piątek, 7 sierpnia 2015

Na dziedzińcu zamkowym czad… Das Moon i
Tesla Power 

            Miejmy nadzieję, że to się zadzieje! Bo dlaczego by nie??. Że za rok ZNOWU SIĘ TO ZADZIEJE.
Pomysłodawcy fajnego projektu: Tomasz Markiewicz, Rafał Pawelczak, Rafał Bączkowski i Grzegorz Spławski. Czterech sprawiedliwych w mieście Międzyrzecz. Nagłośnienie – Międzyrzecki Ośrodek Kultury, impreza organizowana za zgodą gospodarza, dyrektora Muzeum Międzyrzeckiego - Zamek należy do kompleksu muzealnego.
Obecny na koncercie burmistrz Remigiusz Lorenz mówi mi, że, jeszcze jako wicestarosta, remontował te mury, po to żeby żyły, żeby zaczęło do nich wracać życie. Aby tutaj odbywały się imprezy kulturalne i koncerty. Dzisiejsza impreza na Zamku jest pod jego patronatem, nie tylko symbolicznym. Pan  Lorenz jest zaangażowany osobiście w to przedsięwzięcie. Teraz rozmawia z pomysłodawcami, muzykami, liczą na jego wsparcie w następnych latach.
„Das Moon” to na pewno ambitna muzyka. Fani zespołu opowiadają mi, że wypełnia ona niszę. Jest współczesna i czerpie obficie z inspiracji czołowych industrialnych zespołów europejskich. Das Moon już długo gra na scenach. Rośnie młode pokolenie fanów, ludzie przyjaźnią ze sobą, towarzyszą zespołowi w koncertach. Rozmawiam z  Bodkiem z Olsztyna, jest ze swoim nieodłącznym aparatem fotograficznym. Wie wszystko o Das Moon, zna płyty, nagrania, muzyków. Zespół rozpisał konkurs na fotografie koncertowe…
            Rafał Pawelczak dwoił się i wielokrotnił na facebookach, spraszał ludzi zewsząd. Ogólnofacebookowa akcja objęła Londyn, Berlin, Warszawę, Gdańsk, Zieloną Górę, Poznań, Gorzów, Szczecin, Olsztyn (500 km) etc., marketing super lokalnie patriotyczny. 1200 osób zaproszonych, co to znaczy umieć korzystać z Internetu! Bardzo pomocnego narzędzia w kontaktach międzyludzkich. Pomagali mu (międzyrzeccy) koledzy z Bolkowskiego Castle Party, grupy fanów muzyki gotyckiej. Żeby się DZIAŁO, ludzie byli zadowoleni, restauratorzy i hotelarze zarobili, młoda emigracja wróciła… chociaż na  koncert. MOŻNA TO ZROBIĆ bez dużych pieniędzy. Przegnać chmurę deszczową nad dziedzińcem czarnymi balonikami. Opublikować w Internecie plan dojazdu na imprezę i do miejsc parkingowych. Można zrobić dużo rzeczy, jak się chce. W sieci swoich znajomych i ich znajomych, koła rozrastającego się falami od centrum jak dobra plotka.
Zadziałało. Zamek się zamrowił od fanów i nie tylko fanów. Castle Party na Zamku Międzyrzeckim. Widziałam tam ludzi, którzy na pewno na co  dzień nie słuchają takiej muzyki, przyszli z ciekawości, bo się działo coś nowego w naszym mieście. Bo są młodzi duchem. Tym samym impreza się udała.
Tomasz Markiewicz, na moje pytanie, dlaczego tu na Zamku – czy jest jakieś lepsze miejsce w tym mieście? Chcą, żeby to było cykliczne, bo Międzyrzecz na to zasługuje. Jest dobrze skomunikowany z resztą świata, na styku głównych dróg ekspresowych „Das Moon” ze sceny mówi, że też chce tu  przyjechać znowu, nie tylko do Klubu Muzycznego „Kwinto”, gdzie grali dwa razy. Podoba im się Zamek. Paweł Piotrowski (realizator dźwięku z „Das Moon”) lubi plenery. Lubi cegłę murów i otwarte niebo bez dachu (który tłumi dźwięk). Podoba mu się, jako dźwiękowcowi, architektura tego piastowskiego amfiteatru. Jest  pełen podziwu dla naszych ludzi, bo rzadko zdarzają się koncerty w takich miejscach – historycznych, objętych przez to szczególnym nadzorem konserwatorskim. To jest bardzo dobra impreza – mówi. No i klimat, nie tylko wiosenny majowy, także jako część nastroju Klubu Muzycznego „Kwinto”, klimatu dobrej odprężającej zabawy.
            Urodziło się to w ich głowach, ten pomysł na zamkowy koncert, na corocznych muzycznych spotkaniach fanów muzyki gotyckiej w Bolkowie, gdzie bywają jako grupa Castle Party. Podobno widzieli, jak w Bolkowie okoliczne babcie sprzedają fanom swojskie pierogi, czemu by u nas nie?? Na  pewno umiemy je lepić, biznes zakwitnie. MY mamy równie ładny Zamek, piastowski, za zachowanymi murami. I najważniejsze – młodych duchem ludzi. Na czele, jak mówią Tomasz, Rafał i Grzegorz, fani i występujący muzycy, z przychylnym inicjatywom i twórczym przedsięwzięciom nowym burmistrzem.
Już kwitnie gastronomiczno-hotelarska współpraca z „Neo”, „Duetem” (były dla koncertowiczów rabaty), „Piastowską”, goście nocowali u nas w mieście do poniedziałku. W Klubie Muzycznym „Kwinto” zaplanowano After party – do świtu.
            Energetyczny „Tesla Power” na scenie, rozgrzewa widownię. Mocne uderzenie. Przedsmak tego, co będzie za kilka chwil. Tłumy ludzi przychodzą na dziedziniec zamkowy. Scena ładnie się wkomponowała w mury, jest na miejscu, gdzie stał kiedyś główny budynek, rezydencja władców… „Tesla Power” ze sceny, do słuchaczy – zróbcie tak, żeby za rok było tu podobnie… Moc słynnego inżyniera wynalazcy…
Monika z Londynu specjalnie przyjechała na koncert Das Moon. Już stamtąd, jak mówi, wspierała organizatorów jak mogła, więc nie miało prawa jej  dzisiaj w Międzyrzeczu zabraknąć. Przed wyjazdem do Anglii mieszkała tutaj. Lubi industrial i Międzyrzecz, tu się urodziła.
Jest wiele takich opinii. Że nareszcie coś się dzieje, zaczyna się promować miasto. Międzyrzecz – miasto ludzi młodych…
 Pan Remigiusz Lorenz był na koncertach „Das Moon” w „Kwinto”, jest fanem industrial. W podzięce za patronat i udział od zespołu dostaje T-shirt z  nadrukiem Das Moon, jest w nim na zdjęciu z muzykami.
Szaro-niebieskie niebo nas Zamkiem, ciemnieje horyzont. Czarne baloniki dryfują po nieboskłonie. Kropi deszcz, ale nie przegania widowni. Dziedziniec żyje i Zamek żyje. „Das Moon” na scenie. Transowy i umaszczający się w sobie, w swych wielościach odcieni i barw, koniunkcjach, powtarzalność rytmu i cyklu. Muzycznego i historii. Pulsy czasów. Wysokie sinusoidy. Niespokojne. Niepokój wszechświata. Dużego, wielkiego i tego w  nas świata, w środku. Tam, gdzie jesteśmy i słyszymy go. Siebie w naszym halo, w centrum. Przenikający się wzajemnie tymi samymi sprawami, które dotyczą nas i innych ludzi w podobnym stopniu, a jednak osobni, wszechświaty odrębne, pulsujące własnym życiem. Tutaj w muzyce industrial, bogatej, wielowątkowej i wielowymiarowej, jak ludzie, którzy jej słuchają. Muzyce, w której pozostaje tylko się zanurzyć. Jest do tańczenia i do wczuwania się, spaja nas z innymi i wewnętrznie dookreśla.


