sobota, 7 stycznia 2017

Teatr – z dziecięcym aktorem w roli głównej

            Próba spektaklu „Świniopas” Teatru Szkolnego „Ananas” z S. P. nr 2. szlifowanie scenek. Dzieci znają już swoje role. To już któryś z kolei spektakl zrealizowany w ciągu 10 lat działalności Teatru. Z paniami instruktorkami – Marią Sobczak – Siutą i Hanną Barczewską rozmawiamy o idei teatry szkolnego. Na widowni w mroku przysiadł były uczestnik przygody teatralnej z „Ananasem” Konrad Cwener. Już nie jest w podstawówce, ale  nadal coś go tutaj ciągnie. Przynależność do Teatru stała się w S. P nr 2  jakby „dziedziczna”. Konrad przyprowadził kiedyś na którąś z prób swoją siostrę Monikę. Inna z byłych „aktorek”, teraz już studentka Dominika Woźniak jest z kolei siostrą dzisiejszej gimnazjalistki Marty (która gra także w Kabarecie), zaczynała jako sześcioletnie dziecko. Co ich tu trzyma, skoro jest maj, można pojeździć na rolkach, na rowerze. A one przychodzą na teatr... – pytam je – dzieci, trochę spłoszone odpowiadają: no bo tu jest fajnie...Taka fama idzie z roku na rok w szkole, że tu się można powygłupiać, pożartować, słowem – świetnie pobawić. Nie ustępuję, pytam konkretnie, Tomka Jezierskiego, odtwórcę roli niemieckiego księcia w „Świniopasie” – co ci to daje? – No, mówi, trochę podciągnąłem się w niemieckim. Karolina Wójcik, świetna recytatorka mówi, że nauczyła się wyrażać uczucia, smutek, płacz, na przykład. Inna dziewczynka dodaje – ja wyraziściej się śmieję. Najmłodsza sześcioletnia Oliwka nie wie jeszcze, jak to ująć w słowach, że lubi i chce tu przychodzić, żeby bawić się z innymi dziećmi i paniami instruktorkami w teatr, ale ma roześmiane oczy. Ktoś inny chwali mi się – a ja grałem w „Wielkiej Stopie”. To  ich teatr, dla nich robiony. Tu powstają nowe więzi, tu jest się w zespole, przeżywa przygodę, chociaż do końca pewnie nie są świadome magii desek scenicznych, jaka już ich być może oplotła. O tym rozmawiam z paniami instruktorkami. Pani Maria Sobczak – Siuta dodaje z całą powagą – tutaj przygotowuje się dzieci do odbioru kultury jako takiej.
            Po co teatr w szkole? Pani Barczewska – jak się powie, po to żeby dbać o ogólny rozwój dziecka, to będzie slogan, ale taka jest prawda. Rozwój dziecka właściwy jego cechom osobowości. Chodzi o to, żeby rozwinąć w dziecku to, co jest najbardziej wartościowe, a często jest ukryte.
            Równie ważne jakościowo jak sam finał – spektakl (jeżeli nie ważniejsze) są próby i ćwiczenia przed spektaklami. Dzieci mają pokazać swoje emocje, zagrać, strach, radość, zdziwienie. Emocje można kształtować od bardzo wczesnego wieku, trzeba tylko uruchomić wyobraźnię dziecka, sprawić, by umiało je wyrazić. Każdy z nich robi to inaczej. Dzieci kochają te ćwiczenia, same wymyślają zdarzenia i ich dalszy ciąg. Czasem jest to o wiele ciekawsze niż sam spektakl, który powstaje. Ale spektakl trzeba zrobić, bo one muszą się pokazać. Emocje muszą się sprzedać. To ważne, aktor nie może istnieć dla samego siebie. Człowiek musi zaistnieć na scenie – podjąć tą decyzje o zaistnieniu, nauczyć się bycia w świecie. Musi mieć swoich słuchaczy i  widzów.
            Panie są nauczycielkami. To już się nigdy nie zmieni u nich. Toteż nie podejrzewam ich o przypadkowość, działają zgodnie z programami dydaktycznymi i wskazówkami z kursów dla instruktorów teatrów szkolnych. Wieloletnim doświadczeniem pedagogicznym. Dla dobra dzieci, z myślą o  ich dorosłym życiu.
