piątek, 21 sierpnia 2015

Mała Akademia Jazzu ponownie w Szkole Muzycznej. Grać stylowo

            Tym razem nasza Szkoła Muzyczna zaprosiła na wykład w Małej Akademii Jazzu Marka Konarskiego, młodego ale już uznanego saksofonistę. Konarski przez dwa lata kształcił się w SyddanskMusikkonservatorium w Danii, obecnie studiuje w Sibelius Academy of Music w Helsinkach na  wydziale jazzu. Koncertował z gwiazdami duńskiej sceny jazzowej, grał na prestiżowych festiwalach jazzowych, współpracuje z wieloma muzykami z Polski, Szwecji oraz Danii. Zdobył 3. nagrodę (jako solista) na Novum Jazz Festival 2012.
            Jak brzmi jazz po fińsku? Muzyka danego kraju ma swój specyficzny klimat, naturalnie wynikający z jego geografii, kultury, historii etc. To  ciekawe, jak te cechy transponowane są na muzykę komponowaną przez wykonawców? W jaki sposób przeplatają się z dorobkiem muzycznym europejskim i światowym, i wzajemnie inspirują. Pulsują w osobowości artystycznej muzyka. Małe Akademie Jazzu to konglomerat pokazowej lekcji muzyki – w wykonaniu naprawdę wybitnych instrumentalistów i pedagogów – z koncertem. Bardzo wartościowa godzina spędzona na edukacji własnej – koncerty w Szkole Muzycznej są anonsowane i otwarte dla publiczności. A dowiedzieć się na nich można naprawdę dużo, w bardzo przystępnej formie. Jak powiedział na wstępie Bogusław Dziekański (od 25. lat rektor Małej Akademii Jazzu, 30 lat prowadzi Jazz Club „Pod Filarami” w Gorzowie), Mała Akademia Jazzu to polska inicjatywa edukacyjna, unikalna w Europie.
Marek Konarski – świetny saksofonista, kompozytor, zaczynał od nauki gry na flecie w szkole podstawowej, potem grał w orkiestrze strażackiej. Zawsze fascynował się muzyką świata, teraz także folkiem polskim. Prezentuje nam dwa saksofony: tenorowy i sopranowy. Jakie mają brzmienia w  konkretnych utworach? Gra blues jazzowy w tonacji c-moll, tzw. nowoorleański, tak się nazywa, ponieważ w tym mieście grał Luis Amstrong i inni słynni muzycy amerykańscy. Konarski opowiada nieco o folklorze tej muzyki. Na południu Stanów grano ją na platformach ciągniętych przez zaprzęgi konne. Często takie grupy muzyczne spotykały się w mieście i rywalizowały ze sobą o widzów. Konarski gra próbkę funky – jazz - powstał on w USA z bluesa (jak prawie wszystko), a jest prekursorem dzisiejszego stylu disco… Co jest najważniejsze dla muzyka, we wszystkich okresach – to grać stylowo…
            Świetna poglądowa lekcja jazzu i gry na saksofonie. Z pogadanką i ciekawymi anegdotami, które tak bardzo uatrakcyjniają naukę. Interesujące również dla tzw. nie-muzyków, myślę.
Koncert kończy urokliwa romantyczna ballada jazzowa. Konarski zaprasza słuchaczy do gorzowskiego Klubu „Pod Filarami”.



