poniedziałek, 7 listopada 2016

Mirosław Bakuła lekarz psychiatra – wykład o depresji

            Nie można powiedzieć, że pan Bakuła potraktował studentów Międzyrzeckiego Uniwersytetu III Wieku w sposób protekcjonalny. Wykład z  psychiatrii był bardzo merytoryczny. Opisał krótko cechy jednostki chorobowej, jaką jest depresja. Scharakteryzował przyczyny i powody zachorowania na depresję. Mówił też o leczeniu farmakologicznym.
Sen jest bardzo ważną rzeczą w życiu człowieka. To właśnie zaburzenia snu, sen fragmentaryczny, bezsenność – lub nadmierna senność - są pierwszym niepokojącym sygnałem. Bardzo ważna jest faza snu REM, w czasie której mamy marzenia senne. Wtedy wypoczywamy. Z brakiem nocnego wypoczynku wiąże się niepokój i lęk. Zaburzenia libido, poranne wahania nastroju. Pojawia się drażliwość, w końcu myśli samobójcze. Obniża się nasza aktywność ruchowa, spowolnione zostaje tempo myślenia, osłabiona pamięć. Coraz częściej i dłużej możemy mieć bóle głowy, zaparcia i inne objawy. Pojawiają się natrętne myśli, impulsy i czynności powtarzane przez nas bezwiednie. W skrajnych przypadkach zespoły urojeniowe. Dominujące jest  poczucie ciągłego zmęczenia.
            W chorobie depresyjnej ważny może być czynnik genetyczny. Jednak zazwyczaj rozwojowi depresji sprzyjają uwarunkowania psychospołeczne, powtarzający się stres, związany np. z kłopotami małżeńskimi czy rodzinnymi. Depresja może mieć też powody somatyczne, np. niedoczynność tarczycy, przebyty zawał serca, udar lub choroba nowotworowa. Osobną grupą są depresje nerwicowe.
            Choroba depresyjna istniała zawsze. Od XIX w. skutecznie się ją leczy farmakologicznie. Uzupełnia się w ten sposób poziom brakujących substancji w organizmie, co znacznie skraca czas trwania choroby.
            Sala wykładowa w Zespole Szkół Budowlanych była, jak zwykle, wypełniona. Studenci MUTW chcieli na pewno zadać panu doktorowi pytania szczegółowe, np. o sytuacjach, kiedy na pewno już trzeba się udać do lekarza psychiatry, a kiedy obniżenie nastroju jest w tzw. normie. Dobry niedosyt wynieśliśmy z tego spotkania. Może na wykładach wrócimy jeszcze do tych tematów.


Iwona Wróblak
kwiecień 2007

niedziela, 6 listopada 2016

Orły Muzealne

            Sala portretów trumiennych w Muzeum. Swego czasu dużej liczbie międzyrzeczan, i nie tylko międzyrzeczan, kojarzyła się z koncertami muzycznymi, na bardzo dobrym poziomie, odbywającymi się tu cyklicznie. Czy może znowu tak będzie?.. Tutaj dzisiaj będzie koncert fortepianowy, z  okazji wręczenia osobom zasłużonym dla kultury międzyrzeckiej statuetek Orłów Muzealnych.
             Adam Koziński z Rady Muzeum w skrócie relacjonuje działalność tej placówki kulturalnej. Działalność związaną z ekspozycją zasobów Muzeum, wystawy sztuki, które okresowo gości placówka. Działalność edukacyjna. Starania związane z zachowaniem substancji materialnej murów zamkowych. Nadzory archeologiczne przy pracach ziemnych w Międzyrzeczu i okolicach. Coroczne sesje historyczne, prace naukowe prelegentów różnych dziedzin.
             W tym roku Orła Muzealnego otrzymał Kazimierz Puchan, były starosta, za wkład w dobro kultury, w rozwój kulturalny miasta i powiatu, za  zaangażowanie znacznie przekraczające służbowe obowiązki. Za osobisty wkład w organizację koncertów i imprez kulturalnych. Druga statuetkę otrzymał młody naukowiec z naszej ziemi międzyrzeckiej doktor historii Marceli Tureczek, jeden z głównych organizatorów corocznych sesji historycznych, których owocem jest publikacja referatów, bardzo ciekawych, autorstwa wybitnych nierzadko naukowców, pasjonatów swoich dziedzin. Ta pozycja wydawnicza zyskała już uznanie w gronie fachowych recenzentów.
            Po części oficjalnej goście zaproszeni są do wysłuchania koncertu fortepianowego w wykonaniu pani Marii Kaszni, dedykowanego przyjaciołom międzyrzeckiego Muzeum.
Maria Kasznia, ur. w 1983 r. naukę gry rozpoczęła w wieku 6 lat w Wiedniu. 2 lata później została przyjęta do klasy dzieci wybitnie uzdolnionych prowadzonej przez prof. I. Joo na Uniwersytecie Wiedeńskim. Studiowała również w Berlinie pod kierunkiem prof. A. Schmidt w Hochschule oraz w  Polsce u prof. Shebanovej i prof. Drzewieckiego. Obecnie jest studentką 4. roku Akademii muzycznej w klasie prof. Sulikowskiego. Jest laureatką nagród ogólnoaustriackich konkursów. Brała udział w Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim w Wiedniu i Międzynarodowym konkursie J. I.  Padarewskiego w Bydgoszczy. Liczne koncerty, recitale w Wiedniu, Warszawie, Insbrucku, Grazu, Poznaniu etc. Współpracuje ze śpiewakami, w ramach tej współpracy wyjazd do Florencji na warsztaty. Ukończyła liczne kursy mistrzowskie: u prof. A. Jasińskiego, prof. J. Sulikowskiego, prof. K. Popowy, prof. T. Shebanova, prof. A. Wodnickiego.
            Ponadgodzinny koncert utalentowanej pianistki. W repertuarze utworu F. Chopina. J. I. Padarewskiego. J. Haydna. R. Schumana i F. Liszta. Maksymalnie skupiona pianistka w ciszy sali ekspozycji w Muzeum. Oddaliśmy się wszyscy zasłuchaniu, nagradzając panią Kasznię burzą oklasków, prosząc o bis.
            Muzeum, z dyr. Joannę Patorską, jest jednym z ważniejszych ośrodków kulturalnych w Międzyrzeczu, już od bardzo wielu lat. Łączy tradycję, dziedzictwo kultury narodowej z inicjatywami, ambicjami uczestnictwa w aktualnym nurcie kulturalnego życia miasta, zaspokajaniu potrzeb jego mieszkańców w tej dziedzinie. Ogromny autorytet tej placówki, dzięki także osobie pani dyrektor Muzeum, jest podwaliną tożsamości kulturalnej i  regionalnej mieszkańców miasta i powiatu.