            Pani Barczewska – dziecko ma się tutaj bawić. Ma też nauczyć się uświadamiania sobie własnych emocji. Trzeba dbać o wyrazistość wypowiedzi, dykcję, ale bez przesady, to nie jest naszym celem. Czasem nasze doświadczenie pedagogiczno – belferskie przeszkadza – to jest teatr szkolny, trzeba umieć się oddzielić. Dzieci nie chcą być oceniane tak jak w szkole, szukają u nas czegoś innego, normalnego. My również postrzegamy dziecko inaczej, staramy się, jako partnera do budowania wspólnego przedstawienia, do wspólnej zabawy. Pani pyta o satysfakcję zawodową, czyli co my z tego mamy – dla nas również to radość – tworzenia nowej rzeczywistości teatralnej, jakiegoś własnego obrazu. Przekazywania własnych emocji, własnych doświadczeń. Szukanie odpowiedzi na pytania, które nurtują każdego. A których jeszcze bardzo dużo pozostaje... – Dużo tematów na nowy scenariusz – wtrącam. – Właśnie dzieci pomagają nam znaleźć odpowiedzi na nie, na pytania. Jakby nie one, dzieci, to byśmy nigdy tego świata nie stworzyły, tych odpowiedzi nie znalazły, były dużo, dużo uboższe...
            Kreacje bajkowego świata dzieci, świata, który sam jest naturalnym teatrem.
            W teatrze musi być element magii, coś musi zaczarować, oparty jednak jest na elementach prawdopodobieństwa psychologicznego i na archetypach. Spektakle „Ananasa” mówią o wewnętrznych przeżyciach dziecka, o jego strachach, sukcesach i porażkach. O samotności i o odrzuceniu dziecka – z wielu powodów, o świecie dorosłych, który często jest obok, chłodny i nieprzyswajalny, z którym dziecko komunikuje się niedostatecznie. Albo wcale. W przelocie tylko pojawiają się jakieś emocje widz ogląda akcje w sztuce teatralnej jak splot mnogości wątków, kotłują się one w umyśle dziecka, a jego pragnieniem jest tylko to, by zaistniała miłość. Te spektakle mają być w założeniu zabawą, noszą jednak bagaż wielu funkcji, i  wychowawczych, i tych kulturalnych.  Są również dla dorosłych, do przemyślenia.
            W czasie pracy nas spektaklem nastaje taki fajny moment, kiedy dzieci zaczynają się bawić, cały czas pracując z nami nad realizacją scenariusza. Zapamiętują ważne słowa – klucze z tekstu i na tej podstawie improwizują.
            Jak zrobić pastisz z bajki, żeby nie była zbyt dydaktyczna? Pani Sobczak – Siuta jest autorką scenariuszy, pomysłodawczynią większości spektakli „Ananasa”. Bazuje się oczywiście na klasyce literatury dziecięcej, ale nie tylko. Czasem inspiracją jest scena z filmu.
            Kiedy szukamy pomysłu na spektakl, chcemy, żeby był on o tym, co przede wszystkim dzieci interesuje, co jest im bliskie. To nie może być teatr zrobiony na bazie gotowego tekstu, co do szczegółu wypracowany, w gruncie rzeczy odtwórczy. Będzie to teatr sztuczny, bez przeżyć, emocji dziecięcych, które są najważniejsze.
            Długo jeszcze rozmawiam z paniami Barczewska i Sobczak – Siutą o kuchni teatralnej, specyfice trudnej sztuki robienia spektaklu z dziecięcym aktorem, który powoli dojrzewa do kolejnych ról. O sprawach warsztatowych, dykcji, sposobach obsady ról. I główna myśl, poprzez wszystkie te  działania – jak wydobyć z dziecka rzeczy najistotniejsze dla jego rozwoju, jak mu pomóc stać się silnym, dojrzałym człowiekiem. Zapewnić chwile radości, spełnienia, które potem być może długo będzie pamiętało. I jeszcze jedna refleksja. Może ten Konrad siedzący na pustej widowni, widz, którego się do teatru nie zagania siłą, inne dzieci przyprowadzające tu swoje rodzeństwo – do odbioru i uczestnictwa w sztuce z wysokiej półki... to jest sukces. Co zdarza się w szkole, gdzie kipią emocjami serca dziecięce, gdzie jest się razem i jest fajna zabawa. Jest miejsce na scenie dla każdego dziecka, bowiem każda rola jest ważna, nawet ta najmniejsza. Ważny staje się świat i ta małą osoba, która jest w  jego środku. Teatr uczy prawdy o odpowiedzialności w  znajdowaniu sobie miejsca w środku sceny, a magia daje siłę wyobraźni, by je sobie stworzyć... W komunikacji z innymi, z aktorami, czego też uczy scena, by dobrze zagrać, przekazać, być przekonywującym, ważnym...
            Rozmowa z paniami to kopalnia wiedzy o teatrze, o dzieciach, o psychice ludzkiej. Mówią o sobie, że są amatorkami jako instruktorki, bo to  amatorski teatr szkolny, gdzie nie ma atelier, garderoby i wielu innych rzeczy, które mają teatry zawodowe. Ale tutaj są dzieci – to ważne, i ich świat, fascynujący, inny od naszego dorosłego, watry tego, by go poznać, napisać o nim sztukę – z dziecięcym aktorem w roli głównej.