Iwona Wróblak
marzec 2015

czwartek, 20 sierpnia 2015

Janek Samołyk w Kwinto


Kwinto pod znakiem ambitnego rocka. Za tydzień zapowiadany jest następny taki koncert – dla koneserów… Bo w „Kwinto” jest dla każdego COŚ… Tym razem Janek Samołyk z zespołem (Piotr Wojniusz – bas, Marcin Wojtowicz – perkusja i Patrycja Stefanowska – skrzypce) zawitał do nas z  krótkim, niebanalnym recitalem.
            W repertuarze utwory Grzegorza Ciechowskiego i własne kompozycje i teksty. Refleksyjna poezja z ciekawą ścieżką dźwiękową. Rock – za  sprawą tekstów - na pograniczu poezji śpiewanej. Poezja w rockowej szacie muzycznej. Ciekawe partie na skrzypce (Patrycja Stefanowska) jako znak szczególny tego rocka, dodają utworom miąższości i barwy.
O czym mówią? Współczesna miłość i jej wzajemne relacje, w ornamentyce gadżetów typu telefon komórkowy. Nowe sposoby na życie… Teksty, które zasługują na to, by je czytać powtórnie. Muzyka do nich jako nastrojowa ilustracja. Zdarzenia i sytuacje liryczne. Historie o życiu we dwoje, jak  reporterskie migawki, obok rzeczy ważnych te mniej istotne, lecz doskonale malujące klimat wzajemnych relacji. Poezja jako kontakt z drugim człowiekiem i widownią. Rockowe nastrojowe ballady. Cechuje je dosłowność opisu naszego małego kawałeczka świata, niejako mimochodem i  niecelowo obserwowanego – z linii bocznej zaglądając do obiektu, przyglądając się mu kątem oka. Swingująco przy tym, tanecznie.
            Janek Samołyk to jeszcze jeden dowód na to, że jak „Kwinto” coś proponuje, to warto przyjść. Janek Samołyk – dobry głos i ambicje niebanalnego repertuaru. Życzymy artyście powodzenia.


Iwona Wróblak
maj 2015

środa, 19 sierpnia 2015

Raggafaya – dance. Filozofia słońca. Kwinto

            Sobotni Kwinto pod znakiem reggae. Od supportu - Riddim Badness, wiele mówiącym przedsmaku głównego dania, gwiazdy dnia – Raggafaya, odcienie reggae we wszystkich możliwych wymiarach, potężna dawka… Wyraziste reggao’we rytmy. Już w supporcie je słyszymy, bardzo dobrym, potem staną jeszcze bardziej klarowne.
Reggae’wa forma ekspresji artystycznej.
W Klubie dużo ludzi i gęsto – od emocji, od radości – jak zawsze na Raggafaya. Filozofia słońca zakorzeniona głęboko i rozłożyście, na podglebiu dobrego warsztatu muzycznego i starannego nagłośnienia. Barwy i odcienie lubianego stylu. Reggae na żywo, czyli wszystko, lub prawie wszystko, co  można zrobić z tym rytmem (czy rytmami). Raggafaya showmańska, za sprawą charyzmatycznego wokalisty. Falujący tłum pod sceną. Zespół działa na  widownię transowo.
Czyściutki równy rytm.
Odcienie. Reggae zaangażowane, antykorporacyjne, nie-globalistyczne (wtedy ta czystość gatunku…?). Nie-industrialne. Do rytmów reggae korespondująca z nimi w tekstach treść. Potem chyba przemieszane z innymi gatunkami. Muzycy sami się świetnie bawią, co się udziela fanom w sposób bezpośredni. Bardzo ciekawe improwizacje - na klawisze, potem na gitary. Nastrój reggae przenika w ściany Klubu, wsiąka w cegły, pulsuje. Koi. Las rąk  jak kłosy zboża, falujące na jednym podmuchu. Reggae z mocnym uderzeniem - jakimś hard. Reggae żartobliwe. Jak różne rzeczy można robić w oparciu o doskonałe prawie opanowanie uprawianego stylu (też filozofii – myślę). Swobodnie – i pewnie - się czują muzycy w swojej konwencji (to ważne).
Gorąco w Kwinto, atmosfera podgrzana wzajemną dobrą korelacją oczekiwań fanów z ich odczytaniem przez muzyków. Scena i widownia to  jedno – bywa w znowu nie tak wielu klubach muzycznych… Jest w międzyrzeckim Kwinto. 
Raggafaya ma swój styl, kołysania w obłym swoim gabarycie wokół osi, wcisnęła się w taniec i w jego stylistykę. Odrobina ognia, wyluzowania po tym okręgu, owalu, swojej istotności, co się mieni kolorami jak światło w pryzmacie, przez SIĘ zauważona, ważna – i przedstawiona ogółowi. Muzycznie i tekstowo. Wsłuchujemy się w swój rytm. Reggae metalowe nieco – również, czemu nie? Mieszanka gatunków ciekawie skompilowana. Nic  nie ogranicza przecież muzyków… Te trawestacje szczególnie się podobają, niedogmatyczne potraktowanie tematu (to stałe zawsze niebezpieczeństwo wszelkich konwencji, nawet BARDZO SŁUSZNYCH…). Też jest takie afrykańskie raggae, naturalistyczne, oszczędne instrumentalnie, obok tego  bogatego w elektronikę. Co najważniejsze – energetyczny wokalista, w kontemplacji reggae’owej zanurzony absolutnie, śpiewa – trzeba mieć wiarę w  siebie, trzeba mieć - tę wiarę - w drugiego człowieka… Bardzo poważne reggae… Filozofia słońca (jednak świecącego), czyli Raggafaya. Kolejna kwestia wyśpiewana z desek sceny - Czy NIEBO jest nielegalne? Bardzo zasadnicze pytanie! Kwintowe.