Iwona Wróblak
czerwiec 2015


czwartek, 6 sierpnia 2015

Turniej Rycerski na Zamku Międzyrzeckim…


            Kolejna udana, dzięki naszym lokalnym społecznikom, impreza na Zamku. Tym razem bardzo rasowa, jak przystało na miejsce, rycerska… Pomógł też – w tym roku wydatnie, to znaczy finansowo (wyżywienie, sanitariaty), Burmistrz i Urząd Miejski, za co rycerze podziękowali oficjalnie na  Facebooku, było też, po raz pierwszy chyba, z Międzyrzeckiego Ośrodka Kultury udostępnione profesjonalne nagłośnienie, co „Turniej o Szarfę Pani z  Jeziora” znacznie uatrakcyjniło dla publiczności.
            To właśnie dzięki temu tak ciekawy był, dla mnie i jak myślę, nie tylko, tegoroczny Turniej. Zjechali nań zbrojni, z białogłowami swymi, i dziećmi, z Warszawy, Trójmiasta, Poznania, Szczecina, Wrocławia, Torunia, Gostynia, Leszna, Słupska, Krakowa, z niemieckich landów, rzecz jasna z naszego Bractwa Ziemi Międzyrzeckiej - gospodarzy – razem w liczbie około setki, rozłożyli się białymi namiotami na trawie dziedzińca zamkowego. Pasjonaci historii i rekonstrukcji historycznej, przyjeżdżający na WŁASNY KOSZT, z ekwipunkiem, który do tanich nie należy (namiot to koszt 3000 zł, zbroja-15  tys., zł, miecz-1500 zł), świetnie się bawią spotykając się na turniejach takich jak ten. Widzom zaoferowano w tym roku obszerny komentarz do zdarzeń – pokazu artyleryjskiego i do walk rycerzy. Uczestnicy Turnieju potem także byli dostępni do rozmów, chętnie pozowali do fotografii. Cieszymy się, że po  przerwie w Turniejach, jaka miała miejsce w tamtym roku, tegoroczny się logistycznie udał… szkoda tylko, że trwał tylko w sobotę…
            Jak usłyszałam „puszkarze”, czyli artylerzyści, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, to była w średniowieczu elita. Nasz pan Puszkarz międzyrzecki Czesław Mejza jest ceniony we współczesnych „puszkarskich” kręgach w Polsce. To właśnie jego działo – które posiada certyfikat badania batalistycznego - na Grunwaldzie 2010’ (w widowisku uczestniczyło 200 tys. ludzi) rozpoczęło bitwę. Jak mówił mi Michał Iwańczyk (bombardier),  tegoroczne huki na dziedzińcu zamkowym pochodziły ze średniowiecznej ręcznej broni czarno prochowej, różnych typów: piszczeli, hakownicy, taraśnicy (ciężka broń) i hufnicy polowej. Obsługiwała je Drużyna Strzelcza „Iwantus” z Okonka i nasza Najemna Rota Strzelcza. Czarny proch to mieszanka siarki, węgla drzewnego i saletry.
            Na łączce za Zamkiem był turniej łuczniczy. Można było podziwiać repliki średniowiecznych łuków…Łuki proste długie – z cisów, jesionów i wiązów, wschodnie łuki krymsko-tatarskie, przystosowane do strzelania z konia (używano go, gdy wszystkie kopyta konia były w powietrzu), na stepach z braku innego surowca robiono je z rogu, ścięgien zwierzęcych, klejone były klejem z pęcherzy ryb. Proces technologiczny dobrego łuku trwać mógł nawet rok i dłużej. Łuki kompozytowe scalano z cienkich plastrów kości i baranich jelit, całość klejono klejem kostnym – były bardzo sprężyste. Łuk składa się – wg średniowiecznego nazewnictwa: z cięciwy (kowlar), brzuśca, majdanu i gryfa – czyli ważnej części na bocznych końcówkach, montuje się  na nim cięciwę. Nasi goście – rekonstruktorzy łucznicy są skarbnicą wiedzy historycznej, myślę że swą przedmiotową wiedzą nie ustępują przewodnikom muzealnym – i też takie usługi w turystyce powinny być ich udziałem…
            Walki i bohurty na moście (świetnie) komentowane były przez (rycerza z 10.letnim stażem) Roberta Wawryniuka ze Szczecina, był – kopalnią wiedzy o zwyczajach rycerskich i …anegdotach, Robert jest wspaniałym gawędziarzem… 