Iwona Wróblak
kwiecień 2007

sobota, 5 listopada 2016

Kaziuki

            Dwie starsze panie, rodzone siostry, panie Brukszta i Eugenia – z domu Sylwestrowicz, są na naszym wybrukowanym placu przed Ratuszem, 4.  marca, w dniu I. Międzyrzeckich Kaziuków. Panie z roczników dwudziestych któryś, Wileńszczyzna była kiedyś ich małą ojczyzną, mieli rodzinny majątek w powiecie oszmiańskim. Dzięki wstawiennictwu pani Małgorzaty Stepczyńskiej mam przyjemność z nimi rozmawiać. Doskonała polszczyzna, składnia, dialekt literacki ogólnopolski, bez wileńskiego zaśpiewu. Prostota. Co pamiętają z Kaziuków wileńskich? Przyjechały do Międzyrzecza w latach czterdziestych ubiegłego wieku – jedna z pań z Kazachstanu ( 6 lata zsyłki), druga z armią gen. Andersa (3 lata na Syberii). W Wilnie chodziły do szkoły powszechnej nr  3 koło Ostrej Bramy. Pani Brukszta wyjmuje z koperty zdjęcie. Zniszczone. Było z nią na Syberii. Z 1934 r. Żeńska szkoła, panienki w jednakowych strojach, fryzury starannie zrobione. Pośrodku czworo nauczycieli i ksiądz. W niedzielę, mówi mi, zawsze chodziło się do kościoła.
             Na Kaziukach – wspominają – było błoto. Kaziuki w Wilnie były na dużym placu targowym, ludzie przyjeżdżali furmankami z okolicznych gmin, sprzedawali różne rzeczy, wyroby drewniane, stało się, nie było ławek do siedzenia. Ktoś pogrywał na akordeonie. Pamiętają kaziukowe obwarzanki smorgońskie ( w Smorgowie pieczone) i piernikowe serca. 4. marca, w dzień św. Kazimierza, patrona Wilna, młodzież nie szła do szkoły, tradycyjnie było to święto, także kościelne. Jak wspomina miasto swojej młodości? Pani Brukszta – Wilno, przed wojną 200 tysięczne, piękne stare polskie miasto, gdzie było tak dużo szkół, kin, sporty wodne, parostatki na rzece Wilii, zostanie w niej miejscem rodzinnych korzeni. Po utracie Wilna wszystkie nadzieje całego pokolenia zostały zaprzepaszczone. Często je widzi, miasto, w wyobraźni. Budowle, teatry, parki. Tęskni za miejscem, gdzie się urodziła i które utraciła. Za czasami młodości. Tam była Polska, rządzona przez polski rząd, tam byli ludzie, którzy myśleli po polsku. Czytali polskie lektury, wielkich poetów. Podchwytuję temat: - A pani Eugenia? Co najchętniej, jako młoda dziewczyna, czytała? Co pamięta po latach, autorów, tytuły...?Półuśmiech, trochę smutny. Sekunda zastanowienia... Gustawa Morcinka „Łysek z pokładu Idy”. Pamięta, że myślała o tej książce w kopalni węgla na zsyłce w  Kazachstanie...Milczę i myślę – nasza polska historia, przerwana nagle, historia ludzi z Wileńszczyzny...
            Słuchamy „Pohulanki”, zespołu wokalnego pana Romana Garbacika, który ma właśnie swój krótki recital. „Pohulanka”, mówi mi pani Brukszta, to był w Wilnie teatr i dzielnica...Wiele pamięta za szczegółów architektonicznych, mimo upływu lat. Pobliskie Rokitno zbudowane jest na wzór Ostrej Bramy, kustosz ks. Tadeusz Kondracki zadbał o to.  
            Przyśpiewki na scenie. Aktorskie „ł”. Jadwiga, która kochała pułkownika, a wyszła za rzeźnika...brzmi w rytmie tęsknego tanga wokół międzyrzeckiego Ratusza w pierwsze nasze Kaziuki. Tłum ludzi na rynku.