Iwona Wróblak
czerwiec 2005

piątek, 6 stycznia 2017

Wioska rycerska…

            Przechodzę przez most na fosie. Jak to jest przenieść się na chwilę w przeszłość? Dzisiaj w Zamku króluje średniowiecze. Zjechali wojowie, rycerze, giermkowie ze swoimi niewiastami z Gorzowa, Szczecina, są też nasi rycerze z Międzyrzecza. Wioska rycerska. Proporce zatknięte obok namiotów zrobionych wg oryginalnych wzorów z X do XIV w. Napotykam tubylca, to husyta. Jest z Najemnej Roty Strzelczej. Ubrany w opończę, na  głowie ma rycerską czapeczkę. Opowiada o XIV w. ruchu husyckim, który zaczął się od spalenia na stosie czeskiego księdza Jana Husa. W sieci można znaleźć dużo ciekawych szczegółów na temat historycznych strojów i uzbrojenia, stąd właśnie, i z książek, czerpią wiedzę moi rozmówcy. Któraś z  niewiast zaczepia mnie, turystkę z przyszłości – …proszę rozmawiać nie tylko z przystojnymi panami... Z paniami, czyli średniowiecznymi niewiastami rozmawiamy o modzie średniowiecznej. Stroje szyją same. Uczą się wykrojów oglądając stare ryciny, obrazy, czytając teksty źródłowe. Czepce nosiły tylko niewiasty zamężne (stąd „oczepiny”), z odkrytą głową w ogóle chodzić nie wypadało. Modne były kaptury. Diademy z pątnikiem przykrywały warkocze przeplecione koralikami lub klejnotami. Pod suknią panie nosiły giezło, czyli koszulę, w której się też spało. Moda średniowieczna była uniwersalna w całej Europie. Kolorystyka ubiorów była żywa, używano jako barwnika szafranu. Bardziej cytrynowa żółć była wyznacznikiem ostracyzmu społecznego. Posiadacz czerwonego stroju był zamożny, czerwony barwnik był drogi. Czerń nosiły księżniczki, a także ...czarownice. Mówię do jednej z  kobiet – piękne buty ma pani, z długimi nosami, w tym roku też są modne... Szlacheckie buty miewały nosy tak długie, że przywiązywano je sobie do  kolan, by nie przeszkadzały w chodzeniu. W średniowiecznym Krakowie, centrum ówczesnej mody, panowała zasada, że im dłuższy nos (przy bucie), tym znamienitszy jego właściciel. Zimowe buty (patynki) miały grube drewniane spody.
            Przyglądam się męskim strojom. Na głowie można było nosić czaperon, jeśli się było szlachcicem. Strój na co dzień to np. duplet – spodnie czyli „gacie” z saczkiem, połączone rzemykami z górną częścią. I oczywiście zbroje. Waga ok. 37 kg. Kolczugę robiono rozciągając żelazny drut, to roczna, bardzo misterna praca. Pod cenną kolczugą – jej cena wynosiła równowartość srebra tej samej wagi, rycerz nosił miękką przyszywanicę. Całość ubioru była cennym łupem wojennym, co często ratowało rycerzowi życie – można się było wykupić. Obserwuję proces wkładania całości uzbrojenia, jakiemu poddaje się jeden z ochotników, jest dość skomplikowany i czasochłonny, dlatego rycerz posiadał do tego celu dwóch giermków.
            Z prawdziwymi rycerzami rozmawiam koło ich chorągwi. To chorągiew św. Łazarza. Zostali pasowani przez księcia Krzysztofa Radziwiłła generała tego, powstałego w 1226 r., zakonu. Dzisiejsi rycerze tego zakonu biorą udział w corocznych bitwach pod Grunwaldem, po stronie krzyżackiej. Na tarczach mają zielony krzyż. Knecht z kompanii Landsberg z Gorzowa obszernie opowiada mi o heraldyce. To dziedzina historii kultury, napisano o  niej tomy opracowań naukowych. Na dworze książęcym czy królewskim herbowe zawiłości objaśniał specjalny urzędnik – herold. Znaki na herbach, np.  miast, ich symbolika, kolory, są ściśle ustalone. Ten tutaj brandenburski orzeł z trzema koniczynami jest na białym tle... Heraldyka polska bardzo się różni od tej z zachodu czy wschodu.
            Słyszę w pobliżu szczęk mieczy. To pojedynek na miecze półtoraręczne, o długości 130 cm (jednoręczne mają długość 180 cm). Miecze o różnych długościach trzyma się w ręku inaczej, także różna jest technika walki nimi. Rycerze chętnie udzielają lekcji, uczniów nie brakuje. Jeden z giermków ma  przy pasku sztylet o dziwnych kształtach, który nazywa się nerkowiec. Służył do obrony bezpośredniej, w niespokojnych czasach był nieodzowny. Technika walki takim sztyletem jest bardzo skomplikowana.
            W średniowieczu jadano w drewnianych miskach, drewnianymi łyżkami, rycerze pili z wielkich kufli kamionkowych, drewniane też były. Grano w  grę na kule, dzisiaj ta zabawa też się podoba, skłonność człowieka do gier jest odwieczna.
             Aleją parkowa ze średniowiecza podążam ku przyszłości. Pod Halą sportową jest Euroregionalny Festiwal Kultury. Stoiska z miast partnerskich z  Haren (Niemcy, Andresy (Francja) i Vlagtwelde (Holandia). Międzyrzeczanie dostają od naszych gości foldery opisując regiony, to oferta turystyczna, kulturalna, z krótkim rysem historycznym, informacje o zabytkach, adresy hoteli, restauracji. Smakujemy regionalne specjalności. Mimo nie najlepszej pogody ludzi jest dużo. Od trzech dni goście z miast partnerskich biorą udział w spotkaniach z mieszkańcami, z władzami miasta, ich zespoły artystyczne występują na scenie. Spotkania te to już wieloletnia tradycja. Zdążyły zawiązać się prywatne przyjaźnie. Goście witają się z naszymi lokalnymi działaczami, którzy dbają, by wzajemne kontakty były żywe, by się pogłębiały. Wszędzie słychać obce języki.
Zerkam na scenę, gdzie bez przerwy coś się dzieje. Właśnie najmłodsi tancerze z „Transu” prezentują jeden ze swoich dynamicznych układów. Ciekawe kostiumy, energetyzujący podkład muzyczny. Ludzie stoją pod sceną, tam lepiej widać. Wielu śledzi wszystko z ławek na trawie, Dni Międzyrzecz to  pora spotkań rodzinnych i sąsiedzkich.
            Na obrzeżach placu pod Halą Sportową stoiska handlowe, gastronomia. Kiełbaski, słodycze, zabawki. Wyroby artystyczne, Edyta Adamus oferuje ikony, figurki własnego wyrobu. Dzieci bawią się w zamkach i na dmuchanych skoczniach. Trawę skubie łagodny kucyk Panczo, jest osiodłany, czeka na  małych adeptów jazdy konnej w siodle.
            Zatrzymuje się przy stoisku Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków Koło „Jeż” w Międzyrzeczu i Stowarzyszenia Osób Chorych na Celiakię i inne zespoły złego wchłaniania. Przy stoisku Anna Cegłowska mierzy ciśnienie tętnicze i poziom cukru we krwi. Zapisuje badanym wyniki na karteczce, informuje, czy są prawidłowe. Wydawnictwa medyczne, materiały są obok, można się dowiedzieć dużo o diecie bezglutenowej niskobiałkowej, bezmlecznej czy bezcukrowej. Stoisko oferuje dietetyczne artykuły spożywcze, mąkę, makaron, pieczywo, ciastka, czekolady. Próbuję czekoladki na  mleku kozim, jest pyszna. Zainteresowani mogą otrzymać adresy producentów tych artykułów, adresy sklepów, informacje na temat schorzeń, można wymienić się doświadczeniami. Przypomnijmy, że siedziby obu Stowarzyszeń są na ul. Konstytucji 3. Maja w Międzyrzeczu.