Iwona Wróblak
marzec 2015

wtorek, 18 sierpnia 2015

Bartek w Gruzji z aparatem - wędrujący w Poszukiwaniu…


            Nowe wcielenie Bartka Orła, którego dotąd znaliśmy z aktywności harcerskiej, jako wieloletniego instruktora („Dreptaki” drużyna „Nieprzetartego Szlaku” z Rokitna). Fotoreporter wędrownik, którego gna nieprzeparcie w świat. To część harcerskiego wędrowania, jak by nie patrzeć….
W sali na parterze Międzyrzeckiego Ośrodka Kultury oglądamy Wystawę jego fotografii z Gruzji, które Bartek zrobił w drodze do Indii. Po co tam jechał? Droga jest po to, by iść, trawestując Edwarda Stachurę. Poznawać. Miejsca, ludzi, historię, klimat, kuchnię etc. Wszystko. Zabierając ze sobą rodzinę, przyjaciół. Za niewielkie pieniądze – Bartek mówi, że ZNACZNIE drożej jest nad polskim morzem… Służy adresami i telefonami (można go  znaleźć na Facebooku). To poważna propozycja, pomoże w organizacji wyjazdów turystów indywidualnych oraz grup. Są dobre połączenia lotnicze z tym  rejonem świata.
Zachęca – jak to harcerz-instruktor – do wędrowania.
Krystyna Pawłowska – kustosz Biblioteki Publicznej, otwiera oficjalnie wystawę. Wiązanka kwiatów dla naszego lokalnego społecznika. Myślę, że  harcerze powinni częściej je otrzymywać… Teraz to okolicznościowe podziękowanie. Tak na co dzień powinny być wręczane - za powiew optymistycznego myślenia z ich strony. Za wzorzec aktywności niespokojnej, która nigdy nie spocznie, bo taka jest filozofia harcerskiego systemu wychowania i samodoskonalenia. Ja się nie dziwię, że harcerze wędrują, pięknie, że ze swoich podróży robią wystawy zdjęć, że opowiadają o nich.
Czułam się jak na harcerskiej gawędzie, kiedy Bartek opowiadał o całkiem niezaplanowanej wizycie na gruzińskim weselu, to daleko więcej niż  lektura przewodników i chłodne oko zbieracza widokówek (chociaż mówił mi, że przewodniki piszą ludzie kompetentni i warto im ufać). Mi się podoba ta żarliwa i nieco dziecinna (z ogromnym szacunkiem dla dzieci) chęć poznawania.
Bartłomiej Orzeł – lat 35, zamieszkały w Przytocznej, mgr ekonomii turystyki Uniwersytetu Szczecińskiego, instruktor harcerski, podróżnik, miłośnik sztuki (muzyka, poezja, fotografia). Pierwsza wystawa w Międzyrzeczu przedstawia fotografie z dwóch wypraw: z roku 2013 i 2014.
Gruzini – opowiada – mają wiele cech, które łączą ich z Polakami. Gościnność, szacunek dla sacrum, dla religii, przywiązanie do historii. Łączy ich  państwo, o które w dziejach toczyli krwawe boje. Gruzja to, obok Armenii, najstarsza organizacja państwowa na świecie… Na fotografiach widać tę  dostojność w ludziach, zakorzenienie we własnej narodowej historii i religii. Prawosławie i islam tam dobrze współegzystują – w obronie wzajemnej i  sojuszu wobec wspólnego zewnętrznego wroga. Mimo ostatniej wojny z 2008, której echa widać, Gruzini są pogodni – i lubią Polaków. Jest tam bezpiecznie – podkreśla Bartek. Rozwodzi się nad smakowitościami kuchni gruzińskiej, czujemy na językach ostre szaszłyki i słynne pierogi z sosem w  środku. Miasta gruzińskie – „herbaciane Batumi”, znane z piosenek, są przepiękne. Oglądamy obrazki z Tbilisi (zapraszamy na wystawę, które będzie przez cały kwiecień). Gruzińskie kobiety o orientalnej urodzie, chodzące częściej w spódnicach niż spodniach, jak mówi Bartek – wyzwolone i świadome swojej wartości.
Ludzie i architektura, krajobrazy i współczesność, historia, zabytki, mentalność ludzi tego kraju i nowe przyjaźnie, które Bartek gwarantuje. Zaprasza do  Gruzji, sam na pewno jeszcze tam wróci. Do Indii też zajedzie, to będzie temat na osobną historię, z pewnością wielowątkową.