            Międzynarodowy Turniej rycerski w Międzyrzeczu ma wysoki status w rankingu tego rodzaju imprez (mimo że u nas – dotąd - nie są, jak gdzie indziej, refundowane koszty przyjazdu. Miejsce jest wspaniale – zachowane w dużej części mury i fosa, most, który można zdobywać, okolony murami dziedziniec, gdzie rozbijają namioty, piękna okolica z parkiem itd.
            Jak przystało na bliskie podgrodzie, czy samo centrum warownego Zamku, pośrodku dziedzińca rozłożyła się Karczma Tomasza Goranina, pszczelarza współczesnego zresztą. Słowiański mały ul czyli barć ze słomy, dla małych roi, nie miał w środku ramek (jak dzisiaj), więc plastry nie  posiadały regularnych kształtów. W średniowieczu, zanim poznaliśmy cukier (XV, potem XIX w.), miód był jedyną dostępną słodyczą. Wypiekano z jego dodatkiem kunsztowne ciasteczka miodowe, pierniki (były dla rycerzy do degustacji). Plastry przetapiano na wosk do świec, tabliczki woskowe służyły do nauki pisania.
            Trwa budowa jakichś drewnianych konstrukcji z desek przy murach Zamku… budowniczowie na razie nie chcą zdradzić ich celu (na pewno będą „zdobywane”…). Walka się rozpocznie, czas przygotować się, giermkowie pomagają włożyć zbroje, co nie jest takie łatwe, a w pojedynkę chyba niemożliwe… można dokładnie przyjrzeć się, jak przebiegał kiedyś proces nakładania i mocowania części uzbrojenia.
Jeszcze tylko łyk wody podanej w (glinianych) kubkach przez usłużne białogłowy i czas zacząć zmagania… Godnie kroczą w słońcu drużyny, blask pysznych herbów na wspaniałych zbrojach, to kiedyś był ważny rytuał… Dynamiczna muzyka, bicie w tarcze i pierwszy atak na Zamek… Obrońcy zrzucają z góry kamienie (papierowe), ale gród Międzyrzecz musi ulec – bo tak było w Historii (niejednokrotnie bywał zdobyty i spalony). Scenki pogromu obrońców, w których biorą udział też międzyrzeckie mieszczki (umiały się bronić…). Bohurty – walki piesze bez tzw. zasad, na oręż wszelaką, jak mówi sir Robert, do eliminacji przeciwnika… (czyli jak współcześnie), potem także miały miejsce i były punktowane .
            Oprócz Zamku i rycerzy w dwudniowym weekendzie można było zobaczyć jeszcze inne atrakcje. Na miejscu ze sztuką rzeźbiarską spotkać się u  podnóża Zamku z Grzegorzem Lisiewiczem  z Kargowej, miał przy sobie wiele rodzajów dłut i zaczętą rzeźbę, dzieło swych rąk. Podobnie inny artysta rzeźbiarz Jarosław Ćwiertnia. Obok kilka stoisk; m.in. Ewa Lipnicka – pejzaże malowane na listkach
Ciekawy był niedzielny koncert Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomych na scenie na dziedzińcu – silnie wkomponowujący się w historycznie ponadczasowy klimat naszego zamczyska, którego (zapisana) historia sięga co najmniej 10. stuleci. Transowe rytmy bonga, głębinowe i głoskowe dźwięki pierwsze na naturalnych instrumentach, gdzie jest on przed słuchem i dotykiem – ciepłym dotknięciem empatii ludzkiej, wyprzedza ją. Pierwszy jak słowo wypisane na dłoni Lorm’em, można się wsłuchać zupełnie albo tylko trochę – w jego niektóre dźwięki wybrane przez naszą skórę, zgodne z naszymi osobistymi wibracjami. Nasze TPG prezentuje nam się w całej okazałości. Kołyszemy się w rytm tych dźwięków.
            Stajnia „Kuźnik” przybyła na łąkę zamkową ze swymi pięknymi wierzchowcami, które można było dosiąść. Tańczyły ponadto na scenie nasze Zespoły taneczne, bardzo utytułowany, sławny już w Europie „Trans”, także inny zespół – „Gold” z MOK, drugi dzień na naszym Zamczysku był również bogaty inne w wydarzenia.