            Stragany prawie jak we wspomnieniach pań Sylwestrowicz. Dziergane szydełkiem ozdoby na Wielkanoc pani Krystyny Stefaniak, jajeczka i  koraliki – czy na wzór wileńskich – pytam? Trochę...Są za to na pewno nasze, międzyrzeckie, artystyczne, starannie wykonane...Lubuskie Stowarzyszenie Pomocy Szkole Wspomagamy Młode Talenty. Aukcja uroczych drobiazgów przeznaczona jest na cel statutowy. Przy stoisku jest pani Zofia Ratajczyk, pani Czesława Kacmajor, część wyrobów wykonała pani Bublewicz. Edyta Dubojska przyniosła swoje pięknie opakowane, przez siebie zrobione widokówki świąteczne i inne rzeczy. Wzrok przyciąga bukiecik świeżych wiosennych bazi. Z Restauracji „Duet” pierogi, cepeliny, żurek, pytam pana Jacka Bełza, czy są zrobione według wileńskiej receptury, zapewnia, że tak. Wileński na pewno jest też Jerzy Garniewicz, międzyrzecznin, od lat  organizujący Kaziuki w Poznaniu, który swym wspaniałym, czystym, mocnym głosem śpiewa nam oryginalne wileńskie piosenki. Razem z panią Anną Kuźmińską – Świder, redaktor naczelną Kuriera M., burmistrzem Tadeuszem Dubickim i ks. kustoszem Tadeuszem Kondrackim uroczyście dokonali otwarcia. W geście szacunku dla wielu międzyrzeczan pochodzących z Wileńszczyzny będzie w naszym mieście coroczna impreza pt.: „Kaziuki”. Dzisiaj pamiątkowe książki o Kresach dostają propagatorzy Wileńszczyzny Kazimierz Kulas i Zofia Ziarkowska.
             Ksiądz kustosz mówi, że odpust na św. Kazimierza był w Wilnie wydarzeniem religijno – kulturalnym. Styl życia przodków wiązał się z  wydarzeniami historycznymi, ważnymi ludźmi, zasłużonymi dla kraju i miasta, pamięcią o nich. Nie bójmy się wielkości – padły ze sceny znamienne słowa – bójmy się przeciętności...
Słyszymy z wieży naszego ratusza oryginalny wileński hejnał. Będą palmy wileńskie, prezenty dla dzisiejszych solenizantów, pań Kazimier i panów Kazimierzy – w Galerii „Kwiaty” pani D. Jankowskiej. Różnej wielkości palmy, nie tylko palmy, też wianki, prymulki, koguty, zakupić można na  specjalnym stoisku, jest bardzo duże zainteresowanie. Są jaja z czekolady z Cukierni Kazimierza Praczyka i pierniki kaziuki, jak zapewnia szef, na samym miodzie pszczelim z leżakowanego ciasta. Są międzyrzeckie piekarnie; J. P. Radziszewscy, Piekarnia Sroka. Ukraiński sernik na tacce z zapraszającym napisem: „ proszę się częstować, smacznego”, i nie tylko sernik, ukraińska gościnność, dar Piekarni państwa Anny i Lesława Janików. Zaproszeni na  Kaziuki przez burmistrza, zawsze biorą aktywny udział w wielu charytatywnych akcjach na terenie miasta i gminy. Obok Henryka Janas, szefowa „Malwinek”, dzisiaj oferuje własnej roboty dziełka, trójwymiarowe kartki i zaproszenia, bardzo piękne, jakich nie powstydziłby się żaden profesjonalny sklep z pamiątkami, całe albumiki kartek do wyboru. I koraliki szklane, zgodnie z wileńską tradycją. Tradycyjne stroiki z Koła Gospodyń Wiejskich z  Kęszycy Leśnej, panie Zofia Leszkiewicz i Weronika Skudlarska. DPS w Międzyrzeczu – Warsztaty Terapii Zajęciowej, przy stoisku Aleksandra Więckowska. Miód z Gospodarstwa Rolnego mistrza pszczelarskiego pana Wiesława Dudka. Wreszcie galeria obrazów pań Felicji Kostrobały i  Małgorzaty Stepczyńskiej, można któryś wybrać i zakupić od razu lub zamówić.
            Duża skrzynka z ciastem Piekarni Janików gratis dla mieszkańców na święto Kaziuki już pusta. Udaje mi się uszczknąć kawałeczek bobkowego ciasta, jabłecznika, piernika jogurtowego i innych słodyczy. Przygotowano je w całości z naturalnych składników, bez konserwantów. Według starych oryginalnych wschodnich receptur.