Iwona Wróblak
marzec 2015

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Blues po polsku. Leszek Dranicki – lekcja w Szkole Muzycznej


            To już trzecia taka lekcja w Państwowej Szkole Muzycznej I stopnia w Międzyrzeczu. Poglądowa lekcja bluesa i jazzu. Jazz? – zwracam się  Pauliny Staniec, nauczycielki w naszej Szkole Muzycznej - przecież to się studiuje… Chodzi o rytmikę, która wspomaga odbiór muzyki, mówi pani Staniec, uczniowie się tego uczą, a blues świetnie się to tego nadaje. No i forma (opowieści bluesmana) jest atrakcyjna.
Plakat o koncercie był widoczny w mieście. Słynne nazwisko muzyka zachęciło nie tylko uczniów, chociaż ci byli tu niejako obligatoryjnie, bo to  program Szkoły, który jest częścią kompleksowego programu edukacyjnego i artystycznego. Edukacja muzyczna powinna dotyczyć wszystkich dzieci, nie  tylko tych najzdolniejszych, gdyż ma ona udowodniony pozytywny wpływ na ogólny rozwój, na wyniki edukacyjne i umiejętności społeczne dzieci. 
 Leszek Dranicki, ur. 3 czerwca 1949 r. w Gdańsku polski wokalista i gitarzysta z pogranicza jazzu i bluesa, kompozytor, grafik, publicysta, pedagog.  Z wykształcenia jest artystą plastykiem, absolwentem gdańskiej Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych (dzisiejsza Akademia Sztuk Pięknych). Autor wielu projektów i realizacji z dziedziny architektury wnętrz. Na koncie ma 3  autorskie płyty CD nagrane z czołowymi postaciami polskiego jazzu. Koncertuje solo, w duecie z Maciejem Sikałą, w trio- Camerata Jazz Trio, z własną sekcją rytmiczną - Piotrem Lemańczykiem i Tomkiem Sowińskim. Gra jazz środka, chętnie śpiewa ballady, również blues. Także kompozytor, autor tekstów, muzyk sesyjny. W 2006 r. w gdańskim Teatrze Leśnym odbył się benefis z okazji 30.lecia pracy artystycznej muzyka. W 2010 r. gitarzysta nagrał kolejną autorską płytę pt. „Listy Jazzujące”. Dranicki jest wykładowcą Małej Akademii Jazzu.
W pierwszym stopniu szkoły muzycznej uczy się klasyki muzyki, bo to podstawa. Na pewno słusznie. Ale blues to muzyka ludowa, jak mówi Leszek Dranicki (to nie znaczy prosta, tylko piękna, jak mówił mi kiedyś pan Kazimierz Dziembowski). Pan Dranicki chce ją, tę naukę, dla uczniów maksymalnie uprościć. Nie ujmując nic z sedna zagadnienia.
Notuję. Blues jest wiejski i miejski - w Ameryce. To znaczy historycznie był. Cała muzyka w Stanach wyrosła z bluesa. To koktajl, który powstał na styku kultur amerykańskiej i europejskiej. Nie było w tym żadnego przypadku. I tu smaczek polski. Pan Leszek znajduje w historycznym zapisie nutowym oryginalnego XIX. wiecznego bluesa ślady polskiego kujawiaka, którego najprawdopodobniej przywieźli polscy emigranci… Poważnie.
Dlaczego w Polsce lubimy bluesa? Bo lubimy go. Jak mówi pani Staniec, blues jest „od serca”. Ale inni europejczycy, Niemcy czy Francuzi, też  mają ten organ, a bluesa nie kochają (i czują) tak jak my, Słowianie.
Blues był muzyką czarnych niewolników, którzy tęsknili za wolnością. Tak jak my, zniewoleni pod zaborami przez prawie 200 lat. To nas łączy… Myślę, że jest w tym też taka uniwersalna tęsknota za wolnością, której nigdy nie jest zbyt wiele – dla nikogo, kto czuje się wolny… Mówię panu Leszkowi, że on jako muzyk w środku jest trochę, a nawet dużo, czarny. Leszek Dranicki  w George Gershwinie, jego muzyce, zakochał się, jak miał 11  lat. Gra Erica Claptona, ale też urokliwe proste, jak mówi, „wiejskie” bluesy. Opowiada nieco o kuchni muzycznej tego gatunku – pogadanka jest przecież dla uczniów Szkoły Muzycznej. Słuchając go można myśleć, że nic, tylko wziąć gitarę do ręki, mieć w pamięci takt czteromiarowy, napisać nieskomplikowany (?) tekst, w którym jest dramaturgia (nieskomplikowane, prawda?). Tak. Ale trzeba też, myślę, CZUĆ  bluesa, co się słyszy u  wykonawcy, jeśli jest dobry, a to już oczywiste nie jest… Myślę też, że sztuką jest mówić o (dobrej) muzyce w sposób nieskomplikowany. A dobra muzyka to taka, przy której się odpoczywa, relaksuje, i do której się wraca – to tak potocznie.
