Zniknienie
Zniknięcie
Kobiety, która jest matką swojej Córki. JEJ, jej TWARZY, nie ma na scenie i się
nie pojawi. Jest cień, czarny. W półmroku ściemnionej sceny. Jest jej puste, tą
czarnością, miejsce. Czarny welon nosi ta postać, czy duch – jak żałobę po
matce…
Wiele refleksji podczas spektaklu i
po inscenizacji kołacze się po głowie. Wiele myśli, po tym bardzo dobrym –
dyplomowym, spektaklu Grupy Teatralnej „Oczy-wiście” pt. „Zniknienie”, na podstawie tekstu Andrzeja Maleszki pt. „Mama – nic”
w reżyserii Izabeli Spławskiej - absolwentki PWST we Wrocławiu. Obsada: Julianna Cap, Julia
Tomaszewska, Maria Krawiec, Jakub Potyrcha, Aleksander Ciślak, Szymon Michalak.
Oprawa plastyczna: Zespół. Muzyka: Taco Hemingway, Hans Zimmer.
O światach jest mowa. Światach
innych ludzi, światach złowrogo wsysających w siebie świat braku mamy Magdaleny. Mama Magdy nie umarła fizycznie, nie ma jej, jako matki – dla
córki. Jest Zniknienie mamy. Ładny neologizm, jedno z tych
przewartościowań językowych, doszukujących się znaczenia w źródłosensach w naszej polszczyźnie, odświeżających ją,
aktualizujących, precyzujących – wzorem tytanów naszej literatury, w których to
twórczych praktykach gustuje Izabela
Spławska (tego dotykają też inne spektakle reżyserki). Takie teksty wybiera do
swych sztuk, a robi je z młodzieżą… Nie
są zawodowymi aktorami. To teatr amatorski ze wszystkimi jego zaletami, oparty
na bardzo dobrej reżyserii (i młodym aktorstwie). Pani Izabela ma instynkt
teatralny, sądzę.
Dużo widzów w sali kinowej
Międzyrzeckiego Ośrodka Kultury. Wiernych sekundantów działalności naszego
bardzo dobrego międzyrzeckiego teatru, który zdobył już wiele ogólnopolskich
nagród. Sztuka jest przejrzysta. Komunikaty bardzo czytelne. Teatr i słowo w
jednym, użyte dla dobra spoistości przekazu(ów), który niesie. Dziecięcy, czy
młodzieżowy to jest teatr - w rozumieniu wagi zagadnień, które porusza. Tych
najważniejszych dla Dziecka, zupełnie
podstawowych – o tym są zazwyczaj teatry dziecięce, które lubię oglądać – bo są
ważne… Mówią do Dziecka - w Nas. Zawsze są na- temat, o miłości, o bezpieczeństwie, o
rodzinie i wspólnocie potrzebnej na każdym etapie życia i wieku. Są dla
reżyserów, instruktorów teatrów dziecięcych do uzyskania bardzo dobre teksty, z
których korzystają. Często premierom towarzyszy Juror, czyli mała widownia – im
młodsza tym bardziej wymagająca. Tu się nic, żadne niedoróbki, nie ukryją…
Słuchaliśmy też
teraz, i patrzyliśmy. Dla mnie to drugie obejrzenie sztuki – pierwsze było na tegorocznej
Gali Teatralnej PRO ARTE. Pani Spławska, po wizycie w PWST – gdzie pokazali spektakl –
jeszcze większy nacisk położyła na spoistość wewnętrzną sztuki. Tam jeszcze
bardziej nie ma, po delikatnych
zmianach, żadnego zbędnego gestu i słowa. Nasz czas widza, poświęcony oglądaniu, jest absolutnie szanowany. Sztuka jest
krystaliczna.
We wstępowaniu na Scenę życia młodego
człowieka nie ma Mamy swej córki. Jest jej zniknienie.
Czynność czasownikowa staje się rzeczownikiem.
Scena życia jest wielkim teatrem, podszewką, z której nam się zwierza młoda
dziewczyna. Ona, ta dziewczyna, jest w wielu kobietach współcześnie,
niekoniecznie już tak młodych. Dobrze jest przypomnieć, o co chodzi w dorosłych
nerwicach… Tym jest ta sztuka.
Niknięcie
Rzeczownikowe stawało się stopniowo, mama nikła, bladła, w końcu nie ma jej –
pod czarnym welonem – śmiertelnym, chciałoby się rzec… Ciemna scena, mało
światła, jak mało matki – mało opieki, mało radości, mało bezpieczeństwa. Mało
kobiecości – w wianie dla młodej dziewczyny…
Początek. Roztrzaskanie sceny.
Biegające postaci w Chaosie – z komórkowym selfi, w którym nie zobaczą swojej
identyfikacji z płcią rodzica… Muzyka jest też pośpieszna. Nie ma w niej
ukojenia, które powinno być dane dziecięcości, dzieciństwie. Za zeszkloną na
beton ścianą się zadzieje obcy samotny świat
– ładnie to jest pokazane za pomocą prostych ruchów pantomimicznych. Zniknienie zbudowało ścianę. Szklaną i twardą
jak hartowana stal.
Czy ludzie pomogą dziewczynie? Szukać
mamy maleńkiej (aktorzy poszukują jej wypatrując pilnie – może jest w walizce
podróżnej?...) przez fakt, że tak zajęta jest sobą, aż staje się unikniona… Czy
sąsiedzi pomogą? Sąsiedzi, sąsiadki… Wydawałoby się, mądre doświadczeniem
życiowym (wiekiem) kobiety… Nie. Zgubione w sobie, strachem przed zbliżającym
się zniknieniem naturalnym, szukające pocieszenia w stadnych łatwych identyfikacjach
– czy to religijnych, czy moralnych (?). Może też i ich Mama została zniknięta?? Dziedziczenie zniknienia dzieje się przez ściany
blokowca…
Cudowne (przez swą skuteczność…) krople
na odchudzanie kobnietę zniknęło… Zniknęło
razem z kłopotami… Razem z jej życiem, i Nią… Nie ma kłopotów, człowiek… nie żyje. Czy tego
chcemy? Czy matka dziewczyny tego chciała? Czy dobrze się czuje - zniknięta?
Córka Matki. Ma na imię Magdalena. Konstytuuje
się nad nią Sąd (czyli życie). Będzie ją weryfikował. Sąd (świat) składa się z obiektów.
Są nimi Szkoła (bardzo gombrowiczowska), gdzie zeszyty są odwrócone do widza
swą wewnętrznością, są szkolne, w znaczeniu systemu represywnego,
nie edukującego. Uczuciowość dziewczyny,
nieobecność w nim znikniętego
matczynego czynnika, zostanie surowo osądzona… Trudno nie przyznać racji
Wymiarowi (domiarowi…). Wina Magdaleny jest zarażona
(dziedziczona) od Matki, od jej zniknięcości
– strukturalnej…
Jeszcze Malarz, ślepy i prawie niemy, próbuje malować
wizerunek, mdłą poświatę Matki, ale sztuka jest sztuczna, nie dorasta wadze,
znaczeniu - uczuciom, temu pierwotnemu zupełnie, podstawowemu konstruktowi człowieka.
Malarz maluje - nie na temat… Nie ożywi swej rzeźby-obrazu dla dziecka. Nie stworzy mu żywej Mamy. Realnego obiektu.
Otwarty spektakl. Bez odpowiedzi. Z pytaniem.
O przyszłość tej kobiety, którą stanie się Magdalena. Którą już jest – od urodzenia…
Iwona Wróblak
maj 2016
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz