzyczną miłość, co jest silnie umocowana we frazach i tonacjach. W czasie dawnym, co nie kończy się, i dzisiaj też jesteśmy w sposób podobny „dawni” (i bardzo dobrze), i będziemy takimi nadal (mam nadzieję). Konstrukcja muzyczna piękna w prostocie, jak ludzie, którzy kochają innych.
            Jest amerykański Dziki Zachód i aktor filmowy - Clint Eastwood, symbol kowbojskiej legendy o pionierach, uosobionej w postaci porażającego flegmatycznym spokojem męskiego faceta w tych wtedy bardzo niespokojnych czasach, który wie, co sądzić o życiu. Na którym można polegać – bo to  jest wielki (też wzrostem…) i silny mężczyzna... Amerykański heros prerii i miasteczek na Zachodzie Stanów Zjednoczonych.
            Koncert Zespołu „Roderyk” - skład: Agnieszka Bączkowska - skrzypce, śpiew, Tomasz Tomasik - gitary, mandolina, śpiew, Mariusz Rodziewicz - flety, gitara, śpiew, Dawid Leszczyk - bębny, instrumenty perkusyjne, Adrian Nejman - bass, śpiew, Katarzyna Krajewska - wiolonczela - był ostatnim akcentem dwudniowych imprez na  naszym międzyrzeckim Zamku. 
Od południa trwały występy i prezentacje. Zespół Taneczny „Trans”, Chór Dziecięcy „Piccolo”, Klub Tańca Towarzyskiego „Fan Dance”, wokaliści ze Studia Piosenki z Międzyrzeckiego Ośrodka Kultury, Międzyrzecki Chór Kameralny, dziewczyny z zespołu Harcerskiego z 12 Drużyny Starszoharcerskiej „Ogień”, Studio Tańca „Gold”. Na dziedzińcu rozłożyły się stoiska rękodzielnicze, m.in. Haliny Iwanowskiej, Zofii Janiszewskiej  i Edyty Dubojskiej. Rzeźba w drewnie Jarosława Ćwiertni ze Starego Dworku. Na łące piękne wierzchowe konie ze  stajni Kuźnik Joanny Stawasz, o imionach: Browar, Pandora, Cypra, Ikona, jak mówią o nich jeźdźcy – każde ze zwierząt ma inny charakter. Służą też do  hipoterapii.
Dużo atrakcji.
            U stóp Zamku, na łączce nad Obrą, w wiosce rycerskiej naszego Bractwa Rycerzy Ziemi Międzyrzeckiej pokazy średniowiecznego rzemiosła. W  wiklinowym koszu, obok kołowrotka, świeżo strzyżona wełna z owiec (gatunki tych zwierząt w średniowieczu: merynosy, wrzosówki, świniarki, czarnogłówki, owce irlandzkie, gotlandzkie), jeszcze przed barwieniem. Zanim średniowieczne prządki mogły ją nanizać na wrzeciona, trzeba było zwierzę ostrzyc, strzyżę obrać i posegregować, odrzucić włosy ościste, a miękkie wyprać i oczyścić – najpewniej w rzece, może naszej Obrze… Potem trzeba surowiec wyczesać, i powstanie tzw. czesanka. Prządka nam prezentuje, jak trzeba naciskać pedał kołowrotka, by sprawnie praca szła – wyciągać z  kłęba nitkę, nie jest to takie proste… Trzeba ją zdjąć potem ze szpuli, przewinąć na motowidło (mamy takie w Muzeum), zblokować (czyli zmoczyć, by  się nie skręcało) i po wysuszeniu zasnuć na snowadle. Po tym dopiero zakłada się przędzę na krosno. Tka ubrania – np. kaptur dla rycerza. Praca ciężka, od nawijania wełny mogą krwawić opuszki palców, w średniowieczu zajmowali się nią wszyscy, także dzieci. Obok przy namiocie jest wybijana dla zwiedzających okolicznościowa moneta naszego Bractwa, na wzór średniowiecznej, z napisem stosownym do organizowanych przez Bractwo Turniejów Rycerskich o Szarfę Pani z Jeziora. Z dostępnych w dniu dzisiejszym rozrywek - można też pozwolić się zakuć w dyby…
            Rycerskie rzemiosła. Pracuje mała kuźnia. Kowadło, obok cebrzyk z wodą do schładzania pracującego metalu, i mistrz kowalski. Średniowieczne kuźnie były poruszane miechem, ta jest późniejsza, na pedał. Jako paliwa używano najprawdopodobniej węgla drzewnego. Zbroje wymagały metalu wysokiej jakości, im cieńsze, tym były bardziej odporne na ciosy. Nieco dalej łucznicze nauki strzelania na angielskim łuku – wzór wzięty jest z broni XIII  w. Czesław Mejza, nasz puszkarz, ze średniowiecznej hakownicy oddał kilka pokazowych (bardzo głośnych) wystrzałów. Koścień to broń ciężka, składa się z trzech żelaznych kul na łańcuchu, siała postrach w rękach sprawnego woja. Mamy kolekcję akcesoriów rycerskich i mieczy: półtoraręcznego i innych, jest berdysz (broń drzewcowa dla oddziałów pieszych), charakterystyczny hełm kapalin. Przez kilka godzin zobaczyliśmy wiele pokazów walki rycerskiej. To już jest zarejestrowany sport. Walki średniowieczne, bohurty, obecnie odbywają się w różnych miastach Europy. Jest ustanowiona międzynarodowa Liga tych potyczek.


Iwona Wróblak
czerwiec 2016


















poniedziałek, 23 maja 2016

Murów Zamku zdobywanie…


            Stało się to Onego roku, za przyzwoleniem dyrektora muzeum, pracą i determinacją Bractwa Rycerzy Ziemi Międzyrzeckiej – otworzyła się nisza Czasu i po raz któryś uczestniczyliśmy w wydarzeniach sprzed wieków.
Panny, dziewice i niewiasty, stateczne białogłowy wraz ze swymi mężami, rycerze i giermkowie przechadzali się po naszym mieście zaświadczając, że  Ony czas nastąpi wkrótce. Który potężniał i wzmagał się, rykiem bombard i hakownic, aż pospólstwo musiało dobrze uszy zatykać, a dziatwa przerażona do spódnic matczynych poczęła się lgnąć (sama widziałam). Nic nie pomogło, oblężenie Zamku nastąpiło.
Czarny oddział rycerzy, z pikami, wymaszerował z Zamku, w szyku bojowym. Odsuwała widzów poza obszar rażenia obsługa armat w czerwonych kubrakach. Za chwilę i ciężkozbrojni w błyszczących w słońcu hełmach wyszli godnie krocząc, by zdjęcie gawiedź mogła im zrobić. Na murach gotowała się do obrony obrońców garstka, by powstrzymać groźne watahy Korwina Węgierskiego. Czas się wypełnił, nastał znowu 1474 r. pamiętny dla grodu. Jak  mówił nam głos potężny wydobyty z dobrych głośników i mroków czasów, zdarzyło się to latem. Niespokojny to był czas. Kruk czarny przekroczył granice polskie i Stefan Zapoyla stanął pod murami twierdzy międzyrzeckiej. Miasto już spłonęło i kościół…
            Łucznicy rażą strzałami z murów, dym z prochów nad mostem zwodzonym się kładzie gęsty, kanonada z obydwu stron, widzowie patrzą. A w  wielkiej liczbie są. Ci młodsi mają własne mieczyki i tarcze, srodzy z nich wyrosną obrońcy i wojownicy za macież naszą…  Bogurodzica brzmi. Rzucane do walki są nowe oddziały, bohaterstwo ich wielkie. Mieszczanie pomagają, ale klęska musi się ziścić jak onegdaj się stało. Zdrada. Krzyki konających.
Wyrwa czasu. Uczestnictwo nasze w niej, a zbrojni zabici i ocaleli poszli na kwartę piwa (zapewne).
Obóz rycerski liczny w tym roku. Białe namioty rozstawione na dziedzińcu zamkowym. Na murach proporce z bawołem. Przybyli rycerze z Raben – Baner z Niemiec, bractwa ze Szczecina, Starogardu Szczecińskiego, Gostynia, Słupska, Opola, Gorzowa, Koszalin, Okonek, Buszyna. Około 130 osób. Obozu strzegą halabardnicy.
Na Zamku po bitwie gorącej "chlebuś, smalczyk i ogóras", w "garncu kamiennym miód pitny", jak czytam na starożytnym napisie. Karczma "Pod  Flakiem od Kurlika" zaprasza (Kurlika czyli koguta – pana kury, jak tłumaczy mi jeden z giermków).
Krzątająca się wokół statków kuchennych dziewczyna o celtyckiej urodzie, z długimi rudymi warkoczami, tatuś z kilkuletnim synkiem, oboje w strojach z  epoki. Dziecko ma przypasany wokół bioder mieczyk. Na stoiskach opończe, tarcze, łuki, kusze i wszelka biała broń, nawet korony królewskie. Strojne suknie i toczki na głowę. Na stół kielichy bogate, można potrzymać w ręku a i kupić, jak kto ma tyle wsi na zbyciu... Anna Dąbek z grodu krzyżackiego szyje suknie z lnu, wełny i aksamitu.
            Większy namiot stoi na placu przed Zamkiem, w otoczeniu figur Pięciu Braci Międzyrzeckich. Wystąpi Grupa Roderyka. Flet, gitara klasyczna i  inne instrumenty. Pieśni dawne powtarzane przez bardów i grajków, klimat opowieści powtarzanych z ust do ust, o bohaterach i zdarzeniach.
            Wiele jeszcze rzeczy się działo, jak rycerze gościli na Zamku międzyrzeckim. Turnieje łucznicze, potyczki, koncerty. I będzie tak znowu za rok.


Iwona Wróblak
lipiec 2010

niedziela, 27 marca 2016

Nie zdobyty tym razem Zamek nasz....


            I była bitwa, z mnóstwem rycerzy, ktorym białogłowy przed wielkimi szrankami miód w dzbankach podawały, piwo czy wodę dobrą, aby w upale siły mężowie zachowali, do chwały rodu przyczyniając się, i do obrony grodu naszego między rzekami leżącego. Huku z bombard było dość, sześć ich stało przed mostem (onegdaj) zwodzonym, aż gorące powietrze owiewało gawiedź patrzącą, której dużo onego sobotniego popołudnia zebrało się na  dziedzińcu zamkowym.
            Gdy bitewna pieśń epos o chwale i krwi z basteji rozbrzmiewała "bo wszyscy mężni pójdą razem z nami", życie podgrodzia toczyło się jak co  dzień. Pod namiotami rozbitymi na dziedzińcu przy ognisku kawę arabską w tygielkach parzyła niewiasta czeska, z cynamonem, kardamonem, imbirem, bardzo słodką wonną i gorącą dla znaczniejszych ichmościów. Mężatki i panny w sukniach, z podwikami na szyji, z paskami u boku z sakwą krzątały się  przy ognisku, strawę szykując na biesiadę wieczorną. Rycerze kurty herbowe nakładali na świetne swoje zbroje a giermkowie pomagali im w tym ważnym zajęciu, po czym z synami swymi rycerze rozprawiali, też ubranymi godnie i sposobiącymi się w przyszłości do równie chwalebnych czynów.
            Mieczów i zbroi u nas w Międzyrzeczu był dostatek tego dnia. Nie tylko rycerze chodzili w błyszczących zbrojach  na przyszywanice nałożonych, kupić można było dla dziatwy małe tarcze i mieczyki, a łuki też i kusze, stroje przeróżne książęce i królewskie, też chleb z piekarni przaśny (Chłopska Masarnia Wiejska Piekarnia Bukowina Bobrzańska). Kiedy już kupili wszyscy zagrzmiał Zamek strzałem z armaty, przypomniał o dawnych swych dziejach. O bujnym życiu, krwi przelewanej tu, w warowni nadgranicznej często, i emocjach ludzkich zaklętych na zawsze w starych cegłach, w które wsiąkły jak w oko czasu, trwające w eonach chwil. Ciężko brzmiały na dziedzińcu zamkowym kroki zbrojnych, wymaszerowała jak ongiś w 1474 r., w  niespokojnym czasie po krzyżackich wojnach dopiero co wygasłych, drużyna wojów, w przyłbicach spuszczonych, w zbrojach lśniących w słońcu. Węgierski najeźdźca podszedł pod grube mury, sławetne Czarne Diabły, spustoszenie, śmierc i żałobę czyniące wtedy na połaciach wielkopolskiego kraju. Zapoyla może był między nimi, okrutny namiestnik swego króla Macieja Korwina Czarnym Krukiem zwanego, w każdym razie na przeciw nim wyruszyła druga drużyna, obrońcy naszego grodu, kolorowo ubrani rycerze z godłami rodów okolicznych i pierwsza potyczka między nimi była. Patrzyli na to  dzisiejsi międzyrzeczanie, praszczurów swoich widząc, ukontentowani, że ich z bliska mogą oglądać do woli. Jak posąg stoi rycerz dumnie sztandar grodu dzierżąc, by wszyscy widzieli, kto jest mężny i dzielny i czeka na podstępnego wroga. Albowiem nikt, jak mówi dziejopis, tej nocy przed szturmem oka  nie zmrużył czekając, tamta bezsenność i dzisiaj wisiała w powietrzu napięciem i oczekiwaniem, lekcją historii najbardziej skuteczną, żywą jak ludzie, którzy własnym kosztem szyją stroje, robią tarcze i miecze, z szacunku dla historii.
            Bogurodzica zabrzmiała, bo Mazurka jeszcze wtedy nie było, gromkim głosem, wtórował jej szczęk mieczy i świst strzał pierzastych, na moście rozgorzały zażarte walki na śmierć, i nikt nie wierzył w klęskę zapisaną już w Historii. Nie stała się też zamysłem autorów scenariusza, chociaż prawdę wszyscy znają. Padali rycerze i obrońcy, dymu było dużo i swądu prochu. I Pochód szedł za chwilę, wszystkich postaci, ktore dawno umarły, choć być  może nie całkiem, uczestników Dnia, kiedy Zamek przypomniał o sobie.
            Trzy dni gościliśmy rycerzy z Leszna, Gostynia, Płocka, Brwinowa, Krakowa, Szczecina, z Trampe pod Berlinem w Niemczech i naszych oczywiście międzyrzeckich wojów. Mieszkali na dziedzincu zamkowym, zabawiali nas licznymi konkursami, pokazami walk, odpowiadali na pytania ciekawskiej gawiedzi. Wielki piknik historyczny. Wielkie podziękowania dla naszego Bractwa Rycerzy Ziemi Międzyrzeckiej za zorganizowanie imprezy.

Iwona Wróblak

sierpień 2011

czwartek, 11 lutego 2016

Bitwa o Zamek


            Zamek znowu zatętnił życiem, za sprawą naszych rycerzy z Bractwa Rycerzy Ziemi Międzyrzeckiej, którzy organizują co roku inscenizacje zdobywania naszego grodu przez Macieja Korwina w 1474 r. Nie przeszkodził mecz Polska - Grecja, jeszcze przed końcówką na dziedzińcu zamkowym zebrała się duża grupa wiernych fanów corocznych przedstawień zamkowych. Jak magnes przyciągała obecność fascynatów historią średniowieczną, przebranych w stylowe stroje z epoki. Wzorce do nich czerpią ze starych rycin, z opisów historycznych, rozmowa z nimi jest czystą lekcją poznawczą. Stroje można dotknąć, przez dwa dni krążą w nich po mieście jak karty żywcem wyjęte z podręcznika historii.
Dzięki zaangażowaniu naszych międzyrzeckich rycerzy piastowski zamek przyciąga wielu turystów, którzy przyjeżdżają do Międzyrzecza specjalnie na Turniej Szarfy Pani Jeziora. Rycerze mają stronę internetową, to gotowy produkt turystyczny, który aż się prosi, by go sprzedać…
Bohurt. To grupowa walka. Za murami zamkowymi na polanie sceneria jak za czasów historycznych. Zapach ściółki leśnej. Kropiący deszcz i  ciężkie chmury na niebie nikogo nie odstraszają. Obra blisko, szczupłość miejsca do walki daje nam pojęcie o realiach rzeczywistej sceny, która prawie na  pewno rozgrywała się kiedyś na tej piędzi ziemi.  Powietrze jest ciężkie od zdarzeń z przeszłości, krwawych doświadczeń, które tutaj się rozgrywały, ich  wspomnień w kropelkach rosy. Zamek to miejsce cenne, cegły i kamienie są rzetelnymi świadkami. Pielęgnujemy te wspomnienia dokładnymi kopiami strojów, mieczy, sprzętów, jakie przywożą ze sobą co roku uczestnicy historycznego pikniku. Przyzwyczajeni do szerokich ulic małymi krokami przemierzamy szczupły obszarowo teren dziedzińca zamkowego, wnętrze murów, gdzie stacjonowała załoga warownego grodu. Historia tutaj przemawia do nas – ustami jej fascynatów, którzy dla nas zmagają się na miecze i topory. Nie tylko czynią to dla turystów – moim zadaniem za mało są tak  wykorzystywani – oddają się swojej pasji (można by połączyć jedno z drugim…).
Bohurt. Przedtem zawody łucznicze. Szczęk mieczy o tarcze, miarowy – możemy nie tylko o nim przeczytać w kronikach, dzisiaj go słyszymy. Huk  bombardy – średniowiecznego działa, zapach prochu. Opowiedzą nam, jak się nosi średniowieczne własnoręcznie uszyte stroje i buty, suknie długie w jaki sposób z elegancją się unosi nad ziemią, by nie przeszkadzały w chodzeniu. Możemy dotknąć replik dawnych misek i widelców – istnieje już mały przemysł je produkujący - dla miłośników historii i grup rekonstrukcyjnych.  Moda na historię, moda na wiedzę o historii. Na wiedzę, skąd jesteśmy i kim  byli, jacy byli nasi praszczurowie…
Nazajutrz walka o Zamek. Widzowie nie zawodzą. Trzeba się postarać, żeby znaleźć miejsce, skąd będzie dużo widać. Filmujący i robiący zdjęcia wdrapują się na grube mury bastei. To punkt widzenia obrońców grodu. Zdarzyło się to latem – tak jak teraz – roku Pańskiego 1474 … Dym z hakownic zasnuwa powietrze, proch drażni nozdrza. Ciężkie kroki rycerzy odzianych w zbroje, tarcze z orłami. Powiewa sztandar Bractwa Rycerzy Ziemi Międzyrzeckiej. To dzisiaj ich zamek, obrońców i strażników historycznej spuścizny naszej ziemi. Rozmawiam z panem Januszem Gruszkowskim z  Bractwa Rycerskiego Ziemi Bobrzańsko – Nadodrzańskiej – XIII w. namiestnikiem Chorągwi Łużyckiej. Przyjechał do Międzyrzecza na rekonesans. Razem z innymi członkami Bractwa wziął udział w bitwie. Obiecuje, że w przyszłym roku zostanie dzień dłużej i opowie wiele ciekawych rzeczy o XIII  wieku. A wiedzę ma imponującą. Na przykład o strzelaniu z łuku.
Ostatni akt to walka wielkich rycerzy z całkiem małymi, chociaż też bardzo dzielnymi. Przygotowano małe zupełnie nieostre mieczyki. Nasi  rycerze wspaniale odegrali swoje role pokonanych w zaciętej walce. Ucztę mieli fotoreporterzy. Pokonać Rycerza w zbroi to nie lada wyczyn, wspaniale nadaje się do rodzinnej kroniki. I będzie o czym kolegom i koleżankom z przedszkola opowiadać.


Iwona Wróblak
lipiec 2012 

czwartek, 7 stycznia 2016

Trzej Królowie zawitali na nasz Zamek…

            Podobnie jak w poprzednim roku Trzech strojnych Króli z orszakami zawitało na nasz, zmrożony i ośnieżony, Zamek królewski. Publiczność dopisała, mimo padającego nieprzerwanie drobnego śniegu na widowisko przyszło wielu ludzi, z rodzinami.
            Orszaki Trzech Króli wyruszyły z Sanktuarium Pierwszych Męczenników Polski, z kościoła p.w. Św. Jana Chrzciciela i kościoła p.w. św.  Wojciecha. Barwne korowody spotkały się na dziedzińcu zamkowym.
            Sceneria na podwórcu zamku była piękna, biała. Na proscenium balet ogniowy jako dopełnienie widowiska, w wykonaniu naszej grupy „Bombastic” z Bukowca. W ciekawych artystycznych układach, w scenach Dobra i Zła, temat ognia jest uniwersalny… Jako symbol pokus – nieustającej walki egzystencjalnych mocy w człowieku. Moralitet aktualny w czasach współczesnych jak najbardziej.
            Herod i jego małżonka (Hania Bełz), postaci zagrane bardzo sugestywnie. Młodzi dziecięcy aktorzy, ze Szkoły Podstawowej nr 2, którzy jak co roku wczuli się w role. Król Herod (Jakub Radkiewicz), górujący nad człowieczą ciżbą na tronie w podwyższeniu we wnęce dostojnych murów Zamku. Doskonale znający kulisy sprawowania Władzy, i przewidujący cenę, jaką mu przyjdzie zapłacić za jej sprawowanie. Jego złe myśli to diabły i chochliki, które realizują jego  podświadome pragnienia, będące – zdaje mu się – konsekwencją miejsca, jakie zajmuje w hierarchii społecznej. Dworzanie (Jakub Kowalski, Jakub Litwin) są diabłami, narzędziami zbrodni, która stanie się udziałem człowieka na tronie. Ale Historia musi się wypełnić… Świadkiem Historii, jej Spektaklu, jest chorał złożony z aktorów dziecięcych (aniołów), i publiczność przyglądająca się Wielkiemu Zdarzeniu, śpiewająca razem z aktorami (Julia Dajworska, Bartosz Zimniewicz) kolędy. Ostatnim etapem tej symbolicznej wędrówki po mieście, prowadzonej przez harcerzy niosących Gwiazdę, będzie msza św. w kościele św. Jana, w scenerii Ołtarza i wspaniałej świątecznej Szopki.
            Jest w tej historii człowieczej jednak miejsce dla trzech mędrców, którzy przybywają pokłonić się dobru. Etykieta wymaga wniesienia darów dla  Boga człowieka. Mędrcy rozpoznają Go w niemowlęciu, przeszli długą drogę z krańców świata, by pokłonić się mądrości dziejowej. Kolejnym etapom dorastania człowieka do roli, jaką powinien, z racji posiadania umysłu, pełnić w przyrodzie. W swojej dla niej służbie.


Iwona Wróblak
styczeń 2016





środa, 9 grudnia 2015

Biegać każdy może

            Sobotnie słoneczne grudniowe przedpołudnie. Na Zamku zbiórka uczestników Biegu Piastowskiego. Piękny zamek piastowski skrzy się w słońcu, schodzą się fani biegania. Michał  – aura jest elegacka… Michał Kubik (sekretarz Stowarzyszenia Klubu Biegacza „Piast”) od kilku dni na Facebooku zapraszał do wspólnej zabawy w sport biegowy. Prawie wszyscy obecni mają odpowiednie odzienie, buty biegowe (teraz sprzęt można dostać w sklepach sportowych bez problemu), na głowie (jest grudzień) czapki lub opaski – powstrzymują ściekający pot. Sportowiec dba o swoje zdrowie, o zatoki.
            Biegać każdy może – żeby było razem weselej – najlepiej z międzyrzeckim Klubem Biegacza „Piast”.  To jest nawet trendy, może u nas w  Międzyrzeczu też będzie?... Mamy piękne plenery na ziemi naszej międzyrzeckiej, do oglądania – podążając drobnym truchtem – zabytki takie jak Zamek piastowski nasz, perełka lokalna i nie tylko on, także piękne inne obiekty, wybrane okazy flory. Mamy – ma Klub Biegacza – wykwalifikowanych zawodowych szkoleniowców, społecznych pasjonatów, także biegających, którzy doradzą, jak utrzymać formę i, uprawiając sport, dobrze się bawić: Zbigniewa Kolisa (prezes stowarzyszenia) i Krzysztofa Kochana (wice prezes).
            Klub Biegacza znany jest z corocznych Biegów Sylwestrowych (31.grudnia start o 15.00). To jest Bieg piastowski. Nazwa pochodzi od zamku, gdzie się zaczyna, od trasy biegu wokół zabytku. Biegnie wzdłuż Obry, bulwarem Jana Pawła II do stadionu, gdzie zaplanowano dzisiaj Test Coopera. W  ciągu całego roku biegacze spotykają się w każdą niedzielę o 9.00., by razem biegać w kierunku Gorzycy. Uczestniczy około 10-15 osób. Zapraszają chętnych, wiek czy płeć nie gra roli.
            Rozgrzewka przed biegiem. Powinna trwać do około pół godziny. Trzeba rozgrzać mięśnie. Przed Testem Coopera zalecane są ćwiczenia trwające kilka tygodni. Następny test sprawdzający kondycję planowany jest w marcu. Jest czas się potrenować…
            Test Coopera opracowano w 1968 r. przez dra Kennetha H. Coopera, który pierwotnie miał służyć do celów szkoleniowych w armii USA. 
            Test Coopera to jedna z prób wysiłkowych, którą przeprowadza się na stadionie. Jest prosta, nie wymaga oprzyrządowania. Wystarczą buty i  stoper. Mamy w Międzyrzeczu piękny stadion z bieżnią 400. metrową. Jak trenować przed Testem Coopera? Celem jest, jak wspomniałam, pokonanie jak  największego dystansu w ciągu 12.minut. Zalecane jest trzymanie równomiernego tempa biegu, stabilizowanie rytmu biegania. Każdy biegnie w swoim tempie. 12 minut na wytrzymałość. Specjalne tabele określają normę wysiłkową dla danego wieku i płci. Inne są oczywiście normy dla sportowców wyczynowych, inne dla amatorów. Tempo biegu, w miarę równe, zwiększa się z każdą minutą, pod koniec czasu (12 minut) przyspiesza się. Osoby po  35.roku życia powinny przedtem wykonać badanie lekarskie. Test mogą zaliczać osoby od 13.roku życia, także rekreacyjnie. Początkujący, jeśli nie  wystarcza im sił, mogą przez część dystansu maszerować. Zaleca się na 4-6 tygodni przed testem przejść cykl zajęć biegowych (3 razy na tydzień). Odpowiednie tabele, dostępne w Internecie, określą stan kondycji (średnia, zła, bardzo zła) według norm wiekowych i płci. Oprócz biegania również pływanie odbywa się w formie testu Coopera.          
            Panowie Kolis i Kochan ze stoperami czuwają na bieżni. Mierzą zawodnikom czas po każdym pokonanym kółku, 400. metrach bieżni.
            Już po 7. minutach widać, kto biega na co dzień, a kto nie bardzo… Można taki stan rzeczy zawsze naprawić. Bieganie nie ma ograniczeń wiekowych. Dzisiaj biegacze są w podobnej grupie wiekowej, około 19-41 lat, to ci najodważniejsi, którzy przyszli. Liczymy, że rozbiegają Międzyrzecz.
            Biega się, by zachować równowagę zdrowotną organizmu. Test Coopera jest bardzo ważny w szkołach, znajduje się w podstawie programowej z  wychowania fizycznego. Dotyczy szkół podstawowych, gimnazjalnych i średnich zawodowych. Uczy się dzieci, jak wykonywać ćwiczenia fizyczne. Będą, powinny, stać się potem tzw. sportami całego życia.
            Nauka prawidłowego wykonywania ćwiczeń fizycznych ma, zdaniem Kolisa, taką samą wartość jak – nauka czytania i pisania. Test Coopera jest  prostym sprawdzianem tej jednej z podstawowych umiejętności.  Wdrażanie nawyku aktywności fizycznej powinno odbywać się w przede wszystkim w  szkołach – bo w innych miejscach, w domu, na podwórku, nie ma na to miejsca i odpowiednich przyrządów.  
            Także małe dzieci w klasach 1-3 objęte powinny być wychowaniem fizycznym i edukacją zdrowotną. Marszobiegami co najmniej 15.  minutowymi, zestawem najprostszych ćwiczeń, które powinny umieć wykonać. Posiadać umiejętności posługiwania się piłką, jazdy na rowerze, wrotkach. Ważne jest, by fizyczna samoakceptacja dziecka  była ugruntowana znajomością zachowania się w sytuacjach zwycięstwa i radzenia sobie z porażkami, w  miarę swoich możliwości. Wychowanie fizyczne jest nauką dbałości o higienę i prawidłowe odżywianie, o swoje bezpieczeństwo w trakcie zabaw ruchowych, troski o zachowanie właściwej postawy w ławce. Znajomością zasad bezpiecznej aktywności fizycznej, które kształtować będą obyczaj i  nawyki aktywności fizycznej i troski o zdrowie przez całe życie. Szczególnie zalecane są zajęcia ruchowe na powietrzu.


Iwona Wróblak
grudzień 2015





piątek, 7 sierpnia 2015

Na dziedzińcu zamkowym czad… Das Moon i
Tesla Power 

            Miejmy nadzieję, że to się zadzieje! Bo dlaczego by nie??. Że za rok ZNOWU SIĘ TO ZADZIEJE.
Pomysłodawcy fajnego projektu: Tomasz Markiewicz, Rafał Pawelczak, Rafał Bączkowski i Grzegorz Spławski. Czterech sprawiedliwych w mieście Międzyrzecz. Nagłośnienie – Międzyrzecki Ośrodek Kultury, impreza organizowana za zgodą gospodarza, dyrektora Muzeum Międzyrzeckiego - Zamek należy do kompleksu muzealnego.
Obecny na koncercie burmistrz Remigiusz Lorenz mówi mi, że, jeszcze jako wicestarosta, remontował te mury, po to żeby żyły, żeby zaczęło do nich wracać życie. Aby tutaj odbywały się imprezy kulturalne i koncerty. Dzisiejsza impreza na Zamku jest pod jego patronatem, nie tylko symbolicznym. Pan  Lorenz jest zaangażowany osobiście w to przedsięwzięcie. Teraz rozmawia z pomysłodawcami, muzykami, liczą na jego wsparcie w następnych latach.
„Das Moon” to na pewno ambitna muzyka. Fani zespołu opowiadają mi, że wypełnia ona niszę. Jest współczesna i czerpie obficie z inspiracji czołowych industrialnych zespołów europejskich. Das Moon już długo gra na scenach. Rośnie młode pokolenie fanów, ludzie przyjaźnią ze sobą, towarzyszą zespołowi w koncertach. Rozmawiam z  Bodkiem z Olsztyna, jest ze swoim nieodłącznym aparatem fotograficznym. Wie wszystko o Das Moon, zna płyty, nagrania, muzyków. Zespół rozpisał konkurs na fotografie koncertowe…
            Rafał Pawelczak dwoił się i wielokrotnił na facebookach, spraszał ludzi zewsząd. Ogólnofacebookowa akcja objęła Londyn, Berlin, Warszawę, Gdańsk, Zieloną Górę, Poznań, Gorzów, Szczecin, Olsztyn (500 km) etc., marketing super lokalnie patriotyczny. 1200 osób zaproszonych, co to znaczy umieć korzystać z Internetu! Bardzo pomocnego narzędzia w kontaktach międzyludzkich. Pomagali mu (międzyrzeccy) koledzy z Bolkowskiego Castle Party, grupy fanów muzyki gotyckiej. Żeby się DZIAŁO, ludzie byli zadowoleni, restauratorzy i hotelarze zarobili, młoda emigracja wróciła… chociaż na  koncert. MOŻNA TO ZROBIĆ bez dużych pieniędzy. Przegnać chmurę deszczową nad dziedzińcem czarnymi balonikami. Opublikować w Internecie plan dojazdu na imprezę i do miejsc parkingowych. Można zrobić dużo rzeczy, jak się chce. W sieci swoich znajomych i ich znajomych, koła rozrastającego się falami od centrum jak dobra plotka.
Zadziałało. Zamek się zamrowił od fanów i nie tylko fanów. Castle Party na Zamku Międzyrzeckim. Widziałam tam ludzi, którzy na pewno na co  dzień nie słuchają takiej muzyki, przyszli z ciekawości, bo się działo coś nowego w naszym mieście. Bo są młodzi duchem. Tym samym impreza się udała.
Tomasz Markiewicz, na moje pytanie, dlaczego tu na Zamku – czy jest jakieś lepsze miejsce w tym mieście? Chcą, żeby to było cykliczne, bo Międzyrzecz na to zasługuje. Jest dobrze skomunikowany z resztą świata, na styku głównych dróg ekspresowych „Das Moon” ze sceny mówi, że też chce tu  przyjechać znowu, nie tylko do Klubu Muzycznego „Kwinto”, gdzie grali dwa razy. Podoba im się Zamek. Paweł Piotrowski (realizator dźwięku z „Das Moon”) lubi plenery. Lubi cegłę murów i otwarte niebo bez dachu (który tłumi dźwięk). Podoba mu się, jako dźwiękowcowi, architektura tego piastowskiego amfiteatru. Jest  pełen podziwu dla naszych ludzi, bo rzadko zdarzają się koncerty w takich miejscach – historycznych, objętych przez to szczególnym nadzorem konserwatorskim. To jest bardzo dobra impreza – mówi. No i klimat, nie tylko wiosenny majowy, także jako część nastroju Klubu Muzycznego „Kwinto”, klimatu dobrej odprężającej zabawy.
            Urodziło się to w ich głowach, ten pomysł na zamkowy koncert, na corocznych muzycznych spotkaniach fanów muzyki gotyckiej w Bolkowie, gdzie bywają jako grupa Castle Party. Podobno widzieli, jak w Bolkowie okoliczne babcie sprzedają fanom swojskie pierogi, czemu by u nas nie?? Na  pewno umiemy je lepić, biznes zakwitnie. MY mamy równie ładny Zamek, piastowski, za zachowanymi murami. I najważniejsze – młodych duchem ludzi. Na czele, jak mówią Tomasz, Rafał i Grzegorz, fani i występujący muzycy, z przychylnym inicjatywom i twórczym przedsięwzięciom nowym burmistrzem.
Już kwitnie gastronomiczno-hotelarska współpraca z „Neo”, „Duetem” (były dla koncertowiczów rabaty), „Piastowską”, goście nocowali u nas w mieście do poniedziałku. W Klubie Muzycznym „Kwinto” zaplanowano After party – do świtu.
            Energetyczny „Tesla Power” na scenie, rozgrzewa widownię. Mocne uderzenie. Przedsmak tego, co będzie za kilka chwil. Tłumy ludzi przychodzą na dziedziniec zamkowy. Scena ładnie się wkomponowała w mury, jest na miejscu, gdzie stał kiedyś główny budynek, rezydencja władców… „Tesla Power” ze sceny, do słuchaczy – zróbcie tak, żeby za rok było tu podobnie… Moc słynnego inżyniera wynalazcy…
Monika z Londynu specjalnie przyjechała na koncert Das Moon. Już stamtąd, jak mówi, wspierała organizatorów jak mogła, więc nie miało prawa jej  dzisiaj w Międzyrzeczu zabraknąć. Przed wyjazdem do Anglii mieszkała tutaj. Lubi industrial i Międzyrzecz, tu się urodziła.
Jest wiele takich opinii. Że nareszcie coś się dzieje, zaczyna się promować miasto. Międzyrzecz – miasto ludzi młodych…
 Pan Remigiusz Lorenz był na koncertach „Das Moon” w „Kwinto”, jest fanem industrial. W podzięce za patronat i udział od zespołu dostaje T-shirt z  nadrukiem Das Moon, jest w nim na zdjęciu z muzykami.
Szaro-niebieskie niebo nas Zamkiem, ciemnieje horyzont. Czarne baloniki dryfują po nieboskłonie. Kropi deszcz, ale nie przegania widowni. Dziedziniec żyje i Zamek żyje. „Das Moon” na scenie. Transowy i umaszczający się w sobie, w swych wielościach odcieni i barw, koniunkcjach, powtarzalność rytmu i cyklu. Muzycznego i historii. Pulsy czasów. Wysokie sinusoidy. Niespokojne. Niepokój wszechświata. Dużego, wielkiego i tego w  nas świata, w środku. Tam, gdzie jesteśmy i słyszymy go. Siebie w naszym halo, w centrum. Przenikający się wzajemnie tymi samymi sprawami, które dotyczą nas i innych ludzi w podobnym stopniu, a jednak osobni, wszechświaty odrębne, pulsujące własnym życiem. Tutaj w muzyce industrial, bogatej, wielowątkowej i wielowymiarowej, jak ludzie, którzy jej słuchają. Muzyce, w której pozostaje tylko się zanurzyć. Jest do tańczenia i do wczuwania się, spaja nas z innymi i wewnętrznie dookreśla.