Wiejski blues, muzyka ludzi o czarnym kolorze skóry przywiezionych z Afryki do pracy przez białych ludzi. Pieśń pracy, którą w myśl ergonomiki wykonuje się rytmicznie, powstała z uderzeń motyki, młota wbijającego gwoździe w podkłady szyn kolejowych. W tonacji molowej zawołania z pól i chóralnych na nie odpowiedzi ze strony kompanów. Rytm, melodia, akompaniament i śpiew ludzki, czyli krótka historia bluesa. Pieśni z tęsknoty za  wolnością podstawową, pieśni smutku niewolnika. Blues wiejski powstał na południu USA. Z czasem przeniósł się do miast, pan Dranicki obrazowo opowiada, jak sam Mac Donald, osobiście produkujący wtedy swoje hamburgery, pewnego dnia po zniesieniu niewolnictwa być może pozwolił kilku czarnym muzykom zagrać w swojej restauracji. Spodobali się klientom i tak zaczęła się nowożytna historia bluesa, który z czasem zaczął się dzielić i różnicować – na rytm and blues, rock and roll (fuzja europejska z muzyką celtycką, irlandzką), soul – aż do improwizacji czyli jazzu. W Ameryce z  kreolską domieszką.
Mała Akademia Jazzu powstała w 1985 r. w Gdańsku, w oparciu o Północny Oddział Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego.  W Gorzowie zajęcia są prowadzone nieprzerwanie od kwietnia 1986 roku. Organizatorem MAJ w Gorzowie jest Bogusław Dziekański, dyrektor Jazz Clubu „Pod Filarami”.
Celem MAJ jest edukacja estetyczna dzieci i młodzieży, przygotowanie do uczestnictwa w kulturze, kształtowanie nawyków i potrzeb kulturalnych, rozwój zainteresowań, kultury osobistej, słuchu muzycznego, poczucia rytmu, ogólnego umuzykalnienia. Program nauczania nie jest sztywny, ewoluuje wraz z otaczającą nas rzeczywistością i zmieniającymi się gustami muzycznymi. Obejmuje dwuletni cykl edukacji. W pierwszym roku prezentowany jest jazz tradycyjny i klasyczny, jego rozwój i charakterystyczne składniki w oparciu o instrumentarium akustyczne, w drugim roku - jazz współczesny i jego elektroniczne instrumentarium. W tych ogólnych ramach, w pierwszym roku realizowane są takie tematy jak: rytm, improwizacja, początki wokalistki jazzowej (pieśni pracy, gospel, blues), gitara akustyczna, saksofony, puzon, instrumenty etniczne, perkusja, aranżacja. W drugim roku edukacji to:  współczesna gitara elektryczna, rytmy świata: jazz i folklor, współczesna wokalistka jazzowa, skrzypce i współczesna wiolinistyka, improwizacja z  wykorzystaniem syntezatorów, współczesne instrumentarium elektroniczne, wykorzystanie w muzyce komputera. 
Czyli dzięki naszej Szkole Muzycznej i Jej ambitnym, nowoczesnym planom umuzykalnienia dzieci i młodzieży, a także mieszkańców – wstęp do  Szkoły Muzycznej na koncerty jest przecież niezabroniony – i anonsowany przez plakaty na mieście, mamy ciekawe spotkania – koncerty/ lekcje z  wybitnymi muzykami i teoretykami muzyki. W ciągu roku szkolnego w regionie odbywa się średnio 238 audycji w szkołach podstawowych i gimnazjach. Odrębne audycje są dla uczniów szkół muzycznych oraz studentów PWSZ. W zajęciach uczestniczy 1700-2400 dzieci i młodzieży, przez lata swej działalności Mała Akademia Jazzu wypuściła około 32.000 dzieci i młodzieży, wykładowcami byli wybitni muzycy i teoretycy jazzu, grono ponad 90 najwybitniejszych jazzmanów polskiej sceny jazzowej oraz muzycy zagraniczni.