Iwona Wróblak
lipiec 2005

czwartek, 5 stycznia 2017

Sylwestrowe bieganie międzyrzeckie

            Pogoda tego roku na Sylwestrowe bieganie wyśmienita. Słoneczko, lekki mrozik, suchutko.  Mijam kilku biegaczy w obcisłych strojach, może to  nasi „sylwestrowi” pasjonaci? Truchtają w stronę Zamku. Za chwilę rozpocznie się coroczny, już 33. (!) Bieg, zainicjowany wiele lat temu przez Andrzeja Frabińskiego i grupę sportowców amatorów (w różnym wieku), uprawiających sport również w wielokilometrowych maratonach.
            Podwórzec zamkowy. Za nami lekko oszroniona panorama Zamku i mostu zamkowego… U stóp naszego zamczyszcza Andrzej Frabiński – Czy  ktoś z obecnych biegających ma mniej niż 33 lata? Czyli urodził się przez Pierwszym biegiem? Patryk i Mateusz mają po 13, 14 lat. Wuj jednego z  chłopców biega, to nie jedyny przykład takiego rodzinnego, klanowego biegania. Ale nowi, pozarodzinni adepci są też bardzo mile widziani, zapraszani, Facebook jest np. taką zapraszającą rodziną…Wśród biegaczy są młodzi mężczyźni, panie, a także sześciesięciolatkowie, jak pan Frabiński, oni też nie  tylko biegają sylwestrowo, i nie tylko w ten dzień. Także razem – potem - pięknie śpiewają, po Biegu, przy kawie, ciastku i sylwestrowym szampanie… Przybijamy tradycyjne sobie piątki: biegacze, sympatycy, rodziny sympatyków i biegaczy… Nie ma znaczenia przynależność klubowa czy, tym bardziej, jakakolwiek inna, ważne, że chcemy się spotkać. Chwila historyczna dla fotoreporterów. Zbiorowa fotka zapełni grubaśną już Kronikę Biegów Sylwestrowych, która na poczesnym miejscu w salonie państwa Frabińskich będzie czekać na nas. Rowerowy Mikołaj w czapce – członek grupy rowerowych biegaczy, zadzwoni dzwoneczkiem – to sygnał do startu alejami w parku zamkowym.
            Wchodzimy z panią Ewą Frabińską furtką na teren posesji, która sąsiaduje z muzealnym kompleksem zabytkowym. Zabytkowa bryczka wita nas  na podwórzu, we wnętrzu dyskretnie dom zdobią trofea z wieloletnich obecności na jarmarkach, nie tylko okolicznych, państwo Frabińscy wiele podróżują, i stamtąd zawsze coś ciekawego, i niebanalnego, przywożą, stare naczynia, patery, co potem staje się elementem wystroju, stylu tego wyremontowanego, przysposobionego ze stajni, starego domostwa.
            Czekamy na powrót biegaczy. Biegi w dawnych latach kończyły się, kiedy państwo Frabińscy mieszkali w mniejszych lokalach, ale też wszyscy się pomieścili. Tu jest dużo miejsca, dla przeszło 30. uczestników przygotowano krzesełka, w pogotowiu czeka gorąca kawa. Pijemy z panią Ewą  przepyszną herbatkę z pigwy, roślinki która rośnie na naszych działkach, też na terenie parku, i kilku innych miejscach w Międzyrzeczu. Jej przyrządzenie jest dość pracochłonne, ale zawartość witaminy C zwraca godziny fatygi. Pani Ewa – Nikt specjalnie nie organizuje tych biegów, nie ma reklamy, wszyscy wiedzą, że spotykamy się w Sylwestra o 15.00 na Zamku i biegniemy ok. 8 km. Trasa biegnie do Świętego Wojciecha, przez betonowy most im potem w  prawo. Biegi sylwestrowe międzyrzeckie się przyjęły i mają się dobrze, rośnie nam nawet młody biegacki narybek…
            Powracają, nawet nie bardzo zmęczeni, dresiarze, i jedna, w tym roku, dresiarka. Atmosfera familiarna. Pan Frabiński, jako gospodarz, mówi -Jesteśmy tu, żeby się spotkać. Sylwestrowo i sportowo spotkać. Biegacze przysiadają, z kawą i ciastkiem. Rozmawiamy. Szukamy się na zdjęciach w  Kronice, obejmuje lata 1984 – 2015, w wykazach nazwisk startujących, zdjęcia są także wyświetlane audio. Zdjęcia uczestników biegów maratonowych w kraju i też za granicą, z bardzo dawnych lat. Legendą międzyrzecką sylwestrową biegającą jest drzewo na skraju lasu – nazywa się Dąb Michała. Nastawiam z ciekawością uszy. To punkt, gdzie się zatrzymują. Tradycją było, że śpiewali tam kolędę („Bracia do Betlejem”). Pytam o to pana Stanisława Skrzeka, bo nazwa to podobno jego inicjatywa. Michał to jego wnuczek, na którego cześć nadano imię temu pięknemu drzewu. Michałek kilkanaście lat temu urodził się i w ten – sylwestrowy - sposób uczczono jego przyjście na świat. Następnie podążam w stronę pana Zbigniewa Kolisa, który – który ze  swojej rowerowo-biegającej perspektywy, wie wszystko, lub prawie wszystko, o drzewach bardzo pięknych i starych w okolicy. Opowiada mi o  (autorskim) dębie Zbyszka – wspaniale, że U Nas drzewa mają swoich opiekunów-strażników, i o starej czeremchie w Wyszanowie, która ma być uznana nowym okolicznym Pomnikiem Przyrody, wniosek do Gminy jest złożony. Dwa drzewa mają wymiary pomnikowe. Inne drzewo nazywa się Jesion Zgody, Drzewo Pojednania, podobają mi się nazwy…           
            Sztuczny ogień wesoło płonie na torcie – dziełko kulinarne tradycyjnie jest autorstwa Elżbiety Zeh. Po zgaśnięciu płomyka następuje rytuał krojenia tortu przez panią Ewę. Degustacja następuje, także szampana, który specyficznie smakuje u państwa Frabińskich. I gościńca, który przyniósł jeden z gości, dużej blachy sernika. I czas następuje na śpiewy… Atmosfera jest naprawdę fajna. „Bracia patrzcie jeno…”, „Wiła wianki i wrzucała je…” . Bardzo muzykalni nasi sportowcy… To Grupa tak zwana 60+… Ona jest trzonem drużyny biegającej (śpiewająco) - Stanisław Skrzek, Bogdan Czyż, Andrzej Frabiński, Bronisław Kalisz, Zygmunt Bogacz, Zbigniew Rosół, Tadeusz Świder, Roman Strzelczyk. 60 lat to młody wiek… Chodzi o to, że  formalnie jest to wiek pozasportowy… ale nie u nas, nie w Międzyrzeczu. Tutaj to prężni młodzi jeszcze, duchem przede wszystkim, ludzie w  (sylwestrowych…) dresach, sprawni fizycznie, pełni radości życia — będący pod tym względem wzorem dla wielu dużo młodszych od nich mężczyzn… Sposób myślenia bowiem o swoim wieku nie jest „w genach”, ale w sposobie – odżywiania, w sposobie życia…
            Wygrali(śmy) wszyscy, ale niektórzy przybiegli pierwsi: Zbigniew Isański, Edwin Kuszczyk i Krzysztof Grzesiak. Międzyrzecki Klub Biegacza Piast zaprasza do sportowej aktywności.