Iwona Wróblak
czerwiec 2015

             



środa, 5 sierpnia 2015

 Nowinki z nadzoru archeologicznego w robotach na Świerczewskiego

            Obecna ulica Świerczewskiego, w czasie istnienia miasta lokacyjnego, była ulica peryferyjną, ślepą, biegnącą do murów, bez przebicia w postaci bramy miejskiej. Tu kończyło się miasto. Pewnie z tego względu, we fragmencie za kościołem św. Jana, wymoszczona była tylko chrustem i gałęziami , których resztki znaleziono w nienaruszonej przez późniejsze wykopy ciemnej warstwie kulturowej, w badanych fragmencie na północ od ulicy Chłodnej do Cukierni „Karpicko”.
            Zagadką jest znaleziona tam mała (średnica prawie około 1 cm), niekreślonej jasnej barwy kulka szklana. Archeolodzy zastanawiają się, do czego służyła… Znaleziono też żelazny fragment noża, także trochę ceramiki późno nowożytnej i fragmenty skór – dość częste artefakty w Międzyrzeczu w  rejonie starego miasta lokacyjnego.


 Iwona Wróblak
lipec 2015

wtorek, 4 sierpnia 2015

Agnieszka Indycka. Promocja książki – Archeologia Mederecensis

            Tak wielu archeologów na raz, jak tego dnia, nie gościmy często w naszym międzyrzeckim Muzeum. Długa kolejka ustawiła się w sali starościńskiej, najpierw aby wręczyć kwiaty, potem uzyskać odręczną autorki dedykację. Publikacja mogła być wydana dzięki wsparciu Starostwa Powiatowego.
            Agnieszka Indycka jest absolwentką Instytutu Prahistorii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (2005 r. – specjalizacja: średniowiecze), członkiem Stowarzyszenia Naukowego Archeologów Polskich Oddział Lubuski, autorką i współautorką publikacji naukowych i  popularnonaukowych, do tej pory dostępnych jedynie pojedynczo w specjalistycznych pismach. Cieszymy się, że ta zbiorcza książka powstała. Będzie cenną pozycją w bibliotekach i księgozbiorach.
            Bardzo ciekawe było to wydarzenie kulturalne z tego też względu, że prowadził je dr historii Marceli Tureczek. Nic, tylko słuchać, jak rozmawiają: historyk z archeologiem – o naszej regionalnej historii i zabytkach. Jak mówił Marceli Tureczek – tam gdzie nie zachowały się w dostatecznej ilości źródła pisane, inskrypcje, resztę dopisze - być może - łopata archeologa, dodam, że z cennym oprzyrządowaniem laboratoriów naukowych.
            Zawsze kiedy rozmawiam z panią Agnieszką, a (bardzo) skwapliwie dzwonię do niej (w sprawie konsultacji), kiedy w naszej okolicy są  prowadzone, czy to przez nią, czy przez innych archeologów, tzw. nadzory archeologiczne, zawsze mogę spodziewać się jednego – jej odpowiedzi na  moje, czasem nieskoordynowane, pytania, będą rzetelne i wyważone. Dziedzictwa kulturowego – że zacytuję autorkę – nie można spłaszczać i wiedza o  nim powinna być odpowiednio wyważona. Chociaż Nam, ciekawskim obserwatorom nieraz pilnie wiedzieć więcej – i szybciej… Archeolodzy zawsze mi wtedy mówią, że na badania znalezionych artefaktów, w ciszy laboratoriów i bibliotek, potrzeba czasu…
            Teraz jest (leży mi na stoliku) Jej książka, do degustacji bezpośredniej – ogromna ilość faktów, wyników badań, próbka Jej ogromnej wiedzy.
„Archeologia Mederecensis (średniowieczna nazwa Międzyrzecza). Studia i badania archeologiczne na Ziemi Międzyrzeckiej” autorstwa Agnieszki Indyckiej, archeologa zatrudnionego w naszym międzyrzeckim Muzeum. Artykuły autorki zebrane w jednym woluminie, ponad 170 stron tekstu, ilustracji, rycin, fotografii, opatrzonych bogatą bibliografią.
            Czytam książkę… Czuję się jak na wykładzie uniwersyteckim… Rozdział pierwszy: co badano i kiedy w Międzyrzeczu i okolicach? Zarys historii badań archeologicznych. Zaostrza nam potem autorka apetyt na wiedzę o zamku międzyrzeckim, gdzie w ubiegłym wieku w latach 60. prowadzono systematyczne badania. Pani Agnieszka obiecała, że będzie dostępna książka pod redakcją prof. S. Kurnatowskiego o międzyrzeckim grodzisku. Grube tomiszcze, to będzie gratka! Interdyscyplinarna pozycja książkowa, która będzie kompendium wiedzy o naszym wspaniałym zabytku. Czytam dalej – zarys wiedzy o historycznych międzyrzeckich nekropoliach. Jak twierdzą archeolodzy – Międzyrzecz to 1000 (tak!) lat nieprzerwanego osadnictwa, mówi się o historycznym basenie międzyrzeckim, naukowym archeologicznym niemalże „eldorado”, znanym w naukowym światku. Groby odkryto koło Ratusza (połowa XIII – koniec XV w) i na Winnicy (druga połowa XV), pochówki były usytuowane przypuszczalnie przy najstarszych międzyrzeckich kościołach. Chronologia cmentarzysk, interesujące analizy antropologiczne, inne wyczerpujące informacje.
            Bardzo ciekawe są artykuły dotyczące okresu, w którym się pani Indycka specjalizuje; dotyczące wczesnego średniowiecza. Szczegółowa analiza ceramiki znalezionej na stanowiskach archeologicznych w Lutolu Suchym i w Międzyrzeczu-Wybudowanie, technik jej wyrobu. Rysunki – rekonstrukcje naczyń. Skorupki są bardzo ciekawe, jeśli opowiada o nich ktoś, kto się na tym zna. Stary Dwór to wyjątkowo interesujące miejsce, o średniowiecznym rodowodzie, wieś – co ciekawe – zawsze miała tą samą nazwę, takie topologiczne ciekawostki są znamienne, tradycja nazewnictwa jest trwalsza niż  źródła pisane.