Iwona Wróblak
kwiecień 2007

piątek, 4 listopada 2016

Diabetyczne Jajo

            Pani Anna Cegłowska zaprasza mnie, do siedziby Koła „Jeż” Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków w Międzyrzeczu. Na małą uroczystość grupy, z okazji Świąt Wielkanocnych, na „Jajo”...
            Treść w Formie. Dostaję takie jajo w prezencie. Autorstwa mistrzyni dzierganych cudeniek, pani Czesławy Kacmajor, usztywnione metodą „na  cukier”. Jajo robi się na szydełku w połówkach, dopasowując te połówki do prawdziwego kurzego jaja. Usztywnione dwie części skleja...i jest FORMA, piękna, elipsoidalna, doskonała. Świąteczna, jak przystało na dzisiejszy czas. O treści równie ważnej, pozornie Nic, jak to puste miejsce, powietrze w  środku, w pięknie dzierganym Jajku: – spotkać się w swoim gronie, Kole diabetyków, kole przyjaciół. Posiedzieć, zjeść przy Wspólnym Stole przyniesione przez siebie rzeczy, bardzo pyszne zresztą (próbowałam).
            Rozmowy. Panowie – Józek i Lechu, jedno z centrów zainteresowania. Panowie przynieśli dzisiaj, jak zresztą wszyscy wielkiej rodziny diabetycznej międzyrzeckiej, swój wkład do wspólnego poczęstunku. Teraz dzielą się z paniami fachowymi bardzo uwagami kulinarnymi. Pan Lechu opowiada mi o sosach do swojej sałatki śledziowej, Józek – to już poważniejsza sprawa – zbiera...świąteczne zamówienia od pań na swojego wypieku wielkanocną babę, którą mamy przyjemność degustować. Nauczył się piec od swojej mamy. Nie mają prawa się nie udać – mówi mi o swoich wypiekach. Rozmowy są o innych zwyczajnych sprawach. Członkowie Koła „Jeż” znają się już długo. Pani Cegłowska dzieli się swoją wiedzą o penach i  dawkowaniu insulin. Zostaje dzisiaj w Kole przedstawiony wszystkim nowy członek diabetycznej społeczności, pan Józef. Plany Koła. Związane z  niedalekim festynem, gdzie, w ramach profilaktyki zdrowotnej, mierzyć będą ludziom poziom cukru. Koło „Jeż” w Międzyrzeczu za najpiękniejsze stoisko rękodzielnicze dostało na Jarmarku Magdaleńskim Folk Arte 2006 w Pszczewie dyplom. Życzenia świąteczne są także, od szefowej - pani Ani,  innych osób, wzajemne.
            Rozmowy. W pięknej dekoracji, siedzibie PSD na ulicy Konstytucji 3. Maja, gdzie figurka milutkiego, choć zjeżonego kolcami z drewnianych pałeczek Jeżyka stoi na półce na poczesnym miejscu. Treść uniwersalna i symboliczna, symbol odrodzenia jak wieniec z ozdobami świątecznymi w środku witający gości nad wejściem, we wszelkich możliwych wyobrażeniach i wariantach, nie tylko wirtualnie pomyślana. Cieszy oczy piękna dekoracja sali, w  dużej mierze autorstwa nieobecnej (pracuje) naszej regionalnej samorodnej artystki pani Edyty Dubojskiej. Ogromna inwencja, artystyczny smak, jajko różnorodne, malowane, w gniazdkach, obdziergane. W towarzystwie zajęcy i kurczaków, różnej wielkości, maści i tuszy. Pisanki. Wydmuszki. Wianuszki z kwiatami zwisają dyskretnie z sufitu. Zapalona świeca na stole też okrągła, jajasta, ze świątecznymi inskrypcjami. Baranek biały, wycięte z papieru origami - kurczaki wysiadują maleńkie zielone jajka. Wiosenne świeże baźki w koszu. I prezenty dla członków Koła, pragmatyczna książeczka o  przepisach kulinarnych dla cukrzyków: Jolanty Czechury „Smacznie w cukrzycy”.


Iwona Wróblak
maj 2007 

czwartek, 3 listopada 2016

W gościnie u Malwinek

            Sala Klubu Garnizonowego. Jedna z prób Zespołu „Malwinki”, prób przed berlińskim występem w Święto Narodów Świata, planowane na  pierwszy tydzień lipca bieżącego roku. Pani Henryka Janas – szefowa „Malwinek”: - Zespoły folklorystyczne prezentują tam kulturę swojego regionu czy  kraju, swoje korzenie, przyjeżdżają z całego świata, taka jest idea tego corocznego koncertu. Nasze polskie, i międzyrzeckie, „Malwinki” są zaproszone już  po raz czwarty. Są delegowani przez nasz międzyrzecki MOK.
             Kinga Niedziela jest w „Malwinkach” piąty rok, od początku, „średnie” „Malwinki” na dzisiejszej próbie to, oprócz Kingi, Ewa Radomska, Ola  Matuszna, Beata Janowicz, Adrian Sternik, Marta Plewa. W sali tanecznej Klubu Garnizonowego pani Henia zasiada do pianina. Swoim mocnym, dobrze ułożonym głosem intonuje: „Wyleciała jaskółeczka...”
             Słyszę z odtwarzacza „Oratorium” Piotra Rubika. – Adrian... ( pani Henia) – głośniej, żeby ciebie było słychać, przecież masz głos jak  dzwoneczek, daj to z siebie....
 To na prośbę dziewczynek utwór Rubika został włączony do berlińskiego repertuaru.
 - Chciałyśmy to śpiewać, podobało nam się – mówi Ewa. Własna inicjatywa w zespole jest dobrze widziana, pani Janas dba tylko, aby rytm trudnej kompozycji był równo wykonany i było czysto zaśpiewane.
            W tym roku „Malwinki” zaśpiewają jedną z piosenek także po niemiecku. O czym będzie? Pani Henia: - To będzie piosenka o dzieciach przedszkolnych, które grają na różnych instrumentach. I ludowe polskie piosenki w układach tanecznych z okolic Śląska. Pani Henia jest tu wszystkim – reżyserem, choreografem, muzykiem. Szefem i duszą zespołu. Teraz kupują nowe stroje. W związku z tym na dzisiejszym spotkaniu trzeba zrobić listę, powziąć ostateczną decyzję – które dziecko chce jechać do Berlina? Mamy muszą się zdeklarować. Dla najmłodszych kilkuletnich Malwineczek to  ogromna przygoda. Pani Henia mówi o nich, że to ozdoby, klejnociki Zespołu. Zagraniczni goście, nie tylko zagraniczni, ze szczególnym wzruszeniem podziwiają w czasie występów maleńkie tancerki w ludowych strojach, ich niezaprzeczalny dziecięcy urok.
            Najmłodsze są mi właśnie przedstawiane: Martynka Górna (3 lata), Julcia Gandurska (4 lata), Madzia Kozłowska ( 4 lata). Proste układy dzielnie ćwiczą razem ze starszymi dziećmi, maleńka Martynka też stara się – rączki w bok, potem w górę – klask!, i na biodra ręce. Krakowiaczek dzieje się.  Starsze dzieci – w parach – pomagają młodszym. Dziewczynki starają się naśladować ruchy pani Heni, umieją piosenkę „Siwy konik, siwy”. Niektóre dzieci są pierwszy raz, jeszcze nie wiedzą do końca, czy wyjść z objęć mamy i przyłączyć się do koła...Pani Henia ma w sobie ocean cierpliwości i  uśmiechu, umie rozmawiać z dziećmi w każdym wieku, ale szczególnie kocha jednak chyba te najmłodsze...Mówi mi, że jej nie jest za głośno, ją nie  męczy hałas z czterdziestu dziecięcych gardeł...
„Czy duża czy mała, lubuszanka zgrabna...”. Słuchamy piosenki. Pani Henia – teraz ukłon w stronę widowni – czyli nas. Starsze „Malwinki” dopingują. Kiedy one z kolei występują, tańczą wszyscy, spontanicznie, skoczne melodie zachęcają. Kończy się wspólnym śpiewaniem. Mimo całej powagi, letniej perspektywy międzynarodowego koncertu, próba to świetna zabawa, każdy może zatańczyć i zaśpiewać.


Iwona Wróblak
maj 2007

środa, 2 listopada 2016

O Transie słów kilka

            Na czym polega sukces „Transu”? Kolejne 2 puchary zdobyte tym razem w Skwierzynie Zespół dołączył do swoich osiągnięć. Wybrałam się na  próbę naszego słynnego międzyrzeckiego Zespołu Tanecznego.
            Internat na ul. Pamiątkowej. Młoda osoba, instruktorka, wchodzi z dwójką dziewczynek do sali gimnastycznej. Gdzie „Trans” ma próby? – pytam. – Tu. Ja tu tylko pomagam – mówi.- Zaraz przyjdzie choreografka.
 Mocne zdecydowane rytmy podkładu muzycznego. Jak się je przekłada na ruch...Ile trwa, zanim zobaczymy efekt taki, jak na występach? Pewnie dużo pracy.
            Niektóre z dzieci, wiele z nich, są ładnie rozciągnięte, prawie do szpagatu. Ścięgna i mięśnie trochę bolą... Gwiazdy za to wychodzą im same, samorzutnie jakoś, i spontanicznie.
Pani Anna Osipiuk, instruktorka, jest także choreografem, po AWF- ie.
Szybko i żwawo ma być, mówi małym tancerkom. Po ćwiczeniach wszyscy, z instruktorką, przysiadają w grupie na podłodze. Omawianie figur, co było gorzej, gdzie postępy, grupowe oceny osób, najlepsi nagrodzeni są grupowymi oklaskami. Chwaleni w obliczu grupy i instruktorki, za każdym razem kto  inny i za coś innego. Czy o to chodzi? O pochwałę, o docenienie, za pracę, za starania. Trzy razy w tygodniu kilka godzin ćwiczeń, wymagania profesjonalne.
            Pani Anna sprawnie ogarnia całość. Łagodnie, ale konsekwentnie i stanowczo zwraca uwagę, dba o porządek, o przestrzeganie ustalonych reguł (czy tego też uczą na AWF-ie?...). Patrząc na nią wiem na pewno, że też tańczyła, że wysiłek związany z treningiem nie jest dla niej niczym nowym, i to,  że wie, na pewno teoretycznie również, jak skonsolidować zespół sportowy. Że jest fachowcem w swojej dziedzinie.
            Najmłodsze dziewczynki, trzy czy czteroletnie, „rybki”, taniec „Rybek”. Pani Anna pokazuje, jak naśladować nogami ruch płetw, i „płynąć” rękami. Resztę zrobią kostiumy... i piękno dziecięcych ruchów, ich naturalna delikatność, żywiołowość i spontaniczność. Jeszcze bez technicznych osiągnięć, pozorna swoboda, to, co się tak podoba naszym zagranicznym gościom. Z najmłodszymi dziećmi też po ćwiczeniach przysiada, rozmawia, chwali. Bliskość w grupie. Dlatego być może zrywają się z miejsc na hasło: Zespół „Trans”. Ważny jest dla tancerek uśmiech, obok techniki. Jest na  koniec grupowie zdjęcie aparatem fotograficznym.
Próby to, jak widzę, ciężka praca, ale też i przednia, satysfakcjonująca zabawa.
            Starsza grupa „Transu”. Pani Anna włącza się na poważnie, całą sobą, ściąga górną część dresu. Pokazuje układy grupie, indywidualnie także poszczególnym dziewczynom. W „Transie” jest 60 – 70 tancerzy. Żmudne ćwiczenia. Stopa przy kolanie, technika, rytm. Na ile osobowość instruktora zachęca do tych ćwiczeń?
Jak się przekłada muzykę na ruch?
Pani Anna Bubnowska, szefowa Zespołu i główny choreograf: - Najpierw musi być pomysł. Na taniec, na inscenizację tańcem. Taniec to sposób wyrażenia CZEGOŚ. Muzyka? Szuka jej wszędzie, w internecie brat wyszukuje interesujące kompozycje. Co się potem dzieje? Po prostu - same ciało zaczyna tańczyć – mówi - t r a n s. Uwrażliwienie tancerzy na muzykę. Tancerzy z zacięciem choreograficznym, to coś trzeba mieć w sobie, tę potrzebę, poszukiwanie, wyrażanie emocji poprzez ruch. Pani Anna tańczy i przynosi ten taniec na salę gimnastyczną. Jest coś takiego jak styl „Transu” – bardzo wyraźny charakterystyczny dla Zespołu pani Bubnowskiej stygmat. Jednym z jego zasad jest nie powielanie własnych pomysłów, innowacje, poszukiwanie nowych układów. I – jak zauważyłam oglądając „Trans” na scenach – bazowanie na skojarzeniach z naturalnymi dźwiękami. I na  naturalnej dziecięcej witalności.
Pani Anna Bubnowska tańczyła w Warszawie u znanego mistrza Jarosława Stańki. Sama już też ma uczniów uczących innych – Magdę Targoni. Przed „Transem” ( Zespół ma już 6 lat) nie było w Międzyrzeczu czegoś takiego jak taniec nowoczesny, dlatego pomysł jest bardzo trafiony. Z panią Osipiuk (która tańczyła w „Nowince”) rozumieją się bardzo dobrze, dzieci też ją akceptują. Co jest bardzo ważne. Kostiumy, niesamowite, które podziwiamy w  czasie występów, od czterech lat szyje pani Bożena Kubaszewska. Układy taneczne trzeba dobrać do wieku dziecka, ruch ma im sprzyjać, mają się dobrze w nich czuć. Pani Anna stara się być elastyczna, sprawdza użyteczność swoich pomysłów, bo taniec jest dla dzieci. Najważniejsza jest ich radość. Co  potem przekłada się na zdobyte puchary i nagrody.
            Czy teoretycznie wszystkie dzieci nadają się do zespołu tanecznego? –Tak! – odpowiada z zapałem i z uśmiechem w oczach pani Anna. Jedyne kryterium to ich chęci. Z każdym dzieckiem w razie potrzeby pracuje indywidualnie. Ważne jest poczucie rytmu, oczywiście, lecz osoby zupełnie go nie  posiadające są, jak mówi, rzadkością. Otacza nas muzyka z mediów, to jest dobre, dzieci są roztańczone. I mają naturalną witalność. Mówi mi – To dla  rodziców: Jest na świecie tyle różnych niedobrych rzeczy dla dzieci, zróbmy jak najwięcej, żeby oderwać je od szarej rzeczywistości.
Ruch i taniec jest rzeczą pierwszą cywilizacyjnie...
Bubnowska - Taniec nowoczesny, to nie jest trudne dla dziecka. Osiągnie szybko postępy. Wtedy trzeba chwalić, nagradzać dziecko, budować je w ten  sposób.
Starsza grupa „Transu” liczy 23 członków, 50 grupa mniejszych dzieci. W „Transie” są wolne miejsca! Można w każdej chwili zapisać dziecko! Teraz nawet brakuje dzieci z 3 i 4 klasy. Pani Anna Bubnowska serdecznie zaprasza.


Iwona Wróblak
maj 2007 

wtorek, 1 listopada 2016

TPG daruje wielki świat


            Towarzystwo Pomocy Głuchoniewidomym działa w Międzyrzeczu już 10 lat. Główną sprawczynią tej unikatowej organizacji pozarządowej u nas  jest Ewa Skrzek – Bączkowska Pełnomocnik Wojewódzki Lubuskiej Jednostki TPG, pracująca zawodowa jako nauczycielka w Specjalnym Ośrodku Szkolno – Wychowawczym w Międzyrzeczu. Ewa, dzięki swojej charyzmie i ogromnej osobistej pracowitości, potrafiła przez ten okres skupić wokół siebie do pomocy przeważnie młodych, wykształconych w zawodzie ludzi, wielu z nich zdobyło kwalifikacje tłumaczy przewodników dla osób z  jednoczesnym uszkodzeniem wzroku i słuchu. Dla tych ludzi Ewa bezwarunkowo kojarzy się z przywróceniem ich do życia społecznego, kulturalnego, także zawodowego.
            „Dotknąć Sztuką Nieba” to koncerty, które przez kilka lat były organizowane przez TPG. Rocznicowy koncert też będzie w tym stylu. Super koncert będący nie tylko rehabilitacją osób głuchoniewidomych, występujących publicznie razem ze swoimi opiekunami, to także artystyczne przedsięwzięcie, muzyczny występ muzykoterapeutów: Ewy Skrzek – Bączkowskiej, Karoliny Kai Szymków i kilkunastu osób, prezentujących utwory specjalnie aranżowane na dzisiejszą uroczystość.
            W holu SOSW, w jesiennych dekoracjach, mini-wystawa prezentująca próbkę wielorakiej aktywności artystycznej i społecznej podopiecznych Stowarzyszenia. Na uroczystość przybyli prezes Zarządu TPG Grzegorz Kozłowski i Dyrektor Biura TPG z Warszawy Monika Skowrońska, z którą rozmawiam potem o kulisach pracy stowarzyszeń i organizacji, o ważnych przyziemnych sprawach związanych z finansowaniem działalności – współpracą z urzędnikami wszystkich szczebli, których też trzeba uważnie słuchać; temat na ważny i długi artykuł… Forum Międzyrzeckich Inicjatyw  wpiera TPG – dla gości przygotowało ofertę pomiaru poziomu cukru we krwi.
            Powitania gości i podziękowania – za przybycie i za wsparcie. Za patronat (Wojewoda lubuski). Historia TPG międzyrzecka to historia Stasia z  Domu Pomocy Społecznej w Rokitnie, chłopca z wielorakimi uszkodzeniami, podopiecznego Ewy, którym się zajmowała jako rehabilitantka. Szukała dla  niego pomocy w TPG, pisała pisma do stowarzyszenia i tak zaczęła się historia Jednostki Wojewódzkiej TPG w lubuskiem. Od historii osobistej się  zaczęła, ludzkiej, od zawodowej troski o jedno ludzkie istnienie, by Staś mógł godnie żyć, rozwijać się maksymalnie wykorzystując swe możliwości. Stasiu już nie żyje, ale dzieło, jakie zapoczątkował swoją osobą, jest kontynuowane i przynosi od 10 lat korzyści innym osobom z jednoczesnym uszkodzeniem wzroku i słuchu.
            Superbohaterzy. Tak nazywa ich Ewa – osoby głuchoniewidzące. Realizują się i rozwijają mimo uszkodzeń, często poważnych, dwóch najważniejszych zmysłów sensorycznych. Powracają do społeczeństwa ze świata ciszy i mroku, spotykają się z Ewą i innymi wolontariuszami, ze sobą nawzajem, w gościnnych progach Specjalnego Ośrodka Szkolno – Wychowawczego – za życzliwym wsparciem i zrozumieniem ze strony dyr. Arlety Stacheckiej. Międzyrzecki SOSW jest sercem naszego TPG.
            Koncerty i spotkania miały miejsce też w lecie w Ośrodku Wypoczynkowym „Głębokie” należącym do Beaty i Jacka Bełzów. Uczestnicy spotkań i wolontariusze realizowali sztuki teatralne, recytowali swoje wiersze, malowali, rzeźbili. Gotowali potrawy – cenna nauka, jak być mimo uszkodzeń maksymalnie samodzielnym. Program tych spotkań jest zawsze bogaty, wielostronny, obejmuje naukę orientacji przestrzennej, metody komunikacji, czynności dnia codziennego, zajęcia kulinarne, zajęcia sportowe, artreterapię, fizjoterapię i muzykoterapię, do której Ewa, zrobiwszy odpowiednie kursy i  przeszkolenia, przywiązuje w pracy zawodowej wiele uwagi. Spotkania naszpikowane są sesjami z doradcami zawodowymi, psychologami i lekarzami innych specjalności. Współpracują z „Fundacją Otwartych Drzwi” z Zielonej Góry i innymi jednostkami wojewódzkimi TPG. Jeżdżą na wycieczki, zwiedzają zabytki. Na zajęciach integracyjnych, comiesięcznych spotkaniach klubowych rozwija się wolontariat Lubuskiej Jednostki wojewódzkiej TPG,  powiedziałabym – szkoła wolontariatu, jaką realizuje Ewa. Efekty są bardzo wymierne. Zdjęcia ze spotkań są kroniką, na kartach której widać, jak – na  korzyść - zmieniają się osoby głuchoniewidzące, rośnie w nich wola i radość życia. Jak otwierają się na świat. Dla jednej osoby – by polepszyć jej jakość życia – WARTO pracować. Tutaj tych osób jest więcej. Stałe grono, które znamy ze spotkań (spotkania są otwarte). Międzyrzeckie TPG jest ich całym wielkim światem – w ich świecie okrojonym przez niepełnosprawność.
            Jurek Godyń mimo bardzo dużej, postępującej utraty wzroku, ciągle tworzy. Jego prace oglądaliśmy wielokrotnie. Jest artystyczną wizytówką naszego TPG. Uczestnicy spotkań tworzą jedną wielką rodzinę, tutaj nabierają pewności siebie, uczą się jak korzystać ze swoich praw zagwarantowanych im w przepisach i ustawach jako obywatele państwa.