Iwona Wróblak
styczeń 2017









środa, 4 stycznia 2017

O drugim dniu Lubuskiego Weekendu Gitarowego

            Plaża Centrum Relaksu „Instalko” Romana Strzelczyka. Drugi dzień Weekendu Gitarowego dzisiaj tutaj. Wokół sceny tłumek wczasowiczów,  goście z Międzyrzecza też przyjechali, zwłaszcza ci, którzy wczoraj słuchali w Państwowej Szkole Muzycznej świetnego duetu gitarowo – klarnetowego Korneli Arwicz – Sienickiej i Bogusława Jakubowskiego, poprzedzonego występem naszego „Antiquo More” z S. P. nr 2 ( w składzie: Joanna Baryła, Paulina Kozdrowska, Katarzyna Mejza, Łukasz Pędrak i Daniel Sierbin). Zespół z S. P. nr 2 zyskał bardzo pochlebną opinię u pani Korneli Arwicz – Sienickiej – wykładowcy w Akademii Muzycznej w Poznaniu. Wspaniale rozpoczęta impreza muzyczna ma dzisiaj dalszy ciąg. Flamenkowcy z grupy „Sueno Andaluz” zagrają, zaśpiewają – i zatańczą dla nas na plaży w Pszczewie. Czy byli w Hiszpanii, czy słuchali jak grają cyganie hiszpańscy? Gorące rytmy ze sceny nie pozostawiają wątpliwości. Panowie: Robert Gawron, Janusz Kasprowicz i Bogdan Bińczak wkładają w swój występ umiejętności i  serce, wspaniale się sami bawią przy tym. Okrzyki i owacje wzbudza chrapliwy niski vocal Bogdana Bińczaka, fanki długo go oklaskują. Wszyscy prosimy o bis. „Bamboleo” rozbrzmiewa raz jeszcze w płynących w żyłach widzów strużkach krwi, inkrustowane hiszpańskim tańcem Joanny Kownackiej. Krzysztof Nieborak, jeden z organizatorów, filmuje. W promieniach zachodzącego słońca miga czerwona suknia pani Joanny, w tańcu rozwijająca się na kształt róży, takiż wachlarz i czarna chusta. Rozbrzmiewa stukot obcasów. Tancerka bardzo się podoba. Wielu wczasowiczów przyszło oglądać im słuchać flamenco na plaży w Centrum Relaksu. „Sueno Andaluz”(sen o Andaluzji) to wrocławski zespół, w Międzyrzeczu występowała już w  Weekendzie w 2002 r., grali także w Kłodzku, Łagowie, Wrocławiu, poza granicami kraju w Czechach i w Niemczech, brali udział w warsztatach i  kursach flamenco w Hiszpanii. W dorobku mają dwie płyty CD.
            Drugi punkt programu wydaje się nie być tak fascynujący. Pozornie. Lokalna grupa pszczewska „Batteria”. Rafał Lemański, Tomasz Chruszcz, i  Krystian Grabowski mówią o sobie, że mają nie te studia, nie – muzyczne, że są amatorami. Skromność to dobra cecha. I trudno jest wyjść na scenę po  flamenco. Skupieni, spokojnie instalują się na scenie. Obok gitary klasycznej bębenki congo, afrykańskie dżamba i inne – egzotyczne. Instrumenty wyglądają jak wielkie rurki, wydobywają się z nich niskie dźwięki, które kojarzą mi się z tybetańskimi trąbami, jakich używają tybetańscy mnisi. I flety, gra na fletach, która w niektórych utworach jest kośćcem, na którym osnuta jest cała kompozycja. Efekt jest subtelny, dość trudny w odbiorze, ale  strawny dla słuchacza laika. To całość muzyczna, oparta na sztuce improwizacji, słuchania się wzajemnego muzyków. Po koncercie przysłuchuję się  rozmowie muzyków z „Batterii” z flamencowcami. Muzyka klasyczna hiszpańska jest jak matematyka, to ścisły rachunek tonów, a to, co gra „Batteria” to oddziaływania silne i słabsze, chemia i fizyka. Tak to działa, na zasadzie odczuć i przeżyć. Nie słyszy się często takiej muzyki. Czasem nostalgiczny flet, towarzyszy mu efekt przesypującego się piasku, potem znowu inny flet wibrujący teraz, aż do wyczerpania tematu muzycznego, kiedy włącza się  inny instrument, inny dźwięk, którzy uspokaja, tworzy pauzę, albo, poprzez ciszę, tworzy napięcie?...Nie opada ono długo na plaży w Pszczewie. Muzyka opisująca przestrzeń wewnątrz dźwięków, ich wysokich szczytów i głębi. Robi wrażenie. Nie pozwalamy, my widzowie, muzykom tak szybko odejść. Zasłużone oklaski i prośby o bis dla lokalnej grupy „Batteria” z Pszczewa. Katarzyna Chmielewska, szefowa „Antiquo More”, mówi, że ci muzycy wcześniej grali muzyką dawną, że mają gruntowne podstawy muzyczne, że nic się nie dzieje przypadkiem.
            Nie jest nim też ten wieczór i ten weekend. Weekend Gitarowy IV Lubuski, impreza o dużym rozmachu. Jej autorami, organizatorami są, z naszej Państwowej Szkoły Muzycznej, Zdzisław Musiał i Krzysztof Nieborak. Osoba dyr. Szkoły pana Kazimierza Dziembowskiego jest znana z miejskich imprez muzycznych. Dyrektor bierze w nich czynny udział, motywuje do działań nauczycieli. Pana Musiała, biegnącego gdzieś od dyr. Pszczewskiego GOK łapie za rękaw. Chce napisać o panu – mówię. Roześmiał się – „Co.... No dobrze, ale niedużo...”
Zdzisław Musiał pracuje w Państwowej Szkole Muzycznej I stopnia w Międzyrzeczu jako nauczyciel gry na gitarze. Sam pewnie uważa, że nie robi więcej niż powinien, może troszeczkę... To „trochę” to Międzyszkolne Koncerty Wiosenne i – z panem Nieborakiem – Weekendy Gitarowe corocznie od  czterech lat. Jako człowiek, niczym specjalnym się nie wyróżnia, no może pewną „normalnością” wzbudzającą zaufanie, uczciwością, kompetencją – i  konsekwencją w dążeniu do celów. Pasjonat w swoim zawodzie. Ciepło „normalności” przenosi na kontakty z ludźmi, na pracę z dziećmi w szkole, wreszcie na działalność społeczną. Takich ludzi, wtopionych w nasza międzyrzecką codzienność, nie zawsze zauważamy, przekonani, że oni zawsze będą robić to, co robią, my - przyzwyczajeni do ich aktywności. Mieszkają obok nas za ścianą. Starają się dobrze wypełniać swoje zadania – realizować je  codzienne, dla rodziny, i coś więcej, dla pracy jako takiej, dla satysfakcji. To bakcyl, to wciąga, działalność społeczna. Rozmawialiśmy kiedyś z panem Musiałem na temat misji, jaką ma nauczyciel. Nauczyciel muzyki ma misję tworzenia kultury muzycznej w miejscu, gdzie mieszka. Państwowa Szkoła Muzyczna realizuje taką ideę od początku swego istnienia. Co roku jesteśmy świadkami dużych imprez muzycznych organizowanych przez Szkołę, przy  zaangażowaniu również pana Musiała. Dzisiaj, załatwiając bieżące sprawy związane z obsługą IV Weekendu pan Musiał myśli już o następnym, Piątym. Co poprawić, ulepszyć, jak przyciągnąć widzów, jakich muzyków zaprosić. Wybór jest duży. Zdzisław Musiał ma nieustające kontakty z jego macierzystą uczelnią – Akademią Muzyczną w Szczecinie, nie waha się tego wykorzystywać. Wczoraj wystąpiła Arwicz – Sienicka – jeden z wykładowców (klasa gry na gitarze) tej uczelni. Organizatorzy, razem z dyrekcją Szkoły, snują plany zaproszenia wybitnych studentów tej uczelni.
            Świetnie układa się współpraca z dyr. GOK w Pszczewie Wandą Żaguń, do idei muzycznej imprezy z gitarą jest już przekonana. Organizatorzy chcą, by Weekendy były z dobrą, i bardzo dobrą, muzyką gitarową we wszystkich jej odmianach. Obaj (Krzysztof Nieborak też jest nauczycielem gry na  gitarze, i muzykiem gitarzystą z samodzielnym dorobkiem artystycznym) chcą propagować ten instrument, o którym mówią, (a są to słowa Bethowena), że jest jak mała orkiestra.
Jak organizuje się Weekend Gitarowy? Pan Musiał – Bardzo, bardzo dużo pracy. Szukanie sponsorów, Załatwianie spraw organizacyjnych, prozaicznych, wszystko musi być dopięte. To praca po godzinach, telefony na własny koszt. Widziałam, jak z panem Nieborakiem własnoręcznie malowali baner, powieszony później na krzyżówce. Rozlepianie plakatów. Po co i dlaczego się to robi, organizuje imprezę? Czasem dopada każdego człowieka zniechęcenie, bo pracą, jaką wykonują, gdzie indziej zajmuje się sztab ludzi. Ale... Piąty Weekend muzyczny też będzie (jubileuszowy!), niezmiennie wysoki poziom muzyczny może przekona  - wszystkich – o bezwzględnej potrzebie gitarowego muzykowania w Międzyrzeczu.