            W naszym międzyrzeckim muzeum są przepastne magazyny (miałam okazję je oglądać) pełne fascynujących artefaktów. Piękna nabierają przy odpowiednim (fachowym) komentarzu. Opisane – przypuszczam – zajęłyby w książkach wiele rozdziałów. Pani Agnieszka wyjęła z tych zbiorów np.  siekierkę z brązu (znalezioną w Nietoperku), są w książce jej fotografie i opis. Bardzo dawne ubrania spinano brązowymi szpilami, jedną z nich również szczegółowo opisała autorka. Zabytek znaleziono na cmentarzysku użytkowanym przez ludność kultury łużyckiej (stanowisko pod Międzyrzeczem) – tak dawne są dzieje osadnictwa na naszym terenie! Opisany został też brązowy pierścionek – biżuteria łużycka, figurka ornitomorficzna – gliniany ptak, będący być może zabawką, może też spełniający inne funkcje kulturowe, wykonany z dobrej jakości gliny. Na deser mamy cacko nasze międzyrzeckie, rzecz naprawdę unikatową – gemma rzymska (podobizna cesarza Gordiana III), przypuszczalnie w XIV w. zgubiona (przez kogo?...) na dziedzińcu zamkowym – temat na powieść sensacyjno-historyczną, kamień półszlachetny (karneol) wyjęty przypuszczalnie z  pierścienia, śliczny, jasnoczerwony, z delikatnym rysunkiem – portretem młodziutkiego cesarza rzymskiego, dzieło sztuki samo w sobie. Jest też nasza międzyrzecka łódź jednopienna dębowa, rzadko wystawiana, o niej także możemy obszernie poczytać w książce pani Indyckiej.
            Dla mnie za mało jest tych artykułów, tyle rzeczy ciekawych jest w pomieszczeniach naszego muzeum, nasz rejon jest przebogaty w znaleziska, realizowanie inwestycji ziemnych znacznie poszerzyło wiedzę o dziejach, liczymy na to, że ta książka jest zaledwie pierwsza w dorobku autorki. Bardzo tę publikację polecam do czytania, widziałam, jak nasze panie bibliotekarki, obecne na promocji, niosły ją pod pachą, więc będzie dostępna dla  czytelników.
            Spotkanie w muzeum z okazji promocji książki pani Indyckiej było bardzo smakowite i przypomina mi – podobne sprzed kilku lat - w tym samym miejscu, M. Tureczka z małżeństwem, profesorami Zofią i Stanisławem Kurnatowskimi (z okazji nadania naszemu muzeum imienia Alfa Kowalskiego). Wtedy też był super wywiad z szanownymi gośćmi, godny ogólnopolskiej anteny, w atrakcyjnej formie naukowej gawędy-dyskursu. Wrażenie – ogromna wiedza rozmówców w sposób przystępny przekazywana słuchaczom. Teraz też Marceli Tureczek uczynił promocję książki pani Indyckiej bardzo ciekawą nawet dla tych, którzy dotąd nie interesowali się archeologią – i mieliśmy niedosyt, że spotkanie trwało tak krótko. Była mowa o kreowaniu lokalnej tożsamości (jako celu wydawania takich pozycji książkowych), z tego względu złożono podziękowania Starostwu Powiatowemu, które jest zawsze przychylne podobnym projektom Stowarzyszenia Regionalistów „Środkowe Nadodrze” – jego prezesem jest Marceli Tureczek. Pani Agnieszka opowiadała o badaniach archeologicznych w naszym rejonie, wiemy, że były już prowadzone w 1825 r. Jest jeszcze bardzo wiele do odkrycia, badania ratownicze, przy okazji inwestycji, stawiają naukowcom więcej pytań niż dają odpowiedzi. Mamy nadzieję, że będzie kiedyś okazja prowadzić takie badania, jakie realizowano z inicjatywy Alfa Kowalskiego, byłego dyrektora Muzeum międzyrzeckiego. Uczestniczył w nich przez kilka sezonów prof. Stanisław Kurnatowski, pani Agnieszka ze swej strony mówiła o ogromnym wpływie tego naukowca na jej postrzeganie zawodu archeologa w czasie, kiedy pisała swoją pracę magisterską.
            Z konkluzją pani Indyckiej i pana Tureczka, że naukowcy nie mogą zamykać się ze swoją wiedzą w muzeach – zachowując dziedzictwo kultury tylko dla siebie – zgadzam się w zupełności, i że jest to wyzwanie społeczne. Inwestorzy mają tego pełną świadomość, i ustawowo zagwarantowany obowiązek, pomocy i współpracy z archeologami w sprawowaniu przez nich nadzoru w trakcie prac archeologicznych.
            Jeszcze o naszych międzyrzeckich tajemnicach… Tych spodziewanych, bo nie wiadomo, co jeszcze nasza mała ojczyzna kryje w swoich warstwach stratygraficznych… W kilku punktach to: np. lokalizacja cmentarza związanego z mieszkańcami grodu? Teren wokół kościoła św. Jana nie był w ogóle badany (nie było tam inwestycji), także - gdzie był erem Braci Międzyrzeckich??? Wielki znak zapytania. Będzie inwestycja drogowa na ul.  Świerczewskiego – co odkryje? Obszar byłego cmentarza ewangelickiego – teren nie był po jego likwidacji naukowo eksplorowany. Bez mała każdy centymetr międzyrzeckiej ziemi to tzw. archeologiczna „strefa A”, zawierającą setki lat nieprzerwanego osadnictwa… I z niecierpliwością czekamy na  tegoroczną sesję historyczną.
                                                                                                                                   