            Organizatorzy dziękują wszystkim osobom i instytucjom, władzom miasta i samorządowym, prywatnym sponsorom, wspierającym działalność Towarzystwa. Następuje długa lista nazwisk, organizacja cieszy się w lokalnym środowisku dużym prestiżem.
                Wydarzenia artystyczne „Dotknąć Sztuką Nieba” wpisały się na stałe w kalendarz kulturalny. Mamy próbkę takiego koncertu. Prowadzą go muzykoterapeutki: Karolina Kaja Szymków – razem z Ewą Skrzek – Bączkowską. Zaczyna się od nieinstrumentalnego wstępu opartego na naturalnych dźwiękach wydawanych przez nasze ręce w kontakcie z ciałem, na dotyku – wyraźnym i zdecydowanym – Kontakcie (słuchowo) dotykowym, własnym i  z osobą blisko-siedzącą, Osobą będącą – symbolicznie także, blisko Nas… To ważne, jeżeli nie widzimy…
            On – ten Kontakt -  jest tak podstawowy, jak dźwięk gongów tybetańskich, wysyłany medytacyjnie w czeluście umysłu. Które dzięki temu układają się w mandale. Ewa nadaje im koordynacyjny rytm. Towarzyszy ludzkie Słowo – tekst wiersza niewidomej Eli Sirzisko. Towarzyszy jej  bogactwo ilustracji dźwięku jako fal emanujących zewsząd, od strony innych ludzi, z otoczenia, z kosmosu, z przyrody i natury. Pierwotne instrumenty etniczne, starannie wybrane pod kątem właściwej tonacji, ich pogłośnienia wzmacniane – tak by usłyszał je człowiek niedosłyszący...
Ich najdrobniejsze dźwięki by były wzmożone – temu służy dziś technika, a jest bardzo wiele wynalazków, które ułatwiają życie osobom z uszkodzeniami sensorycznymi – w TPG jest do nich dostęp. – Spadająca czarodziejka gwiazdy rządzi światłem… - tak brzmi poetycka ilustracja odczuć osoby objętej opieką TPG.
            Djembe, śpiew intuicyjny – w ten sposób się pobudza odbieranie bodźców z otoczenia, w ten sposób się otwiera człowieka na świat (doznań). Improwizowany śpiew - sięgnięcie po doświadczenie kulturowe człowieka od najdawniejszych dziejów. Od szumu djembe po rytm pierwszy i prostszy, po jego usłyszeniu następuje modulacja własna, własna ekspresja – jak szept, jak krzyk dopiero co odzyskanym głosem… Nadanie mu swego brzemienia indywiduacyjnego. I rytmu.
            Rytm serca. Afrykański, bo stamtąd w ogóle jest rytm (i my jako istoty rytmizujące – współgrające z przyrodą, słuchające z rozmawiające z Nią). Tradycyjny balafon drewniany. Płaski dźwięk. Ciepłe dźwięki drewna, takie są też pewnie w dotyku… Kilka osób w ten sposób realizuje swoje credo, ich  „ja”. Każdego z nas osobowy zestaw atrybutów imiennych, encje, są inne. Własny rytm osobisty – trzeba odkryć tę oczywistą prawdę, że wszyscy je  mamy…  Końcówka słowacka – rodzaj fletu prostego, pierwotnego, jak radość z muzykowania, z wydawania wysokich pięknych dźwięków. Doświadczenia i spadek artystyczny po wielu kulturach  kontynentalnych, dziesiątkach ich tysiącleci istnienia, odkryta także terapeutycznie (a może przede wszystkim). Dzwoneczki (medytacyjne) – co w nas poruszają? Lepiej im się poddać… bo obserwacja zaburzy reakcję podmiotu, a nie o to  chodzi…
            Zapętlenia rytmiczne. Na koniec kumulują je w gamę dźwięków, wspólne afrykańskie serce. Shrutti box. Dziwny hinduski instrument, bardzo pierwotny w swym brzmieniu. Także jest medytacyjny. Wyraźnie kojący, wygładzający fale w naszym rozkołysanym praną wnętrzu. Śpiewają Monika Nowak – wolontariuszka i Basia z Gdańska – kołysz, nas kołysz do snu, chcemy po długim dniu odpocząć… Odpoczynek jest zawsze kojący. Prastara melodia towarzyszy medytacyjnemu shrutti, ukaja nas wszystkich. Misy tybetańskie i dzwoneczki, tajemnicze źródła leczniczych dźwięków – intuicyjnie zdaje się, że je znamy od bardzo, bardzo dawna… Hinduskie boginie nasze (obie muzykoterapeutki) wzięły je w dłonie dźwięk sobie w kole muzykującym przekazując.
            One  - wrażenia, impresje - wykwitają jak potencjały energetyczne z próżni. Są możliwościami ludzi dotkniętymi tak ważnymi dla człowieka uszkodzeniami słuchu i wzroku. Nasz mózg posiada nieprzebrane możliwości, być może zastąpi uszkodzenia, uzupełni, stworzy nowe łączenia między synapsami, między komórkami nerwowymi. Energia powstała z ciszy i z ciszenia, uciszenia hałasu samsarycznego. Kołysze w ciszy nasz dźwięk – lęk  (przed ciszą?)…
            Jest rytm zabawą (uczącą), dziecięcą pełną radości pierwotnej, jak bębnienie dzieci w djembe – obserwuję to po koncercie… Małymi rączkami uderzyć chociaż raz w skóropodobne djembe… Uciecha! Dla mnie też…
            I samym słuchaniem byliśmy na koncercie, relaksującym, odpoczywającym doświadczeniem dnia, chwili. Podziękowania dla Ewy, dla Kai, dla  wolontariuszy…  Bukiety kwiatów. Za dziesięć lat pracy – dla dobra osób, którzy tego bardzo potrzebują. Za stworzenie im świata – najpierw akceptacji, potem fachowej rehabilitacji, wielopoziomowej, kompleksowej.  Fenomen dobra, jakie daje jeden człowiek drugiemu – bez-warunkowo DAJE…


Iwona Wróblak
listopad 2016