Iwona Wróblak
sierpień 2005

wtorek, 3 stycznia 2017

Koncert Prezentacji Szansy. Jacek Bełz – nie zawsze pieniądz jest najważniejszy

            Wielki koncert IX Prezentacji już jutro.  Przedostatnia narada Stowarzyszenia „Szansa”. Nic tu nie jest chaotyczne, jest za to 8 lat doświadczenia w logistycznej obsłudze Prezentacji. W hotelu „Duet” przy stoliku panie Hanna Szulga, Sylwia Guzicka, Katarzyna Nyczak – Walaszek i pan Mirosław Szulga. Robią wszystko, od wypisywania dyplomów po przywożenie gości ze stacji. Przygotowania są na ukończeniu. Jutro od rana próby, trzeba przystroić scenę. Wykonawców będzie łącznie 46. Wielka pomocą służy Jacek Bełz, właściciel Hotelu i Restauracji „Duet”. Na czas Prezentacji, do  pomocy i obsługi gości, oddaje swoich pracowników, pokrywa też 1/3 kosztów wyżywienia i ¼ noclegów – mówi pani Szulga. Użycza stołów i ław,  zapewnia ochronę imprezy.
            Pan Bełz – dość często angażujemy się w taką działalność, w DPS – ie, w Pszczewie. Organizuje bezpłatne półkolonie w Gorzycy dla dzieci z  rodzin z terenów popegeerowskich, które razem z Kuratorium współfinansuje. Wspierają także „Arkę”, tę koło stadionu. Nie zawsze pieniądz jest najważniejszy. Co sądzi o idei Prezentacji? Mówi, że  może za rzadko, to się dzieje - raz w roku.
            Jeden z pracowników „Duetu” pyta, w których punktach miasta ma rozwieszać informacje o koncercie. Stowarzyszeniu pomagają Krzysztof Marzec, który udostępnia nieodpłatnie teren pod scenę, Janusz Iwiński, dyrektor hali sportowej. Aleksandra Marzec upiecze ciasta, Urząd Miasta zapewni scenę, MOK sprzęt nagłaśniający, akustyków i oświetlenie.
            Goście „Szansy” przyszli właśnie ze spaceru. Chcę poznać tych ludzi, dla których dzień ich występu na scenie jest ogromnym przeżyciem, za  każdym razem. Kiedy są tutaj w Międzyrzeczu i na innych spotkaniach, artystycznych Prezentacjach. Tam się wzajemnie poznają. Jak im się podoba u  nas? Są wzruszeni gościnnością Hotelu, dobrze im się tu mieszka. Chwalą dobre jedzenie.
            Leszek Kaczmarek, Suwniki k. Nowych Skalmierzyc. Niewidomy. Jest tu pierwszy raz. Mówi, że atmosfera się rozkręca – w dobrym kierunku. Gra na instrumentach klawiszowych, komponuje, wykonuje aranżacje muzyczne. Może to robić w każdym rodzaju muzyki, od country po ballady rockowe. Jego utwory łatwo wpadają w ucho, chociaż nie są banalne. Koncertuje od 2 lat. Nagrał płytą „Kolędy inaczej”.
            16.letnia Renata Gaik z Wlenia k. Jeleniej Góry. Przecudowna młoda dziewczyna. Pisze piękne wiersze i muzykę do nich, wydała tomik, wiersze o  miłości do Boga i człowieka. Subtelna, wrażliwa, pełna radości, afirmacji, spontaniczna. Wyjątkowa. Występowała w Teatrze „ Ateneum” w Warszawie, brała udział w Przeglądzie Piosenki Katolickiej, w konkursie Eurowizji doszła do półfinału, w wielu koncertach – w Ciechocinku, Wałbrzychu, Lubsku. Jej mama mówi, że zawsze miała takie cechy charakteru, miłość do świata, do wszystkich jego elementów. Co jest dla Renaty najważniejsze w życiu – wszystko ceni, każdy dzień, bo może przynieść w tym dniu radość innym. Jest otwarta na świat, ciekawa go, mimo choroby (porażenia mózgowego)  każde zdarzenie mobilizuje ją do pracy – jest bardzo ambitna. To czysta przyjemność przebywać z Renatką, rozmawiać z nią, słuchać jej i czytać jej  wiersze.
            Krzysztof z Komorowa k. Warszawy. Ma bardzo uszkodzone ręce. O sobie mówi, że jest typowym przedstawicielem młodego pokolenia internetowego. Stamtąd czerpie wiedzę, a ma szerokie zainteresowania. Jak przekonuję się, zaskakująco dobrze śpiewa, świetnie się czuje w mocnych rytmach. Nie można uwierzyć, że nikt go profesjonalnie tego nie uczył. Chodzi do Liceum ekonomicznego. Na koncert zaprosiła go pani Szulga. Wszyscy namawiamy go to kontynuowania tej przygody z muzyką, może by wysłał nagranie do któregoś ze znanych muzyków? Sam Krzysztof nie jest zadowolony ze swojego poziomu artystycznego, myśli też o zakupie miksera. Życzymy mu powodzenia.
            Koncert IX Prezentacji jest pod znakiem naprawdę dobrych wykonawców. Przykładem jest zapraszana chętnie przez Stowarzyszenie Honorata Frankiewicz z Sieroszewic k. Ostrowia Wlkp., z głosem bardzo mocnym, dźwięcznym. Cieszymy się słysząc ja znowu. Honorata też lubi przyjeżdżać tu  do nas do Międzyrzecza. W tegorocznych Ciechocińskich Impresjach została laureatka konkursu.
            Słuchamy piosenek wykonywanych na scenie, na placu przy Gimnazjum, koło przed Hotelem „Duet”. W dzień koncertu nawet deszcz przestał padać, by uczcić to święto dla ludzi, którym ich prezentacje artystyczne na scenie przed publicznością tak wiele dają radości, a potem wspomnień i  przeżyć. Dzielą się nimi z najbliższymi, a przyjaźnie zawarte przy takich okazjach są wieloletnie, pełne, dotyczą spełnień najświętszych marzeń i tęsknot o  samorealizacji. Ci ludzie, zaproszeni goście i gospodarze, tak bardzo się rozumieją i dają nam siebie, otwierają się, byśmy mogli razem w swym człowieczeństwie cieszyć się sobą, korzystać ze wspólnego duchowego bogactwa. Bez – jak mówi pani Szulga, litości nad nikim. Tu nie o to chodzi. Raczej - na pewno, o zaprezentowanie swojego wnętrza, koncert muzyczny dla miasta, muzyczne wypełnienie wolnego czasu.
            W koncercie usłyszymy jeszcze Magdę Hęćkę z Wrocławia (występowała w Jarocinie i Lubsku), naszą Karolinę Szulgę – z dużym dorobkiem muzycznym, uczestniczkę i laureatkę bardzo wielu konkursów w kraju i za granicą. Nagrała już własne płyty. Zaśpiewa w stylu piosenki aktorskiej. Usłyszymy Izę Jakubowską z Czerwieńska, Kasię Leśkiewicz z Trzciela, Anetę Żakowską z Bobowicka.
            Koncert prowadzi Danuta Wójcik, jedna z młodych aktorek naszego bardzo dobrego teatru Izabeli Suchowskiej. Wśród widowni są  przedstawiciele władz miasta. Dostają od wykonawców chleb domowy z pysznym smalcem ze skwarkami. Przed sceną mali widzowie – siedzący w  kucki dzieci. By lepiej widzieć, dorośli teraz podnoszą się z miejsc, bo wystąpić mają, ze spektaklem „Poolter” Warsztaty Terapii Zajęciowej z  Międzyrzecza. To współczesna trawestacja dawnych obyczajów weselnych, z własnym układem choreograficznym. Ze spektaklem „Obaj Zwei” wystąpią także uczestnicy Warsztatów ze Świebodzina. Pokażą humor lwowskich piosenek ulicznych, znane kuplety, pieśni, dowcipy i scenki rodzajowe, w  strojach w stylu epoki.
            Wielki koncert IX Prezentacji dobiegł końca. Za rok jubileuszowe dziesiąte Prezentacje. Jeszcze tylko wspólna kolacja, pożegnanie. Nie szkodzi, że czasem zawodziła aparatura nagłaśniająca, zostanie w pamięci wszystkich uczestników ten dzień jako ważny, ciekawy, inspirujący. Międzyrzecz jest, dzięki kierownictwu Stowarzyszenia „Szansa”, ważnym ogniwem w sieci koncertów integracyjnych w Polsce i nie tylko. Swoje podziękowania i  dowody uznania przekazały „Szansie”, z partnerskiego ośrodka w Forst w Niemczech, panie Renate Flamming i Christina Waiskopf.
            Uczestnicy tegorocznego koncertu zaprosili panią Szulgę, nieoceniona osobę, by podziękować jej, skromnym podarunkiem, za niezmierne serce i  prace na rzecz innych. Wieczór zakończył zespół „Sammy swoi” w składzie: Rafał Gojdka, Artur Sokołowski i Przemysław Podębski.
            Stowarzyszenie „Szansa” pragnie podziękować sponsorom: senator RP Zdzisław Jarmużek, wicewojewoda Joanna Jasprzak – Perka, Gospodarczy Bank Spółdzielczy w Międzyrzeczu, Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie, Urząd Miasta, Małgorzata i Roman Winniccy, Krystyna i Tadeusz Kuikowie, Klub Radnych SLD – UP – PSL, Irena Białkowska, Emilia i Jerzy Mały, „Pers – 2” Sklep z dywanami, „Markolor” – Mich, Szkolna Agencja Reklamowa „Nomik”, „As – Com” Adam Sycz, Piekarnia „Łagów” Joanna Kostka, „Foto Joker” Grzegorz Paczkowski, „Lentex” Lubliniec, „Merpol Marian Smolicha, Justyna i Mariusz Obrębscy, Apteka „Ratuszowa”, Edward Toczyński, Apteka – p. Rybacka, Apteka Grodzka. Dziękują za pomoc przy organizacji IX Ogólnopolskich Prezentacji Artystycznych Januszowi Iwińskiemu, Krzysztofowi Marcowi, Katarzynie Husar – Piątkowskiej z Federacji Młodzieży Socjalistycznej, Środowiskowemu Domowi Samopomocy w Międzyrzeczu, pracownikom Hotelu „Duet”, pracownikom Międzyrzeckiego Ośrodka Kultury.
           