                                                                                                                       Iwona Wróblak
luty 2015
 




poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Teatr w MOK na scenie głównej


            Jednak facebookowa komunikacja działa najlepiej…i bardzo skutecznie. Facebook w służbie sztuki i teatru… Popieram. Sztuki pani Izabeli Spławskiej w Międzyrzeckim Ośrodku Kultury oglądało dużo ludzi.
Najmłodsza sekcja teatralna na sali widowiskowej MOK. Grupa młodsza „Domino”. Sztuka na podstawie tekstu Marty Guśniowskiej pt. „Wąż”. Reżyseria i scenariusz: Izabela Spławska. W spektaklu udział biorą: Wąż - Patrycja Walczak, Narrator - Karolina Sieczka, Chomik - Maja Kopczyńska, Gekon - Bogna Utrata, Wróżka - Julia Puchała, Magowie – Norbert Brzeziński i Marcel Cieślewicz, Pająk – Aleksandra Odolińska, Anioł – Agata Kolasa, Bóg – Emanuel Bartoszek, Królik – Jan Szczurek.
            Wąż dostawał na urodziny zawsze bardzo prozaiczne prezenty (widocznie nie były to uroczystości wystarczająco ważne w rodzinie), np. skarpetki, może to być (poważnym) źródłem frustracji…Od tego można stać się jeszcze bardziej WĘŻOWATYM… Co groźnie brzmi…
Chrupuś – chomik, domowe zwierzątko, przeczyszcza (dosłownie - połknięty przez Węża, w jego przewodzie pokarmowym) ciężką atmosferę w domu (z  powodu nietrafionych prezentów urodzinowych). Rzecz cała dzieje się przy Wieszaku (jedyna i symptomatyczna dekoracja – oszczędna w formie, jak  przaśna domowość), tam dzieje się Podróż (w głąb wsobnego teatru dziecięcego) przez wróżki – Reklamy (czego?towarów-symboli...), i niby-magików. Prawdziwa magia jest gdzie indziej (jak śpiewają z głośnika raperzy).
Szukanie–w-Podróży. Czego? Prawd? U (b)Boga? Czyli u Niewysłowionego… Czy potrzebne są do tego (u bezkończynowego Węża) kończyny? By medytować w lotosie (ze skrzyżowanymi kończynami-Nogami), czy modlić się (składając kończyny-Ręce do modlitwy). Czyż Wąż NIE JEST BOSKIM stworzeniem? Tyle że bezkończynnym… Jak się na końcu w sztuce powie, kończyny są czymś mocno przereklamowanym…
Bóg (gra go Emanuel) pyta, po co ma spełniać ludzkie potrzeby? (??) Jeżeli nie jest wierzeniem-dogmatem etc. lecz WIARĄ (to moje).
Chrupuś – domowy chomik milutki zwierzak jest bezbronny, pytanie najważniejsze, ono jest istotą sprawy omawianej – czy nie został ZNOWU pożarty przez Węża? Dlatego, że bezbronny.
            Sztuka jest bardzo ciekawa, i dobrze zrobiona, można by o niej długo pisać (jeszcze lepiej ją oglądać), mamy nadzieję, że będzie jeszcze u nas w  Międzyrzeczu wystawiana.
            Drugi spektakl na naszej międzyrzeckiej scenie w Ośrodku Kultury. Reżyseria i scenariusz: Izabela Spławska”. Grupa starsza, Zespół „Oczy-wiście. Tytuł przedstawienia: „Zach-ciało” na podstawie wiersza Wisławy Szymborskiej „Sto pociech”.
            Z haseł i słów zrobiona jest nasza, w sensie – współczesna, szeroko pojęta społeczna edukacja. Z zalewu informacji, w dużej mierze – śmieciowych, gazetowych, uporządkować je, przecedzić przez niezbędne sito przydatności-szkodliwości, to trudne zadanie, także dla dorosłych. Uczestnikami życia społecznego jest też młodzież, narażona na ten bezpośredni potop piktogramów. Co ma z tej papki wybrać, co odrzucić? I czy ktoś jej  w tym pomoże. Na pewno nie pseudo-edukacja szkolniasta, mająca na celu raczej nie-do-uczenie. Nieprzygotowanie do uczenia się. Świetna scena lekcji w szkole, nieprzeparcie przypominająca słynną lekcję j. polskiego z „Ferdydurke” W. Gombrowicza. Mucha bzykająca pośród ławek i katedry nauczycielskiej jak interakcja uczeń-nauczyciel, dźwięk skrzydełek zajmuje uwagę uczestników lekcji (uczniów i nauczycielki) w całości, wobec nudy lekcyjnej jest wydarzeniem…Mądrzejsi są tu uczniowie, którzy skądś czują ważność i konieczność edukacji jako takiej, chociaż jej nie doświadczają. Mają na tę nudę lekarstwo – pająka, którego boi się nauczycielka. Zwierzak ją przepędza z klasy. Ucieczka i agresja – inaczej być nie może w chaosie, a tak jest postrzegany świat. Agresja zbitych kulek papieru gazetowego, śmieci informacyjnych, które mają czelność być NAMI… Aktorzy się nimi obrzucają. Zbyszek Gazeciak tak się rodzi, nasza kukła zrobiona z kapelusza, zmiętych gazet i będącej wspólną własnością koszuli – nakłada się ją, zakreśla nią kontur postaci, żeby miała wymiar nie-płaski (czy wiadomo jest na pewno, że nie jesteśmy takimi wypchanymi bitami nieprzydatnych informacji Zbyszkami-Gazeciakami?)  Wiersz W. Szymborskiej jest pięknym pretekstem do tych rozważań.
Zach-ciało się więc ciału Powołanemu przez aktorów do sztuki (np. Zbyszkowi-Gazeciakowi) grania w niej, mówienie na temat prawdy i wieczności! Co  za uzurpatorstwo! Za mało to śmieszne, by Pustka była rechotliwa… Taki był weselny St. Wyspiańskiego – Chochoł, ten utkano ze słomy.
Świetna gra aktorska i przede wszystkim – bardzo poprawna dykcja młodych aktorów (Julianna Cap, Aleksander Ciślak, Marta Krawiec, Szymon Michalak, Jakub Potyrcha, Julia Tomaszewska). Przedstawienie bardzo dobre.