Iwona Wróblak
luty 2015



niedziela, 16 sierpnia 2015

Bernard Maseli ponownie w Międzyrzeczu

            Międzyrzecki Ośrodek Kultury zaprosił na koncert wybitnego wibrafonistę elektrycznego Bernarda Maselego, tym razem w (świetnym) towarzystwie Daniela „Dano” Soltisa – perkusja i Michała Barańskiego – gitara basowa.
Koneserzy dobrej muzyki tłumnie się zjawili w sali kinowej MOK, bo poprzedni koncert Maselego (Projekt „Maseli on the Road”), mimo że minęło od  tamtej chwili kilka lat, został zapamiętany przez nas jako wydarzenie muzyczne w mieście.
            MaBaSo funky-jazz Trio, zgrana grupa trzech muzyków, każdy jest mistrzem gry na swoim instrumencie. Dla słuchaczy była to istna uczta artystyczna. Zespół w swojej nazwie chce plasować się w orbicie funky-jazz, ja myślę, że to już chyba klasyka (jazzu), chociaż tak niestara… Klasyka jazzowego myślenia o muzyce jako takiej… O każdej muzyce, rozrywkowej też – jak najbardziej. Rozrywka może łączyć dobrą zabawę z wysokim poziomem artystycznym. Powiedziałabym, że wysoki poziom może warunkować jej w ten sposób rejestrowanie.
Świat współczesnego, elektrycznego jazzu, zawierającego elementy otwartej muzyki improwizowanej opartej na podstawach rytmicznych muzyki funky – jak sam o sobie pisze Maseli - w to się zanurzyliśmy na przeszło godzinę w sali kinowej MOK. Końcowy koncert trasy promującej najnowszą płytę zespołu (była do nabycia u artystów). Popisy wirtuozerii zaczęły się od solówek na wibrafonie. Komentował swą muzykę Maseli żartobliwie, że  może chciałby grać nam i sobie disco (??), bo jest bardziej… uporządkowane, i lżejsze… Ależ my lubimy Maselego i jego nieporządek!!! Taki ciężki (to  żart!), mięsisty muzycznie, (pozornie) pogmatwany…
Bernard zaprezentował nam potem kompozycję, która miała obrazować piękność konkretnej kobiety (jego poznanej na Facebooku rozmówczyni). Wsłuchiwałam się w klimat utworu, starając się zrozumieć strukturę, w jego klasyczność – tym jest, myślę, zawarte dla niego Piękno samo w sobie, takie antyczne nieco, czy klasycystyczne – jak kto woli, geometrycznie poukładane, trochę dostojne, jak kariatydy…
Nie tylko Maseli jest na pierwszym planie tego dnia. Basista (Michał Barański) to kunszt korzystania z możliwości tego instrumentu – na pewno docenili go będący na widowni praktykujący gitarzyści. Także Soltis wydobywa z instrumentów perkusyjnych morze różnych dźwięków, także i tych… cichych, bardzo subtelnych!
Eric Clapton – słyszeliśmy w wykonaniu muzyków jedną z jego kompozycji. Bardzo dynamiczną, pełną niespodzianek – z fragmentami symfonicznymi… zgrabnie wplecionymi w rytmikę pochodną funky. Są jak rozlewające się krople wody przelewające się na styku morza i powietrza, z  ich kategorycznością tego a nie innego kształtu w rodzaju kulistym, migotające, opisy muzyczne każdej z osobna cząstko-fali, ich wzajemnych relacji. Rozmowa dźwięków. Delektowaliśmy się rytmem i brzmieniem tej gawędy.
Wspaniały wieczór z MaBaSo Trio.