Iwona Wróblak
wrzesień 2005

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Nasz Woodstock. Byłam, widziałam

            Samochód zostawiamy na parkingu przy Lidlu w Kostrzyniu. Widoczna jest policja polska i niemiecka. Podobno jest to ok. 50. tys. niemieckich fanów tego największego w Europie koncertu. Mówią nam, że na Woodstock, żeby dojechać, najlepiej wsiąść w autobus, specjalne dowożą na miejsce. Za złotówkę. Gromada nas wsiada. Młodzi ludzie z dredami, w kapeluszach, ale jest też pani ok. sześćdziesiątki. – „Ja też chcę tam jechać” – mówi. My  z Anią najpierw planujemy zjeść coś w Pokojowej Wiosce Kriszny. Pamiętam ich sprzed kilku lat, kiedy koło Klubu Garnizonowego za kilka złotych można było spróbować pysznie przyrządzonych wegetariańskich bułek z czymś tam. Pytamy o Wioskę, jednocześnie rozglądając się po kilkuhektarowym placu przed sceną. Jest popołudnie, ale tu muzyka ze sceny idzie bez przerw. Stamtąd słyszymy zachrypniętego już Jurka Owsiaka. Przyznam się, że dla  niego tu jestem, z szacunku dla tego człowieka, który wiele robi – dla Polski, dla ludzi, dla młodzieży. I z ciekawości, chcę mieć własne zdanie, powiedzieć – byłam, widziałam.
            Mrowie ludzkie, nie wiem, ile tysięcy tu jest, ale na pewno powyżej setki. Idziemy główną „aleją”, po obu stronach stragany z pamiątkami – wisiorkami, koszulkami, są jakieś bębenki. Mijamy Punkt Konsultacyjny, gdzie udziela się porad, udziela pomocy narkomanom. Wszędzie napisy: Stop  narkotyki, Stop przemoc. Widoczni są ludzie z Pokojowego Patrolu, policja i grupy ochroniarzy, Punkty udzielania pierwszej pomocy medycznej, karetki pogotowia.
            Wioska Kriszny jest na górce. W powszechnej opinii tutaj jest to miejsce, gdzie dają jeść. Włączamy się w potok ludzki wchodzący na wzniesienie z widocznymi białymi namiotami. Chętnym rozdawana jest darmowa woda mineralna. Księża katoliccy na drodze udzielają komuś błogosławieństw, rozdają kieszonkowy Nowy Testament. Pniemy się w górę. Morze kolorowych namiotów większych i mniejszych po obu stronach ścieżki. Na górze dźwięki hinduskich bębenków, zapach szafranu. Kolejko po jedzenie są wielkie, do punktów wydawania w kilku rzędach. Tutaj wszystko jest na wielką skalę. Jak to wszystko ogarnąć? Mijaliśmy już parkingi z samochodami, rzędy kranów z wodą do mycia, niekończące się sznury przenośnych toalet. Wszystko dla mnóstwa ludzi z wielu narodowości. Nad namiotami łopoczą napisy informujące, skąd są ich mieszkańcy. Wypatruję międzyrzeczan, na  pewno tu są. Zatrzymują nas młodzi chłopcy z Białegostoku. Chcą, żeby podpisać listę sprzeciwiających się dyskryminacji rasowej. W wielkim namiocie młodzi adepci Hare Kriszny tłumaczą wykład jakiegoś anglojęzycznego guru. Potem jest czas na pytania. Są słuchacze. W innym namiocie można potańczyć w takt dźwięków conga, poćwiczyć jogę, kupić sari czy  książkę. Te ostatnie są na różnym poziomie, również dla bardzo wtajemniczonych. Młode sprzedawczynie są miłe, Ania kupuje książkę o kuchni hinduskiej i „Opowieści wedyjskie”, obie stosunkowo niedrogie i pięknie wydane.
            Powoli schodzimy w dół. W namiotach, po obu stronach ścieżki, w okolicznym lasku ludzie odsypiają noc z koncertem. Czeka ich jeszcze jedna. Mogę sobie tylko mgliście wyobrazić ich emocje, przeżycia na tej mekce polskiego rocka. Ściągają tu z krańców Polski. Tutaj mogą wykrzyczeć, wyskakać swoją witalność, spotkać ludzi podobnych sobie. Na koncercie organizowanym przez ich uwielbianego Owsiaka. Mnie by tu nieco przeszkadzała, przyznam, ta ilość decybeli, jaka tu w nocy pewnie będzie wybrzmiewać. Chociaż był minionej nocy grany przez Orkiestrę Kameralną Vivaldi. Dzisiaj też muzyka na pewno będzie dobra, choć inna, ktoś mi mówił, że na „metalu” jest z dziesięć rodzajów.
            Powiem tylko, że ja tutaj, wśród w lwiej części młodych ludzi, czuję się bezpieczna. I przede wszystkim podziwiam Jurka Owsiaka i jego współpracowników za dzieło logistyczne tego przedsięwzięcia.
            I jeszcze jedno. Czy tu jest piwo. Tak, jest. Ale, jak powiedział mi kilka lat temu jeden młody człowiek - każdy przyjeżdża tu, po co chce. Jeżeli chce się upić, zrobi to nie także nie wyjeżdżając z domu. Ale większość, wielka większość przyjeżdża tu naprawdę – po coś innego. Jestem o tym przekonana.


Iwona Wróblak
wrzesień 2005

niedziela, 1 stycznia 2017

Moje obrazy

            W sali wystaw MOK wernisaż prezentujący twórczość międzyrzeckich plastyków pt. „Moje obrazy”. Jest kilka słonecznych obrazów Małgorzaty Stepczyńskiej z  kwiatami i zamorskimi krajobrazami. Są nasi pejzażyści, Hieronim Kozłowski ze specyficznym dla niego rodzajem oświetleń, jak przez pryzmat, kolorowych, tu w odcieniu niebieskim, jest Jan Hanulak. Katarzyna Snopek widzi człowieka postawionego wobec bezmiaru horyzontu czy  kosmosu w  zadumie czy pokorze, mniejszego niż otaczający go świat. Genowefa Suchecka przedstawia studium kwiata, smukłość i piękno tego elementu, fragmentu otaczającej nas przyrody, finezję struktury płatków, korony i łodygi kwiata. Portret kobiety na sofie autorstwa Felicji Kostrobały jest  postacią zwróconą bokiem do widza, prezentowana jest w kilku wymiarach, także z profilu. Znana z „Kotłowni” Patrycja Jarmołowicz, młoda plastyczka na swoich bardzo ciekawych kompozycjach ma wiele do powiedzenia widzom z jej świata wewnętrznego. To świat fantastyczny, bogaty archetypami bajkowych skojarzeń, są one warstwami nakładane na znaczenia współczesne, pozwalają się też tak poznawać, kojarząc się ze sobą wzajemnie tworzą ciąg znaków i symboli uniwersalnych. Zachęcają, by postać przed nimi dłużej. Ewa Lamcha pokazała na wystawie tematykę, którą najbardziej u niej lubię. Kobieta, piękna i  subtelna na obrazie w wielości i bogactwie swych znaczeń i roli w świecie, kontemplująca świat w cienkiej pajęczynie, która przyozdabia, nie mota. Ma  ona wpółzamknięte oczy, trochę jakby w mistyce zwrócone do wewnątrz. Za to Oko – wielkie na zewnątrz samodzielnie istniejące jakby stworzone przez autorkę do patrzenia na temat obrazu – Kobietę, jest otwarte, uważne. Świat plastyczny pani Ewy, a jego obrazem jest klimat kompozycji, jest jak refleks światła na twarzy, nie niepokoi, jest jak słońce, które ogrzewa.                             
            Oglądam jeszcze czarno-białe grafiki Aleksandry Więckowskiej i kompozycje Aleksandry Banak. Jolanta Pacholak-Stryczek zaprasza gości na  drugą część wieczoru – koncert jazzowy w wykonaniu duetu Adam Bołdych - skrzypce elektryczne i Przemysław Raminiak - keyboard. W programie są  standardy jazzowe i kompozycje własne wykonawców. Wielkie brawa otrzymują muzycy za kunszt w opanowaniu gry na instrumentach. 19. letni Adam Bołdych dostał niedawno stypendium w USA, mimo młodego wieku koncertował już w wielu krajach.

            Iwona Wróblak
październik 2005