Iwona Wróblak
kwiecień 2015

niedziela, 2 sierpnia 2015

Mariusz Rodziewicz. Roderyk czyli trawestacja.

            Klub Muzyczny „Kwinto”. Sympatycy i przyjaciele Mariusza Rodziewicza, jeszcze z czasów, kiedy był praktykującym rycerzem… I pamiętam, jak mówił mi, że się nie przebiera w niego, tylko UBIERA…
Teraz w Pieśni się ubiera. Bezczasowe. Niemające początku ani końca. Ich trwający mimośród, jak centrum wszechświata, ma osiadać nam głęboko we wnętrzu. Jak mówi Mariusz – zapodróżujemy przez kultury muzyczne. Tak się zapętla historię muzyki. Dawny koloryt kompozycjom nadaje flet i perkusja. Na początek udajemy się w stronę wschodu, jako wspólnego mianownika tej muzyki, któremu na imię (staro)dawność. Stylizacja w stronę tajemnic Wschodu (bo tam, podobno, narodziła się, wraz z człowiekiem, muzyka i folk?).
Mariusz odkłada flet, jeden z fletów (prostych i trzcinowych), których będzie używał, i sięga po mandolinę. Semicki bliski wschód na skrzypcach (Agnieszka Bączkowska). Mocny surowy wokal na przeponie, jarmarczny, bardzo dobrze brzmi. Staro hiszpańskie rytmy. Gitara klasyczna. Wsłuchujemy się, jak mogą brzmieć iberyjskie brzmienia w wykonaniu „Roderyka”. (Roderyk to jeden z wizygockich wodzów-królów, Mariusz jako były, czy istniejący ciągle, rycerz jest pasjonatem historii powszechnej).
Sitar – gitara bardzo wschodnia. Hindusko-perska. Ostro brzmiąca, jak dowiaduję się, chodzi tu o szeroki próg. W ogóle jest nieco inna niż  zwykłe, jest mi pozwolone dotknąć jej strun. Progi są ruchome, można je przyklejać w dowolnej odległości od siebie… Wyobrażam sobie multum, dzięki temu, jej możliwości muzycznych… Wysłuchalibyśmy (nie tylko ja) osobnego koncertu na tę gitarę… Perkusista sięga po djembe. Ciągle nam brzmi jednolity rytm, podobno charakterystyczny dla średniowiecznej muzyki… Nasze panie instruktorki z Zespołu Muzyki Dawnej „Antiquo More” przyszły dzisiaj specjalnie na koncert Rodziewicza, słuchają ciekawie, co może wyniknąć z inspiracji dawnością muzyki jako jej walorem samym w sobie, kiedy się  uruchamia wyobraźnię na temat kultury muzycznej epoki, o której siłą rzeczy niewiele wiemy z zapisów nutowych. Czytamy tylko o niej przekazy historyczne, oglądamy stroje, artefakty archeologiczne… No i słuchamy pieśni starych cegieł na przykład naszego Zamku…
Stylizacje na wszystkie możliwe dawności rodem z różnych stron geograficznych. Tybetańscy górale, wyobrażamy sobie ich religię boon  i  Himalaje, Wyżynę Tybetańską, tajemniczy płaskowyż. Wojowniczy niepokorny naród, posłuszny jednakże swoim lamom i nauczycielom. Szwedzką kulturę znamy z wykopalisk. Wędrowali dolinami naszych rzek. Są ich kurhany. Pochówki z bronią i szczątkami łodzi i koni. Misternie rzeźbionymi elementami uzbrojenia. Północne kultury. Przedwieczne. Legendarne przez swój wpływ na ziemie nasze i ruskie. Jak by brzmiały w swojej tkance muzycznej?? Możemy się pokusić o rekonstrukcję…
Mariusz Rodziewicz, Agnieszka Bączkowska, Tomasz Tomasik, Tomasz Orszulak. Cztery osobowości spowite czarem muzyki jedynej w swoim rodzaju. Ich osobistej jej wizji, kompozycjami autorskimi, wsłuchującymi się w pogłos minionych epok, tysiącleci i setek lat – motywów i harmonii tkwiących w nas, zdaje się jakby poprzez pośrednictwa medium, cieni historii naszych przodków, ich pieśni i eposów. Muzycy szukają instrumentów tradycyjnych o naturalnym brzmieniu, strojeniu.
Muzyka folkowa (taniec z muzyką). Forma wyrażania siebie poprzez swe zaistnienie w kulturach – myślę, jednoczesne we wszystkich regionach świata. Etniczna w najgłębszym znaczeniu. Jak mówią muzycy - burdanowa harmonia charakteryzowała wieki średnie. Jednostajny dźwięk; werbel żywotów naszych antenatów, obecnych, stojących o krok na nami. Nasze zaplecze i tożsamość z przodkami. Muzyczne i harmoniczne. Przewijają nam  się  przez wyobraźnię obrazy. Średniowieczne. To bardzo długi okres w historii. Ponad tysiąc lat, a może o wiele dłużej, sięgające jak każda epoka, wrosła korzeniami w tkankę dziejów, w przeszłość i przyszłość… Teraźniejsze, bo odpowiada na potrzeby ekspresji ludowej, etnologicznej naszej tęsknoty za  prawdami uniwersalnymi, za opowieściami przy ognisku ilustrowanymi muzyką i pieśnią opowiadającą o Czasie, który się bez przerwy DZIEJE, mocno i  intensywnie…