Iwona Wróblak
czerwiec 2015


czwartek, 6 sierpnia 2015

Turniej Rycerski na Zamku Międzyrzeckim…


            Kolejna udana, dzięki naszym lokalnym społecznikom, impreza na Zamku. Tym razem bardzo rasowa, jak przystało na miejsce, rycerska… Pomógł też – w tym roku wydatnie, to znaczy finansowo (wyżywienie, sanitariaty), Burmistrz i Urząd Miejski, za co rycerze podziękowali oficjalnie na  Facebooku, było też, po raz pierwszy chyba, z Międzyrzeckiego Ośrodka Kultury udostępnione profesjonalne nagłośnienie, co „Turniej o Szarfę Pani z  Jeziora” znacznie uatrakcyjniło dla publiczności.
            To właśnie dzięki temu tak ciekawy był, dla mnie i jak myślę, nie tylko, tegoroczny Turniej. Zjechali nań zbrojni, z białogłowami swymi, i dziećmi, z Warszawy, Trójmiasta, Poznania, Szczecina, Wrocławia, Torunia, Gostynia, Leszna, Słupska, Krakowa, z niemieckich landów, rzecz jasna z naszego Bractwa Ziemi Międzyrzeckiej - gospodarzy – razem w liczbie około setki, rozłożyli się białymi namiotami na trawie dziedzińca zamkowego. Pasjonaci historii i rekonstrukcji historycznej, przyjeżdżający na WŁASNY KOSZT, z ekwipunkiem, który do tanich nie należy (namiot to koszt 3000 zł, zbroja-15  tys., zł, miecz-1500 zł), świetnie się bawią spotykając się na turniejach takich jak ten. Widzom zaoferowano w tym roku obszerny komentarz do zdarzeń – pokazu artyleryjskiego i do walk rycerzy. Uczestnicy Turnieju potem także byli dostępni do rozmów, chętnie pozowali do fotografii. Cieszymy się, że po  przerwie w Turniejach, jaka miała miejsce w tamtym roku, tegoroczny się logistycznie udał… szkoda tylko, że trwał tylko w sobotę…
            Jak usłyszałam „puszkarze”, czyli artylerzyści, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, to była w średniowieczu elita. Nasz pan Puszkarz międzyrzecki Czesław Mejza jest ceniony we współczesnych „puszkarskich” kręgach w Polsce. To właśnie jego działo – które posiada certyfikat badania batalistycznego - na Grunwaldzie 2010’ (w widowisku uczestniczyło 200 tys. ludzi) rozpoczęło bitwę. Jak mówił mi Michał Iwańczyk (bombardier),  tegoroczne huki na dziedzińcu zamkowym pochodziły ze średniowiecznej ręcznej broni czarno prochowej, różnych typów: piszczeli, hakownicy, taraśnicy (ciężka broń) i hufnicy polowej. Obsługiwała je Drużyna Strzelcza „Iwantus” z Okonka i nasza Najemna Rota Strzelcza. Czarny proch to mieszanka siarki, węgla drzewnego i saletry.
            Na łączce za Zamkiem był turniej łuczniczy. Można było podziwiać repliki średniowiecznych łuków…Łuki proste długie – z cisów, jesionów i wiązów, wschodnie łuki krymsko-tatarskie, przystosowane do strzelania z konia (używano go, gdy wszystkie kopyta konia były w powietrzu), na stepach z braku innego surowca robiono je z rogu, ścięgien zwierzęcych, klejone były klejem z pęcherzy ryb. Proces technologiczny dobrego łuku trwać mógł nawet rok i dłużej. Łuki kompozytowe scalano z cienkich plastrów kości i baranich jelit, całość klejono klejem kostnym – były bardzo sprężyste. Łuk składa się – wg średniowiecznego nazewnictwa: z cięciwy (kowlar), brzuśca, majdanu i gryfa – czyli ważnej części na bocznych końcówkach, montuje się  na nim cięciwę. Nasi goście – rekonstruktorzy łucznicy są skarbnicą wiedzy historycznej, myślę że swą przedmiotową wiedzą nie ustępują przewodnikom muzealnym – i też takie usługi w turystyce powinny być ich udziałem…
            Walki i bohurty na moście (świetnie) komentowane były przez (rycerza z 10.letnim stażem) Roberta Wawryniuka ze Szczecina, był – kopalnią wiedzy o zwyczajach rycerskich i …anegdotach, Robert jest wspaniałym gawędziarzem… 