Iwona Wróblak
marzec 2015


sobota, 15 sierpnia 2015

Złota Piętnastka istnienia Transu

            Zespół Taneczny „Trans” już nam wrósł w rodzimy krajobraz, nie wyobrażamy sobie sytuacji, by nas miał w przyszłości nie zachwycać swymi unikalnymi choreografiami. Na „Trans” zawsze przychodzi bardzo dużo ludzi. Nie tylko dlatego, że zespół liczy około 300. tancerzy, którzy mają rodziny dumne ze swych dzieci tańczących w prestiżowym Zespole. Dla nich samych, uczestników, to jest unikalna przygoda ze sztuką, z ruchem i muzyką jako nieodłącznym elementem wspólnie przeżytych chwil. Byłam świadkiem, jak mali adepci tańca nawet czas po prezentacjach wykorzystywali na wzajemną naukę figur gimnastycznych.
Jak mówi pani Anna Bubnowska, kierownik Zespołu, tańczyć można nauczyć k a ż d e g o, artystycznie – dodam – tańczyć. Trzeba mieć tylko pomysł na choreografię, miłość do dzieci i przekonanie do potrzeby ich wychowywania w ruchu fizycznym.
15 lat istnienia „Transu”. To była wyśmienita okazja, by w całości zaprezentować się na scenie głównej. Także powiedzieć o swoich sukcesach, a  jest ich długa lista – ostatni punkt to tytuł Mistrza Polski i nominacja do startu na Mistrzostwa Europy i Świata.
„Trans” to nasz eksportowy międzyrzecki, a teraz także polski, reprezentujący nasz kraj, Zespół Tańca. W sali kinowej Międzyrzeckiego Ośrodka  Kultury zgromadził się na widowni komplet, na dwa koncerty przyszło około 600 ludzi, czyli tyle ile sala przewiduje miejsc siedzących. Były wiązanki kwiatów, i kilka słów o pani Annie, która zaczynała w skwierzyńskich „Nowinkach”, potem tańczyła na warszawskich scenach teatralnych, by powrócić do nas, na ziemię międzyrzecką i tutaj kształcić nowe pokolenie młodych miłośników tańca. Zespół przyciąga ich co roku jak magnes, filie są w Skwierzynie, Lipkach Wielkich, Pszczewie, pani Anna dorobiła się już swoich następczyń, młodych instruktorek (Katarzyna Piechowiak i Anna Osipiuk). Za swoją pracę dostała podziękowania od burmistrza Międzyrzecza Remigiusza Lorenza, burmistrza Skwierzyny Lesława Hołowni, starostów naszych powiatów, przewodniczących Rad Miejskich. Nad imprezą patronat medialny dzierżyła TVP. Pani Anna ze sceny podziękowała osobom pomagającym jej  w działalności – wieloletniemu sponsorowi Zespołu Romanowi Strzelczykowi, Zbigniewowi Górnemu z GBS, dyrektorom szkół w Pszczewie i Skwierzynie za udostępnienie sal, także swojemu mężowi, zawsze ją wspierającemu w twórczej pracy – Sławomirowi Bubnowskiemu – firma „Grab” ze  Skwierzyny i innym.