Iwona Wróblak
styczeń 2015


sobota, 1 sierpnia 2015

W Kwinto Bordello a’capello

– madrygał bardzo współczesny

            Kwintowy koncert. Na początek support. Młodziutki, i bardzo ambitny, zespół „My”Musician/Band ze Swarzędza z Zuzą (Olszewską) – świetną wokalistką, której wróżymy dużą karierę. Pozostali muzycy to także osobowości, całość jako zespół skonsolidowana, buzująca pomysłami (Jakub Dolata - gitara, Jakub Rybak – bas, Szymon Czerniak – perkusja).
Nic z młodzieńczego zachłystywania się metalem czy popem, rock pretendujący do miana progresywnego. Balladowe rytmy, konstrukcje muzyczne zgrabne, dopracowane w szczegółach (talenty kompozytorskie Zuzy i członków zespołu, bo jak mówi – wszyscy tworzą repertuar), osnute wokół partii wokalnych. Wiele kawałków – myślę – mogłoby pretendować do lokalnych list przebojów. Ładne króciutkie solówki na gitarę, wyraźna konstrukcja utworów – z gatunku tych, co mają wiele rytmów i każdy z nich jest uprawniony do zaistnienia. Myślę, że „My” ma już swój styl.
            Tego wieczoru w Kwinto ten bardzo dobry support był preludium. Główną gwiazdą był "Bordello a’capello" – przewrotny tytuł dla niebanalnych, chociaż biesiadnych w formie treści. Dać CZŁOWIEKOWI wytchnienie i odpoczynek – stara jak świat idea tworzenia muzyki jako rozrywki dla ducha i  ciała. Nie wyklucza dobrego poziomu muzycznego i literackiego… Teksty mogą być nieskomplikowane, w (skondensowanej) formie, o uproszczonym słownictwie. Pisze je Marek Klimaszewski, śpiewa z Zespołem Michał Klimaszewski – bardzo dobrze śpiewa, aktorsko interpretuje, ma w tym duże doświadczenie. Madrygał bardzo współczesny – to gatunek literacko pełnoprawny jako środek wyrazu artystycznego. Pełni rolę zarówno terapeutyczną jak i stricte literacką. Wszyscy chcemy od czasu do czasu zachowywać się swobodnie, pośmiać, pożartować – poczuć się bohaterami fraszek niemalże czarnoleskich… Wszystko jest poezja… na pewno było nią to, co usłyszeliśmy w „Kwinto” – mocne teksty definiujące stany emocjonalne i intelektualne w formie trafiającej w istotę rzeczy (dlatego też się podobały…). Co nie znaczy, że do końca identyfikujemy się z pozornym nihilizmem – czasem musimy przecież wypić piwo jedno czy drugie i ujrzeć siebie w nie do końca wyprostowanym zwierciadle. Wszystko dla higieny psychicznej. Tej bardzo ważnej filozofii oczyszczającej – w roli przerywnika monotonii obrotu koła codziennego życia.
Bordello a’capello czyli afirmacja sama w sobie, nieco czasem libertyńska. Bordello prześmiewczy. Smutne teksty zaśpiewane wesoło – wszystko zależy od interpretacji. Michał w kilku wcieleniach – jako saksofonista, klarnecista, świetne wczucie się w stylistykę reggae. Każdy temat i zdarzenie warunkujące go potraktowane dobitnie i do dna (jak toast…). Filozofią samą w sobie jest miłość do każdego szczegółu w życiorysie, przeżywanie chwil uważne i dogłębne, NIE TRACENIE czasu, jaki jest nam dany. Zdarzenia w życiu są jak mgnienia, istotne poprzez swoją materialną ostrość i  wyrazistość.
            Pasuje Bordello a’capello do klimatu Klubu Muzycznego „Kwinto”, z jego swobodą i otwartością na radość samą w sobie, co bardzo lubią jego bywalcy – bezpośrednią, bez podtekstów, dosadną, przylegającą blisko do pulsu czasów. Kołyszącą się w jego rytmie. Doskonała recepta, jak odreagować  stresy i znaleźć siły na wyzwania, jakie są i będą naszym udziałem nieustannie. Rozrywka jest prawem człowieka, zdrowym odruchem, minuta śmiechu do  potężna dawka endorfiny, na przekór smutnym ludziom – cieszmy się i pijmy za nasze zdrowie (psychiczne i fizyczne)! Czyli Bordello a’capello. Rubaszna zabawa - bardzo istotna część życia, sposób na nie, mająca swe głębokie korzenie i uzasadnienie w kulturach wielu regionów w okresach ich  otwartości i tolerancji, przez to prężnych i twórczych.


Iwona Wróblak
listopad 2014