            Międzynarodowy Turniej rycerski w Międzyrzeczu ma wysoki status w rankingu tego rodzaju imprez (mimo że u nas – dotąd - nie są, jak gdzie indziej, refundowane koszty przyjazdu. Miejsce jest wspaniale – zachowane w dużej części mury i fosa, most, który można zdobywać, okolony murami dziedziniec, gdzie rozbijają namioty, piękna okolica z parkiem itd.
            Jak przystało na bliskie podgrodzie, czy samo centrum warownego Zamku, pośrodku dziedzińca rozłożyła się Karczma Tomasza Goranina, pszczelarza współczesnego zresztą. Słowiański mały ul czyli barć ze słomy, dla małych roi, nie miał w środku ramek (jak dzisiaj), więc plastry nie  posiadały regularnych kształtów. W średniowieczu, zanim poznaliśmy cukier (XV, potem XIX w.), miód był jedyną dostępną słodyczą. Wypiekano z jego dodatkiem kunsztowne ciasteczka miodowe, pierniki (były dla rycerzy do degustacji). Plastry przetapiano na wosk do świec, tabliczki woskowe służyły do nauki pisania.
            Trwa budowa jakichś drewnianych konstrukcji z desek przy murach Zamku… budowniczowie na razie nie chcą zdradzić ich celu (na pewno będą „zdobywane”…). Walka się rozpocznie, czas przygotować się, giermkowie pomagają włożyć zbroje, co nie jest takie łatwe, a w pojedynkę chyba niemożliwe… można dokładnie przyjrzeć się, jak przebiegał kiedyś proces nakładania i mocowania części uzbrojenia.
Jeszcze tylko łyk wody podanej w (glinianych) kubkach przez usłużne białogłowy i czas zacząć zmagania… Godnie kroczą w słońcu drużyny, blask pysznych herbów na wspaniałych zbrojach, to kiedyś był ważny rytuał… Dynamiczna muzyka, bicie w tarcze i pierwszy atak na Zamek… Obrońcy zrzucają z góry kamienie (papierowe), ale gród Międzyrzecz musi ulec – bo tak było w Historii (niejednokrotnie bywał zdobyty i spalony). Scenki pogromu obrońców, w których biorą udział też międzyrzeckie mieszczki (umiały się bronić…). Bohurty – walki piesze bez tzw. zasad, na oręż wszelaką, jak mówi sir Robert, do eliminacji przeciwnika… (czyli jak współcześnie), potem także miały miejsce i były punktowane .
            Oprócz Zamku i rycerzy w dwudniowym weekendzie można było zobaczyć jeszcze inne atrakcje. Na miejscu ze sztuką rzeźbiarską spotkać się u  podnóża Zamku z Grzegorzem Lisiewiczem  z Kargowej, miał przy sobie wiele rodzajów dłut i zaczętą rzeźbę, dzieło swych rąk. Podobnie inny artysta rzeźbiarz Jarosław Ćwiertnia. Obok kilka stoisk; m.in. Ewa Lipnicka – pejzaże malowane na listkach
Ciekawy był niedzielny koncert Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomych na scenie na dziedzińcu – silnie wkomponowujący się w historycznie ponadczasowy klimat naszego zamczyska, którego (zapisana) historia sięga co najmniej 10. stuleci. Transowe rytmy bonga, głębinowe i głoskowe dźwięki pierwsze na naturalnych instrumentach, gdzie jest on przed słuchem i dotykiem – ciepłym dotknięciem empatii ludzkiej, wyprzedza ją. Pierwszy jak słowo wypisane na dłoni Lorm’em, można się wsłuchać zupełnie albo tylko trochę – w jego niektóre dźwięki wybrane przez naszą skórę, zgodne z naszymi osobistymi wibracjami. Nasze TPG prezentuje nam się w całej okazałości. Kołyszemy się w rytm tych dźwięków.
            Stajnia „Kuźnik” przybyła na łąkę zamkową ze swymi pięknymi wierzchowcami, które można było dosiąść. Tańczyły ponadto na scenie nasze Zespoły taneczne, bardzo utytułowany, sławny już w Europie „Trans”, także inny zespół – „Gold” z MOK, drugi dzień na naszym Zamczysku był również bogaty inne w wydarzenia.

Iwona Wróblak
czerwiec 2015