Mieliśmy przyjemność nie tylko słuchać pani Bubnowskiej, poznać ją bliżej, danie główne to był ponadgodzinny koncert, prezentacja układów choreograficznych. Wiele z nich już dobrze znamy, delektowaliśmy się znowu profesjonalizmem ich wykonania – w przypadku najstarszej grupy. Poetyckie etiudy, dziełka sztuki tanecznej, starannie przygotowane i wykonane. Oszczędne służące całości wyrazu artystycznego kostiumy, mam wrażenie, że im bardziej wartościowy układ, tym mniej te ważne detale rzucają się w oczy… Tak jakby chodziło w nich o to, by skupić się na pięknie tańca przede wszystkim. I idei, jaką wyraża układ, a są te choreografie bardzo charakterystyczne dla stylu pani Anny. Teatry-opowieści, sztuki teatralne. Jak wiele można ruchem wyrazić – tego uczymy się oglądając Zespół pani Bubnowskiej.
Uczymy się także, że można zacząć miewać kontakt z muzyką i ruchem już od lat 2 i pół. Bo tyle obecnie ma najmłodsza tancerka w „Transie”. W  towarzyszącej jej grupie dzieci mają niewiele więcej od niej, 3 i 4 lata. Z tancerzami w wieku przedszkolnym też można zrobić ciekawy układ („Minonki rozrabiają”), a dzieci nabierają śmiałości, oswajają się z widownią, mają fajną zabawę.
Zabawa, jak zauważyłam, i podsłuchałam w kuluarach, jest pierwszym zadaniem, jakie stawia sobie „Trans”. I uśmiech pani Anny, którego nigdy dzieciom nie skąpi, zwłaszcza tym młodszym. Z tego potem wyrasta, myślę, techniczny profesjonalizm najstarszych tancerzy. Na Mistrzostwach Polski wygrała jednak ta średnia grupa (układ: „Polskie Łany”), ze względu być może, jak sądzę, na pomysł choreografii i mistrzowskie rozłożenie go na figury. Pani Anna ma jeszcze wiele pomysłów, nieprzebrany ich zasób, zawsze trzyma też rękę na pulsie – myślę – że chodzi o uatrakcyjnienie układów i muzyki do nich dla młodzieży, sięga do hip-hopu, rapu, które to style w jej wykonaniu są szlachetne. Pisać o pomysłach pani Anny na choreografię można bardzo obszernie, ich tematem może być WSZYSTKO: relacje - ptaszki i polujące nań kociaki, wzmiankowane falujące w letnim wietrze kłosy zboża (obrazy plastyczne), tematy branżowe – zawód sekretarki, pomysły stricte teatralne – zabawki opuszczone w pokoju dziecinnym przez ich użytkowników (temat na esej), gadzi świat obłych kształtów i zmiany skóry (Gekony - balet i pantomima), uczucia strachu w telewizyjnych horrorach, wytańczyć można świat liczb arabskich (ciekawe kostiumy), napisać tańcem opowieść o czekaniu kobiety na mężczyznę powracającego (z wojny).
Oglądając – za każdym razem – „Trans”, poddajemy się widowisku z lubością w sposób… transowy… pozwalamy się wchłonąć tej miłości pani Anny do sztuki ruchu, uzależniamy się coraz bardziej od twórczości pani Bubnowskiej. Podobno, jak mówi, podczas tańca umysł tancerza traci kontrolę nad ciałem i przejmuje ją – jego serce…Także nasze dzieci zasmakowały, co jest chyba najważniejsze, w tej Transującej formie spędzania wolnego czasu,  na ruchu, muzyce i gimnastyce artystycznej. To bardzo ważna alternatywa dla sposobu ich ekspresji i codziennej aktywności.
Ostatnim akcentem popołudnia był występ Grzegorza Hyżego ze swoim zespołem, obiecującego młodego wokalisty, mającego już na swym koncie wiele sukcesów.


Iwona Wróblak
grudzień 2015